Krótsza praca ma sens

Krótsza praca ma sens

Polski Instytut Ekonomiczny podkreśla, że korzyści z krótszej pracy to niższy poziom stresu, niższy poziom absencji chorobowej, a także zadowolenie z możliwości godzenia życia prywatnego i zawodowego.

Jak informuje potral pulshr.pl, przeprowadzone do tej pory eksperymenty wskazują, iż zmniejszenie wymiaru czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowej płacy może pomóc w zwiększeniu produktywności pracowników. Do eksperymentów potwierdzających taki wynik należą między innymi te przeprowadzone w firmach Perpetual Guardian (Nowa Zelandia), Toyota (Szwecja) i Microsoft (Japonia). W serwisie Toyoty po wprowadzeniu 6-godzinnego dnia pracy produktywność wzrosła o 14 proc., zaś przychody firmy o 25 proc. w stosunku do standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomysł testowany był również w Polsce, głównie w firmach z sektora IT. Firmy, które wprowadziły sześciogodzinny bądź czterodniowy tydzień pracy, wskazują, że rozwiązanie takie zwiększyło produktywność ich pracowników – napisali eksperci z PIE.

Dyskusja nad wprowadzeniem 4-dniowego tygodnia pracy czy skróceniem dziennego jej wymiaru z 8 do 6 godzin trwa w najlepsze od kilku lat. Co chwilę kolejne państwa czy regiony informują o rozpoczęciu „eksperymentu” w tym zakresie. Mowa o eksperymencie, bo na razie żaden kraj czy też branża nie zdecydowały się na stałe skrócić czasu pracy. Zrobiły to pojedyncze firmy. Niedawno Unilever poinformował, że przetestuje krótsze godziny pracy dla wszystkich swoich pracowników (81 osób) w Nowej Zelandii, pozwalając im zdecydować, które cztery dni chcą przepracować w każdym tygodniu.

Najważniejszą rzeczą w takich projektach jak skrócenie czasu pracy jest gotowość organizacji do wprowadzania wszelkich zmian ułatwiających pracownikom realizację tych samych zadań, ale w krótszym czasie. Kluczem jest wyeliminowanie wszystkich nieefektywnych działań, procesów, które nie pozwalają nam być produktywnym. Jest to ciągła praca nad takimi zmianami.

Przeprowadzone badania sugerują, że efekty skrócenia czasu pracy mogą silnie zależeć od charakteru pracy i mogą być silnie zróżnicowane pomiędzy sektorami gospodarki. W niektórych przypadkach skrócenie czasu pracy może oznaczać konieczność zwiększenia nakładów związanych z zatrudnieniem nowych pracowników.  Dodatkowo wyniki eksperymentów sugerują, że pozytywny wpływ skrócenia czasu pracy na produktywność obserwowany był głównie w firmach świadczących usługi z dziedziny nowych technologii, a także w administracji publicznej.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nadchodzi fala protestów pracowniczych

Nadchodzi fala protestów pracowniczych

Na jesieni będzie protestować budżetówka, ochrona zdrowia i pracownicy sfery edukacji. Nie satysfakcjonują ich obiecane do tej pory podwyżki wynagrodzeń.

Wiele grup zawodowych jest niezadowolonych ze swojej sytuacji. Dlatego też zgłosiły one chęć przystąpienia do jesiennych protestów. Niektórzy już teraz podjęli działania, m.in. pracownicy cywilni sądów i prokuratur, wybrane grupy z sektora ochrony zdrowia czy zatrudnieni w ZUS-ie, jak informuje portal pulshr.pl na podstawie rozmowy z Andrzejem Radzikowskim, przewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). Jak zaznacza Radzikowski, oczekiwania płacowe mają nie tylko pracownicy typowej sfery budżetowej, ale także osoby zatrudnione w sferze finansów publicznych. Mowa m.in. o ochronie zdrowia czy edukacji.

Niestety jeśli spojrzymy na projekt budżetu, to w przypadku nauczycieli mamy zerowy wskaźnik wzrostu wynagrodzeń. Z kolei subwencja oświatowa ma wzrosnąć o 2 proc. Z tego wynika, że nie ma przestrzeni na wielkie podwyżki płac, które 15 września ma ogłosić minister nauki Przemysław Czarnek. Chyba że mają być one sfinansowane przez nauczycieli z ich dotychczasowych wynagrodzeń. Pan minister wspominał o likwidacji dodatku wiejskiego, radykalnym zmniejszeniu odpisu na fundusz socjalny czy o wydłużeniu dydaktycznego czasu pracy. W takim przypadku to jednak nie będą podwyżki, ale przesunięcie składników wynagrodzenia. Wiele wskazuje więc na to, że nauczyciele dołączą do protestów – mówi Radzikowski.

Skala i siła protestów będą zależały głównie od władzy publicznej. Celem akcji nie jest sama akcja, ale realizacja postulatów. Jeśli one będę spełniane, to skala protestów będzie mniejsza. Zawsze traktujemy radykalne działania jako ostateczność. Uważamy, że forma negocjacji to najlepsza forma poprawy sytuacji – zaznacza Andrzej Radzikowski.

Związkowcy widzą jednak światełko w tunelu. Rząd zapowiedział podniesienie wynagrodzeń w sferze budżetowej w 2022 r. W przekazanym do konsultacji projekcie budżetu państwa przewiduje się wzrost wynagrodzeń w państwowych jednostkach budżetowych oraz odmrożenie funduszu nagród i premii. W uzasadnieniu rząd wskazuje, że wynagrodzenia wzrosną średnio o ok. 7,8 proc.

Rząd ugiął się pod naciskiem działań prowadzonych przez OPZZ i organizacji członkowskich. Ustawa okołobudżetowa zakłada wzrost wynagrodzeń w budżetówce na poziomie 7,8 proc. Musimy jednak pamiętać, że wzrost ten dotyczy funduszu płac – łącznie z nagrodami i premiami. Ponadto podana wartość to średnia, zatem mogą wystąpić duże różnice w podwyżkach pomiędzy poszczególnymi grupami zawodowymi czy stanowiskami – komentuje Radzikowski.

Rząd zapowiedział, że podwyżki będą. Pytanie – jak duże? Od tego będzie bardzo dużo zależało. My walczymy o 12-proc. podwyżki. Jeśli będą to dużo niższe stawki, to na pewno będą protesty. Pamiętajmy jednak, że projekt budżetu będzie omawiany w RDS i parlamencie. Istnieje więc możliwość poprawy sytuacji i realizacji postulatów pracowniczych – mówi szef OPZZ.

Taksówkarze walczą o swoje

Taksówkarze walczą o swoje

Taksówkarze MPT zebrali się w poniedziałek przed południem na proteście na błoniach Stadionu Narodowego. Protestowali przeciwko szemranej prywatyzacji przedsiębiorstwa, które samorząd Warszawy sprzedał synowi założyciela TVN.

Jak informuje warszawa.tvp.pl, kierowcy MZA i MPT zrzeszeni w Związku Zawodowym Kierowców RP przy MZA domagają się od władz tej miejskiej spółki i miasta wyjaśnień w sprawie przejęcia marki MPT przez iTaxi.

W poniedziałek na błoniach Stadionu Narodowego zebrało się kilkadziesiąt taksówek z logo stołecznej korporacji taksówkowej. Co rusz dojeżdżały kolejne taksówki. Kierowcy w ramach protestu oklejali szyby swoich aut naklejką z napisem „Nie sprzedaży MPT”.

W grupach dyskutowano o sposobie na zablokowanie przejęcia MPT przez iTaxi. – Nic nie wiedzieliśmy o tym, że MZA nas sprzedaje. Nie wiemy, na jakiś zasadach został wybrany oferent, jakie były zasady konkursu – mówili taksówkarze.

– Dla mnie dziwne jest to, że odbyło to się w stylu lat dziewięćdziesiątych. Wtedy było wszystko przejmowane na zasadzie dzikiej reprywatyzacji – powiedział Łukasz Mościcki, wieloletni taksówkarz MPT. Taksówkarze rozumieją konieczność reprywatyzacji, ale jak mówią, tu widać ewidentnie, że ktoś chce się pozbyć marki – mówi pan Łukasz.

Pomysłów na zablokowanie umowy mają wiele, m.in chcą utworzyć spółkę pracowniczą, która zaproponowałaby wykupienie MPT z rąk MZA. Próbowaliśmy coś takiego w 2014 roku. Niestety wtedy miasto nam odmówiło. Teraz bardzo chętnie z powrotem wrócilibyśmy do rozmów – przekazał Henryk Rodzoś, kierowca MPT.

Przedstawiciele taksówkarzy MPT pojechali do Sejmu, by spotkać się z posłami PiS m.in z Paweł Lisieckim i Olgą Semeniuk. Odprowadzili ich taksówkarze, którzy wolno, nie blokując ruchu, przejechali w pobliży budynku Sejmu. Nie chcemy blokować ruchu i utrudniać życia warszawiakom – deklarowali kierowcy MPT.

Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe istnieje w Warszawie od 70 lat. – Sam znak, jak i marka MPT jest symbolem Warszawy – mówią taksówkarze. Utrata wizerunku warszawskiej taksówki jest krokiem do utraty jednego z największych przewoźników taksówkowych. Znak firmy MPT kojarzony był i jest z taksówką zaufania publicznego, utrata tej marki niesie za sobą nieodwracalne skutki. Czy Warszawa, jako stolica środka Europy nie powinna pielęgnować i dbać o dobro firmy, której miasto jest właścicielem? – pytają związkowcy.

Spółka, która jest nabywcą MPT, należy do syna Jana Wejcherta, założyciela TVN. Cena transakcji nie została podana do wiadomości publicznej.

Bunt w Carrefourze

Bunt w Carrefourze

Związkowcy z Carrefour Polska są przeciwni możliwemu otwarciu sklepów tej sieci w niedziele i zapowiadają akcję w obronie wolnych niedziel.

Według informacji serwisu next.gazeta.pl, spółka Pointpack, która tworzy rozwiązania technologiczne wspomagające nadawanie i odbieranie przesyłek, podpisała w zeszłym tygodniu umowę ramową o współpracy z Carrefour Polska. Pozwoli to sieci uruchomić w swoich sklepach punkty pocztowe.

Związkowcy z sieci wpadli w szał. Odebranie pracownikom jedynego dnia wolnego zagwarantowanego przez Ustawę o ograniczeniu handlu w niedzielę jest brakiem poszanowania godności pracowników, prawa odpoczynku i możliwości spędzenia tego czasu z rodziną” – brzmi komunikat Organizacji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Carrefour Polska, który cytuje Business Insider Polska. Związkowcy dodają, że „wielozadaniowość, niskie wynagrodzenia, narażenie na zakażanie COVID-19 są dostatecznymi czynnikiem stresującym pracowników handlu”. Zapowiedzieli również, że w razie potrzeby będą podejmować stosowne działania w obronie wolnych niedziel.

Zakaz handlu w niedzielę staje się fikcją. Kolejne sieci decydują się na skorzystanie z możliwości ominięcia ustawy dotyczącej zakazu handlu w niedziele poprzez wprowadzenie usługi pocztowej. Taką usługę wprowadziły między innymi Polo Market, Stokrotka, Lewiatan czy Biedronka. Ta ostatnia otworzyła już ponad 400 swoich placówek. Także część sklepów Lidl Polska, które od 5 września zostaną otwarte w niedziele niehandlowe, otrzymały status placówek pocztowych.