OPINIE

O pożytkach płynących z rozdawania pieniędzy

Nie kosztowne programy aktywizacyjne, nie poniżająca kontrola beneficjentów zasiłków – zwyczajny przelew pieniędzy, trwający obecnie kilka sekund i wymagający kilku kliknięć, jest tym kamieniem filozoficznym, którego poszukiwali od setek lat badacze kwestii ubóstwa. Formy tych świadczeń mogą być różne – stałe lub jednorazowe, powiązane z jakąś obiektywną sytuacją (posiadanie dzieci, miejsce zamieszkania, wiek itd.) lub nie. Ważne, żeby kwoty były w wysokości wystarczającej do podjęcia zakładanych aktywności i były wolne od administracyjnej czapy i czujnego oka pracowników socjalnych. Proste transfery pieniężne trafiające bezpośrednio do potrzebujących okazują się być najbardziej optymalnym (tzn. najszybszym i najtańszym) sposobem likwidowania biedy zarówno w krajach rozwiniętych, jak i w krajach Trzeciego Świata. Tęgie głowy od lat trudziły się, by wymyślić wzór na biedę – lenistwo razy brak odpowiedzialności plus wyuczona bezradność, i tak dalej. Tymczasem wzór na biedę od zawsze był prosty i oczywisty – bieda równa się brakowi pieniędzy. Chcecie zlikwidować biedę, przekażcie biednym pieniądze. Ale biednym bezpośrednio – nie organizacjom pomocowym, nie instytucjom polityki społecznej, nie skorumpowanym elitom krajów rozwijających się, nie przedsiębiorcom, którzy będą aktywizować ubogich po swojemu. Dajmy je tym, którzy ich bardzo potrzebują. I nie jakąś śmieszną jałmużnę, o którą muszą się prosić – solidną kwotę, która pozwoli stanąć na nogi. Czytaj więcej

Gadomski, Maziarski i Pinochet w jednym stoją domku

Polska jak mało który kraj wie, co to znaczyć żyć pod jarzmem dyktatury. Nie minęło jeszcze 30 lat od czasu, gdy demokracja była dla nas ledwie marzeniem. Teraz w pocie czoła musimy stać na straży wolności, którą z takim trudem wywalczyliśmy. Tym bardziej dziwi fakt, że „Gazeta Wyborcza” regularnie publikuje teksty ludzi odwołujących się do antydemokratycznych wartości. Ludzi, którzy za pięknymi i utopijnymi ideami, skrywają zamiłowanie do dyktatorskich rozwiązań. Mam na myśli Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego, zwolenników idei Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana. Gadomski i Maziarski idą śladami swoich mistrzów. Pokrewieństwo ideowe ze zwolennikami dyktatur sprawia, że gdy polska demokracja drży w posadach, publicyści „Wyborczej” konsekwentnie zalecają rozwiązania, które doprowadzą do jej dalszego osłabienia. Są zwolennikami przywilejów dla bogaczy pod postacią niższych podatków, choć dane jasno pokazują, że demokracja ma się najlepiej tam, gdzie bogaci płacą wysokie podatki – w Norwegii, Danii, Szwecji czy na Islandii. Mimo że wszyscy rozsądni specjaliści i instytucje, włączywszy w to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, biją na alarm w związku z narastającymi nierównościami społecznymi, Gadomski i Maziarski chcą je powiększać. Wyciągają z lamusa fundamentalizmu rynkowego zbutwiałe koncepcje. Powołują się na skompromitowaną teorię skapywania. Są zwolennikami ekonomicznej przemocy i władzy wielkich korporacji. Czytaj więcej

W poszukiwaniu lewicy romantycznej

W codziennych rozmowach z osobami z różnych klas i grup społecznych (choć najczęściej z akademikami), zauważyłam ostatnimi czasy zadziwiające zjawisko, nieraz witane radosnym zdumieniem po obu stronach. Lepiej rozmawia się socjalistom z konserwatystami, niż jednym i drugim z centrystami czy liberałami wszelkich odcieni, lewicowych czy prawicowych. Instytucje są niezwykle cenne i nie rosną na drzewach. Trzeba na nie bardzo długo wspólnie pracować. Dlatego zarówno organiczni konserwatyści, jak i organiczni socjaliści, jak roboczo nazywam zwolenników chronienia struktur, pragną zadbać o ich przetrwanie. Spotykamy się na gruncie ochrony instytucji społecznych, dorobku kultury i środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co łatwiej jest zniszczyć, niż z powrotem przywrócić do życia. Lewica pragnie zmieniać świat, tak, by ludziom żyło się lepiej i sprawiedliwiej. Ta, o której traktuje ten felieton, czyni to radykalnie w sferze idei, lecz ostrożnie w sferze struktur. Taki program jest możliwy wtedy, gdy socjologicznej rozwadze towarzyszy duchowa wyobraźnia. I tu docieramy do romantyków, a konkretnie do romantycznych wartości. Czytaj więcej

Zanim zastąpią nas roboty

Henry Ford pokazywał kiedyś szefowi związku zawodowego zakupione nowe maszyny, automatyzujące część prac, zastępujące część pracowników. Powiedział do szefa związku z uśmiechem: „Spróbuj te maszyny zapisać do związku i zebrać od nich składki na związek”. Na co szef związku odpowiedział: „Spraw, żeby kupowały twoje samochody”. W ostatnich dekadach XX wieku widzimy już w szeregu krajów Zachodu początek problemu nierównowagi między kapitałem a pracą. Liczba niepracujących w wieku produkcyjnym rośnie. Liczba miejsc pracy tworzonych przez nowe zawody (np. analityk danych) jest dużo mniejsza, niż tych, które odchodzą w niebyt za sprawą technologii. Jednocześnie rosną nierówności, więc wzrost wydajności – czyli rosnący tort PKB – jest dobrą wiadomością tylko dla właścicieli kapitału i niewielu osób, tych wykonujących wysokopłatne zawody. U innych wzrostowi produktywności towarzyszy stagnacja płacowa. Już wiemy, że da się produkować bez pracowników. Pytanie brzmi, jak stworzyć konsumpcję bez szerokiej bazy konsumentów posiadających dochody przeznaczone na konsumpcję. Pomysły typu minimalny dochód gwarantowany mają szansę co najwyżej łagodzić skutki, nie rozwiązując źródła problemu. Krytycy tego rozwiązania mają nieco słuszności. Populacja bez dochodu, kraj bez dochodu do redystrybucji przy braku nowoczesnych sektorów gospodarki powodują, że system dochodu gwarantowanego nie będzie mieć silnych podstaw. Byłaby to próba wytworzenia popytu bez bazy strony podażowej (wytwórczej). Opodatkowanie cyfrowej gospodarki będzie w Polsce mrzonką, jeżeli ta gospodarka w kraju nie będzie istnieć w zaawansowanej formie konkurencyjnych cyfrowych przedsiębiorstw.

Czytaj więcej

Rynek pracownika to kiepski żart

Teoria, według której w Polsce mamy do czynienia z rynkiem pracownika, to tylko bardzo marnej jakości żart. Bezrobocie na papierze jest niskie, jednak realnie rezerwową armię pracy możemy liczyć w milionach – nawet jeśli duża część z nich nie jest formalnie uznawana za bezrobotnych. Wzrost płac jest solidny, jednak z tak niskich poziomów kilkuprocentowe wzrosty nie są niczym oszałamiającym. Poza tym w innych krajach regionu wzrosty płac są podobne lub nawet wyższe. Pod względem niestabilności zatrudnienia nadal jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, za to pod względem jakości miejsc pracy w ścisłym ogonie krajów Zachodu. A realny system zabezpieczenia przed utratą pracy jak nie istniał, tak nie istnieje. Polscy pracownicy bez wątpienia jeszcze nie wstali z kolan – co najwyżej dopiero się na te kolana dźwigają, bo wcześniej leżeli znokautowani.
Czytaj więcej

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych. Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy. Czytaj więcej

Tylko złożoność nas uratuje

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Czytaj więcej