Coraz więcej firm kombinuje z czasem pracy

Coraz więcej firm kombinuje z czasem pracy

Ze sprawozdań PIP za 2020 r. wynika, że w pandemii wiele firm po macoszemu traktowało zliczanie nadgodzin.

Jak informuje portal pulshr.pl, w czasie pandemii pracodawcy bardziej niż zazwyczaj byli na bakier ze zliczaniem czasu pracy swoim podwładnym. Ze sprawozdania PIP za 2020 rok wynika, że głównym problemem było nierzetelne ewidencjonowanie czasu pracy.

W 2020 roku inspektorzy pracy przeprowadzili łącznie 857 kontroli czasu pracy. Odwiedzili 846 pracodawców, u których pracowało 103,1 tys. osób, w tym 82,9 tys. pracowników na podstawie stosunku pracy. Co wykazały kontrole?

W czasie pandemii pracodawcy nie przykładali się do sumiennego rozliczania czasu pracy. Z 27 proc. w 2019 roku aż do 34 proc. w 2020 roku wzrósł odsetek firm, u których PIP stwierdził nieprawidłowości w zakresie określania systemów czasu pracy, rozkładów czasu pracy, okresów rozliczeniowych. Również z 27 proc. do 32 proc. wzrósł odsetek firm, które dopuściły się nieprawidłowości przy prowadzeniu ewidencji czasu pracy. Nieprawidłowości dotyczące zapewnienia przeciętnie pięciodniowego tygodnia pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym stwierdzono w ubiegłym roku u 19 proc. firm. Rok wcześniej było to 11 proc.

W wielu przypadkach pracodawcy nie oznaczali godzin rozpoczynania i kończenia pracy w poszczególnych dobach, co nie pozwalało na sprawdzenie, czy pracownikom zostały udzielone odpowiednie odpoczynki dobowe i tygodniowe oraz czy nie doszło do powtórnego zatrudniania w tej samej dobie pracowniczej. Nierzetelna ewidencja czasu pracy albo jej brak, jak też nieprawidłowości w zakresie określania systemów i rozkładów oraz okresów rozliczeniowych czasu pracy, powodowały konsekwencje w zakresie wadliwego naliczenia wynagrodzenia i innych świadczeń ze stosunku pracy, które były należne pracownikom – czytamy w sprawozdaniu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Plaże morskie przejdą pod samorządy?

Plaże morskie przejdą pod samorządy?

Przekazanie samorządom prawa do dysponowania plażami morskimi zakłada projekt ustawy, który ma być zgłoszony jako inicjatywa ustawodawcza Senatu. Obecnie plaże są we władaniu urzędów morskich, co ogranicza możliwość ich zagospodarowywania.

Jak informuje Portal Samorządowy, Senat posiada inicjatywę ustawodawczą. Projekty ustaw przyjęte przez Senat trafiają do Sejmu i potem podlegają normalnemu trybowi ustawodawczemu.

Inicjator projektu, szef nadzwyczajnej senackiej komisji ds. klimatu Stanisław Gawłowski (niezrzeszony) przyznaje, że obecnie plażami, czyli pasem technicznym polskiego wybrzeża, zarządzają urzędy morskie. Rozwój turystyki w pasie nadmorskim jest często uzależniony od tego, czy plaże morskie są właściwie zagospodarowane, czy są czyste, czy są ratownicy itd. Na tym wszystkim zależy gminom, mają one świadomość, że przez odpowiednie zagospodarowanie plaż przyciągają turystów – powiedział Gawłowski.

Ewentualne przejście plaż pod władze samorządów niesie jednak zagrożenie komercjalizacją przestrzeni i zniszczeniem przyrody.

Murem za strajkującymi w Paroc Polska

Murem za strajkującymi w Paroc Polska

Od środowego wieczora trwa strajk załogi firmy Paroc Polska w Trzemesznie pod Gnieznem. To producent izolacji z wełny mineralnej. Postulaty załogi to podwyżka płac i ograniczenie umów terminowych na rzecz bezterminowych.

Strajk koordynuje OPZZ Konfederacja Pracy. Na miejscu jest Grzegorz Ilnicki, prawnik i związkowiec, który wspiera od kilku lat robotników z zakładu. Na swoim profilu fb pisze on:  Zatrzymaliśmy pracę Paroc Polska. Strajk generalny jest faktem. Przystąpiła do niego cała załoga. Nie pracują piece, odbiór. Nie ma produkcji. Codziennie z firmy wyjeżdża 200 tirów z wełną mineralną. Nie 2 tiry i nie 20. Wyjeżdża ich 200. Tym razem nie wyjadą. Blisko co piąty, z 800 pracowników Paroc Polska pracuje na śmieciowej, bo terminowej umowie o pracę. Dodatek stażowy po 40 latach pracy wynosi 160 zł brutto. Żeby płaca w skali miesiąca była naprawdę godna, trzeba pracować w nadgodzinach, inaczej nie ma kokosów. 40 godzinny czas pracy w tygodniu jest więc żartem. Nasze oczekiwania ukrócenia tej sytuacji w przebogatej firmie są dość skromne, ale ambicja i chęć ustawienia relacji pracowniczych sprawia, że zarząd odmawia. Reakcją jest strajk. Logiczną i konsekwentną. Liberałowie opowiadają nam, że przypływ podnosi wszystkie łodzie, te małe też. W życiu się to jednak średnio sprawdza, bo kadra zarządzająca chętni uspołecznia straty, a gdy idzie o podział zysków, to uznaje że brak problemów z rekrutacją oznacza brak konieczności dzielenia się tortem. Pracownicy mają jednak apetyt na tort, do którego powstania walnie się przyczynili. W referendum strajk poparło ponad 97,5 proc. pracowników. Od 3 lat doradzam im, reprezentuję ich w sądach i pyskuję dla nich, gdy trzeba. I dzisiaj razem odpaliliśmy ten strajk gasząc hutnicze piece. Za sześć godzin kolejna brygada przyjdzie do pracy, przebierze się w odzież roboczą i solidarnie odmówi pracy. Do skutku.

Jak pisze portal bankier.pl, strajk rozpoczął się w środę o godz. 21. Pracownicy od ponad roku domagają się m.in. lepszych warunków płacowych, a także gwarancji umów o pracę na czas nieokreślony. W referendum poprzedzającym strajk, takie rozwiązanie poparło ponad 97,5 proc. pracowników.

Zatrzymaliśmy zakład pracy. Piece są wygaszone, produkcja stanęła. Załoga w całości odmówiła pracy, bo nasze postulaty nie są spełnione. Firmę stać na to, aby płacić ludziom godne dodatki stażowe. Firmę stać na to, aby godnie waloryzować nasze wynagrodzenia. Firma nie może zatrudniać ludzi w pół-śmieciowych umowach terminowych. Proponowaliśmy różne rozwiązania kompromisowe, ale skoro pracodawca od racjonalnego kompromisu jest daleko, to został mu strajk. I jest strajk. Paroc Polska stoi!!! – poinformował Zakładowy Związek Zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy w Paroc Trzemeszno.

Polski Rossmann droższy od niemieckiego

Polski Rossmann droższy od niemieckiego

Ceny niektórych produktów w polskich sklepach sieci Rossmann są nawet o kilkadziesiąt złotych wyższe od cen w sklepach niemieckich, mimo że w Niemczech zarabia się o wiele więcej.

Jak pisze Natalia Kurpiewska dla portalu money.pl, przeprowadzono analizę cen popularnych kosmetyków sprzedawanych w tej się. ci i porównano wyniki dla obu krajów. Badano ceny regularne, nie uwzględniając przecen i promocji. Okazuje się, że Polak zapłaci więcej np. za drogie perfumy i kosmetyki do makijażu. Paletka cieni Maybelline będzie nas kosztowała 68 zł, a bardziej zasobny Niemiec wyda na nią tylko 45 zł. Popularny korektor marki Loreal Paris to dla polskiego konsumenta cena wyższa o ponad 23 zł. W niemieckich Rossmannach za produkt zapłacimy 45,47 zł, natomiast u nas kosztuje 68,99. Cena dotyczy kosmetyku o pojemności 11 ml, przeliczając jednak cenę na 100 ml, w Polsce kosztuje on 627,18 zł, a w Niemczech o połowę mniej – 310,61 zł.

Firma tłumaczy to zaopatrywaniem się przez sklepy z obu krajów u innych lokalnych dystrybutorów.