Dajmy szansę polskiej wsi!

Z Jerzym Chróścikowskim rozmawia ·

Dajmy szansę polskiej wsi!

Z Jerzym Chróścikowskim rozmawia ·

(ur. 1978) – przyrodnik, z zainteresowaniem i sympatią spogląda na tzw. hipotezę Gai, autorstwa Jamesa Lovelocka. Lubi przemieszczać się przy użyciu własnych sił, stąd rower i narty biegowe są mu nieocenionymi przyjaciółmi. Miłośnik tego, co lokalne i nieuchwytne, czego nie da się w prosty sposób przenieść w inne miejsce. Każdą wolną chwilę spędza na łonie Natury. Dumny ojciec Olafa.

Mijają lata, a media, opinia publiczna i politycy głównego nurtu niemal nie interesują się ogromnymi obszarami kraju, zamieszkanymi przez miliony osób i zapewniającymi podstawy bytu, czyli żywność. O wsi i rolnictwie mówi się głównie w kontekście zwyczajowego utyskiwania na „polskie zacofanie”, rzekomego „okradania podatników” przez KRUS, ewentualnie podczas kampanii wyborczych. Tymczasem jest to obszar i sektor gospodarki pełen poważnych problemów i wyzwań rozwojowych oraz niezwykle ważny z punktu widzenia kondycji kraju. O tym wszystkim rozmawiamy z senatorem Jerzym Chróścikowskim – przewodniczącym Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

***

Jakie zmiany zachodziły długofalowo na polskiej wsi od lat 90. do dziś? Na jakie procesy społeczno-gospodarcze trzeba zwrócić uwagę?

Jerzy Chróścikowski: Z pewnością początek lat 90. był czasem wielkich zmian. Wprowadzał je rząd Tadeusza Mazowieckiego, ale zaczęła jeszcze ekipa premiera Mieczysława Rakowskiego. Uwolniono ceny, powstawały spółki nomenklaturowe. W ramach polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza zniesiono także dopłaty do rolnictwa. Zaczął się wielki bunt społeczny rolników, pierwsze strajki. A przypomnę, że chwilę wcześniej rolnicy popierali premiera Mazowieckiego: choćby poprzez dary rolnicze, pożyczkę zbożową.

Gdy otwarto polski rynek na produkcję rolną z Zachodu, zmiany okazały się niekorzystne dla rodzimego rolnictwa. Przestał opłacać się eksport polskich produktów rolnych. Musieliśmy walczyć o krajowe mechanizmy wsparcia, żeby wyrównać konkurencyjność, m.in. o minimalne ceny, choćby dla zbóż czy buraków. To się udało na bardzo krótko.

Polityka Balcerowicza doprowadziła do zmiany systemu oprocentowania pożyczek bankowych. Rolnicy czy małe zakłady przetwórstwa rolno-spożywczego, którzy mieli zaciągnięte kredyty, nie byli w stanie ich spłacać. Wiele gospodarstw czy firm w efekcie upadło. Zaczęły się protesty, najpierw w Zamościu, później w Warszawie. Podpisano w końcu porozumienie, powstał Fundusz Restrukturyzacji i Oddłużenia Rolnictwa, a następnie w 1994 r. ustawą została powołana Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Generalnie przez całe te lata trwała walka o obniżanie kosztów produkcji rolniczej, np. poprzez dopłaty do paliw rolniczych, tańsze kredyty czy dopłaty do materiału siewnego. Skutkowało to niższymi cenami żywności oraz poprawiło częściowo konkurencyjność na rynkach zewnętrznych i krajowym. Od wejścia do Unii Europejskiej nie jesteśmy niestety na równych prawach. Nasze rolnictwo musi dostosowywać się do prawa unijnego, a płatności i składki obowiązują nas jak w przypadku innych krajów UE, natomiast nasze płatności bezpośrednie są niższe niż w krajach dawnej „piętnastki”.

Przed wejściem do Unii protesty rolnicze pomogły wymusić na władzy krajowe mechanizmy wsparcia, które do dziś jeszcze są stosowane. Mówię choćby o Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Przypomnę, że rolnicy do lat 80. nie byli objęci żadnymi ubezpieczeniami. Ostatecznie jednak – jeśli porównać realia zachodnie z polskimi – wciąż nie jesteśmy konkurencyjni, nie wypracowaliśmy systemu efektywnego wsparcia własnego rolnictwa.

A na ile zasadne jest uogólnienie „polska wieś”? Dużo przecież zależy od sytuacji poszczególnych regionów, także od historycznych zaszłości (struktury popeegerowskie). Czy mamy do czynienia zatem z jednym, czy z wieloma modelami polskiej wsi?

J. Ch.: Mowa o „polskiej wsi” jako czymś jednolitym to oczywiście uogólnienie. Badania socjologów pokazują, że struktura agrarna na polskiej wsi wciąż odzwierciedla jej ukształtowanie z czasów zaborów. Stąd inna jest specyfika gospodarstw rolnych na zachodzie, a inna na wschodzie i południu Polski. Te kwestie przenoszą się również na zamożność rolników, na realia społeczne. Jeśli popatrzymy na zaludnienie, to na terenach północno-zachodnich jest ono niższe, a gospodarstwa są większe, z kolei na południu i wschodzie Polski przeważają drobne gospodarstwa o większym zaludnieniu. Jako związek rolniczy „Solidarność” jesteśmy za gospodarstwami rodzinnymi, jako najbardziej efektywnymi i właściwymi dla polskich realiów. Tymczasem nie wypracowano – ani w obrębie kraju, ani w Unii Europejskiej – żadnego modelu wsparcia dla tego typu gospodarstw. A jest to konieczna sprawa.

Osobnym problemem są zaszłości popegeerowskie. Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, a następnie Agencja Nieruchomości Rolnych oddawały najpierw w dzierżawę, a później sprzedawały ziemię należącą wcześniej do PGR-ów. Większe gospodarstwa rolne powstają na byłych terenach popegeerowskich, tam utrzymuje się też pęd do zakupu ziemi. Natomiast zmiany struktury agrarnej, agrotechnicznej na wschodzie i południu kraju zachodzą wolniej, są trudniejsze także ze względu na jakość ziemi czy ukształtowanie terenu.

Przed nami „długa rewolucja” agrarna. Powtórzę, pojawia się także pytanie o model polskiego rolnictwa. Czy wygra model gospodarstw rodzinnych, czy obszarniczy (wielcy właściciele prywatni), czy też model kartelowy, gdzie rolnik będzie skazany na rolę najemnika, a wszelkie zyski odpłyną do koncernów. Ta ostatnia opcja jest w świecie coraz powszechniejsza, a rolnicy zrzeszeni w „Solidarności” zdecydowanie się jej przeciwstawiają. Rzecz nie tylko w strukturze własnościowej, ale także w ilości miejsc pracy i pewnym bezpieczeństwie socjalnym, które się z tym wiąże. Rolnictwo wielkotowarowe, koncernowe, ma tendencję do radykalnego ograniczania miejsc pracy, natomiast gospodarstwa rodzinne zabezpieczają je. A przecież dobrostan społeczny to coś więcej niż materialny zysk kilku transnarodowych podmiotów. Lokalność, regionalność, bezpieczeństwo i jakość żywności – to mogą gwarantować polskie gospodarstwa rodzinne, a ich utrzymanie jest tańsze niż ponowne programy osadnicze, z którymi przy dużym wyludnieniu terenu mamy już dziś do czynienia w innych państwach. Zachód wie, że stracił coś cennego – dlaczego mamy powtarzać cudze błędy? Dziś UE mówi wprost, iż dopłaca rolnikom nie za to, że produkują, lecz za to, że wytwarzają dobra publiczne. A na nie składają się środowisko naturalne, dobrostan zwierząt czy bezpieczeństwo żywieniowe, a także ciągłe odtwarzanie lokalnych kultur i społeczności.

Odnotujmy przy tej okazji niedawne protesty polskich rolników przeciw wykupowi ziemi… Jakie są szanse na powstrzymanie tego procederu?

J. Ch.: Powinniśmy bronić rodzinnego charakteru polskich gospodarstw. W Europie po to m.in. wymyślono renty strukturalne, żeby przekazywać areał następcom, powiększając go. W Polsce, mówiąc najdelikatniej, ten system został popsuty. W naszym kraju rentę strukturalną gwarantować miało 15-hektarowe gospodarstwo, ale po wejściu do Unii Europejskiej zmieniono to radykalnie. Rentę strukturalną gwarantowało przekazanie nawet hektarowego gospodarstwa, do tego dochodziło prawo do podziału/spadku – wszystko to powodowało rozdrobnienie gospodarstw i totalny bałagan. Ten mechanizm moim zdaniem ułatwiał też wykupywanie ziemi. Na szczęście w trakcie realizacji Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich częściowo został zmieniony. Od wielu lat walczę o stworzenie odpowiedniej ustawy i instytucji, która będzie kontrolować zmiany własnościowe na polskiej wsi, gdy po roku 2016 ziemia zostanie „uwolniona” i każdy będzie ją mógł nabywać – niezależnie, czy będzie to kapitał niemiecki, francuski czy amerykański. Wolnorynkowa możliwość wykupu będzie sprzyjać kartelom rolnym, które będą miały odpowiednią siłę nabywczą. Może nam zatem grozić model południowoamerykański, gdzie ziemia, a co za tym idzie – gospodarka rolna, jest własnością karteli. Jako rolnicza „Solidarność” chcemy stworzyć odpowiednią ustawę, która zabezpieczy lokalne interesy rolnicze i obrót ziemią korzystny dla rolników. Wcześniej zrobili to Francuzi – nie zakazują zakupu gruntu cudzoziemcom, ale równocześnie zdecydowanie wspierają własnych rolników. To jest dla nas wzór: pierwszeństwo nabycia dla naszych gospodarzy.

Jak wygląda dziś struktura rolnictwa?

Prof. J. Ch.: W Polsce rozwija się sieć wielkoobszarowych gospodarstw rolnych, ta tendencja narasta. Nie zahamujemy jej. Zresztą choćby w systemie włoskim małe i duże gospodarstwa rolne współpracują z korzyścią dla obu stron. Małe gospodarstwa zabezpieczają siłę roboczą dla dużych, tworzą też korzystniejszą strukturę społeczną, zachowane zostają sąsiedzkie stosunki, obszar się nie wyludnia. Myślę, że to powinien być punkt odniesienia w polskich warunkach – niebezpieczna byłaby niemal zupełna likwidacja gospodarstw małych.

Wedle dostępnych badań opłacalne jest gospodarstwo rolne o minimum 20-hektarowym areale w przeliczeniu na etaty i dochody z pracy w mieście. Jednak wiele polskich gospodarstw dysponuje maksymalnie kilkoma hektarami. Jak Pan postrzega ich szanse?

J. Ch.: To poważny problem, z którym musimy się zmierzyć, szczególnie dotyczy to Unii Europejskiej. W obrębie unijnej polityki rolnej trwa debata o sposobie funkcjonowania najmniejszych, 3-5-hektarowych gospodarstw rolnych. Mają to być samowystarczalne gospodarstwa „socjalne”, nie objęte żadnymi regulacjami. Jednak przy okazji rodzą się inne kwestie. Można mieć pięć hektarów sadu, który przynosi zyski, i kilkanaście hektarów ziemi, która nie przynosi zysków, bo wiele zależy choćby od rodzaju produkcji i możliwości sprzedaży.

W polskich warunkach – to moja obserwacja – małe gospodarstwa rolne radzą sobie niejednokrotnie lepiej niż te średnie. Właściciel małego gospodarstwa może sobie gdzieś dorobić. Najtrudniej jest gospodarstwom 10-, 15-hektarowym. Ich właściciele nie wiedzą, w co inwestować w danym momencie, nie mają po temu wystarczającego kapitału. Z kolei większe gospodarstwa mają z reguły odpowiednie zasoby, by inwestować w kolejne uprawy, wykup ziemi, modernizację sprzętu.

W tej sytuacji małe gospodarstwa rolne nie inwestują już nawet w sprzęt rolniczy, bo łatwiej i taniej go wypożyczyć od usługodawcy, jakim z kolei są duże gospodarstwa, dysponujące „nadwyżką sprzętową”. Takie małe gospodarstwa mogą łatwiej przeprofilować swoją produkcję.

Drobne gospodarstwa są szansą rozwoju rynku lokalnego. Przede wszystkim mogą one tworzyć wysokiej jakości produkty do bezpośredniej sprzedaży, przy unikaniu łańcucha pośredników, co wpływa także na cenę. Problem polega na tym, że UE daje najmniejszym gospodarstwom możliwość takiego funkcjonowania na rynku, jednak w polskich warunkach biurokracja uderza właśnie w te podmioty. Urzędnicy bardzo chętnie je kontrolują. Myślę, że działa tu także lobbing koncernów żywnościowych, które obawiają się konkurenta gwarantującego lepszej jakości lokalną żywność po niezawyżonej cenie.

Trzeba pamiętać, że podstawą zdrowia człowieka jest spożywana żywność. Ta lokalna, z małych gospodarstw, ratuje przed masowymi epidemiami i schorzeniami typowymi dla globalnej produkcji. Konsument otrzymuje gwarantowany produkt, np. ekologiczny, może wręcz osobiście poznać jego producenta. Tę „filozofię rolnictwa” znamy już choćby z ruchu Slow Food. Poza tym choć kupujemy dziś przemysłowo produkowaną żywność taniej, to w zamian więcej wydajemy na leczenie i zapobieganie chorobom cywilizacyjnym, choćby alergiom wśród dzieci. Myślę, że nasze rodzime rolnictwo, oparte na niewielkich gospodarstwach rodzinnych, może stanowić element sensownej alternatywy wobec globalnej produkcji żywności.

A jak Pan postrzega w tym kontekście rozwój form stowarzyszeniowych, grup producentów rolnych, spółdzielni oferujących wsparcie przez współdziałanie?

J. Ch.: Bardzo dobrze działa to np. w Belgii czy Austrii, gdzie istnieją silne grupy producenckie, tworzone w oparciu o właścicieli małych gospodarstw rolnych. Czegoś podobnego potrzebujemy w Polsce. Ale nas zastopowała Unia Europejska: zorganizowaliśmy grupy producenckie owoców i warzyw, powstały duże przetwórnie i chłodnie. Najwidoczniej szło nam za dobrze.

Problemem jest także to, że polski system spółdzielczy, tak prężnie rozwijający się w swoich początkach, został spaczony, upaństwowiony w PRL-u. Rolnicy mają złe skojarzenia z kooperatyzmem. Może młodsze pokolenia rolników nauczą się myśleć i działać inaczej. Ale to także problem prawa i funkcjonowania instytucji spółdzielczych, choćby banków. Poddaliśmy unifikacji prawo bankowe, stąd banki spółdzielcze, z których mogliby korzystać rolnicy, działają na takich samych zasadach jak inne instytucje finansowe. Gdy niegdyś brałem kredyt jako członek banku spółdzielczego, był on niżej oprocentowany. Dziś musi być oprocentowany podobnie wysoko jak gdzie indziej – to wymóg prawa. Po co zatem namawiać rolnika do działalności w banku spółdzielczym, skoro nie ma on z tego istotnej korzyści? Dlatego należy zmienić prawo spółdzielcze.

A jak system unijnych dopłat wpłynął na sytuację wsi? Jakie są pozytywy, jakie negatywy?

J. Ch.: Mieliśmy dziesięcioletni okres dostosowawczy, przygotowywaliśmy polskich rolników do funkcjonowania w realiach unijnych struktur. Liczyliśmy na to, że wspólne regulacje ułatwią nam funkcjonowanie w obrębie unijnego rynku. W pewnym stopniu się to potwierdziło. Analiza niektórych aspektów rodzimego eksportu rolniczego pokazuje, że jesteśmy – per saldo – na plusie. Ale z drugiej strony płatności unijne nie gwarantują nam konkurencyjności. Rolnik francuski czy niemiecki otrzymuje 340 lub 380 euro dopłaty do hektara, a polski – 190 euro. Ponadto wprowadzone przepisy unijne powodują, że w ich ramach musimy spełniać rozliczne wymogi. Rolnicy pozbywają się produkcji, która nie spełnia unijnych standardów, nawet co do ilości. „Jednobańkowcy”, czyli producenci niewielkiej ilości mleka, nie mają szans na jego sprzedaż w mleczarni. Wyeliminowaliśmy mnóstwo drobnej produkcji. Niby mamy nadwyżki eksportu, ale równocześnie nasza produkcja trzody obniżyła się o ponad 40 proc., a 30 proc. wołowiny pochodzi dziś z importu. Wprowadzenie płatności bezpośrednich miało dawać szansę na wyrównanie konkurencyjności, ale tak się nie stało. Oczekiwaliśmy, że w 2014 r. dojdzie do tego wyrównania, ale tak się nie stanie. Jedyną nadzieją jest to, że w negocjacjach unijnych Parlament Europejski proponuje korzystniejsze rozwiązania dla Polski.

Wspomniał Pan o żywności z importu. Mamy w ogóle szanse na samowystarczalność żywieniową?

J. Ch.: Wszyscy mówią dziś, że Unia Europejska tworzy jeden rynek, zatem nie ma problemu z bezpieczeństwem żywieniowym. Ale przecież unijny rynek także jest podatny na kryzysy. W zeszłym roku ceny zbóż poszły w górę ze względu na globalne problemy. Nie można wykluczyć, że podobne sytuacje będą się powtarzały. A jeśli uzależnimy się od importu, to ile wydamy na sprowadzanie żywności? Czy będzie nas na to stać? To bardzo mocno wiąże się przecież z bezpieczeństwem żywieniowym. Dlatego musimy dbać o zwiększanie własnej produkcji. Często nie wymaga to wielkich nakładów, lecz jedynie stworzenia przyjaźniejszych warunków prawnych.

Byłem niedawno w Irlandii na konferencji poświęconej rolnictwu. Premier tego kraju stwierdził, że aby Irlandia wyszła z kryzysu, musi postawić na rolnictwo, na zwiększenie produkcji rolnej o 30-40 proc. – mleka, trzody chlewnej, bydła. Pytam zatem: a jakie są nasze pomysły na wyjście z kryzysu? Przecież jesteśmy krajem rolniczym… Mamy znaczny potencjał rolniczy do wykorzystania, w tym przetwórstwo, a także możliwość eksportu żywności o dobrej jakości.

Gdy mówimy o wsi, myślimy szerzej o polskiej prowincji. Czy jej kondycja stanowi dziś przedmiot jakiejkolwiek troski ze strony polityki rządu?

J. Ch.: Gdy mówimy o kondycji wsi, myślimy często o jej infrastrukturze. Fundusze spójności wpływają na proces naprawy wieloletnich zaniedbań w tej dziedzinie: brak wodociągów, kanalizacji, dobrych dróg, wielu elementów nowoczesnej technologii. Szybciej modernizują się jednak tereny podmiejskie, sypialnie miast. Na „głębokiej wsi” wciąż są ogromne potrzeby. Jest szansa, że środki z funduszy spójności, którymi dysponują gminy, będą coraz lepiej wykorzystywane. Pojawia się jednak pytanie: czy samorządy, które dziś skarżą się na deficyt i które mają utrudnione kredytowanie, nadal będą mogły korzystać z tych środków. Niemniej widzę chęci, widzę duże potrzeby. 300 miliardów złotych wynegocjowanych środków to olbrzymi potencjał, który może zmienić rzeczywistość polskiej wsi na lepsze.

Gorzej jest jednak z perspektywą rolną, tu cierpimy na deficyt konkurencyjności. Minister rolnictwa proponuje, by zabrać środki przeznaczone na program rozwoju obszarów wiejskich, na modernizację i usprzętowienie gospodarstw i przeznaczyć je na dopłaty bezpośrednie. Mieliśmy 13,4 miliarda euro na poprzednich siedem lat, teraz mamy 9,8 mld euro, z tego chce się zabrać jeszcze 25 proc. Zostanie zatem o połowę mniej, niż otrzymali rolnicy na modernizację gospodarstw w poprzedniej perspektywie finansowej.

W dodatku jeśli spojrzymy na długofalowe programy rozwojowe, sięgające roku 2030, to widzimy, że skupione one są na rozwoju metropolii. Tzw. program polaryzacyjno-dyfuzyjny mówi, że mamy modernizować najpierw centra, a później – rzekomo – przez dyfuzję dobrobyt wielkich ośrodków będzie stymulował rozwój prowincji. Ale to się nie sprawdziło nigdzie w Europie. Moim zdaniem trzeba wprowadzić model zrównoważonej gospodarki, musimy długofalowo dbać także o bezpośrednie interesy polskiej wsi, naszego rolnictwa.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Krzysztof Wołodźko.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie