Publiczny system zdrowia to plus, a nie koszt

Publiczny system zdrowia to plus, a nie koszt

Publiczna ochrona zdrowia jest długoterminową inwestycją, która zwraca się z nawiązką.Tak wynika z badań przeprowadzonych w USA.

Jak informuje Obserwator Gospodarczy, Medicaid to publiczny program pomocowy w USA dla osób i rodzin, które nie stać by zapłacić na opiekę zdrowotną. Zapewnia on ubezpieczenie zdrowotne milionom najgorzej sytuowanych osób w Ameryce. W 2015 roku obejmował 40 procent wszystkich dzieci, a jego koszt wyniósł około 90 miliardów dolarów. Pojawiają się jednak głosy, że koszty programu są zbyt wysokie.

Jak jednak można przeczytać w artykule opublikowanym w American Economic Review,  włączenie dzieci do Medicaid w dłuższej perspektywie przyniosło większe korzyści niż wyniosły koszty finansowania programu.

Goodman-Bacon odkrył, że kwalifikowalność do Medicaid we wczesnym dzieciństwie zmniejszyła śmiertelność i niepełnosprawność oraz zwiększyła zatrudnienie nawet 50 lat później. W rezultacie małe dzieci w latach 60. i 70., które dorastały z Medicaid, stały się zdrowszymi dorosłymi, którzy płacili więcej podatków i mniej korzystali z pomocy społecznej.

Szczególnie dużo na powszechnym ubezpieczeniu zyskały mniejszości mieszkające w USA. Z badań wynika, że uprawnienia z dzieciństwa prowadziły do coraz większych szans na zatrudnienie w późniejszym okresie życia. Im dłużej dane dziecko było objęte Medicaid, tym mniej w przyszłości polegało na pomocy społecznej, a jednocześnie miało większe szanse na zatrudnienie.

Objęcie dzieci Medicaid dodało w sumie 10 milionów tzw. jakościowych lat życia. Jest to miara jakości i długości przeżytego życia dla kohort urodzonych w latach 1955-1975. Objęcie tych osób Medicaid pozwoliło zmniejszyć koszty wypłacania rent inwalidzkich oraz zasiłków socjalnych, jednocześnie zwiększając wpływy podatkowe. Zyski z wprowadzenia Medicaid dla tych osób były dwukrotnie wyższe niż koszty.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Strajk robotników w USA

Strajk robotników w USA

Największy strajk w Stanach Zjednoczonych od 2019 roku rozpoczął się w czwartek wczesnym rankiem, gdy ponad 10 tys. członków związku United Auto Workers (UAW) odeszło od stanowisk pracy w firmie produkcyjnej John Deere.

Pracownicy z 14 magazynów John Deere w Illinois, Iowa, Kansas, Kolorado i Georgii rozpoczęli strajki o północy w czwartek. W zeszłym miesiącu robotnicy głosowali w 99 procent za strajkiem.

Pracownicy są sfrustrowani wieloma problemami. Odrzucili już kilka ofert porozumienia od firmy John Deere. Zgłaszają niskie zarobki i długie godziny pracy, a niektórzy z nich twierdzą, że byli zmuszani do pracy od 10 do 12 godzin dziennie od poniedziałku do soboty. Firma zwolniła i zdegradowała wielu pracowników przed pandemią i wydawała się nieprzygotowana na sprostanie zapotrzebowaniu konsumentów, które wzrasta podczas podczas pandemii.

Pracownicy otrzymują wynagrodzenie w wysokości 19,14 USD za godzinę, podczas gdy firma odnotowała rekordowe zyski w wysokości 4,7 mld USD w pierwszych trzech kwartałach 2021 r. i wypłaciła swoim akcjonariuszom setki milionów dywidendy.

Wiele z tego, co działo się w kraju w ciągu ostatnich kilku lat, zdecydowanie uświadomiło ludziom rozbieżność między przedsiębiorstwami a dochodami. To po prostu ogromna chciwośc korporacji – powiedział Guardianowi David Schmelzer, inspektor kontroli jakości z Illinois i były przewodniczący komórki nr 79 UAW – Większość ludzi chce mieć większy udział w sukcesie tej firmy, w sukcesie, którego byliśmy główną przyczyną. Pracownicy John Deere są niezadowoleni z ustępstwa poczynionego w negocjacjach kontraktowych w latach 90., kiedy firma utworzyła dwa poziomy pracowników, aby ci zatrudnieni po 1997 r. otrzymywali gorsze świadczenia. Tylko pracownicy zatrudnieni przed 1997 r. otrzymują pełne świadczenia emerytalne i zdrowotne po przejściu na emeryturę. Nowi pracownicy otrzymują tylko jedną trzecią poprzedniej pensji i nie mają opieki zdrowotnej na emeryturze. Teraz firma próbuje stworzyć trzeci poziom, który całkowicie eliminuje emerytury, co oburzyło pracowników. Jest w nas znacznie więcej gniewu. Jesteśmy zmęczeni. Mamy dość zarabiania groszy. Daliśmy im tak wiele z naszego życia – powiedział jeden z pracowników reporterowi Labor Notes Jonahowi Furmanowi.

 

Ratownicy z podwyżką, pielęgniarki bez?

Ratownicy z podwyżką, pielęgniarki bez?

Od 1 października wynagrodzenia ratowników medycznych miałyby wzrosnąć o 30 proc. Teraz wszystko w rękach posłów. Inne grupy protestujących medyków nie zostały jednak na razie dostrzeżone.

Jak pisze portal rynekzdrowia.pl, 13 października posłowie wysłuchali sprawozdania Komisji Zdrowia o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz ustawy – Prawo farmaceutyczne. Ustawa o ZOZ-ach dawała możliwość przyznania 30 procentowego dodatku ratownikom zespołów ratownictwa medycznego. Ustawa przestała obowiązywać, a ratownicy stracili możliwość uzyskiwania tych dodatków.

W trakcie dyskusji nad sprawozdaniem posłanka Józefa Szczurek-Żelazko zaproponowała dodanie do projektu trzech innych poprawek. Dwie z nich odnosiły się do ratownictwa medycznego.

Poprawka pierwsza dotyczy ustawy o działalności leczniczej. Tu chcemy prowadzić zmianę dotyczącą przywrócenia dodatku wyjazdowego przyznawanego wcześniej pracownikom zatrudnionych w zespołach ratownictwa medycznego na podstawie już nieobowiązującej ustawy o zakładach opieki zdrowotnej – wyjaśniała posłanka – Ustawa dawała możliwość przyznania 30 procentowego dodatku dla ratowników zespołów ratownictwa medycznego. Ustawa przestała obowiązywać, a ratownicy stracili możliwość uzyskiwania tych dodatków. Dlatego proponujemy zmianę w ustawie o działalności leczniczej, by ten dodatek został przywrócony – dodała.

Kolejna poprawka dotyczy wejścia w życie wspomnianego dodatku. Wnioskodawcy chcą, aby wszedł w życie od 1 października 2021 roku. Dotyczy to zarówno ratowników na umowach, na kontraktach , jak i kierowców ambulansów.

Nowy patronat medialny: Za milion lat od dzisiaj

Nowy patronat medialny: Za milion lat od dzisiaj

Z przyjemnością informujemy, że „Nowy Obywatel” objął patronat medialny nad ciekawą książką: „Za milion lat od dzisiaj. O śladach, jakie zostawimy” Davida Farriera.

Polski przekład książki właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Milion lat, może trochę więcej, może trochę mniej. Co po nas zostanie? Plastik, odpady jądrowe czy kilometry dróg asfaltowych – tworzymy artefakty zdolne przetrwać bardzo długo. Wszystkie te przyszłe skamieliny opowiedzą następnym pokoleniom wiele o tym, jak żyliśmy w XXI wieku.

David Farrier, profesor literatury, zachęca nas do refleksji nad tym, jakie będzie dziedzictwo antropocenu. W swej wędrówce od Morza Bałtyckiego po Wielką Rafę Koralową, ale też składowisko odpadów nuklearnych i laboratorium rdzeni lodowych, przedstawia historię gwałtownie zmieniającej się planety i przewiduje dalekosiężne skutki tej transformacji. Odwołując się do kanonu literatury, sztuki i nauki, zastanawia się, w jaki sposób zostaniemy zapamiętani w mitach, opowieściach i językach ludzi przyszłości. Za milion lat od dzisiaj to pobudzająca wyobraźnię, głęboko humanistyczna refleksja na temat antropocenu, zmian klimatycznych i ich konsekwencji dla naszych potomków. To zarazem apel o to, byśmy dostrzegli, że zmieniając teraźniejszość, zmieniamy przyszłość.

Więcej informacji o książce oraz możliwość zakupu na stronie wydawcy: https://wuj.pl/ksiazka/za-milion-lat-od-dzisiaj