Metoda „na pocztę” coraz popularniejsza

Metoda „na pocztę” coraz popularniejsza

Biedronka nawiązała współpracę z Pocztą Polską, w efekcie czego sklepy tej sieci będą mogły oferować usługę pocztową. Oznacza to, że sklepy Biedronka w najbliższym czasie otworzą swoje drzwi także w niedzielę. Uszczelnienia ustawy jak nie było, tak nie ma.

Jak informują portale gazeta.pl i money.pl,  w ramach testów na takich zasadach działać ma m.in. sklep zlokalizowany w warszawskim Ursusie. Na drzwiach sklepu widnieje już informacja: „Punkt obsługi przesyłek. Poczta Polska, Allegro smart”. W niedzielę Biedronka przy Skoroszewskiej będzie otwarta od godz. 7 do 23:30. To jawna kpina z pracowników, którzy od wiosny 2018 r. mieli w niedziele wolne (z wyjątkiem coraz rzadszych dni handlu świątecznego).

Tym samym Biedronka dołączyła do szybko poszerzającego się grona sieci, które już wprowadziły do swoich sklepów usługi pocztowe. Zakupy w niedziele można zrobić m.in. w Żabkach oraz niektórych placówkach Stokrotki, Intermarche i Polomarket.

W PiS co jakiś czas pojawiają się głosy o potrzebie uszczelnienia przepisów, zwłaszcza że domaga się tego NSZZ Solidarność. Partia rządząca już wkrótce ma przejść od słów do czynów, o czym świadczy niedawna wypowiedź posła PiS Janusza Śniadka. – Dostaliśmy zielone światło na zmianę przepisów dotyczących zakazu handlu w niedzielę. Nowelizacja ustawy jest już gotowa, na początku lipca trafi do Sejmu – zapewniał w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna”. Należy jak najszybciej skończyć z nadużywaniem furtki, jaką jest otwieranie sklepów spożywczych w ostatni dzień tygodnia pod pretekstem działalności pocztowej – podkreślał Śniadek. Główna zmiana prawna ma polegać na tym, że sklepy będą mogły prowadzić działalność w niedziele niehandlowe jako placówki pocztowe, pod warunkiem, że ten rodzaj działalności będzie dla nich dominujący.

 

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Afera śmieciowa w Goleniowie

Afera śmieciowa w Goleniowie

Gmina Goleniów zamierza, wzorem Neapolu, zaprzestać odbierania śmieci od mieszkańców. Powodem jest fakt, że odpadów jest coraz więcej, a Rada Miasta od kilku lat odrzuca propozycje podwyżek.

Jak informuje Portal Samorządowy, ulotkę informującą o tym, że od września od mieszkańców nie będą odbierane odpady, kolportuje samorząd w Goleniowie. Przyczyna to konsekwentne odrzucanie przez radnych uchwał o podwyżce opłat za odbiór i zagospodarowanie odpadów. Goleniowianie płacą 12 złotych od osoby. To jedna z najniższych stawek w kraju. E efekt jest taki, że w tym roku w odpadowym budżecie brakuje 9 milionów złotych.

Jak tłumaczy samorząd, to wynik wielu czynników, m.in. wzrostu opłat środowiskowych. Firmy zajmujące się odpadami wykonują teraz dwa razy więcej przewozów (jest więcej segregacji) oraz muszą monitorować selekcję odpadów. Poza tym wzrosły koszty cen energii elektrycznej oraz pensje pracowników. Nikt nie odbierze naszych śmieci. Burmistrz Gminy Goleniów od dwóch lat starał się sukcesywnie dostosowywać opłatę za śmieci do rzeczywistych kosztów odbioru. Od dwóch lat rada miejska blokuje te działania, utrzymując opłatę na nierealnym poziomie. Przez te dwa lata koszty odbioru odpadów przez składowiska wzrosły jeszcze bardziej – czytamy na stronie Goleniowa.

Mamy chyba najbardziej kosztowny system, bo pojemniki na odpady zapewnia gmina, do tego worki – w nieograniczonej liczbie – także przekazuje gmina, nie ma żadnych limitów na odbiór odpadów zielonych – tłumaczy Tomasz Banach, zastępca burmistrza gminy Goleniów.

Roczny koszt odbioru i wywozu śmieci w gminie wynosi teraz 13,5 mln złotych, a wpływy do budżetu gminy z tytułu „opłaty śmieciowej” są na poziomie ok. 5 mln zł, więc ponad 8 mln zł gmina dopłaci z budżetu, kosztem innych inwestycji.

Ustawa zakłada, że gmina ma obowiązek odbierania odpadów, zatem burmistrz, strajkując, zamierza złamać prawo.

Bańka mieszkaniowa puchnie

Bańka mieszkaniowa puchnie

Już połowa transakcji na rynku mieszkaniowym to inwestycje czynione dla zysku, nie po to, by mieć gdzie mieszkać.

Jak informuje portal Business Insider, popyt to nie tyle potrzeby i rosnące możliwości finansowe zwykłych ludzi, co gra inwestorów pod wzrost cen na rynku. Prawie połowa transakcji to nie realizacja potrzeb życiowych, ale gra na zysk. Powstaje rekordowo dużo nowych mieszkań, ale ceny nie spadają. Rynek mieszkaniowy bije kolejne rekordy, jeśli chodzi o realizację nowych budynków. Liczba rozpoczętych nowych budów w maju – 28,9 tys., czyli o 92 proc. więcej rok do roku – świadczy o prawdziwym boomie budowlanym

Skoro buduje się tak dużo, to popyt powinien być teoretycznie zaspokajany, a ceny iść w dół. Tak jednak nie jest. Ceny idą w górę szybciej niż pensje i na mieszkanie stać nas już mniej niż przed wejściem do Unii.

Kupno mieszkania w celu zaspokojenia własnych potrzeb bytowych to już tylko niewiele ponad połowa wszystkich transakcji na rynku wtórnym. Raport NBP podaje, że w ub. r. 26 proc. zakupów dotyczyło pierwszego mieszkania swojego lub członka rodziny, a drugie 26 proc. to kupno w celu poprawienia warunków bytowych, czyli podniesienia standardu, lub metrażu mieszkania. A reszta? Aż 11 proc. kupionych zostało nawet nie na wynajem, ale wyłącznie w celu korzystnej odsprzedaży z zyskiem. Kupno na wynajem dotyczyło 18 proc. transakcji, a zarówno na wynajem, jak i na późniejszą sprzedaż przeznaczonych było 10 proc. nabywanych mieszkań.

Rok do roku wzrósł znacząco udział tych inwestorów, którzy liczą na odsprzedaż po korzystnej cenie. Oznacza to rosnącą grupę spekulantów, którzy czekają na najlepszy moment, żeby rzucić mieszkania na rynek i zarobić. W ubiegłym roku takie transakcje stanowić mogły aż 21 proc. rynku, podczas gdy w 2019 r. było to tylko 16 proc. rynku.

W bieżącym roku kupować zaczęli hurtownicy. Głośno było o transakcjach w Warszawie duńskiego funduszu inwestycyjnego Nordic Real Estate Partners, który kupił 1,1 tys. mieszkań na wynajem oraz transakcji kupna 2,5 tys. mieszkań z przeznaczeniem na wynajem przez szwedzki fundusz Heimstaden Bostad.

Tę sytuację może zmienić podatek katastralny.

Pracuj krócej, czuj się lepiej

Pracuj krócej, czuj się lepiej

Czterodniowy tydzień pracy okazał się na Islandii ogromnym sukcesem. Na razie był to tylko eksperyment, ale pozytywne efekty są jednoznaczne.

Jak informuje TVN24, podając za BBC, dzięki skróceniu czasu pracy zatrudnieni rzadziej skarżyli się na stres i rozdrażnienie, a ich efektywność w przeważającej liczbie przypadków wzrosła lub przynajmniej pozostała na niezmiennym poziomie.

Odbywający się w latach 2015-2019 eksperyment zlecony przez Radę Miasta Reykjavik i rząd objął ponad 2500 pracowników, co stanowi około 1 proc. czynnych zawodowo Islandczyków.  Podczas trwania pilotażu pracownicy otrzymywali takie samo wynagrodzenie, jak w przypadku pięciodniowego tygodnia pracy. Testy przeprowadzono w różnych placówkach sektora publicznego, takich jak przedszkola, domy opieki społecznej, szpitale czy biura administracji państwowej. Najczęściej wymiar pracy skracano z 40 godzin do 35 lub 36 godzin tygodniowo.

Jak podkreślają badacze, efektywność pracowników w większości przypadków zwiększyła się lub pozostała taka sama. Objęci eksperymentem pracownicy przyznawali, że podczas krótszego tygodnia pracy czują się mniej zestresowani i narażeni na wypalenie zawodowe. Lepiej ocenili także swój stan zdrowia i równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

Islandia nie jest jedynym krajem, który testuje możliwość wprowadzenia czterodniowego dnia pracy. Niedawno takie badania zapowiedziała Hiszpania. O kwestii czterodniowego dnia pracy dyskutowano także w Niemczech.