Tesco znika z Polski i wyrzuca ludzi

Tesco znika z Polski i wyrzuca ludzi

Pomimo przejęcia części byłych sklepów Tesco przez sieć Netto, wielu etatów nie udało się zachować.

Wedłu informacji portalu pulshr.pl, pierwsze wieści na temat ewentualnej sprzedaży Tesco w Polsce pojawiły się w październiku 2018 roku. W 2021 r. poinformowano, że przejmuje je duńska firma Salling Group, właściciel sieci Netto. Mimo przejęcia własności, zwolnienia grupowe i likwidacje nie ustały.

W marcu br. zwolniono ponad tysiąc pracowników z biur i sklepów Tesco. Na początku kwietnia 2021 roku pojawiła się informacja o zamknięciu kolejnych sklepów. Tym razem były to placówki w Poznaniu, Lubinie, Tarnowskich Górach, Kaliszu, Głodowie i Przemyślu. Pracę straciło 287 pracowników szczebla podstawowego, a tych, co sprawowali nad nimi nadzór – 29. Podobnie jak poprzednim razem, zwalnianym miało zostać zaproponowane w miarę możliwości podjęcie pracy w innych jednostkach firmy.

W czerwcu z powodu zmiany struktur organizacyjnych wytypowano do redukcji kolejnych 180 osób na stanowiskach podstawowych i 20 osób na stanowiskach kierowniczych. W tym samym miesiącu zamknięto również 11 marketów na terenie kraju, co oznaczało zwolnienie łącznie 462 osób.

We wrześniu tego roku zapowiedziano kolejną falę zwolnień. Zadecydowano o zamknięciu marketów w ponad 30 miastach. Na bruk miało polecieć maksymalnie 2249 pracowników szeregowych i maksymalnie 300 zatrudnionych na stanowiskach sprawujących nadzór. Tylko od połowy marca, więc oficjalnego zakończenia sprzedaży Tesco, pracę straciło 4757 osób.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Stracili wolną niedzielę

Stracili wolną niedzielę

Zakaz handlu w niedziele staje się coraz bardziej fikcyjny. 5 września, pod przykrywką placówek pocztowych, otworzyła się część Lidlów i Kauflandów.

Jak pisze portal pulshr.pl, wraz z kolejnymi otwarciami rośnie liczba skarg od pracowników, którzy dotychczas cieszyli się dniem wolnym, a teraz kierowani są do pracy. Coraz więcej sklepów decyduje się podpisać umowy z operatorami pocztowymi i swoje sklepy (wszystkie lub tylko wybrane) zamienić w placówki pocztowe. Dzięki temu mogą być one otwarte również w niedziele. Pierwszą siecią, która obeszła bezczelnie prawo, była Biedronka.

Ustawa o zakazie handlu w niedziele weszła w życie 1 marca 2018 r. W każdym kolejnym roku jej obowiązywania lista niedziel handlowych była coraz krótsza. W 2021 roku sklepy będą otwarte tylko w siedem niedziel.

Jednak ustawa przewiduje katalog 32 wyłączeń. Zakaz nie obejmuje m.in. działalności pocztowej i właśnie z tego rozwiązania korzystają sklepy najczęściej. Zdecydowały się na to m.in. Żabka (od początku obowiązywania zakazu), Bricomarché i Intermarché, Stokrotka Express, ABC, Lewiatan, Delikatesy Centrum, Dino Polska czy niektóre sklepy Euro RTV AGD. Od kilku tygodni zakupy zrobimy również w wybranych sklepach Biedronka. 5 września do tego grona dołączają Kaufland i Lidl. W kolejnych dniach prawdopodobnie zrobi to Carrefour. Firmy nie boją się kar, bo wykorzystując tę furtkę, działają w zgodzie z prawem.

Z zasady pracownicy dyskontów nie chcą wracać do pracy. Wolne niedziele to dla nich dobre rozwiązanie, przyzwyczaili się do komfortu dnia wolnego od pracy. Osoby, z którymi rozmawiałam, wskazują, że dzięki wolnym niedzielom siódmy dzień tygodnia stał się realnie czasem dla rodziny. W obecnej sytuacji to zostanie zweryfikowane, bo należy spodziewać się, że wszystkie dyskonty niebawem będą otwarte w niedzielę. Oczywiście rząd zapowiada zaostrzenie przepisów, ale trudno sprecyzować, kiedy to nastąpi. Pracownicy więc skarżą się, narzekają, często buntują, ale ostatecznie i tak wracają do pracy – mówi Małgorzata Marczulewska ze stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom.

Pracownicy pytają o to, czy mogą zostać zmuszeni do pracy w niedzielę, jeżeli tego nie chcą. Odpowiedź jest prosta: tak. Umowy z dyskontami zwykle są tak formułowane, że niedziela jest po prostu kolejnym dniem pracy i pracownikowi przysługują standardowe przywileje za pracę w ten dzień, czyli np. dzień wolny w tygodniu – wyjaśnia Marczulewska.

Krytyki sieciom handlowych nie żałuje Piotr Adamczak, szef Solidarności w Jeronimo Martins Polska. To coś niepojętego dla nas, że niemal codziennie otrzymujemy informacje o otwarciu kolejnych placówek pocztowych w ramach marketów, podczas gdy Poczta Polska bardzo rzadko jest otwarta w niedziele. Cały czas lista sklepów nieobjętych zakazem handlu się rozszerza. Przypuszczamy, że niedługo chyba każda Biedronka będzie otwarta w niedziele – mówił w rozmowie z PulsHR.pl.

Krótsza praca ma sens

Krótsza praca ma sens

Polski Instytut Ekonomiczny podkreśla, że korzyści z krótszej pracy to niższy poziom stresu, niższy poziom absencji chorobowej, a także zadowolenie z możliwości godzenia życia prywatnego i zawodowego.

Jak informuje potral pulshr.pl, przeprowadzone do tej pory eksperymenty wskazują, iż zmniejszenie wymiaru czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowej płacy może pomóc w zwiększeniu produktywności pracowników. Do eksperymentów potwierdzających taki wynik należą między innymi te przeprowadzone w firmach Perpetual Guardian (Nowa Zelandia), Toyota (Szwecja) i Microsoft (Japonia). W serwisie Toyoty po wprowadzeniu 6-godzinnego dnia pracy produktywność wzrosła o 14 proc., zaś przychody firmy o 25 proc. w stosunku do standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomysł testowany był również w Polsce, głównie w firmach z sektora IT. Firmy, które wprowadziły sześciogodzinny bądź czterodniowy tydzień pracy, wskazują, że rozwiązanie takie zwiększyło produktywność ich pracowników – napisali eksperci z PIE.

Dyskusja nad wprowadzeniem 4-dniowego tygodnia pracy czy skróceniem dziennego jej wymiaru z 8 do 6 godzin trwa w najlepsze od kilku lat. Co chwilę kolejne państwa czy regiony informują o rozpoczęciu „eksperymentu” w tym zakresie. Mowa o eksperymencie, bo na razie żaden kraj czy też branża nie zdecydowały się na stałe skrócić czasu pracy. Zrobiły to pojedyncze firmy. Niedawno Unilever poinformował, że przetestuje krótsze godziny pracy dla wszystkich swoich pracowników (81 osób) w Nowej Zelandii, pozwalając im zdecydować, które cztery dni chcą przepracować w każdym tygodniu.

Najważniejszą rzeczą w takich projektach jak skrócenie czasu pracy jest gotowość organizacji do wprowadzania wszelkich zmian ułatwiających pracownikom realizację tych samych zadań, ale w krótszym czasie. Kluczem jest wyeliminowanie wszystkich nieefektywnych działań, procesów, które nie pozwalają nam być produktywnym. Jest to ciągła praca nad takimi zmianami.

Przeprowadzone badania sugerują, że efekty skrócenia czasu pracy mogą silnie zależeć od charakteru pracy i mogą być silnie zróżnicowane pomiędzy sektorami gospodarki. W niektórych przypadkach skrócenie czasu pracy może oznaczać konieczność zwiększenia nakładów związanych z zatrudnieniem nowych pracowników.  Dodatkowo wyniki eksperymentów sugerują, że pozytywny wpływ skrócenia czasu pracy na produktywność obserwowany był głównie w firmach świadczących usługi z dziedziny nowych technologii, a także w administracji publicznej.

Nadchodzi fala protestów pracowniczych

Nadchodzi fala protestów pracowniczych

Na jesieni będzie protestować budżetówka, ochrona zdrowia i pracownicy sfery edukacji. Nie satysfakcjonują ich obiecane do tej pory podwyżki wynagrodzeń.

Wiele grup zawodowych jest niezadowolonych ze swojej sytuacji. Dlatego też zgłosiły one chęć przystąpienia do jesiennych protestów. Niektórzy już teraz podjęli działania, m.in. pracownicy cywilni sądów i prokuratur, wybrane grupy z sektora ochrony zdrowia czy zatrudnieni w ZUS-ie, jak informuje portal pulshr.pl na podstawie rozmowy z Andrzejem Radzikowskim, przewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). Jak zaznacza Radzikowski, oczekiwania płacowe mają nie tylko pracownicy typowej sfery budżetowej, ale także osoby zatrudnione w sferze finansów publicznych. Mowa m.in. o ochronie zdrowia czy edukacji.

Niestety jeśli spojrzymy na projekt budżetu, to w przypadku nauczycieli mamy zerowy wskaźnik wzrostu wynagrodzeń. Z kolei subwencja oświatowa ma wzrosnąć o 2 proc. Z tego wynika, że nie ma przestrzeni na wielkie podwyżki płac, które 15 września ma ogłosić minister nauki Przemysław Czarnek. Chyba że mają być one sfinansowane przez nauczycieli z ich dotychczasowych wynagrodzeń. Pan minister wspominał o likwidacji dodatku wiejskiego, radykalnym zmniejszeniu odpisu na fundusz socjalny czy o wydłużeniu dydaktycznego czasu pracy. W takim przypadku to jednak nie będą podwyżki, ale przesunięcie składników wynagrodzenia. Wiele wskazuje więc na to, że nauczyciele dołączą do protestów – mówi Radzikowski.

Skala i siła protestów będą zależały głównie od władzy publicznej. Celem akcji nie jest sama akcja, ale realizacja postulatów. Jeśli one będę spełniane, to skala protestów będzie mniejsza. Zawsze traktujemy radykalne działania jako ostateczność. Uważamy, że forma negocjacji to najlepsza forma poprawy sytuacji – zaznacza Andrzej Radzikowski.

Związkowcy widzą jednak światełko w tunelu. Rząd zapowiedział podniesienie wynagrodzeń w sferze budżetowej w 2022 r. W przekazanym do konsultacji projekcie budżetu państwa przewiduje się wzrost wynagrodzeń w państwowych jednostkach budżetowych oraz odmrożenie funduszu nagród i premii. W uzasadnieniu rząd wskazuje, że wynagrodzenia wzrosną średnio o ok. 7,8 proc.

Rząd ugiął się pod naciskiem działań prowadzonych przez OPZZ i organizacji członkowskich. Ustawa okołobudżetowa zakłada wzrost wynagrodzeń w budżetówce na poziomie 7,8 proc. Musimy jednak pamiętać, że wzrost ten dotyczy funduszu płac – łącznie z nagrodami i premiami. Ponadto podana wartość to średnia, zatem mogą wystąpić duże różnice w podwyżkach pomiędzy poszczególnymi grupami zawodowymi czy stanowiskami – komentuje Radzikowski.

Rząd zapowiedział, że podwyżki będą. Pytanie – jak duże? Od tego będzie bardzo dużo zależało. My walczymy o 12-proc. podwyżki. Jeśli będą to dużo niższe stawki, to na pewno będą protesty. Pamiętajmy jednak, że projekt budżetu będzie omawiany w RDS i parlamencie. Istnieje więc możliwość poprawy sytuacji i realizacji postulatów pracowniczych – mówi szef OPZZ.