Górnicy z Bogdanki chcą renegocjacji funduszu płac

Górnicy z Bogdanki chcą renegocjacji funduszu płac

Związki zawodowe w LW „Bogdanka” S.A. po niespełna dwóch miesiącach od porozumienia płacowego, podpisanego 2 lipca 2021r, wystąpiły do zarządu spółki o renegocjacje funduszu płac. Żądania związkowe wynikają z większej niż zakładano inflacji, która była podstawą, od której liczono wartość ostatniej podwyżki, ale przede wszystkim z napiętej sytuacji społecznej w zakładzie.

Związkowcy od dawna zwracali uwagę na zbyt niskie płace wśród grupy pracowników o najniższych zarobkach na kopalni, głównie pracowników powierzchni. Domagali się ponadto poprawy warunków pracy w oddziałach przeróbki mechanicznej węgla i utrzymania ruchu kopalni, poprzez wprowadzenie dodatkowego urlopu zdrowotnego z tytułu pracy trzyzmianowej i pracy w szczególnych warunkach. Próby uregulowania tych spraw w ramach negocjacji zmian w Zakładowym Układzie Zbiorowym Pracy zakończyły się fiaskiem z powodu braku akceptacji przez stronę zarządu, uzasadnianą głownie wysokimi kosztami takich zmian. Po kilkukrotnych próbach skłonienia zarządu do rozmów o postulatach zgłaszanych przez związki zawodowe, załoga, w formie protestu, odmówiła pracy w sobotę, natomiast organizacje związkowe podjęły decyzję o wystąpieniu z żądaniem zwiększenia funduszu płac o koszt postulowanych zmian.

W piśmie skierowanym do zarządu z dn. 20.08.2021 związkowcy wnoszą o pilne rozpoczęcie rozmów do dnia 27.08.2021.

Podstawą powyższego wystąpienia jest sytuacja społeczna w naszym zakładzie oraz dynamicznie zmieniająca się sytuacja makroekonomiczna, ze szczególnym uwzględnieniem poziomu inflacji, która wyniosła w lipcu 5%, co skutkuje realnym spadkiem siły nabywczej płac pracowników LW”Bogdanka” – uzasadniają swoje żądania. Dodatkowo od dłuższego czasu istnieje przekonanie o potrzebie wyższego wynagrodzenia, szczególnie na najniżej opłacanych stanowiskach pracy oraz szczególnie ciężkich, a więc w ścianach i przodkach – zwracają uwagę związkowcy. Powyższa regulacja musi skutkować zwiększeniem funduszu płac o koszt ustalonych zmian- postulują autorzy pisma.
Ostatnia podwyżka wyniosła 4,5% na stawkach zasadniczych, jednak po jej podpisaniu okazało się, że zarząd nie przewidział w funduszu płac kosztów zmian, o które domagali się związkowcy.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Czesi chcą pracować w szpitalach

Czesi chcą pracować w szpitalach

W Czechach od lat młode osoby nie garnęły się do zawodu pielęgniarki. Pracowały w nim głównie kobiety ze Słowacji i Ukrainy. Po pandemii ta sytuacja zupełnie się zmieniła.

Jak pisze portal rynekzdrowia.pl, w Czechach coraz więcej młodych ludzi chce pracować w służbie zdrowia. Od ubiegłego roku liczba uczestników egzaminów wstępnych w szkołach pielęgniarskich wzrosła o połowę.

Pod koniec 2020 r. i na początku 2021 r. pandemia koronawirusa osiągnęła w Czechach szczytowy poziom. Liczba zakażeń i zgonów na mieszkańca należała do najwyższych na świecie w kraju liczącym 10,5 mln mieszkańców. W sumie w Czechach zachorowało prawie 1,7 mln obywateli, a ponad 25 tys. osób zmarło do tej pory w związku z koronawirusem. Głównie dzięki ogromnemu zaangażowaniu około 40 tys. lekarzy i około 80 tys. pielęgniarek czeski system opieki zdrowotnej nie załamał się nawet w najgorszych miesiącach.

W oczach zdecydowanej większości Czechów lekarze i pielęgniarki stali się w czasie pandemii bohaterami. Pandemia koronawirusa w znacznym stopniu przyczyniła się do podniesienia rangi zawodów medycznych.

Oprócz zainteresowania kształceniem w zawodzie pielęgniarskim w czasie pandemii wzrosła także liczba wolontariuszy w placówkach służby zdrowia. Około 3 tys. Czechów wzięło udział w bezpłatnych podstawowych kursach Czerwonego Krzyża. Połowa z nich pracowała w szpitalach podczas szczytu pandemii, setki kolejnych pomagało w domach opieki i innych placówkach służby zdrowia.
Pomimo zwiększonego zainteresowania kształceniem w zawodzie pielęgniarskim, państwo czeskie nie przekazało do tej pory więcej pieniędzy na odpowiednie miejsca kształcenia. Szkoły nie mogą więc przyjąć więcej osób niż przed koronawirusem.

 

Sezonowy wyzysk

Sezonowy wyzysk

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom bada warunki pracy sezonowej w kurortach. W tym roku poziom naruszeń jest niepokojący – z powodu niedoboru pracowników zmiany trwają nawet po 18 godzin.

Jak informuje portal pulshr.pl, do tej pory pracownicy sezonowi najczęściej uskarżali się na nieuczciwe umowy czy brak wypłat wynagrodzeń. W tym roku to ułamek procenta wszystkich wiadomości, jakie trafiają do stowarzyszenia SNP. Skarżą się oni za to na skrajne wykorzystywanie.

Brakuje rąk do pracy, więc pracodawcy wyciskają jak cytrynę tych pracowników, którzy są na miejscu. Skarg jest sporo. Praca sezonowa nie powinna trwać 18 godzin na dobę, a takie historie są nam przytaczane – mówi Małgorzata Marczulewska, prezeska SNP.

Branże, które szczególnie ucierpiały na kryzysie wywołanym pandemią COVID-19, zdecydowały się na radykalne cięcie kosztów i zwolnienie pracowników. W efekcie zatrudnienie z dnia na dzień straciła cała rzesza osób. W tym sezonie okazało się, że pracownicy są ponownie potrzebni, ale jest ich o wiele za mało.

Gastronomia byłaby w stanie z miejsca zatrudnić kilkanaście tysięcy osób. Podobnie jest w hotelarstwie czy w usługach. Niestety im mniej pracowników, tym więcej pracy dla tych, którzy są na miejscu. Otrzymujemy bardzo dużo sygnałów o przepracowanych kucharzach i kelnerkach. Pojawiają się skargi na to, że ilość nadgodzin jest tak wielka, iż pracownicy rezygnują z zatrudnienia, bo nie są w stanie sprostać oczekiwaniom pracodawcy – mówi Małgorzata Marczulewska.

Takich sytuacji jest dużo, bo pracowników brakuje, a nie brakuje turystów. Więc klientów jest tak wielu, że pracownicy nie są w stanie wszystkich obsłużyć. Problem zgłaszają także często kucharze, którzy pracują po 5-6 dni bez przerwy po kilkanaście godzin. Sytuacja jest dramatyczna – przyznaje Małgorzata Marczulewska.

Prezeska stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom mówi, że pracodawcy proponują pracownikom pieniądze za nadgodziny, często nawet wyższe niż standardowe uposażenie, ale to przy takim natłoku pracy za mało. Zgłoszenia do nas nie dotyczą zwykle pieniędzy, a ogólnego poczucia presji, że musisz pracować do oporu, bo nie ma rąk do pracy – dodaje.

Nieciekawie wygląda również sytuacja w dyskontach czy marketach zlokalizowanych w wakacyjnych kurortach. Nie jest to zależne od tego, czy sklepy handlują w niedzielę, czy nie. Turystów jest tak gigantyczna ilość, że w sklepach tworzą się ogromne kolejki. Co ciekawe, skarg mamy dużo zarówno znad morza, jak i na przykład z miejscowości górskich. Pracownice popularnych sklepów mówią, że jest ich zbyt mało, by zapewnić płynną obsługę w sklepach. W niektórych skargach pojawiają się informacje o ogromnych kolejkach, braku czasu na wyładunek towaru – opowiada portalowi pulshr.pl Małgorzata Marczulewska.
\

 

Handel w niedziele – histerie i rzeczywistość

Handel w niedziele – histerie i rzeczywistość

Analiza danych GUS nie potwierdziła czarnych scenariuszy przedstawianych przed wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele.

Z ciekawej analizy, którą na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego przygotowało Centrum Myśli Gospodarczej, wynika, że nie sprawdziła się większość tez i przestróg stawianych przez przeciwników zakazu handlu w niedziele. Centrum przeanalizowało dane dotyczące zatrudnienia oraz sprzedaży i porównało je z ostrzeżeniami formułowanymi przed wprowadzeniem zakazu.

Częściowy zakaz handlu w niedziele w określonym typie placówek zaczął być stopniowo wprowadzany w roku 2018, a od początku 2020 r. dotyczy on ogromnej większości niedziel. Od niedawna trwają prace nad uszczelnieniem zakazu, który zaczął być obchodzony przez wielkie sieci handlowe. Centrum Myśli Gospodarczej przypomina, że przed wprowadzeniem zakazu jego przeciwnicy straszyli znacznym spadkiem obrotów w sklepach, który miał za sobą pociągnąć likwidację miejsc pracy w nich – prognozowano utratę od 36 do 50 tysięcy etatów w tej branży.

Na podstawie analizy danych do lutego roku 2020, a więc okresu przed pandemią, Centrum stwierdziło, że po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele nie uległa obniżeniu sprzedaż sklepowa zasadniczej większości rodzajów produktów. Wręcz przeciwnie – we wszystkich kategoriach sprzedaż wzrosła. Jedyne, co widać, to spowolnienie tempa wzrostu. Sprzedaż sklepowa tekstyliów rosła po wprowadzeniu zakazu o 6% rok do roku, prasy i książek o 2,7%, artykułów spożywczych o 1,2%.

W kwestii zatrudnienia przed wybuchem pandemii było ono wyższe w sektorze handlowym o około 11 tysięcy osób niż w momencie wchodzenia w życie ustawy o zakazie handlu w niedziele. Przypomnijmy, że krytycy zakazu wieszczyli spadek o 36-50 tysięcy miejsc pracy w tym sektorze. Wysokość wynagrodzeń w sektorze handlowym wynosiła w momencie wprowadzania ustawy średnio 74% kwoty średnich zarobków w sektorze przedsiębiorstw. Przed wybuchem pandemii wynosił on 77,4%.

Całą analizę można przeczytać tutaj: https://cmg.org.pl/analizy-i-komentarze/jak-zakaz-handlu-w-niedziele-wplynal-na-branze-handlowa-analiza-danych-gus/