Nikt nie chce jeździć samochodem elektrycznym

Nikt nie chce jeździć samochodem elektrycznym

Obecna infrastruktura dla ładowania osobowych aut elektrycznych w Polsce znacznie wyprzedza potrzeby rynku. Poziom jej wykorzystania nie przekracza 3-5 proc.

Jak informuje serwis wnp.pl, obecnie istniejące stacje ładowania aut elektrycznych są w stanie pokryć zapotrzebowanie rynku na poziomie nawet kilkudziesięciu tys. aut elektrycznych. Gdybyśmy na koniec 2020 roku wskutek inwestycji OSD osiągnęli zakładaną w ustawie liczbę punktów ładowania, to stałyby one niewykorzystane, tak jak obecnie dzieje się to z większością dotychczas zbudowanych i udostępnionych punktów ładowania. Przyznaje to Rafał Czyżewski, prezes GreenWay Polska.

Do niedawna ładowanie samochodów elektrycznych było darmowe. Obecnie już sześć sieci pobiera opłaty za ładowanie samochodów elektrycznych w Polsce. Tydzień temu znalazł się w tym gronie Tauron, a w tym roku dołączą kolejno: Innogy, PGE, Orlen i Energa. Państwowy koncern energetyczny po wielu tygodniach przygotowań, uruchomił w końcu 30 grudnia 2019 roku płatności na swoich górnośląskich stacjach ładowania aut elektrycznych.

Co z cenami? Tańszy od samochodu elektrycznego jest nawet diesel. Jak informuje portal wysokienapiecie.pl, z półszybkich stacji AC najczęściej korzysta się w mieście, bo dostarczenie większej ilości energii wymaga zwykle nie minut, a pojedynczych godzin. Auta miejskie i kompaktowe zużywają w terenie zabudowanym średnio ok. 18 kWh/100 km. Mieszkając w bloku, i używając auta w mieście, za samą energie będziemy więc musieli zapłacić przynajmniej 18 zł/100 km. Przy dzisiejszych cenach paliw oznacza to więc równowartość zużycia ok. 3,5 l benzyny lub oleju napędowego. Zysk z posiadania „elektryka” nie jest więc oszałamiający. Dużo gorzej e-auta wypadają dziś w trasie. Przy jeździe autostradą zużycie nawet w niedużych samochodach na prąd rośnie do ok. 25 kWh/100 km. Uwzględniając stawki za szybkie ładowanie na poziomie 2,20 zł/kWh, auta na baterię żrą aż 55 zł/100 km. To równowartość spalania 10 litrów paliwa na 100 km. Dieslem w takiej trasie pojedziemy więc o nawet 15-20 zł taniej na każdych 100 kilometrach.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie płacą, a Unia traci

Nie płacą, a Unia traci

170 mld euro rocznie traci UE z powodu „uciekania” podatków pomiędzy krajami członkowskimi. Jej budżet wynosi 960 mld euro. Największe straty na podatku CIT występują w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii.

Sama likwidacja sztucznego transferowania zysków przez międzynarodowe korporacje między różnymi jurysdykcjami doprowadziłaby do odzyskania 420 miliardów euro. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania.”, pokazuje, że wiele problemów w Europie udałoby się rozwiązać zmniejszając skalę transgranicznego unikania płacenia podatków.

Analizując dane dotyczące unikania podatków w Europie, można dojść do smutnego wniosku, że solidarność jest tylko deklaratywną wartością w Unii Europejskiej. Straty wynikające z wykorzystywania międzynarodowych transakcji do oszustw podatkowych oraz unikania płacenia podatków zmniejszają dochody państw członkowskich UE o około 170 mld EUR rocznie. Unia powinna podjąć zintegrowane działania na rzecz uszczelnienia systemu podatkowego, co mogłoby stać się dodatkowym źródłem finansowania dla nowego budżetu, konstruowanego już bez ważnego płatnika w postaci Wielkiej Brytanii. Te środki mogłyby również zasilić budżet Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej lub Green Deal – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak pisze portal Obserwator Gospodarczy, efektywne opodatkowanie korporacji w państwach UE spadło w ostatnich dwóch dekadach o 8 punktów procentowych (z 24 proc. na 16 proc.). Międzynarodowe firmy swobodnie przenoszą zyski z krajów, w których działają, do państw z łagodniejszymi systemami podatkowymi w UE. Sześć państw członkowskich zyskuje na konkurencji podatkowej w UE. Komisja Europejska określiła je wewnętrznymi rajami podatkowymi. Są to Belgia, Cypr, Holandia, Irlandia, Luksemburg i Malta. Kraje te celowo wdrażają takie regulacje prawne, które sprzyjają sztucznemu transferowaniu do nich zysków. Co więcej, kraje te często są także wykorzystywane przez międzynarodowe korporacje jako państwa pośredniczące w dalszym transferowaniu zysków do tradycyjnych rajów podatkowych, takich jak Kajmany czy Wyspy Dziewicze. Jeśli UE nie podejmie skutecznych działań w walce z rajami podatkowymi, to doprowadzi do podważenia zaufania i solidarności między państwami.

Osoby zamożne trzymają w rajach podatkowych majątek o wartości 10 proc. PKB całej Unii Europejskiej, z czego około 75 proc. w ogóle nie jest zgłaszane organom podatkowym. Tracimy ogromne pieniądze, a jednocześnie tniemy budżet polityki spójności dzięki, któremu UE mogła się szybciej rozwijać w poprzednich dekadach. Tymczasem wystarczy powstrzymać wyciek pieniędzy do rajów. Zyskują na tym nieliczni, a tracimy wszyscy – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Wielcy uprzywilejowani

Wielcy uprzywilejowani

Ukraiński rząd przeprowadził przez parlament projekt ustawy oddający kilkadziesiąt milionów hektarów ziemi rolnej w ręce nielicznej grupy wielkich posiadaczy ziemskich.

Ukraina posiada żyzne czarnoziemy, na które wielu ma chrapkę w obliczu zbliżającego się kryzysu klimatycznego. Na przeszkodzie tym zapędom wciąż stoi moratorium na sprzedaż ziemi, wprowadzone w 2001 r., które miało zagwarantować, że nie pojawią się latyfundyści. Wtedy za warunek sprzedaży ziemi uznano stworzenie państwowego banku ziemi, przyjęcie ustaw o wycenie ziemi oraz rejestrze gruntów.

Jak pisze money.pl, rząd ukraiński obawiał się, że przedwczesne otwarcie rynku ziemi może doprowadzić do masowego skupowania gruntów rolnych po niskich cenach, ich koncentracji w rękach nielicznych, wielkich biznesmenów albo nieprzyjaznych państw, a także zubożenia rolników.

W listopadzie parlament w pierwszym czytaniu przyjął projekt ustawy, która pozwoliła na praktycznie nieograniczony handel ziemią rolną, co wywołało w grudniu masowe protesty rolników. Jedyną realną zmianą w stosunku do pierwotnego projektu, była poprawka zgłoszona przez Zelenskiego po fali protestów. Wprowadziła ograniczenie areału posiadanej przez jeden podmiot ziemi z pierwotnych 230 tys. ha do 10 tys. ha.

W rzeczywistości to ograniczenie niewiele zmienia. Eksperci zwracają uwagę, że zapis o ograniczeniu koncentracji gruntów ma charakter deklaracyjny – nie przewidziano bowiem żadnych sposobów uniemożliwiających nabywanie przez jeden podmiot większej ilości ziemi. Także notariusze nie mają ani obowiązku, ani możliwości ustalania, ile gruntu nabywca już posiada. Nie ma też zabezpieczeń przed kupowaniem gruntów przez podstawione osoby działające w imieniu beneficjenta.

Progresywne podatki to dobra rzecz

Progresywne podatki to dobra rzecz

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego progresywne opodatkowanie pomaga zwalczać społeczne nierówności.

Zwalczanie nierówności wymaga ponownego przemyślenia. Po pierwsze, na temat polityki fiskalnej i progresywnego opodatkowania – jak podaje Obserwator Gospodarczy za MFW. Zdaniem Funduszu, progresywne opodatkowanie jest kluczowym elementem skutecznej polityki fiskalnej. Badania MFW pokazują, że w górnej części rozkładu dochodów krańcowe stawki podatkowe można podnieść bez hamowania rozpędu wzrostu gospodarczego.

W ciągu ostatniej dekady nierówności stały się jednym z najbardziej złożonych i dokuczliwych wyzwań w światowej gospodarce – podaje Międzynarodowy Fundusz Walutowy. To nierówności między krajami, zarobkami kobiet i mężczyzn, między pokoleniami – nierówności szans na bogactwo i awans. Istnieje jednak lekarstwo na ten problem, a jest nim opodatkowanie rosnące wraz z dochodami.

Po drugie, polityka wydatków socjalnych ma coraz większe znaczenie w walce z nierównością. Jeśli zostaną właściwie ulokowane, wydatki socjalne mogą odegrać podstawową rolę w zmniejszaniu nierówności dochodów i ich szkodliwych skutków dla nierówności szans i spójności społecznej. W kluczowych obszarach, takich jak opieka zdrowotna, edukacja i infrastruktura, MFW szacuje, że gospodarki wschodzące będą wymagały dodatkowych wydatków każdego roku – osiągając poziom około 4 punktów procentowych wyższy w odniesieniu do PKB w 2030 r. Dla porównania wskaźnik ten wzrośnie o  15 punktów procentowych w stosunku do PKB w przeciętnym kraju rozwijającym się o niskim dochodzie na mieszkańca.