Porozumienie kończy spór zbiorowy i podnosi pensje.
Jak informuje Kolejowy Portal, Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych w Polsce podpisał porozumienie z szefostwem firmy Arriva RP. Kończy ono trwający dwa miesiące spór zbiorowy.
Na mocy porozumienia wynagrodzenia zasadnicze wzrosną najpierw o 500 zł od 1 października, a następnie o 400 zł od 1 stycznia. Wobec faktu, że w styczniu 2026 roku podwyżka wyniosła 425 zł, w ciągu roku płace wzrosną o 1325 zł brutto. Podwyżki otrzymają wszyscy pracownicy spółki oprócz kadry menedżerskiej i kierowniczej.
Innym zapisem porozumienia jest wprowadzenie od 1 października jednomiesięcznego okresu rozliczeniowego.
Oznacza to, że związkowcy osiągnęli wszystkie postulaty przedstawione w momencie rozpoczęcia sporu zbiorowego.
Związek Miast Polskich apeluje do rządu o znaczne zwiększenie nakładów na budownictwo komunalne.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, Związek Miast Polskich wystosował do rządu apel o znaczne zwiększenie nakładów na budowę mieszkań komunalnych. Organizacja uważa, że planowane przez nakłady w wysokości 1,1 mld euro na lata 2028-2034 to o wiele za mało. Domaga się, aby z funduszy europejskich wydzielić na ten okres na budownictwo komunalne i socjalne co najmniej kwotę 8 miliardów euro, z naciskiem na inwestycje w średnich i małych miastach.
Proponowana przez rząd kwota jest zdaniem przedstawicieli władz miast o wiele za mała. – „Środki na budownictwo mieszkaniowe w Polsce rosną, ale badania, które zostały przeprowadzone na podstawie poprzednich lat pokazują, że zdecydowana większość środków zostaje ulokowana w dużych miejscowościach” – mówi prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński. Mniejsze samorządy mają ograniczone możliwości nakładów na takie cele, co oznacza duże niedobory mieszkań dostępnych cenowo. To z kolei przekłada się na wyludnianie się takich miast.
Prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej mówi: „Polska jest jednym z krajów Unii Europejskiej o najmniejszych zasobach mieszkaniowych, a 30 proc. osób mieszka w przeludnionych mieszkaniach”. Obecne nakłady pozwalają na budowę 6-10 tysięcy mieszkań komunalnych w całym kraju. Tymczasem potrzeby wynoszą kilkadziesiąt tysięcy rocznie, jeśli mielibyśmy zaoferować nowy zasób przyzwoitej jakości oraz zastępowanie nim lokali starych, o niskim standardzie.
Burmistrz Pułtuska Beata Jóźwiak zwraca uwagę, że mieszkania komunalne są potrzebne nie tylko dla uboższych mieszkańców, których nie stać na rynkowe stawki za zakup lokalu. Nowe mieszkania pozwoliłyby prowadzić samorządom politykę przyciągania mieszkańców wykonujących zawody, w których zaznaczają się już obecnie znaczne niedobory kadrowe.
Sekretarz Związku Miast Polskich Marek Wójcik mówi: „Chcemy preferować budownictwo tańsze, budownictwo komunalne, odbudowywać zasoby publiczne”.
Sukcesem zakończył się długi spór zbiorowy pracowników z szefostwem firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, sukcesem zakończył się spór zbiorowy w zakładzie Swiss Krono Sp. z o.o. w Żarach. Udało się wynegocjować jednorazowe nagrody oraz przyszłoroczne podwyżki płac.
Spór w zakładzie z branży drzewnej prowadziła „Solidarność”. Rozpoczął się on 21 stycznia w odpowiedzi na decyzję władz firmy, że w roku 2026 nie będzie żadnych podwyżek płac. Oznaczało to, że w obliczu inflacji i wzrostu kosztów życia pracownicy de facto zbiednieją.
Kolejne etapy sporu zbiorowego obejmowały negocjacje z szefostwem firmy. Ostatecznie pod koniec sierpnia udało się osiągnąć porozumienie. Na jego mocy do końca roku każdy pracownik otrzyma jednorazowy dodatek w wysokości 450 zł brutto. Natomiast od 1 maja 2027 wynagrodzenia zasadnicze wzrosną o 3,5%, przy czym nie mniej niż o 270 zł brutto i nie więcej niż 500 zł brutto.
Choć podwyżki nie są wysokie, można je uznać za sukces, gdyż sytuacja w branży drzewnej jest obecnie bardzo trudna i wiele innych zakładów nie podnosi pensji wcale oraz prowadzi redukcję zatrudnienia.
Znana firma zwalnia kilkaset osób.
Jak informuje portal Lublin 112, duże redukcje zatrudnienia właśnie odbywają się w zakładzie firmy Cersanit w Krasnymstawie.
Pogłoski o planowanych zwolnieniach krążyły wśród pracowników zakładu od pewnego czasu. Teraz mamy ich potwierdzenie. Powiatowy Urząd Pracy w Krasnymstawie opublikował 27 sierpnia komunikat skierowany do zwalnianych z Cersanitu, deklarując wsparcie dla nich przy poszukiwaniu nowej pracy.
Choć w komunikacie i innych oficjalnych źródłach nie podano liczby zwalnianych, jedna z pracownic mówi portalowi, że chodzi o około 200 osób. Miały one w środę otrzymać wypowiedzenia z pracy. Jeśli ta liczba zostanie potwierdzona, oznaczała będzie ona zwolnienie aż jednej czwartej całej załogi zakładu.
Podobne wieści napływają z innych zakładów Cersanitu. W sumie zwalniają one 487 osób. Pracę stracą także zatrudnieni w Starachowicach, Opocznie, Radomiu oraz Wałbrzychu. Firma motywuje decyzję spadkiem popytu na jej produkty oraz rosnącymi kosztami energii i surowców. Łącznie pracę traci prawie 10% ogółu zatrudnionych.
Zakład z sektora automotive zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, po długich tygodniach niepewności, oczekiwania i pogłosek pracownicy firmy Grammer w Sosnowcu otrzymali fatalne informacje. Ich zakład zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona do innego z zakładów tej formy – w Bielsku-Białej.
Pierwsze pogłoski o likwidacji zakładu pojawiły się wczesną wiosną. Przez długi czas nie było jednak konkretów. Pracownicy żyli w niepewności. Teraz otrzymali najgorsze wieści z możliwych. Początkowe pogłoski mówiły o likwidacji tylko działu montażu, a bez zmian miały funkcjonować dział wtrysku i lakiernia. Teraz dowiedzieli się, że wszystkie te działy zostaną w listopadzie i grudniu przeniesione do Bielska-Białej, a w czerwcu 2027 zakład w Sosnowcu ulegnie całkowitej likwidacji.
Firma Grammer zaczynała jako niemiecka spółka, ale w 2017 stała się częścią japońskiego podmiotu Ningbo Jifeng. Zajmuje się ona produkcją materiałów na potrzeby branży motoryzacyjnej. Wytwarza m.in. fotele samochodowe oraz podłokietniki, konsole środkowe, zagłówki do aut różnych marek.
Sosnowiecki zakład zatrudnia około 300 osób. Część z nich otrzyma możliwość pracy w Bielsku-Białej. Czas dojazdu i powrotu do nowej lokalizacji to dla większości pracowników z Sosnowca i okolicy około 3 godzin dziennie.
Kolejna fala zwolnień grupowych w krakowskim oddziale korporacji.
Jak informuje portal lovekrakow.pl, w krakowski oddziale korporacji HSBC rozpoczęto kolejne zwolnienia grupowe. To już kolejna taka fala w tej firmie.
HSBC to firma z sektora wsparcia usług finansowo-bankowych. W Krakowie posiada wielkie centrum operacyjne, które zatrudniało około 5000 osób. W latach 2025-2026 przeprowadziło dwie fale restrukturyzacji. Pracę straciło w efekcie niemal 600 osób. Część tych miejsc pracy przeniesiono do Indii.
Teraz nastąpiła kolejna fala zwolnień. HSBC pod koniec sierpnia rozwiązało umowy o pracę z kolejnymi 134 osobami. Są to przedstawiciele różnych działów, w tym osoby o długim stażu zatrudnienia.
Mieszkańcy lokali komunalnych ze wsparciem partii Razem walczą o swoje prawa.
W Częstochowie 131 zasiedlonych lokali komunalnych znalazło się w miejskim programie jako przeznaczone do wyłączenia z zasobu. Mieszkańcy wraz z częstochowskimi strukturami partii Razem chcą zmienić tę decyzję. Pod obywatelskim projektem uchwały zebrano już 312 podpisów – więcej niż wymagane minimum 300. Zbiórka trwa, a celem jest co najmniej 500 podpisów.
W środę, 26 sierpnia, przed Urzędem Miasta Częstochowy odbyła się konferencja prasowa poświęcona sytuacji mieszkańców budynków ujętych w „Wieloletnim programie gospodarowania mieszkaniowym zasobem Gminy Miasta Częstochowy na lata 2026-2030”. Obowiązujący program obejmuje 22 pozycje, w których znajduje się łącznie 131 zasiedlonych lokali mieszkalnych przewidzianych do wyłączenia z miejskiego zasobu. W odpowiedzi okręg częstochowski partii Razem wraz z mieszkańcami przygotował obywatelski projekt zmiany programu.
Inicjatywa nie zakłada, że każdy budynek należy zachować bez względu na jego stan techniczny. Jej podstawowym celem jest zastąpienie zbiorczego przeznaczenia budynków do trwałego wyłączenia zasadą indywidualnego określania przyszłości każdego z nich. Do czasu ewentualnej zmiany Programu dotyczącej konkretnego budynku przyjmowany byłby kierunek polegający na nieprzeznaczaniu go do trwałego wyłączenia z zasobu. Każdy przypadek miałby być oceniany indywidualnie – z uwzględnieniem stanu technicznego, zakresu koniecznych prac, możliwości remontu, modernizacji lub przebudowy, kosztów różnych wariantów, możliwości pozyskania finansowania zewnętrznego, wpływu relokacji na miejski zasób mieszkaniowy, sytuacji mieszkańców itp.
„Nie twierdzimy, że żadnego budynku nigdy nie można wyłączyć. Chcemy odwrócić kolejność. Najpierw rzeczywista ocena stanu budynku, możliwość remontu, konkretne warianty i ich koszty, sytuacja mieszkańców oraz odpowiedź na pytanie, co miasto chce później zrobić z nieruchomością. Dopiero później decyzja o przyszłości konkretnego adresu” – podkreślają inicjatorzy.
Podczas konferencji szczególnie mocno wybrzmiał głos mieszkańców. Dla osób objętych planami miasta nie jest to spór o tabelę w wieloletnim programie, lecz o domy, w których część z nich mieszka od kilkudziesięciu lat. Mieszkańcy zwracali uwagę, że o planach dotyczących ich budynków dowiedzieli się już po przyjęciu uchwały przez Radę Miasta. „Radni przegłosowali to bez naszej wiedzy. Głosują za naszymi plecami i każą nam się wyprowadzić. Może my będziemy kazali radnym się wyprowadzić ze swoich mieszkań” – mówiła jedna z mieszkanek.
Duża część osób objętych planami relokacji to osoby starsze. – „Większość z nas to ludzie starsi, często schorowani. Przez lata wkładaliśmy własne pieniądze w te mieszkania, bo to są nasze domy. I teraz mamy dostać inne mieszkanie i znowu wszystko robić od początku? Ile razy jeszcze mamy się dorabiać?” – mówiła mieszkanka jednego z budynków.
Jak podkreślali lokatorzy, problemem jest również to, że wielu z nich przez lata inwestowało własne środki w remont mieszkań należących do miasta. – „Gdyby ktoś nam kilka lat temu powiedział, że te budynki mogą być przeznaczone do wyłączenia, ludzie nie wkładaliby kolejnych pieniędzy w remonty. A my dowiadujemy się o tym po fakcie” – mówiła jedna z uczestniczek konferencji. Inna mieszkanka podsumowała: „Nas niech po prostu zostawią w spokoju. Mieszkamy tyle lat, tyle pieniędzy poszło w remont i co teraz? Mamy iść gdzieś indziej i znowu remontować?”. Mieszkańcy zwracali również uwagę, że dla osób mających po 70 czy 80 lat sama przeprowadzka, organizacja remontu kolejnego lokalu i ponoszenie nowych wydatków mogą być ogromnym obciążeniem.
Sprawa 131 mieszkań ma również znaczenie dla osób, które nie mieszkają w budynkach objętych programem. Według najnowszych dostępnych danych miasta na koniec 2025 r. na najem lokalu z mieszkaniowego zasobu Częstochowy oczekiwało 860 osób. Jeżeli w przypadku konkretnego budynku dojdzie do trwałego wyłączenia, a przepisy wymagają zapewnienia mieszkańcom lokali zamiennych, mieszkania wykorzystane na relokację nie mogą jednocześnie trafić do kolejnych osób oczekujących na lokal komunalny. Dotyczy to zarówno lokali zwalnianych w istniejącym zasobie, jak i nowych mieszkań oddawanych do użytkowania. Problem pokazuje również sama prognoza miasta. W połowie 2025 r. mieszkaniowy zasób Częstochowy liczył 7555 lokali, podczas gdy na 2030 r. miasto prognozuje 7537 lokali. Oznacza to, że według obecnego Programu na koniec jego obowiązywania zasób ma być nieco mniejszy niż w punkcie wyjścia.
– „Budowanie nowych mieszkań nie wystarczy, jeżeli w tym samym czasie likwidujemy istniejące. Wtedy część nowego budownictwa jedynie zasypuje dziurę, którą sami tworzymy. Przy setkach osób oczekujących na lokal Częstochowa powinna zwiększać zasób netto, a nie tylko zastępować jedne mieszkania drugimi” – podkreślają inicjatorzy. – „Jeżeli likwidujemy 20 mieszkań i przenosimy 20 rodzin do innych lokali komunalnych, nie wystarczy policzyć ceny wyburzenia starego budynku. Trzeba też uwzględnić, że 20 innych mieszkań zostało wykorzystanych na relokację i nie trafiło do osób czekających w kolejce. To realny koszt takiej decyzji” – wskazuje Daniel Jeziak z partii Razem.
Po niespełna czterech latach istnienia likwidowany jest zakład produkcyjny.
Jak informuje portal Money.pl, Grupa Erbud podjęła decyzję o zakończeniu działania swojej spółki zależnej MOD21. W Ostaszewie pod Toruniem zajmuje się ona budownictwem modułowym. Zakład produkcyjny wytwarzał domy modułowe, przeznaczone do szybkiego montażu z gotowych elementów.
Zakład w Ostaszewie ma zostać wygaszony. Oznacza to utratę zatrudnienia przez 130 osób. Zakład otwarto w listopadzie 2022. Władze firmy motywują decyzję zmianą uwarunkowań gospodarczych wskutek m.in. pogorszenia koniunktury w Niemczech i tamtejszych zamian związanych z dofinansowaniem budownictwa modułowego.
Zamknięcie zakładu i likwidacja setek miejsc pracy na północy Polski.
Jak informuje portal Dla Handlu, duńska firma Espersen zamierza zlikwidować swój zakład w Koszalinie. Firma jest jednym z największych przetwórców ryb i owoców morza w Europie.
Zakład w Koszalinie zatrudnia 650 osób. Stopniowo cały ma zostać zlikwidowany. Przed kilkoma laty przeniesiono do niego produkcję z likwidowanego zakładu tej samej firmy w Kłajpedzie. Teraz koszalińska przetwórnia ma podzielić jej los.
Decyzja o likwidacji zakładu jest motywowana wzrostem kosztów działania oraz trudnościami z dostępem do odpowiedniej ilości surowca, głównie dorsza, z powodu limitów połowowych na Morzu Północnym.
W pierwszej fazie likwidacji pracę ma stracić 300 osób. Wypowiedzenia z pracy mają dostać wkrótce. Kolejne fazy likwidacji przedsiębiorstwa mają pozbawić zatrudnienia całą 650-osobową załogę.
Część działalności koszalińskiego zakładu ma trafić do przetwórni w Wietnamie. Firma Espersen zarobiła w ubiegłym roku na czysto równowartość 112 milionów złotych.
Państwowa Inspekcja Pracy zgłosiła sieć handlową do prokuratury.
Jak informuje Puls Biznesu, Państwowa Inspekcja Pracy skierowała do prokuratury zawiadomienie w sprawie poczynań sieci handlowej Stokrotka. To efekt sporu szefostwa sieci ze związkowcami oraz kontroli PIP w placówkach tej sieci, należącej do kapitału litewskiego.
Spór „Solidarności” działającej w sieci Stokrotka z szefostwem firmy trwa od wielu miesięcy. Oprócz żądań podwyżek płac, związkowcy domagają się zwiększenia obsady sklepów. Ich zdaniem personel jest o wiele za mały – zarówno w kontekście obowiązków spadających na barki zatrudnionych, jak i wobec takich naturalnych wakatów w miejscu pracy, jak urlopy czy zwolnienia lekarskie.
Szefostwo sieci od dawna lekceważy te postulaty. W ubiegłym roku „Solidarność” ogłosiła referendum strajkowe, które jednak zakończyło się niepowodzenie ze względu na zbyt niską frekwencję. Związkowcy od początku uważali, że szefostwo sieci celowo na różne sposoby utrudnia pracownikom udział w głosowaniu.
W lipcu, po apelach związkowców i na wniosek Ministerstwa Rodziny, Pracy i Spraw Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy rozpoczęła kontrole w Stokrotce, w tym weszła do centrali w Lublinie w celu analizy wewnętrznych dokumentów firmy m.in. w sprawie podejrzeń związanych z utrudnianiem referendum strajkowego.
Po zakończeniu kontroli PIP zdecydowała się skierować zawiadomienie do prokuratury w sprawie działań szefostwa sieci i objęcia ich dochodzeniem.
Są pierwsze efekty działań kontrolujących „śmieciowe” zatrudnienie.
Jak informuje Business Insider, rezultaty przynoszą pierwsze kontrole Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzane po wprowadzeniu możliwości przekształcania zatrudnienia na umowach śmieciowych w umowy o pracę, gdy zachodziło obchodzenie prawa przez „pracodawców”.
Od 8 lipca do 13 sierpnia PIP przeprowadziła 100 kontroli dotyczących sposobu zatrudniania. W tym samym okresie wpłynęło do niej 690 skarg na zatrudnianie na umowach śmieciowych zamiast na umowach o pracę. W 2025, przed zmianą prawa, przez cały okres styczeń – koniec lipca było takich zgłoszeń tylko 619.
PIP prowadzi 100 kontroli, z czego 35 już zostało zakończonych. Inspektorzy nakazali w przypadku 121 zatrudnionych zawarcie umów o pracę, gdyż realia ich zatrudnienia spełniają wszelkie wymogi pracy etatowej. Oprócz tego ma miejsce dobrowolna zmiana zasad zatrudnienia. PIP otrzymała informacje o 201 przypadkach, w których szefostwo firm zamieniło umowy śmieciowe na umowy o pracę zanim dokonano nakazu takiej zmiany.
Wsparcie na walkę z bezrobociem może być jeszcze niższe.
Jak informuje Portal Samorządowy, w swoim apelu do rządu Związek Powiatów Polskich wyraża zaniepokojenie planami dotyczącymi nakładów na przeciwdziałanie bezrobociu w roku 2027. W swoim stanowisku skierowanym do Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego organizacja ta domaga się debaty dotyczącej nakładów z Funduszu Pracy, mających trafić w roku 2027 na wsparcie w wychodzeniu z bezrobocia. ZPP jest zaniepokojony informacjami przedstawicieli Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, którzy na posiedzeniu Zespołu ds. Ochrony Zdrowia i Polityki Społecznej KWRiST informowali, że minister finansów i gospodarki zalecił resortowi pracy, aby wydatki z Funduszu Pracy były w 2027 takie, jak w bieżącym roku.
ZPP alarmuje, że w przyszłym roku powiatowe urzędy pracy mają wedle wstępnych planów rządu otrzymać tyle samo środków na walkę z bezrobociem, ile dostały w roku 2026. Oznacza to de facto ich ubytek. Po pierwsze bowiem rosną koszty nakładów na rozmaite działania pomagające znaleźć pracę. Po drugie natomiast przybywa bezrobotnych – przypomnijmy, że w ciągu roku przybyło około 80-90 tysięcy osób zarejestrowanych w urzędach pracy.
Organizacja podkreśla w swym apelu także fakt, że nakłady na przeciwdziałanie bezrobociu mają nie wzrosnąć, mimo iż przybywa środków w Funduszu Pracy, mającym finansować m.in. takie działania. Składki te pochodzą z obligatoryjnych potrąceń z pensji pracowników i składek pracodawców, a służyć mają właśnie wsparciu bezrobotnych w znalezieniu zatrudnienia.
ZPP przypomina też, że w roku 2026 r. rząd Tuska już znacznie – o kilkadziesiąt procent – zmniejszył nakłady na ten cel, a wiele urzędów pracy otrzymało środki tak niewielkie, że mocno ograniczyło to możliwości wsparcia bezrobotnych w poszukiwaniu zatrudnienia. Miało to miejsce nawet w wielu powiatach o wysokiej stopie bezrobocia.
Są spore szanse, że polska firma wznowi produkcję w zakładzie zamkniętym przez niemiecki koncern.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, polski producent chemii gospodarczej chce nabyć zamknięty zakład niemieckiego koncernu i wznowić w nim produkcję. Złożył wniosek o zgodę na transakcję do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Polska grupa Świt z siedzibą w Częstochowie jest producentem i dystrybutorem kosmetyków i chemii gospodarczej. Złożyła wniosek w spawie zakupu części dawnych zakładów koncernu Henkel w Raciborzu i zamierza tam wznowić produkcję proszków do prania.
Zakład w Raciborzu to część dawnej publicznej firmy Pollena. Po prywatyzacji jego właścicielem stał się niemiecki koncern Henkel. Przez długi czas prowadził on w tej lokalizacji działalność produkcyjną, wytwarzając m.in. produkty piorące Silan i Persil. Jednak w roku 2025 koncern zdecydował o likwidacji produkcji i przeniesieniu jej do innych zakładów koncernu. Pracę straciło wówczas 160 osób.
Obecnie grupa Świt stara się o odkupienie części obiektów fabrycznych i instalacji produkcyjnych. Zamierza tam prowadzić produkcję proszków do prania. Zgodę na tę decyzję musi wyrazić UOKiK. Na razie nie ma informacji o planowanej skali produkcji i zatrudnienia po przejęciu zakładu przez polskiego właściciela.
Wschodnia Magistrala Kolejowa bez daty budowy, bez pieniędzy i bez Białej Podlaskiej.
Po 97 dniach – przy regulaminowym terminie 21 dni – Ministerstwo Infrastruktury odpowiedziało na interpelację posła Michała Moskala (Prawo i Sprawiedliwość) w sprawie Wschodniej Magistrali Kolejowej. Odpowiedź podsekretarza stanu Piotra Malepszaka z 10 sierpnia 2026 r. potwierdza więcej, niż resort zapewne zamierzał: magistrali nie ma wśród przedsięwzięć priorytetowych do 2035 roku, jej oś poprowadzono przez Siedlce zamiast przez Białą Podlaską, a klasyfikacja unijna wyklucza ją z tegorocznego konkursu CEF. Dokumenty, które pozwoliłyby to zweryfikować, ministerstwo objęło tajemnicą przedsiębiorstwa.
Przypomnijmy, o co toczy się gra. Wschodnia Magistrala Kolejowa, znana też jako Rail Carpatia, to zapowiadany od lat korytarz mający połączyć Białystok, Lublin i Rzeszów – trzy stolice województw Ściany Wschodniej, między którymi dziś jedzie się wolniej niż przed wojną. Jej sercem miała być zupełnie nowa linia nr 631 na odcinku Milanów–Biała Podlaska–Fronołów, ok. 100 km, z czego ok. 75 km w województwie lubelskim. Projekt powstał w programie kolejowym CPK, spółka prowadziła konsultacje społeczne wariantów przebiegu do 10 marca 2020 r., a cztery dni wcześniej dwadzieścia samorządów z powiatów bialskiego, łukowskiego, parczewskiego, lubelskiego i lubartowskiego przyjęło w Radzyniu Podlaskim wspólne stanowisko domagające się jej budowy. Biała Podlaska to dziś jedyne byłe miasto wojewódzkie bez szybkiego, bezpośredniego połączenia kolejowego ze swoją stolicą – jedzie się tam okrężnie, przez Łuków.
21 kwietnia 2026 r. pod dworcem w Białej Podlaskiej europoseł Krzysztof Hetman – wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i prezes lubelskich struktur partii – wraz z posłem Wiesławem Różyńskim, wicewojewodą lubelskim Andrzejem Majem, radnymi sejmiku oraz starostami bialskim i parczewskim zapowiedział wystąpienie do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka o rozpoczęcie prac koncepcyjnych i ujęcie magistrali w Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Nazywał ją wtedy „fantastycznym projektem” i mówił o „szczególnym momencie” w związku z nowym budżetem UE.
Z odpowiedzi na interpelację posła Moskala dowiadujemy się, jak potoczyła się ta korespondencja. Wniosek wpłynął do resortu 27 kwietnia. Odpowiedź resortu z 18 maja wymienia dokładnie te odcinki, o które chodziło wnioskodawcom – Fronołów–Biała Podlaska–Milanów, Milanów–Lublin i Lublin–Stalowa Wola – i stwierdza, że „na tym etapie nie jest możliwe wskazanie konkretnego przebiegu planowanych połączeń ani zakresu rozbudowy istniejących linii”. Dwadzieścia osiem dni później, 15 czerwca, ministerstwo opublikowało wariant rekomendowany w tzw. Zintegrowanej Sieci Kolejowej.
– „Pan europoseł Hetman dostał czarną polewkę od własnego kolegi partyjnego. Stanął w kwietniu pod dworcem w Białej Podlaskiej, obiecał ludziom wschodnią magistralę przez Białą Podlaską i złożył wniosek do ministra z tej samej partii co jego. Minister Infrastruktury odpisał mu, że nic się nie da powiedzieć, a cztery tygodnie później pokazał plan, w którym tej magistrali w takim kształcie po prostu nie ma. Dwóch wiceprezesów PSL, jedna partia, a efekt taki, że mieszkańcy Białej Podlaskiej znowu zostają z niczym” – ironizuje poseł Moskal.
Najważniejszy fragment całej odpowiedzi dotyczy priorytetów. Resort pisze, że w perspektywie do 2035 r. do priorytetowej realizacji wskazano linię „Y” oraz inwestycje PKP PLK, w tym projekt Podłęże–Piekiełko i zadania z Programu Kolej+. Magistrala Wschodnia w tym wyliczeniu się nie pojawia – jest planowana, jak czytamy, dopiero „w pełnym horyzoncie realizacji”. Ministerstwo nie podaje przy tym ani jednej daty: ani rozpoczęcia robót, ani ich zakończenia, ani nawet terminu skierowania do uzgodnień rozporządzenia Rady Ministrów, które ma nadać ZSK moc prawną.
Równie wymowny jest opis jej przebiegu. Ministerstwo wyjaśnia, że najszybsze połączenie Lublin–Białystok powstanie dzięki nowej linii z Lublina prowadzonej na północ, odbudowanej linii Siedlce–Sokołów Podlaski–Małkinia Górna oraz korytarzowi Rail Baltica – „z węzłem pośrednim w Siedlcach”. Białej Podlaskiej w tym opisie nie ma ani razu. Potwierdzają to liczby opublikowane przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny, działającą dziś pod nazwą Port Polska: przejazd Lublin–Białystok ma zajmować 130 minut, Lublin–Warszawa 60 minut, a Biała Podlaska–Lublin – 95 minut. Innymi słowy z Lublina szybciej dojedziemy do Warszawy niż do Białej Podlaskiej, a dojazd do Białej Podlaskiej pochłonie niemal trzy czwarte czasu potrzebnego na dotarcie do znacznie dalszego Białegostoku. – „Niech każdy sam zestawi te liczby. Sto trzydzieści minut z Lublina do Białegostoku i dziewięćdziesiąt pięć minut z Lublina do Białej Podlaskiej, która leży po drodze. To się nie spina – chyba że Biała Podlaska po drodze nie leży. I dokładnie tak jest w tym planie: wschodnia magistrala skręca w Siedlcach” – mówi poseł Moskal.
Samo ministerstwo przyznaje to zresztą wprost, choć oględnie: różnice względem pierwotnych założeń programu kolejowego CPK z lat 2020–2023 „dotyczą sposobu trasowania, a nie zasadniczego celu ani funkcjonalności tego korytarza”. Nazwa została, trasa się przesunęła. Sprawdzić tego do końca nie sposób, bo rekomendacje Rady Naukowej Zintegrowanej Sieci Kolejowej dotyczące linii nr 631, a także raporty z Regionalnych Paneli Eksperckich, które odbyły się w Lublinie, resort uznał za tajemnicę przedsiębiorstwa spółki CPK i odmówił ich udostępnienia, powołując ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Posłowi zaproponowano wgląd w siedzibie spółki w Warszawie, po uprzednim uzgodnieniu terminu – bez prawa do kopii. Poseł Moskal komentuje: „Zintegrowaną Sieć Kolejową zamówiło Ministerstwo Infrastruktury, opracowała ją spółka Skarbu Państwa, a jej rekomendacje mają być podstawą rozporządzenia Rady Ministrów – czyli dokumentu, który stanie się prawem. I akurat ten fragment, który odpowiada na pytanie, czy skreślono przebieg linii kolejowej przez Białą Podlaską, jest tajemnicą handlową. Mam jechać do Warszawy, żeby na to popatrzeć i nie zrobić kopii. Trudno o lepszy dowód, że jest co ukrywać”.
Odpowiedź rozwiewa też złudzenia co do unijnych pieniędzy, o których mówił europoseł Hetman w kwietniu w Białej Podlaskiej. Resort informuje, że przy rewizji sieci TEN-T zakończonej w czerwcu 2024 r. Wschodnia Magistrala Kolejowa – na odcinku Białystok, Biała Podlaska, Lublin, Rzeszów – została wprawdzie ujęta w Europejskim Korytarzu Transportowym Morze Bałtyckie–Morze Czarne–Morze Egejskie, ale w warstwie sieci bazowej rozszerzonej, z terminem osiągnięcia wymaganych parametrów dopiero w 2040 r. Konsekwencję resort infrastruktury formułuje sam: realizacja przedsięwzięć na tym odcinku „nie wpisuje się obecnie w priorytety konkursu CEF Transport 2026”. A konkurs ten, ogłoszony 18 czerwca, jest ostatnim w całej perspektywie 2021–2027, z ograniczonym budżetem, przeznaczonym co do zasady dla projektów na sieci bazowej, kończonych do końca 2030 r.
Nie lepiej wygląda wątek obronny. Poseł Moskal pytał, czy magistrala może zostać sfinansowana z instrumentów mobilności wojskowej, w tym z SAFE. Resort odpowiada, że wobec weta Prezydenta RP do ustawy o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE „środki te nie stanowią funduszy przeznaczonych na realizację inwestycji kolejowych”. Ministerstwo przemilcza jednak, że jeszcze przed wetem, w puli SAFE przewidzianej na infrastrukturę, znalazły się cztery zadania – dwa kolejowe i dwa drogowe – a wszystkie dotyczyły kierunków niemieckiego, czeskiego i litewskiego. Na kierunku ukraińskim, czyli na Lubelszczyźnie, nie było żadnego. Odpowiedź nie wspomina też ani słowem o programie zastępczym dla budowy infrastruktury transportowej o charakterze obronnym, o którym minister Klimczak mówił publicznie w maju.
Poseł Moskal zapowiada wystąpienie do Marszałka Sejmu w trybie art. 193 ust. 3 Regulaminu Sejmu o zażądanie od ministra infrastruktury dodatkowych wyjaśnień. Chce w nim uzyskać odpowiedzi na cztery pytania zamknięte: czy linia nr 631 znajduje się w wariancie rekomendowanym ZSK, czy Biała Podlaska leży na osi najszybszego połączenia Lublin–Białystok, oraz które konkretnie nowe linie składają się na deklarowane 320 km nowych torów w województwie lubelskim.
Otrzymali wypowiedzenia z pracy, lecz nie otrzymali należnych pensji.
Jak informuje „Gazeta Pomorska”, kilkudziesięciu pracowników firmy Form-Plast w Bydgoszczy znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. Nie otrzymali należnych wynagrodzeń.
Firma Form-Plast została założona w roku 1978. Wytwarzała plastikowe detale za pomocą wtryskarek. Pod koniec roku 2024 jej kondycja finansowa była na tyle kiepska, że rozpoczęto proces restrukturyzacji zadłużenia i próby porozumienia się z wierzycielami. Działania te nie przyniosły oczekiwanych skutków i 29 maja 2026 Sąd Rejonowy w Bydgoszczy ogłosił upadłość zakładu. Wyznaczył też syndyka masy upadłości przedsiębiorstwa.
Kilkudziesięciu zatrudnionym wręczono wówczas wypowiedzenia. Część z nich wysłano także na tzw. postojowe lub na zaległe urlopy. Jednak nikt z nich nie otrzymał do dzisiaj wynagrodzeń za maj i innych należnych środków. Czekają na to już trzy miesiące i wielu z nich ma fatalną sytuację finansową.
Syndyk masy upadłościowej bardzo lakonicznie poinformował czekających na zaległe pensje o wystąpieniu do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (składają się na niego głównie potrącenia z pensji zatrudnionych), ale póki co nie otrzymali oni żadnych środków.
Sąd Najwyższy uznał, że sprzeczny z prawem jest handel w niedzielę pod przykrywką „klubu czytelnika”.
Jak informuje portal Dla Handlu, nowy wyrok Sądu Najwyższego piętnuje obchodzenie prawa o zakazie handlu w niedziele w sklepach wielkopowierzchniowych i opartych na najemnej pracy osób niebędących właścicielami sklepu.
Sąd Najwyższy uchylił wyroki sądów niższych instancji w sprawie obchodzenia prawa przez właściciela supermarketu z polski południowo-wschodniej. Pod pretekstem uruchomienia „Klubu czytelnika” prowadził on handel w niedziele w placówce wielkopowierzchniowej i zatrudniającej personel najemny. Gdy został ukarany przez Państwową Inspekcję Pracy za ten proceder, odwołał się do sądu, twierdząc, że placówka prowadzi „klub czytelnika” i zajmuje się m.in. działalnością kulturalną, która jest dozwolona w niedziele.
Sąd rejonowy w Kolbuszowej, a następnie sąd okręgowy w Tarnobrzegu uchyliły decyzję PIP i uznały, że przedsiębiorca działał zgodnie z prawem. Prokurator Generalny wniósł o wydanie orzeczenia przez Sąd Najwyższy. Ten natomiast zakwestionował wcześnejsze orzeczenia.
Wyrok SN mówi, że placówki handlu wielkopowierzchniowego nie mogą omijać zakazu handlu w niedziele za pomocą tworzenia takich podmiotów jak „klub czytelników” i podobne. Gdy głównym przedmiotem aktywności firmy i całego miejsca jest działalność handlowa, nie dotyczy takich podmiotów zapis o ustawowych wyjątkach dla placówek kulturalnych, które przy okazji działania w niedziele mogą też dodatkowo pełnić funkcje handlowe. Wyjątki zapisane w ustawie o zakazie niedzielnego handlu mają dotyczyć wyłącznie podmiotów funkcjonujących w miejscach, gdzie rzeczywiście w niedziele prowadzona jest działalność kulturalna, oświatowa, sportowa, turystyczna lub wypoczynkowa.
Związek zawodowy organizuje protest przeciwko działaniom dewelopera zagrażającym miejscom pracy.
Jak informuje portal Bielsko-Biała Nasze Miasto wkrótce odbędzie się protest w obronie miejsc pracy w firmach działających na terenie byłych zakładów Fiata w Bielsku-Białej. Akcję organizuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który uważa, że nowy właściciel terenu prowadzi działania wymierzone w kontynuację produkcji w tej lokalizacji.
Wielki zakład koncernu Fiat działał w tym miejscu do roku 2024, gdy został zlikwidowany. Teren nabyła firma dewelopersko-inwestycyjna DL Invest Group. Zamierza na nim zbudować m.in. wielkie centrum danych, przeciwko któremu protestuje część mieszkańców miasta i okolicy. Na terenie działają inne firmy, które niegdyś kooperowały z zakładami Fiata. Choć nowy nabywca deklarował chęć współpracy z nimi i podtrzymania produkcji, nowe działania wzbudziły niepokój związkowców.
Nieoczekiwanie, bez zapowiedzi i konsultacji, dotychczas darmowe parkingi dla pracowników firm działających na tym terenie, zostały zamienione w płatne – stawka dzienna to 20 zł. Oznacza to, że każdy z pracowników musi się liczyć z wydatkiem dodatkowych 400 zł miesięcznie. Przy obecnych zarobkach w działających tu firmach z branży automotive oznacza to duże wydatki i stawia pod znakiem zapytania sens takiej pracy. Działacze Inicjatywy Pracowniczej twierdzą, że takie działania mogą stanowić przymiarki do pozbycia się dotychczasowej produkcji z tego terenu.
Związkowcy z Komisji Międzyzakładowej podbeskidzkich struktur Inicjatywy Pracowniczej organizują protest w dniu 24 sierpnia pod bramą numer 2 dawnych zakładów Fiata. Magdalena Madzia z tego związku mówi: „Żądamy od spółki DL-Invest wycofania się z uruchomienia planowanych opłat oraz oczekujemy włączenia się Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej w mediacje w sprawie utrzymania obecnych miejsc pracy. Pracownicy wychodzą na ulicę przeciwko haraczowi za parking. Utrudnianie działalności gospodarczej, podwyżki czynszów, haracz dla pracowników 400 zł na miesiąc za postawienie auta na terenie parkingu pracowniczego, zwijanie się firm po przejęciu terenu przez patodewelopera DL Invest to codzienność po przejęciu terenu od Fiata”.
Zakład o ponad 150-letniej tradycji jest bliski upadku.
Jak informuje portal Katowice Dziś, zagrożone jest dalsze istnienie Fabryki Elementów Złącznych w Siemianowicach Śląskich. Zakład został postawiony w stan likwidacji i lada moment mogą rozpocząć się zwolnienia całej załogi. Oznaczałoby to kres przedsiębiorstwa, którego korzenie sięgają roku 1868.
Obecny zakład ma początki w manufakturze Wilhelma Fitznera, która wytwarzała śruby, nity, nakrętki itp. Z czasem zakład rozrastał się, a produkował m.in. dla górnictwa, budownictwa i przemysłu maszynowego. Był jednym z największych przedsiębiorstw w Siemianowicach, w okresie PRL zatrudniał nawet 2000 osób. W roku 1999 został sprywatyzowany.
Pod koniec roku 2024 pojawiły się pierwsze niepokojące sygnały o kondycji firmy. Ruszyła wyprzedaż maszyn i urządzeń. Poprzedni właściciel sprzedał zakład Towarzystwu Finansowemu Silesia. Zamiast poprawy sytuacji doszło jednak do jej pogorszenia. W lipcu 2026 roku Fabrykę Elementów Złącznych postawiono w stan likwidacji.
Poszukiwany jest inwestor branżowy, mogący utrzymać produkcję i zatrudnienie. W momencie ogłoszenia stanu likwidacji zakład zatrudniał 60 osób, w tym część w wieku przedemerytalnym. Jako główna przyczyna problemów wskazywany jest duży wzrost cen energii. Jej koszty to około jednej trzeciej ogółu wydatków zakładu. Mimo programów wsparcia dla firm energochłonnych, branża metalowa nie została nimi objęta.
Wielki koncern został ukarany za nadużywanie przewagi wobec rolników.
Jak informuje Portal spożywczy, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów interweniował w sprawie działań koncernu Bunge Polska. To krajowy oddział jednego z największych w skali świata koncernów agrospożywczych, wyspecjalizowanych przede wszystkim w produkcji tłuszczów roślinnych. W Polsce jest on właścicielem m.in. marki Olej Kujawski.
Koncern stosował niewłaściwe praktyki wobec polskich producentów rolnych. UOKiK przyjrzał się temu, jakie kontrakty zawiera koncern z polskimi dostawcami surowców do produkcji olejów. Zakwestionowano zapisy tych umów. Wielki biznes w całości przerzucał na dostawców ryzyko związane z nieprzewidzianymi zdarzeniami, np. pogodowymi, i nakładał na nich kary za niewywiązanie się z umów w takim przypadku. UOKiK uznał, że oznacza to nadużycie dominującej pozycji rynkowej przez koncern i wykorzystanie swojej przewagi względem niewielkich podmiotów, w dodatku w sferze, na którą nie mają oni wpływu.
„Producenci rolni są szczególnie wrażliwymi uczestnikami rynku. Specyfika ich działalności sprawia, że są narażeni na skutki zdarzeń niezależnych od nich, takich jak ekstremalne zjawiska pogodowe. Dlatego przedsiębiorcy nie mogą kształtować umów w sposób, który pozbawia rolników możliwości zwolnienia się z odpowiedzialności za niewykonanie umowy w tych okolicznościach. Działania, które podejmujemy na rynku rolno-spożywczym, służą nie tylko ochronie jego słabszych uczestników. Są także elementem wspierania bezpieczeństwa żywnościowego Polski” – stwierdza prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Decyzja UOKiK była możliwa na mocy wprowadzonej w 2021 roku ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej. Koncern Bunge przez lata, także po wprowadzeniu ustawy, stosował takie praktyki wobec dostawców płodów rolnych, przerzucając na nich całe ryzyko związane ze zjawiskami typu klęski żywiołowe.
Po interwencji UOKiK koncern zawnioskował o dobrowolne poddanie się karze oraz zmienił zapisy umów z kontrahentami. Kara wyniosła niemal 4,3 mln złotych, a przypadku braku współpracy ze strony koncernu byłaby znacznie wyższa.
Podwyżka płacy minimalnej w przyszłym roku będzie bardzo niska, a właściwie fikcyjna.
Rząd liberalno-lewicowy podjął ostateczną decyzję w sprawie płacy minimalnej w roku 2027. Jej wzrost jest czysto teoretyczny. Minimalna pensja wyniesie od 1 stycznia 2027 roku 4950 zł brutto. To wzrost o 144 zł brutto. Godzinowa stawka minimalna na umowach śmieciowych rośnie natomiast o 90 groszy i wyniesie 32,3 zł brutto. Procentowo płaca minimalna rośnie o 3% rok do roku.
Inflacja prognozowana na rok 2027 wynosi wedle analityków od 2 do 3,3%, a i to jedynie przy założeniu, że nie będą miały miejsce żadne czynniki inflacjogenne, np. trwałe wzrosty cen paliwa itp. Oznacza to, że płaca minimalna, dotycząca około 2,5 mln najgorzej zarabiających, będzie stała w miejscu. Zbiednieją oni także względem lepiej zarabiających, bo szacowany średni wzrost płac w roku 2027 ma wynieść około 6%.
Podejmując decyzję o wzroście płacy minimalnej rząd liberalno-lewicowy całkowicie zlekceważył stanowisko związków zawodowych. Domagały się one wspólnie, aby wzrost płacy minimalnej był o 250 zł brutto większy, co pozwoliłoby poprawić sytuację najmniej zarabiających.
Zakład do likwidacji, cała załoga bez pracy.
Jak informują portale dts24.pl i limanowa.in, zapadła decyzja o likwidacji Spółdzielni Pracy Meblomet w Mszanie Dolnej. Cała załoga straci pracę, majątek firmy zostaje wystawiony na licytację i tak kończy się ponad 70-letnia historia zakładu.
Firma powstała w roku 1953 w Krakowie, a trzy lata później przeniesiono ją do Mszany Dolnej. Zakład wytwarzał głównie metalowe elementy do produkcji mebli. Po przełomie ustrojowym zmniejszył zatrudnienie, ale udało mu się przetrwać. Wytwarzał m.in. elementy do produktów sieci Ikea.
W ostatnich latach mocno podupadł, głównie wskutek drastycznego wzrostu kosztów energii i cen surowców po napaści Rosji na Ukrainę. Wzrost kosztów produkcji przełożył się na wyższe ceny finalnych wyrobów, a to poskutkowało utratą części zamówień na rzecz producentów z tańszych krajów. Mimo to firmie udało się znaleźć nowe nisze rynkowe. Produkowała m.in. wyposażenie siłowni zewnętrznych, placów zabaw, stojaki rowerowe, metalowe konstrukcje ławek miejskich, ogrodzenia, a nawet stelaże urządzeń medycznych itp.
Restrukturyzacja zakładu wydawała się przynosić efekty. Jeszcze jesienią 2025 pozyskano nowy pakiet zamówień i prowadzono rekrutację pracowników. Niestety obecnie zapowiedziano likwidację firmy z powodu trwałej nierentowności, wywołanej m.in. stałym spadkiem zamówień na elementy do produkcji mebli z powodu stale kurczącej się skali ich produkcji w Polsce.
Pracę straci cała załoga – około 50 osób. O procedurze zwolnień grupowych powiadomiono już Powiatowy Urząd Pracy. Biurowiec, halę produkcyjną, magazyny i teren zakładu wystawiono na licytację. Stopa bezrobocia w powiecie limanowskim wynosiła przed tymi zwolnieniami 7,3%.
Sąd uznał, że zwolnienie lidera związkowego w publicznej spółce było bezprawne.
Jak informuje portal Tysol.pl, sąd w Katowicach uznał, że zwolnienie dwóch działaczy „Solidarności” w PKP Cargo odbyło się niezgodnie z prawem. Wśród zwolnionych był Henryk Grymel, wiceprzewodniczący struktur związku w PKP Cargo – Henryk Grymel, w przeszłości lider struktur „Solidarności” w całej branży kolejowej. Grymel został zwolniony z wieloaspektowym naruszeniem prawa – zarówno jako osoba objęta ochroną prawną jako lider struktur związku zawodowego, jak i w kresie ochrony przedemerytalnej, bowiem do osiągnięcia wieku emerytalnego brakowało mu dwóch miesięcy.
Sąd nakazał wypłacenie zwolnionym odszkodowań. Proces trwał niemal dwa lata. Henryk Grymel oraz inni pracownicy spółki zostali zwolnieni w okresie od lipca do września 2024 roku w ramach „restrukturyzacji” prowadzonej przez ówczesnego szefa PKP Cargo z nadania rządu Tuska – Marcina Wojewódkę, znanego z ultraliberalnych metod w firmach, którymi zarządzał.
Zwolnienia objęły wówczas 27% załogi PKP Cargo, czyli 3665 osób. Zarówno zwalniani, jak i sąd zwrócili uwagę, że w pierwszej kolejności były one wymierzone w pracowników zrzeszonych w „Solidarności”, bez uwzględniania przesłanek merytorycznych. Paweł Szczepańczyk, radca prawny śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, powiedział po wyroku: „Sędzia wskazała, że kryterium doboru do zwolnienia było dyskryminacyjne i odnosiło się do jego działalności związkowej, a osobą, która wskazała go do zwolnienia, był najprawdopodobniej prezes Marcin Wojewódka”.
Udział PKP Cargo w rynku kolejowych przewozów towarowych wynosił przed „reformami” 27,4% wedle stanu na maj 2026. Na koniec roku 2023 było to 31,35%.
Przed urzędem miasta protestowali związkowcy domagający się poprawy sytuacji pracowników.
Jak informuje portal ctmyslowice.pl, przed urzędem miasta Mysłowice protestowali związkowcy zrzeszeni w organizacji WZZ Sierpień ’80. Byli to głównie pracownicy Zakładu Oczyszczania Miasta wspierani przez delegacje związkowców z innych okolicznych zakładów.
Kilkadziesiąt osób domagało się poprawy sytuacji płacowej i godnego traktowania zatrudnionych. Związkowcy twierdzą, że zarząd spółki miejskiej lekceważy pracowników i ich postulaty. Zaapelowali do władz miasta o interwencję w tej sprawie.
Struktury związku zawodowego Sierpień ’80 powstały w Zakładzie Oczyszczania Miasta wiosną 2025 roku. Związek od tamtej pory pozostaje w sporze z szefostwem firmy. Uważają oni, że spółka, która generuje duże przychody, w niewielkim stopniu dba o płace i warunki zatrudnienia szeregowych pracowników. Domagają się wzrostu płac o 800 zł dla pracowników fizycznych i o 500 zł dla pracowników administracyjnych. Uważają także, iż działalność związkowa jest utrudniana i domagają się zaprzestania takich praktyk. Zwracają także uwagę na złe warunki sanitarne w siedzibie firmy.
Związkowcy w przeddzień akcji protestacyjnej skierowali do prokuratury i Państwowej Inspekcji Pracy podejrzenie przestępstwa polegającego na utrudnianiu działalności związkowej – m.in. szykanowania związkowców, wywierania nacisków w celu wystąpienia ze związku itp.
Maleją w Polsce produkcja i eksport AGD z powodu presji chińskiej konkurencji.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, narasta problem ekspansji w Europie produktów AGD z Chin. Tracą na tym m.in. polscy producenci, których skala wytwórczości maleje, podobnie jak eksport na rynki krajów unijnych.
Eksport produktów AGD z polskich zakładów na rynki krajów unijnych zmalał pod względem wartości spadł o 10% w roku 2025. W tym czasie eksport do Europy AGD wytworzonego w Chinach wzrósł o 7%. Maleje także rentowność produkcji w Polsce – chińska konkurencja sprawia, że producenci muszą obniżać ceny. Nie jest to jednak konkurencja uczciwa: chińskie firmy nie muszą przestrzegać wielu europejskich norm dotyczących np. ochrony środowiska czy zasad zatrudniania.
Nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Europy maleje produkcja AGD – są to w skali roku kilkuprocentowe spadki w większości produktów z tego sektora. Już niemal każdy co drugi produkt AGD w Europie pochodzi z importu z krajów pozaeuropejskich, głównie z Chin.
Przedstawiciele branży alarmują, że taka tendencja zagraża istnieniu fabryk i mocy produkcyjnych w Europie i że w przypadku braku przeciwdziałania zaczną się likwidacje zakładów i miejsc pracy.
Sąd uznał, że zwolnienie z pracy działaczki związkowej było niezgodne z prawem.
Jak informuje bielska edycja „Gazety Wyborczej”, 21 lipca sąd wydał wyrok, w którym stwierdza, że bezprawne było zwolnienie z pracy przez sieć Kaufland działaczki związkowej Jolanty Żołnierczyk.
Pani Jolanta przez 9 lat pracowała w sklepie sieci Kaufland w Żywcu. Zaangażowała się w aktywność związkową i podjęła szereg działań. Między innymi zgłosiła do Państwowej Inspekcji Pracy fakt dyskryminacji płacowej kobiet, które wracają do pracy w tej sieci po urlopie macierzyńskim. Po powrocie do pracy otrzymywały one pensje takiej samej wysokości jak przed urlopem macierzyńskim, choć płace reszty załogi wzrosły w tym czasie. Jolanta Żołnierczyk nagłośniła takie praktyki sieci stosowane w całej Polsce.
Problem dotyczył co najmniej 200 pracownic. Państwowa Inspekcja Pracy po zbadaniu sprawy nakazała zaprzestania dyskryminacji płacowej matki powracających z urlopów macierzyńskich.
Kaufland zwolnił z pracy Jolantę Żołnierczyk w trybie dyscyplinarnym. Działaczka skierowała sprawę do sądu pracy, a ten nakazał dalsze jej zatrudnianie do czasu wyroku sądu – stało się to na mocy przepisów wprowadzonych latem 2023 roku przez rząd Prawa i Sprawiedliwości w celu ochrony działaczy związkowych przed zwalnianiem ich z pracy i pozbawianiem środków do życia.
Przedwczoraj sąd uznał, że zwolnienie Jolanty Żołnierczyk było bezprawne. Wyrok nie jest prawomocny, Kaufland może się od niego odwołać do wyższej instancji, ale wciąż musi zatrudniać działaczkę związku zawodowego Konfederacja Pracy.
Związkowcy wywalczyli podwyżki po kilkumiesięcznym sporze z szefostwem.
Jak informuje Radio Bielsko, zakończono spór zbiorowy w zakładzie T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach z sektora automotive. Podpisano porozumienie między związkowcami a szefostwem firmy – na jego mocy zatrudnieni otrzymają podwyżki płac.
Spór toczył się od kilku miesięcy. Pracowników reprezentował związek zawodowy „Solidarność”. Działania te były odpowiedzią na stanowisko zarządu firmy, który nie przewidywał żadnych podwyżek w roku 2026. Wskutek działań związkowców podwyżki zostaną jednak przyznane.
Od 1 lipca podwyżki pensji zasadniczych wyniosą 250 zł brutto. Zwiększone zostaną także dodatki stażowe, czyli osoby pracujące w zakładzie najdłużej, otrzymają większe płace.
Rząd liberałów szykuje rzeź opieki reumatologicznej.
Jak informuje portal Termedia.pl, nowe plany rządu liberałów zakładają prawdziwą rzeź szpitalnych oddziałów reumatologicznych. Przyjęte nowe kryteria kwalifikacji do finansowania przez NFZ są skonstruowane tak, że z obecnych 74 oddziałów reumatologii pozostałoby zaledwie 13. Środowiska lekarskie biją na alarm.
Ministerstwo Zdrowia przedstawiło 14 lipca tzw. nowy komponent mapy potrzeb zdrowotnych 2022–2026 dotyczący schematu zabezpieczenia opieki szpitalnej. Ma on być podstawą kolejnej „reformy” sieci szpitali i opieki zdrowotnej. Plany rządu liberałów oznaczają drastyczną likwidację oddziałów szpitalnych w zakresie reumatologii.
Jeśli przyjęte kryteria wejdą w życie, w całej Polsce pozostanie zaledwie 13 oddziałów reumatologicznych. Oznacza to likwidację ok. 80% takich placówek. Pacjenci z Pomorza oraz województw na wschodzie kraju zostaliby całkowicie pozbawieni takiej opieki nie tylko w swojej okolicy, ale wręcz w całych regionach.
Taki byłby efekt nowych kryteriów pozwalających na istnienie i finansowanie oddziałów reumatologicznych. Nowe kryteria obejmują m.in. co najmniej 1000 hospitalizacji rocznie z rozpoznaniem głównym związanym z chorobami zapalnymi; co najmniej 300 hospitalizacji rocznie związanych z chorobami układowymi tkanki łącznej; realizacja programów lekowych – dla co najmniej 120 pacjentów – w zakresie reumatologii, obejmujących m.in. reumatoidalne zapalenie stawów, młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa; co najmniej 120 pacjentów objętych wybranymi programami lekowymi w zakresie reumatologii.
Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku reumatologii dziecięcej. Wedle nowych kryteriów na dalsze działanie mogłoby liczyć tylko 10 oddziałów w całym kraju, gdyż tutaj roczny limit minimum pacjentów ustalono na 400 osób.
Środowisko reumatologów jest oburzone takimi planami. Dało temu wyraz 15 lipca na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Reumatycznych. Jego zdaniem kryterium 1000 hospitalizacji rocznie jest całkowicie absurdalne i znacznie większe niż w przypadku innych chorób, w tym takich o podobnym natężeniu w polskiej populacji.
Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego, prof. Magdalena Krajewska-Włodarczyk, mówi: „Jeśli nowe kryteria byłyby podstawą przy planowaniu zmian w szpitalnictwie, to reumatologia w północnej Polsce i na ścianie wschodniej po prostu przestanie funkcjonować. Na Pomorzu zostanie tylko jeden oddział szpitalny. Województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie zostaną całkowicie pozbawione szpitalnego zaplecza reumatologicznego. Pacjenci po prostu nie trafią do ośrodków, które mogłyby ich leczyć. Chory z Giżycka nie będzie przyjeżdżać co miesiąc do Warszawy po to, by dostać dożylny wlew leku. To niemożliwe”.
Brytyjski rząd podjął decyzję o upaństwowieniu wielkiej huty należącej do kapitału chińskiego.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, brytyjski rząd dzięki specjalnej ustawie dokonał nacjonalizacji przedsiębiorstwa British Steel, która po prywatyzacji i kolejnych zmianach własnościowych należała w ostatnim czasie do chińskiej grupy kapitałowej Jingye.
Rząd Wielkiej Brytanii dokonał upaństwowienia przedsiębiorstwa, motywując to ochroną interesu narodowego. Do British Steel należy ostatnia duża działająca w Wielkiej Brytanii huta w Scunthorpe. Od kilku miesięcy chiński właściciel planował jej zamknięcie, motywując to wysokimi kosztami energii oraz zapaścią na europejskim rynku stali. Gdyby zakład został zamknięty, w Wielkiej Brytanii nie wytwarzano by stali pierwotnej na potrzeby budownictwa, kolei, przemysłu samochodowego, zbrojeniówki itp.
Peter Kyle, minister ds. biznesu, mówi, że gdyby huta została zamknięta, „bylibyśmy zdani na łaskę międzynarodowych rynków i dostaw zza granicy, jeśli chodzi o wyroby wykorzystywane przez naszą kolej i budownictwo”. Z kolei premier Keir Starmer dodawał: „British Steel jest częścią tkanki naszego kraju i jednym z filarów przemysłowej siły Brytanii”, a decyzja o nacjonalizacji „zabezpiecza przyszłość produkcji stali w Zjednoczonym Królestwie, chroni miejsca pracy wymagające wysokich kwalifikacji i zachowuje kluczową dla państwa zdolność”.
W obliczu gróźb wygaszenia wielkich pieców w hucie w Scunthorpe, rząd Wielkiej Brytanii nakłaniał chińskiego właściciela, aby sprzedał zakład innemu przedsiębiorstwu. Nie było jednak chętnych. W związku z tym podjęto decyzję o nacjonalizacji. Dokonano jej na mocy specjalnej ustawy, przyjętej w środę. Decyzja spotkała się z krytyką ze strony chińskich władz i zapowiedzią ubiegania się o odszkodowania.
Huta w Scunthorpe zatrudnia 2700 osób.
Falę krytyki wywołał pomysł likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych.
Jak informuje Portal Samorządowy, Unia Uzdrowisk Polskich sprzeciwia się planom Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ministerstwo chce od początku roku 2027 zlikwidować Domy Wczasów Dziecięcych.
Unia Uzdrowisk Polskich wystosowała apel do MEN. Zwraca w nim uwagę na szkodliwość planowanej decyzji i brak do niej merytorycznych podstaw – ministerstwo twierdzi, że pobyt w takich placówkach koliduje z procesem dydaktycznym. Faktyczną przesłanką decyzji ministerialnych są „oszczędności budżetowe”: 30 milionów złotych na wstępie, a później po 9 milionów przez okres 10 lat.
Decyzja o likwidacji placówek wywołała falę krytyki. Grzegorz Cichy, prezes Unii Miasteczek Polskich i burmistrz Proszowic, twierdzi, że kilkudniowe pobyty w Domach Wczasów Dziecięcych to „szansa zwłaszcza dla dzieci z mniejszych ośrodków, które rzadziej wyjeżdżają na wczasy, mają więcej obowiązków domowych albo dalej do morza czy do atrakcyjnych miejsc w górach”. Obecny system dofinansowania tych wyjazdów sprawia, że są one znacznie tańsze od oferty komercyjnej, a mogą z nich korzystać także dzieci najuboższe oraz placówki szkolne z niewielkich niezamożnych miejscowości.
Unia Uzdrowisk Polskich apeluje do resortu edukacji o odstąpienie od planowanej likwidacji placówek. W Polsce działają 24 domy wczasów dziecięcych – 10 publicznych oraz 14 niepublicznych. Większość z nich powstała w latach 50. i 60.
Wczoraj rolnicy protestowali przeciwko lekceważeniu narastających problemów branży.
Jak informuje portal Interia Biznes, we wtorek organizacje rolnicze zorganizowały protest pod siedzibą Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Uważają, że sytuacja ich branży jest fatalna i domagają się działań i wsparcia od rządu.
Protestujący akcentowali różne palące problemy sektor rolnego w Polsce. Ich zdaniem kondycja finansowa gospodarstw rolnych jest kiepska. Adrian Wawrzyniak, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych mówi portalowi Interia Biznes: „W Polsce dzisiaj gospodarstwa rodzinne są na skraju bankructwa. Ta sytuacja jest spowodowana m.in. brakiem odpowiedniej pomocy finansowej ze strony ministerstwa rolnictwa i rządu”. Przypomina on, że w kwietniu rządzący obiecywali wsparcie w kwestii kosztów nawozów i paliwa dla rolników, ale do dzisiaj nic nie zostało zrobione.
Protestujący zwracali uwagę na bardzo niskie ceny skupu produktów rolnych. Damian Murawiec z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników mówi portalowi Interia Biznes: „Mamy dramatycznie niski poziom cen – od około 3,50 do 4 zł za kilogram żywca. To są ceny, które można śmiało porównać do tych sprzed 20 lat”. To samo dotyczy cen pszenicy, która również jest skupowana po stawkach sprzed niemal dwóch dekad.
Wszystko to ma miejsce w sytuacji dużego wzrostu kosztów produkcji rolnej. Protestujący akcentowali przede wszystkim znaczny wzrost cen nawozów, który ma miejsce od kilku lat. Innym problemem są obecne koszty paliw, głównie oleju napędowego do maszyn rolniczych. Na kondycji gospodarstw odbijają się także wysokie ceny gazu, który jest wykorzystywany m.in. do ogrzewania pomieszczeń gospodarczych, w suszarniach płodów rolnych itp.
Innym z problemów jest coraz większy napływ produktów rolnych z innych krajów. Protestujący zwracali uwagę na luki i rozregulowanie systemu importu płodów rolnych, głównie z Niemiec i Holandii. Adam Wawrzyniak powiedział Interii Biznes: „Polska staje się pewnego rodzaju śmietnikiem Europy dla produktów, które za granicą powinny być wycofywane lub utylizowane. Te warzywa trafiają do Polski, są przepakowywane w paczkowniach, a następnie sprzedawane w dużych sieciach handlowych. W tym samym czasie polski ziemniak i polskie warzywa, świeżo zebrane z pól naszych rolników, nie mają zbytu”. Na to nakłada się dominacja sieci handlowych: „Rolnik za wyprodukowanie młodego ziemniaka otrzymuje 25-30 groszy, podczas gdy na półkach sklepowych kupujemy go za około 3 zł za kilogram. Dotyczy to wszystkich warzyw i owoców, które jako rolnicy dostarczamy. Domagamy się od Ministerstwa Rolnictwa, aby relacje na linii markety, przetwórcy i rolnicy zostały w odpowiedni sposób uregulowane”.
Protestujący zwracali uwagę na kiepską sytuację finansową gospodarstw rolnych i bierność rządu w tej sprawie. Wskazywali, że przekłada się to także na inne branże. Wiele inwestycji w rolnictwie zostało wstrzymanych. Stagnacja panuje także na rynku maszyn rolniczych, a brak popytu ze strony rolników przekłada się na problemy producentów.
Kolejna fala likwidacji miejsc pracy w Łodzi i okolicy.
Jak informuje portal Tułódź.pl, przez Łódź i okoliczne miejscowości przetacza się kolejna fala zwolnień grupowych. Obejmuje ona przeróżne branże. Część firm zwolni nawet ponad 100 osób, a tylko w formule zwolnień grupowych żegna się z pracą już lub wkrótce ponad 700 osób.
Zwolnienia grupowe w ostatnim czasie zgłosiły następujące firmy: polski oddział Compal Europe – naprawa i serwis komputerów – 68 osób do zwolnienia; OSDW Azymut – handel hurtowy książkami i podobnymi produktami – 81 osób; Altor – budowa dróg i autostrad – 93 osoby; DesleeClama Poland z branży tekstylnej – 27 osób; Truvant Europe – produkcja opakowań – 121 osób; Stretto – branża programowania – 44 osoby; Harman Connected Services Poland z podobnej branży – 26 osób; HRP Grants – edukacja pozaszkolna – 30 osób; Janis – przemysł włókienniczy – 68 osób; Marel Shared Services Center – usługi doradcze – 66 osób; Ideal Europe – produkcja rowerów i wózków inwalidzkich – 30 osób.
Te zwolnienia już trwają lub zostaną zrealizowane najpóźniej do końca sierpnia.
Narasta fala zwolnień grupowych i maleje liczba ofert pracy w Wielkopolsce.
Jak informuje portal Fakty Kaliskie, w Wielkopolsce odnotowano dwa fatalne wskaźniki obrazujące sytuację na rynku pracy.
Znacznie wzrosła skala zwolnień grupowych. Tylko w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku 2026 firmy działające w województwie zapowiedziały zwolnienia grupowe dotyczące 5000 osób. To o 70% więcej niż w całym roku 2025. Najwięcej zwolnień dotyczy branż handlowej i przemysłu. Największa skala zwolnień grupowych objęła miasto Poznań.
Druga z kiepskich tendencji to liczba ofert pracy. Firmy w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2026 roku zgłosiły ich 10 000. To aż o połowę mniej niż w tym samym okresie roku 2025. W powiatach ostrzeszowskim i poznańskim spadek liczby ofert pracy wyniósł rok do roku 70%. W dodatku aż jedna czwarta ofert to krótkotrwałe i zazwyczaj najniżej płatne etaty dofinansowane przez państwo: staże, prace interwencyjne itp.
Przedstawiciele szpitali powiatowych domagają się przywrócenia dostępności badań.
Jak informuje portal Rynek Zdrowia, Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się przywrócenia nielimitowanych badań. Przypomnijmy, że neoliberalny rząd Tuska przywrócił od 1 kwietnia 2026 roku limity na wiele ważnych badań, w tym pozwalających wcześnie wykryć nowotwory. Badania ponad przyjęte niewielkie limity mają być refundowane dopiero w kolejnym roku i wedle stawek, które czynią to nieopłacalnymi. Oznacza to, że wiele szpitali rezygnuje z badań. Dla pacjentów oznacza to duże ryzyko zdrowotne lub konieczność odpłatnego wykonania badań w sektorze prywatnym.
W stanowisku Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych napisano: „Ograniczanie dostępności porad specjalistycznych to nie oszczędność – to przeniesienie kosztów w czasie i ich zwielokrotnienie”. Organizacja informuje, że po wprowadzeniu limitów i niewielkich stawek za nadwykonania, znacznie wydłużyły się kolejki na badania. Na rezonans magnetyczny czeka się nawet 105 dni, a na kolonoskopię 263 dni.
Związek przekonuje, że zapowiadane przez rząd kolejne „reformy” grożą powtórką takiego scenariusza także w kwestii wizyt specjalistycznych, obejmując tym razem szerszą grupę chorych przewlekle – kardiologicznych, diabetologicznych, neurologicznych, pulmonologicznych i reumatologicznych. Autorzy apelu uważają, że takie pomysły nie poskutkują oszczędnościami budżetowymi, lecz większymi wydatkami – choroby wykryte później, będą droższe w leczeniu, a w „bonusie” otrzymamy cierpienie i dodatkowe zgony pacjentów.
Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się m.in. rozliczania nadwykonań co miesiąc, a nie w kolejnym roku, gdyż szpitale nie mają z czego kredytować takich działań. Uważa też, że nadwykonania powinny być płatne wedle standardowej stawki, a nie obniżonej, jak obecnie. Apelują także o zniesienie limitów na badania endoskopijne i diagnostykę obrazową, gdyż limity zagrażają zdrowiu i życiu pacjentów.
Wczoraj odbył się strajk w publicznym zakładzie.
Jak informuje Radio Wrocław, wczoraj miał miejsce dwugodzinny strajk ostrzegawczy w Instytucie Elektrotechniki „Łukasiewicz” – Departamencie Doświadczalno-Produkcyjnym w Międzylesiu. To publiczne przedsiębiorstwo wytwarza izolatory dla przemysłu energetycznego i kolei. To największy taki producent w Polsce. Jest jednym z największych pracodawców na Ziemi Kłodzkiej i największym w gminie Międzylesie – zatrudnia około 140 osób.
Strajk ostrzegawczy to kolejny etap trwającego sporu w przedsiębiorstwie. Pracownicy i związkowcy domagają się podwyżek płac oraz poprawy warunków zatrudnienia. Chcą podwyżek płac o 600 zł – ich obecne płace ledwo przekraczają pensję minimalną, także w przypadku najbardziej doświadczonych pracowników o wieloletnim stażu pracy w zakładzie. Ale spór nie dotyczy tylko pensji. Pracownicy skarżą się na warunki zatrudnienia – wyeksploatowane i stare maszyny, brak wydajnej wentylacji, temperatury sięgające w hali latem nawet 30 stopni itp.
Dotychczasowe negocjacje nie przyniosły efektów. Przedstawiciele zarządu zakładu twierdzą, że nie posiadają środków na oczekiwane podwyżki i proponują śladowe wzrosty pensji. Negocjacje z udziałem rządowego mediatora zaplanowano na 14 lipca. Związkowcy zapowiadają, że jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie, kolejnym działaniem może być bezterminowy strajk generalny.
We wczorajszym strajku ostrzegawczym wzięła udział niemal cała załoga zakładu zrzeszona w związkach zawodowych „Solidarność” i „Sierpień ‘80”.
Duży zakład w niewielkim mieście zwalnia niemal połowę załogi.
Jak informuje portal Business Insider, szefostwo walcowni metali „Dziedzice” w Czechowicach-Dziedzicach zapowiedziało wielkie zwolnienia grupowe. Walcownia istnieje od 130 lat, obecnie należy do grupy kapitałowej Boryszew.
Szefostwo spółki zamierza zwolnić 163 pracowników produkcyjnych oraz 37 pracowników administracyjnych. 200 osób planowanych do zwolnienia to niemal połowa załogi wynoszącej obecnie 447 osób. Decyzja jest motywowana przyczynami ekonomicznymi, problemami rynku wyrobów metalowych oraz planowaną reorientacją produkcji.
W fabryce niemieckiego koncernu pracownicy są oburzeni ich traktowaniem.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, pracownicy fabryki niemieckiego koncernu samochodowego MAN w Niepołomicach rozpoczęli przygotowania do sporu zbiorowego. Nie wykluczają nawet strajku. Są oburzeni tym, jak wielkie różnice w wysokości premii dotyczą zakładów w Polsce i w Niemczech.
Premia roczna w niemieckich zakładach MAN-a ma wynieść 1600 euro, czyli niemal 7000 zł. Tymczasem premia roczna w polskim zakładzie to 1500 zł brutto. W niemieckich zakładach nawet uczniowie-praktykanci mają dostać 365 euro, czyli mniej więcej tyle samo, ile najbardziej doświadczeni pracownicy w Polsce. Dzieje się tak pomimo że – jak wskazują związkowcy i pracownicy – efektywność produkcji w Polsce jest wyższa niż w niemieckim zakładzie. W Polsce podczas jednej zmiany wytwarza się 105 ciężarówek, w Niemczech zaledwie 40. Zakład MAN w Niepołomicach jest jednym z największych, najbardziej nowoczesnych i wydajnych ze wszystkich fabryk tego koncernu w skali świata.
Wieści o wysokości premii wywołały oburzenie załogi zakładu. Związkowcy z „Solidarności” zapowiedzieli przygotowania do wszczęcia sporu zbiorowego. Jeśli jego kolejne etapy negocjacyjne nie przyniosą efektów, są gotowi zorganizować strajk. Związkowcy domagają się, aby premia w Polsce wyniosła 5000 złotych.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Intercooler422 – Praca własna, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=170489304
Znikają zakład i 100 miejsc pracy.
Jak informuje portal Radomsko24.pl, w Radomsku rozpoczął się proces kontrolowanej likwidacji spółki Metalurgia SA. Oznacza to koniec zakładu i wszystkich miejsc pracy w nim.
Firma od pewnego czasu znajdowała się w kłopotach finansowych. Nie pomogły działania naprawcze. Spółka zajmowała się produkcją i sprzedażą m.in. drutu ocynkowanego, drutu spawalniczego, drutu ciągnionego oraz wyżarzanego. Główne przyczyny kłopotów finansowych zakładu to malejący popyt w krajach Unii Europejskiej, spowodowany napływem tańszych produktów z Chin, a także rosnące koszty energii.
Likwidacja zakładu oznacza koniec zatrudnienia całej jego załogi, czyli około 100 osób.
Trwa walka związkowców z szefostwem jednej z sieci handlowych, a spór się zaostrza.
Jak informuje portal Dla Handlu, w sieci handlowej Stokrotka zaostrza się konflikt związkowców z szefostwem firmy. Ta sieć, należąca do kapitału litewskiego, jest jedną z największych w Polsce. Ma ok. 1000 sklepów, a zatrudnia 11 500 osób, nie tylko w sklepach, ale także w magazynach i centrach dystrybucyjnych.
Od 2024 roku trwa w sieci spór zbiorowy „Solidarności” z szefostwem firmy. Związkowcy domagają się nie tylko podwyżek płac, ale przede wszystkim zmian organizacyjnych – zwiększenia obsady sklepów. Zdaniem związkowców sieć celowo zredukowała obsadę sklepów do minimum, co skutkuje fatalnymi warunkami pracy, przeciążeniem zatrudnionych, niemożnością korzystania z urlopów itp. Związkowcy twierdzą, że dzieje się tak od roku 2019, gdy sieć została przejęta przez litewską grupę kapitałową Maxima. Ich zdaniem od tamtej pory obsada poszczególnych sklepów została zredukowana o 30-40 procent.
Wskutek działań związkowców w sieci Stokrotka rozpoczęła się właśnie całościowa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Ma ona sprawdzić nie tylko ogólne warunki pracy, ale także to, czy kierownictwo sieci nie utrudniało związkowcom przeprowadzania referendum strajkowego.
OPZZ krytycznie ocenia wzrost skali wypadków przy pracy.
Na stronie internetowej Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych czytamy krytyczną opinię na temat dużego wzrostu skali wypadków przy pracy w I kwartale bieżącego roku. Rok do roku liczba takich zdarzeń wzrosła o 19,3%.
Renata Górna z Wydziału Polityki Społecznej OPZZ napisała: „Dane te potwierdzają, że bezpieczeństwo pracy w Polsce ulega wyraźnemu pogorszeniu, a działania prewencyjne państwa i pracodawców są niewystarczające”.
Dane GUS wskazują, że najbardziej wypadkowe są następujące branże: górnictwo, gospodarka odpadami, ochrona zdrowia. Choć ponad 40% wypadków przy pracy wynika z zachowań pracowników, OPZZ twierdzi, że to nie są błędy pracowników, lecz błędy systemowe wynikające m.in. z przeciążenia, złej organizacji pracy, braku szkoleń, zmęczenia czy psychospołecznych warunków pracy. Zatrudnieni są przeciążeni obowiązkami, w wielu branżach zatrudnienie jest zbyt małe wobec potrzeb, pracodawcy wymuszają zbyt szybkiego tempo pracy itp.
Kończy życie zakład, cała załoga na bruk.
Jak informuje portal Sadeczanin.info, zapadła koszmarna decyzja w sprawie jednego z zakładów działających w Nowym Sączu. Zostanie on zlikwidowany, a cała załoga straci pracę.
Mowa o Nowosądeckiej Fabryce Urządzeń Górniczych „NOWOMAG”. Zakład powstał w 1976 i produkował elementy i urządzenia dla górnictwa i energetyki. W 1992 został sprywatyzowany, a od 2003 wchodził w skład grupy FAMUR. Od pewnego czasu działał pod nazwą GRENOVIA FAMUR NOWOMAG Oddział w Nowym Sączu. W okresie największej świetności zatrudniał ponad 1000 osób.
Właśnie zapadła decyzja o jego likwidacji. Pracę straci cała załoga. Przed podjęciem decyzji o likwidacji pracowało w zakładzie około 300 osób.
Decyzja jest motywowana likwidacją górnictwa w Polsce, co oznacza dla zakładu duży spadek zamówień. Również energetyka znajduje się w kryzysie i zmniejszyła skalę zamówień.
Niedawno na likwidację całego wydziału i zwolnienie 190 osób zdecydowano się w odniesieniu do zakładu Glinik w Gorlicach – należy on do tego samego właściciela, co przedsiębiorstwo w Nowym Sączu. W Gorlicach również zlikwidowana zostanie produkcja na potrzeby górnictwa, a resztki przyszłościowej i rentownej produkcji z obu zakładów zostaną skoncentrowane w jednym z wydziałów firmy w Gorlicach.
Rekordowy długi jest obecnie średni czas poszukiwania pracy.
Jak informuje portal Money.pl, nowe badania przynoszą koszmarne wieści z rynku pracy. 61 edycja Monitora Rynku Pracy, przygotowanego przez Instytut Badawczy Randstad i Instytut Badań Pollster, wykazała, że średni czas szukania pracy w Polsce wyniósł wiosną 2026 aż 4,5 miesiąca.
To najwyższy wynik w historii pomiarów, które odbyły się 61 raz, a są przygotowywane co kwartał. W ciągu 15 minionych lat średni czas poszukiwania pracy nigdy nie był tak długi.
Wynik ten jest nie tylko rekordowy w dziejach pomiarów. On także drastycznie wzrósł w ciągu roku. W pierwszym kwartale 2025 roku wynosił 3,3 miesiąca, czyli 45 dni krócej niż obecnie.
Najgorsza jest sytuacja osób w wieku 50-64 lata. Wśród nich średni czas szukania nowej pracy wynosi 8,7 miesiąca. Tylko w ciągu kwartału jest to wzrost z 7,2 miesiąca.
W tym czasie znacznie zmalał także optymizm Polaków w kwestii poszukiwania pracy. W ciągu pół roku z 83% do 77% spadł odsetek osób uważających, że łatwo będzie znaleźć jakąkolwiek pracę. Natomiast 56% badanych uważa, że w ciągu pół roku znaleźliby pracę podobną lub lepszą od obecnej, gdyby tę ostatnią stracili.
Przed sejmem protestowali dawni franczyzobiorcy Żabki.
Jak informuje Portal Spożywczy, 25 czerwca przed budynkiem sejmu odbył się protest byłych franczyzobiorców Żabki. Protestujący apelowali o ustawowe uporządkowanie reguł działania tej sieci oraz samych zasad franczyzy w Polsce.
Dawni ajenci Żabki zwracali uwagę na to, że sieć utrudnia audyt rozliczeń i dostępu do dokumentów. Od lat są niezadowoleni z tego, w jak niejasny sposób sieć prowadzi rozliczenia z franczyzobiorcami.
Wspiera ich „Solidarność”. Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, mówi, że po wielu dotychczasowych wspólnych działaniach franczyzobiorców i związkowców, obecnie trwają naciski na rząd Tuska w celu wprowadzenia specustawy dotyczącej uregulowania franczyzy (zasada zatrudniania, ochrony pracowników, odprowadzania podatków i składek itp.) oraz zabiegi na forum europejskim w celu ponadkrajowego rozwiązania tego problemu.
Pracownicy Auchan w Polsce dostali żenujące podwyżki.
Jak informuje portal Dla Handlu, pracownicy polskich sklepów sieci Auchan otrzymali podwyżki, które wywołały ich złość, a nie zadowolenie. Zaproponowano im aneksy do umów opiewające na kwoty… 50-60 zł brutto.
Pracownicy Auchan od dawna domagali się podwyżek. Związki zawodowe działające w polskim oddziale sieci żądali podwyżek w wysokości 400-500 zł brutto oraz dodatkowej premii za wyniki poszczególnych sklepów. Płace w Auchan rosły znacznie wolniej niż w innych sieciach, a względem wzrostu kosztów życia mowa była o stagnacji. Na początku roku pracownicy otrzymali informację, że podwyżki będą. „Miało to być minimum 140 zł brutto dla 75% pracowników. W czerwcu okazało się, że podwyżki są rzędu 50-85 zł brutto, a w większości przypadków nie przekraczają 60 zł brutto” – powiedział portalowi Dla Handlu jeden z pracowników sieci. Również premie mają być znacznie niższe od zapowiadanych, a ich zasady sformułowano tak, że zamiast deklarowanych 450 zł brutto większość zatrudnionych otrzyma nie więcej niż 270 zł brutto. Za to ucięte zostały inne benefity, jak premia kwartalna, doładowanie, bony Auchan itp.
W rozmowie z portalem pracownicy narzekają także na niefinansowy aspekt zatrudnienia. Choć przez lata przybyło sklepów sieci, zauważalnie zmniejszono ich obsadę. Oznacza to, że tyle samo lub więcej pracy wykonuje mniejsza liczba osób. Zatrudniane są jedynie osoby z niepełnosprawnościami, których etaty dofinansowuje PFRON.
Obecnie w Polsce działają 253 sklepy tej sieci. To wzrost o 7 placówek od roku 2023. W roku 2020 sieć zatrudniała w Polsce 19233 osoby, a w 2024 już tylko 15630 osób.
Duże zwolnienia na prowincji.
Jak informuje „Gazeta Krakowska”, duże zwolnienia grupowe planuje firma Famur Glinik w Gorlicach. Zostały już one zgłoszone do urzędu pracy. Wszystkie dotyczą osób zatrudnionych w dziale mechanicznym. Wytwarza on m.in. elementy hydrauliczne do maszyn stosowanych w górnictwie.
Likwidacji ma ulec cały wydział. Pracę ma stracić 189 osób.
Firma zajmuje się projektowaniem i produkcją urządzeń dla przemysłu. Zakład jest jednym z największych pracodawców w powiecie gorlickim. To jedne z największych zwolnień w okolicy od wielu lat.
Zwolnienia grupowe w wielkiej korporacji z powodu przenoszenia zadań do Indii.
Jak informuje krakowska Gazeta Wyborcza, wielkie zwolnienia szykują się w polskich strukturach koncernu HSBC. Świadczy on usługi finansowe dla firm w modelu outsourcingu. W polskich strukturach zatrudnia 6000 osób, z czego ogromną większość w Krakowie.
Teraz pracę ma stracić co najmniej 400 Polaków pracujących w krakowskim oddziale. Pracę straciło już 128 z nich. Poprzednie zwolnienia grupowe w firmie miały miejsce zaledwie w marcu. Likwidacja etatów obejmuje całe działy firmy. Część osób traci pracę z powodu AI i automatyzacji pracy, a część wskutek przenoszenia zadań do Indii do nowego oddziału koncernu.
Jutro protest przed jednym z zakładów.
Jak informuje portal Beskidzka24.pl, w czwartek 25 czerwca odbędzie się protest pracowników i związkowców przed zakładem firmy T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach. To firma z sektora automotive.
Protest organizuje „Solidarność” ze struktur ponadzakładowych działających w tej branży. Grzegorz Maślanka, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” FCA Poland, powiedział portalowi beskidzka24.pl: „O podjęcie rozmów w sprawie zbiorowej podwyżki wynagrodzeń wystąpiliśmy jeszcze w ubiegłym roku. Od lutego jesteśmy w płacowym sporze zbiorowym, jednak wciąż daleko do porozumienia akceptowanego przez załogę. Nasze niezadowolenie dotyczy również warunków i organizacji pracy. Szczególne rozgoryczenie wywołało zaplanowanie w czerwcu roboczych sobót, czyli sześciodniowych tygodni pracy, zwiększających obciążenie pracą oraz utrudniających właściwą regenerację sił”.
Jeśli kolejne protesty i negocjacje nie przyniosą efektów, związkowcy rozważają podjęcie strajku.
Duży bank zapowiada zwolnienia grupowe.
Jak informuje portal Bankier.pl, zwolnienia grupowe zapowiedział Velo Bank. Szefostwo banku przedstawia ten proces jako kolejny etap działań po przejęciu banku Citi Handlowy – jego części detalicznej.
O planowanych zwolnieniach grupa bankowa poinformowała już właściwy urząd pracy oraz związki zawodowe. Wiadomo już, że zwalniani otrzymają jedynie odprawy wynikające z regulacji kodeksu pracy.
Nie podano dotychczas skali planowanych zwolnień. Wiadomo jednak, że obejmie ona co najmniej kilkadziesiąt osób.
Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do strajku.
Jak informuje portal Tysol.pl, w zakładzie mięsnym Agryf w Szczecinie coraz większe jest prawdopodobieństwo strajku. Zakłady należą do giganta branży mięsnej Animex Foods.
Fiaskiem zakończyło się 18 czerwca spotkanie związkowców z zarządem firmy przy udziale mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Pracownicy zakładu opowiedzieli się natomiast w referendum strajkowym za przerwaniem pracy w przypadku niespełnienia ich oczekiwań finansowych.
Zarząd zakładu nie zgodził się na podwyżki oczekiwane przez związkowców. Stało się tak mimo iż związkowcy z „Solidarności” i OPZZ zaproponowali różne warianty podwyżek, w tym rozłożenie ich na raty.
W zakładzie przeprowadzono referendum strajkowe. Wymagana prawem frekwencja została znacznie przekroczona – udział w głosowaniu wzięło 67% zatrudnionych. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziało się 94,4% uczestników głosowania. Jeszcze wyższy odsetek – 94,8% – stwierdził w głosowaniu, że nie jest usatysfakcjonowany poziomem podwyżek oferowanym przez zarząd firmy.
Strajk ostrzegawczy ma odbyć się 25 czerwca i potrwać półtora godziny. Na 23 czerwca zaplanowano spotkanie ostatniej szansy z zarządem firmy. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, kolejnym krokiem może być strajk oznaczający całkowite bezterminowe zaprzestanie pracy w zakładzie.
Jak informuje portal Puls HR, nowe dane z gospodarki przynoszą złe wieści w kwestii pracy i płacy.
Nowe dane GUS mówią, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających 9 osób lub więcej) w maju 2026 r. wyniosło 9173,24 zł brutto. Oznacza to spadek o 357 zł wobec kwietnia. Takie wahanie byłoby zrozumiałe, bo w kwietniu wypłaca się corocznie więcej premii i podobnych dodatkowych świadczeń. Jednak rok do roku wzrost płac wyniósł w maju 5,8%, jednak analitycy spodziewali się wzrostu na poziomie 6,2%. Spadek poniżej poziomu 6% miał już miejsce w kwietniu i oznacza spore wyhamowanie wzrostu płac w roku 2026. Jest on najniższy od ponad 5 lat. Równie mizernie wygląda wzrost płac na tle inflacji – choć jest ona niska, to realne pensje wzrosły w maju 2026 o zaledwie 2,6% w ujęciu rocznym.
Kiepskie są także dane GUS dotyczące zatrudnienia w maju 2026 w sektorze przedsiębiorstw. Mówią one, że zatrudnienie w tym sektorze zmalało w ciągu roku o 0,9%. To już szósty z rzędu miesiąc spadków zatrudnienia w tym sektorze. Tylko w ciągu miesiąca ubyło 9000 etatów.
Kolejny raz pracownicy czekają na zaległe pensje.
Jak informuje Radio Bielsko, fatalnie wygląda sytuacja pracowników zakładu Andoria w Andrychowie. Kolejny raz czekają oni na zaległe wynagrodzenia.
Andoria to wytwórnia silników wysokoprężnych. Od roku 2025 ma ona kłopoty finansowe. Maleje produkcja, a pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń. W chwili obecnej czekają wciąż na wypłaty za maj. Jednak podobne sytuacje miały miejsce w ubiegłym roku. Latem pensje wypłacano w ratach, nawet siedmiu kolejnych. We wrześniu dwukrotnie wstrzymano produkcję z powodu braku zamówień. Firma nie odprowadza należnych składek i podatków. W zakładzie trwa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy.
Władze firmy nie kryją, że sytuacja jest trudna. Twierdzą, że starają się o pozyskanie inwestora branżowego. Problem zaległych płac i zagrożonych miejsc pracy dotyczy 280 osób.
Zamiast zwolnień grupowych – dużo niewielkich zwolnień.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, sytuacja na rynku pracy nie polepsza się, a redukcja etatów przybiera nową postać. O ile obecnie nie widać podobnej fali zwolnień grupowych jak wcześniej, o tyle znacząco wzrosła skala zwolnień indywidualnych.
W pierwszych czterech miesiącach 2026 w urzędach pracy zarejestrowało się niemal 163 000, które straciły zatrudnienie z przyczyn leżących po stronie zakładu pracy. To rok do roku wzrost skali zjawiska aż o 11 proc. „Rzeczpospolita” informuje, że podobny trend zauważyła branża HR. Firma LHH, która analizuje zjawisko, informuje, że w okresie styczeń-maj w 2026 rok do roku wzrosła o 12% liczba osób objętych programami wsparcia dla zwalnianych. To oznacza nowy rekord – już rok 2025 był pod tym względem najgorszy od lat.
W Kielcach rozpoczął się protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta.
Związek Zawodowy Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach rozpoczął protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta. Związkowcy informują: W związku z dotychczasowym brakiem reakcji władz miasta i ZTM na nasze wielokrotne pisma, jak również kontynuowanie działań szkodzących spółce, mając na względzie dobro przedsiębiorstwa MPK Kielce, a tym samym ochronę 600 miejsc pracy, Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach – skupiający 80 procent załogi MPK – jednogłośnie podjął decyzję o ogłoszeniu akcji protestacyjnej w dn. 16.06.2026 r. W ramach protestu w tym dniu zostanie odpowiednio oflagowany i oznaczony zakład oraz będą podejmowane inne działania zmierzające do obrony spółki, w tym niedopuszczenia do jej upadłości.
Ze względu na trwającą od kilku lat całkowitą blokadę medialną spółki w mediach prosimy o śledzenie naszych portali, które są wiarygodnym źródłem informacji o MPK. W tych miejscach będziemy informować o działaniach podejmowanych w ramach prowadzonego protestu. Zachęcamy również do lektury nowego numeru „Pasażera”, który jest już dostępny na naszej stronie internetowej i w autobusach komunikacji miejskiej. Są tam obszernie wyjaśnione przyczyny naszego protestu i kolejnej walki o utrzymanie miejsc pracy.
Poniżej przedstawiamy nasze postulaty. Domagamy się:
Bezwzględnego przestrzegania podpisanego w 2007 roku porozumienia ze spółką, w tym w szczególności punktu dotyczącego prowadzenia dialogu, właściwego wykorzystania środków unijnych jako wsparcia dla spółki oraz respektowania opartej na tym porozumieniu umowy kupna sprzedaży i umowy spółki. My jako sygnatariusze porozumienia, realizujemy i wypełniamy je w 100 procentach, dlatego mamy prawo domagać się tego samego od miasta. […]
Zrekompensowania spółce kosztów poniesionych w związku z obniżeniem przez rząd stawki VAT z 23 na 8 procent poprzez podpisane odpowiedniego aneksu dotyczącego sposobu waloryzacji stawki, co przewiduje paragraf 11 zawartej w 2018 roku umowy między MPK a ZTM. Spółka obecnie z tego tytułu traci kilkaset tysięcy złotych miesięcznie.
Powołania specjalnego zespołu z złożonego z przedstawicieli wszystkich klubów w Radzie Miasta, który przeprowadzi kompleksową finansową kontrolę w MPK, KASP i ZTM. Nie mamy bowiem i nigdy nie mieliśmy niczego do ukrycia – to miasto blokowało audyt w spółce i to wówczas, gdy miało przedstawiciela w radzie nadzorczej, przez co firma straciła miliony złotych.
Natychmiastowego wstrzymania decyzji o budowie nowej bazy – przynajmniej do czasu wypracowania optymalnego rozwiązania, również mając na względzie, że przez najbliższych 6 lat na terenie tej zajezdni nie będą mogły parkować nowo zakupione przez miasto i wprowadzone do ruchu 24 autobusy elektryczne, co będzie generowało dodatkowe koszty dla miasta oraz kieleckich podatników. Nie godzimy się na to, żeby wykorzystywać środki publiczne do szkodzenia spółce, w której miasto ma udziały. Jesteśmy firmą dobrze zarządzaną, konkurencyjną i prowadzącą szeroko zakrojone inwestycje, ale nawet my nie jesteśmy w stanie konkurować ze środkami publicznymi, które miały zgodnie z zawartym porozumieniem i założeniami KPO trafiać do przedsiębiorstw ponoszących straty z tytułu wprowadzonego lockdownu. Wyjaśnienia wymaga także to, dlaczego w ostatnim przetargu zmieniono zasady finansowania kilometrów dojazdowych, przez co ukryto przed kieleckim podatnikiem bardzo duże koszty związane z kilometrami dojazdowymi do bazy. Dziwnym trafem na takiej operacji traci kielecki podatnik, ale korzysta konkurencja, która ma zajezdnię kilkakrotnie dalej usytuowaną niż MPK. W tym kontekście absurdalne wydają się wcześniejsze wypowiedzi władz miasta o tym, że nie ma znaczenia, w którym miejscu znajduje się baza, bo i tak to przewoźnik ponosi koszty.
Zaprzestania działań dyskredytujących spółkę, mieszania się w wewnętrzne sprawy przedsiębiorstwa i oskarżania nas o to, że chcemy respektować zapisy umowy. Domagamy się też zaniechania szkalowania spółki poprzez jednostronny przekaz medialny oparty na kłamstwach i insynuacjach, jak również służący zaprzyjaźnionym portalom do hejtowania przedstawicieli spółki. Ten scenariusz został wymyślony i wprowadzony w 2021 roku i jest kontynuowany do chwili obecnej. Służy on odwróceniu uwagi mieszkańców Kielc od politycznych działań szkodzących spółce i miastu – oraz ich usprawiedliwianiu.
Traktowania MPK Kielce na zasadach partnerskich, a co za tym idzie zaprzestania cenzury medialnej, umożliwienia uczestniczenia w debatach dotyczących przedsiębiorstwa, zorganizowania debaty publicznej służącej wyjaśnieniu spraw zaistniałych w ostatnich latach i jednostronnych zarzutów kierowanych przeciwko MPK.
Wyjaśnienia, dlaczego mimo że miasto w dn. 27.08.2021 r. na walnym zgromadzeniu udziałowców opowiedziało się za przeprowadzeniem audytu w spółce, następnie blokowało go poprzez podejmowanie działań sprzecznych z obowiązującymi przepisami prawa, co przyczyniło się do poniesienia przez spółkę ogromnych strat finansowych.
Odstąpienia od naliczania kar za średni wiek taboru. Skoro miasto odstąpiło od ukarania innego przewoźnika w kwocie około 1,5 miliona złotych za nieterminowe przystąpienie do realizacji zadania w określonym terminie, a w nowym kontrakcie przejmuje na siebie ryzyko wzrostu cen energii, aby nie obciążać nim zewnętrznego operatora, tym bardziej powinno uwzględnić nadzwyczajne okoliczności, które dotknęły MPK podczas realizacji kontraktu inwestycyjnego. Pandemia COVID-19, lockdowny i ograniczenia pracy przewozowej były zdarzeniami niemożliwymi do przewidzenia i pozbawiły spółkę wielomilionowych przychodów. Dodatkowo miasto przerzucało setki tysięcy kilometrów pomiędzy kontraktami, co wiązało się z obniżeniem dochodów rzędu wielu milionów złotych w kontrakcie inwestycyjnym oraz doprowadziło do wyłączenia z ruchu 5 autobusów typu MIG. Stosowanie kar z pominięciem tych faktów jest przejawem nierównego traktowania przewoźników.
Zaprzestania politycznego blokowania scalenia działek przy ulicy Jagiellońskiej, z których zyski ze sprzedaży spółka planowała przeznaczyć na inwestycje.
Jeśli miasto lekceważy i notorycznie łamie podpisane porozumienia, uzgodnienia i umowy, a także nie zamierza zaprzestać wykorzystywania środków publicznych do celów szkodzących finansom MPK Kielce, żądamy wykupienia udziałów w spółce i wzięcia za nią odpowiedzialności. Nie ma naszej zgody na to, aby udziałowiec, jakim jest miasto, wykorzystywał środki publiczne do szkodzenia spółce, łamał podpisane umowy i porozumienia, korzystając z uprzywilejowanej pozycji organizatora transportu. Bieżąca polityka nie może doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa z 75-letnimi tradycjami oraz zniszczyć dorobek, który załoga własnym wysiłkiem i wyrzeczeniami wypracowuje od niemal 20 lat.
Szybki przyrost zatrudnienia na umowach śmieciowych.
Jak informuje portal Puls HR, dane GUS dotyczące końca roku 2025 obrazują duży wzrost zatrudnienia na umowach śmieciowych. Wedle stanu na 31 grudnia aż 1 500 000 osób w Polsce pracowało wyłącznie w oparciu o umowy zlecenia i podobne pozakodeksowe formy zatrudnienia. Oznacza to w ciągu roku wzrost o niemal 5%.
Najwięcej takich umów jest w sektorze administrowanie i działalność wspierająca. Obejmuje ona m.in. działalność agencji zatrudnienia i pośrednictwa pracy. Oznacza to zwykłe umowy śmieciowe dla pracowników firm, które korzystają z zatrudniania za pośrednictwem agencji. W ten sposób pracowało 326 000 osób w Polsce. Kolejnymi najbardziej uśmieciowionymi branżami są handel oraz naprawa pojazdów samochodowych.
Najbardziej uśmieciowione pod względem liczbowym są rynki pracy w regionie warszawskim stołecznym (201 000 osób) i śląskim (174 000), a najmniej osób pracuje w ten sposób w świętokrzyskim (30 000) i opolskim (31 400).
W dużym zakładzie odbędzie się strajk.
Jak informuje portal Tysol.pl, przygotowywany jest strajk w Zakładach Mięsnych Agryf w Szczecinie. Od dłuższego czasu zakładowe struktury „Solidarności” prowadzą spór zbiorowy z władzami firmy. Domagają się podwyżek płac i motywują to m.in. dobrą kondycją finansową i zyskami zakładu.
Póki co zarząd firmy odmawia spełnienia żądań pracowniczych. W związku z tym dzisiaj i jutro prowadzone jest w zakładzie referendum strajkowe. W czwartek ma się odbyć kolejna tura negocjacji związkowców z zarządem w sprawie podwyżek.
Gdy władze firmy nie pójdą na ustępstwa, na 25 czerwca planowany jest dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Towarzyszyła mu będzie pikieta przed siedzibą władz firmy.
Kiepskie tendencje zachodzą w sferze zatrudnienia i płac.
Jak informuje portal Dla Handlu, kiepskie wieści płyną z polskiej gospodarki w nowej analizie Centrum Analitycznego Gremi Personal. Opracowało ono m.in. National Employment Index. W I kwartale 2026 roku wyniósł on 50 punktów, co oznacza poziom neutralny.
Kryją się za tym jednak liczne złe tendencje. W I kwartale 2026 roku zatrudnienie spadło w całej polskiej gospodarce rok do roku o 51,3 tys. osób, co oznacza spadek o 0,76%. Najwięcej etatów ubyło w branży motoryzacyjnej (3,4% w ciągu roku) i w meblarskiej (3,2%).
Z kolei deklarowane zwolnienia grupowe wzrosły o 25% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2025. Firmy zgłosiły chęć zwolnienia w procedurze zbiorowej ponad 11 300 osób.
Źle wygląda także kwestia wynagrodzeń. Wzrosły one co prawda rok do roku o 6,3%. Jednak jest to wzrost najniższy od 5 lat. W latach 2023-2024 średnie podwyżki płac były dwucyfrowe. Szokuje informacja, że aż 68% firm całkowicie zablokowało jakiekolwiek podwyżki, a wręcz pojawiły się niewidziane od dawna przypadki obniżania płac.
We wrześniu w wielkiej sieci handlowej odbędzie się strajk generalny.
Jak informuje Business Insider, związkowcy w sieci handlowej Dino ogłosili, że we wrześniu odbędzie się strajk generalny. Ma on przybrać postać całkowitego i bezterminowego zaprzestania pracy. Taka decyzja to pokłosie fiaska kilkumiesięcznych prób nakłonienia szefostwa firmy do spełnienia oczekiwań pracowników.
Przed kilkoma miesiącami w Dino Polska powstały struktury związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy. Wcześniej struktury tego związku powstały m.in. w Biedronce, Kauflandzie, Rossmannie i Aldim.
Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.
OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy, a niedawno trzydniowy protest pod siedzibą firmy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy władz Dino Polska. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.
Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.
Najnowsza decyzja związkowców to ogłoszenie pogotowia strajkowego i zapowiedź zorganizowania strajku generalnego we wrześniu. Związkowcy napisali: „Wczoraj zapadła decyzja, że Strajk Generalny odbędzie się we wrześniu. Aktualnie wprowadziliśmy pogotowie strajkowe i będą kontynuowane inne formy protestu, o których będzie głośno! Zapadła też decyzja o utworzeniu Funduszu Strajkowego”. Do września będzie też trwała kampania informacyjna skierowana do klientów sieci oraz pracowników Dino.
Działacze OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiadają także: „Przygotowujemy obecnie ogromną dokumentację dotyczącą masowego łamania przepisów prawa przez Dino i będziemy kierować ją do Prokuratury Krajowej”.
Producenci mąki, cukru, oleju rzepakowego, nabiału i wędlin apelują o uregulowanie promocji w wielkich sieciach.
Jak informuje Portal Spożywczy, do ministra rolnictwa trafił apel przygotowany wspólnie przez duże ogólnopolskie organizacje branżowe producentów mąki, cukru, oleju rzepakowego, masła i nabiału oraz mięsa i wędlin. Apelują one o ustawowe uregulowanie zasad promocji w sieciach handlowych. Uważają, że wojna handlowa między wielkimi sieciami dewastuje rynek handlu spożywczego w Polsce.
Adam Stępień, Dyrektor Generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, mówi Portalowi Spożywczemu: „Łatwo dostrzec po gazetkach promocyjnych największych sieci sklepów, że na rynku oleju rzepakowego coś jest nie tak. Ceny detaliczne, za które oferowany jest olej będący praktycznie w już ciągłej niemal promocji, nie są w żaden sposób skorelowane z realną wartością ekonomiczną łańcucha dostaw, co oczywiście musi odbijać się na opłacalności jego produkcji. Jesteśmy niestety typowym przykładem strategicznego grania na rynku naszym produktem żeby przyciągnąć do siebie konsumentów. Finalnie i on na tym nie zyskuje, bo odpowiednie przychody dystrybutorów kompensują inne towary, które nabył przy okazji tej samej wizyty w sklepie”.
Z kolei Tomasz Parzybut, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, mówi: „Produkty mięsne są wykorzystywane jako narzędzie do przyciągania klientów do sklepów, a ich ceny bywają obniżane nawet o 50 proc. w stosunku do poziomów rynkowych. Żaden lokalny sklep mięsny nie jest w stanie konkurować z taką polityką cenową. To nie jest zwykła walka o klienta, a mechanizm, który prowadzi do wypierania mniejszych uczestników rynku. Najpierw znikają rodzinne sklepy mięsne, które od pokoleń budowały lokalny handel. Następnie problemy dotykają zakładów mięsnych, które tracą odbiorców i możliwości sprzedaży swoich wyrobów. W efekcie konsumenci tracą dostęp do lokalnych produktów”.
Sygnatariusze apelu do ministra zwracają uwagę, że praktyki sieci handlowych docelowo zagrażają producentom żywności, dostawcom surowców (rolnikom, hodowcom), mniejszym podmiotom handlowym, a ostatecznie także konsumentom.
Michał Gawryszczak, Dyrektor Biura Związku Producentów Cukru w Polsce, dodaje: „W wielu krajach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy, obowiązują regulacje ograniczające sprzedaż towarów poniżej kosztów zakupu lub wykorzystywanie agresywnych promocji, które mogą zaburzać konkurencję na rynku. Rozwiązania te mają chronić zarówno producentów, jak i mniejszych detalistów przed praktykami prowadzącymi do wojny cenowej i wypychania konkurencji z rynku. Uważamy, że podobne mechanizmy powinny zostać rozważone również w Polsce, aby zapewnić uczciwe warunki funkcjonowania wszystkim uczestnikom rynku oraz długoterminową stabilność sektora handlu detalicznego”.
Kilka firm jest podejrzewanych o zmowę w celu oferowania pracownikom jak najniższych płac.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za zgodą sądu i przy wsparciu policji dokonał przeszukań w siedzibach pięciu przedsiębiorstw z powiatu bolesławieckiego i Wrocławia: Toyota Boshoku Poland, Toyota Boshoku Europe, Bader Polska, Gerresheimer Bolesławiec oraz Hoerbiger Automotive.
Działania podjęto na podstawie podejrzenia, że wspomniane przedsiębiorstwa zawarły zmowę w celu zaniżania wynagrodzeń. Zdaniem UOKiK istnieje podejrzenie, że firmy te – wszystkie z sektora produkcji i prowadzące działalność w niewielkiej odległości – zmówiły się przeciwko pracownikom. Zmowa miała obejmować oferowane stawki wynagrodzeń i benefity pozapłacowe, aby były one podobne w tych przedsiębiorstwach. Dodatkowo firmy miały się porozumieć w celu niezatrudniania osób, które wcześniej pracowały w którejś z nich. Takie działania skazywały pracowników na akceptowanie oferowanych stawek, zmniejszały ich pole manewru przy wyborze pracy oraz utrudniały jej zmianę. Dla uczestników zmowy były z kolei korzystne finansowo i pozwalały do minimum zmniejszyć konkurowanie o pracowników.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny mówi mediom: „Przedsiębiorcy działający na lokalnym rynku mają dostęp do tej samej puli pracowników i rywalizują o nich. Dlatego wspólne ustalenia, które mają uniemożliwić lub utrudnić zmianę pracodawcy, stanowią ograniczenie konkurencji. Jest to szczególnie szkodliwe dla lokalnych społeczności, ponieważ nie pozwala na zmianę miejsca pracy, niezależnie od posiadanych lub podnoszonych kwalifikacji”.
Za udział w zmowie grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu firmy, a menedżerowie biorący udział w zmowie mogą zostać ukarani grzywną do 2 milionów złotych.
Związkowcy jednej z sieci handlowych walczą o zwiększenie obsady sklepów.
Jak informuje portal Tysol.pl, w sieci „Stokrotka” (kapitał litewski) doszło do kolejnej odsłony konfliktu związkowców z „Solidarności” z szefostwem firmy. Od kilku miesięcy trwa tam spór zbiorowy. Oprócz postulatów podwyżek płac związkowcy domagają się także zwiększenia personelu sklepów – ich zdaniem obecna obsada jest mizerna, skutkuje przeciążeniem zatrudnionych, a także niemożnością brania urlopów w terminach dogodnych dla pracowników.
Związkowcy przygotowali petycję do władz sieci. Napisali w niej m.in.: „Trudno nam zaakceptować redukcję personelu i nieprzedłużanie umów sprawdzonym pracownikom, podczas gdy wyraźnie brakuje rąk do pracy. Jako konsumenci, od których zależą zyski Państwa firmy, apelujemy o zwiększenie liczby personelu na zmianach oraz wstrzymanie redukcji doświadczonej załogi. My, niżej podpisani Mieszkańcy i Klienci Stokrotki wyrażamy głębokie zaniepokojenie spadkiem komfortu zakupów w naszym sklepie. Drastyczne zmniejszenie liczby personelu bezpośrednio uderza w nas – kupujących: ogromne kolejki przy kasach tradycyjnych i ladach; wymuszanie korzystania z kas samoobsługowych; skrajnie przemęczeni pracownicy, którzy fizycznie nie są w stanie rozładować kolejek; redukowanie doświadczonej kadry odbija się na jakości obsługi i płynności zakupów. Powyższe sprawia, że zakupy stają się uciążliwe”.
Związkowcy rozpoczęli zbieranie pod petycją podpisów klientów sklepów sieci „Stokrotka”. Tylko w jednym ze sklepów w Lublinie zebrali ich w cztery godziny 460. Podczas trzydniowej akcji zebrano tamże niemal 1600 podpisów. Akcja ma być wkrótce rozszerzona na inne sklepy sieci, także w innych miastach.
Ponad pół miliona miejsc pracy w UE jest zagrożonych likwidacją.
Jak informuje portal Money.pl za materiałami portalu Politico, Komisja Europejska przedstawi wkrótce raport wskazujący na poważne zagrożenie dla miejsc pracy w krajach UE. Raport zawiera prognozy mówiące, że likwidacja może wkrótce objąć 560 000 miejsc pracy. Przyczynami są wysokie ceny energii, zmiany w przemyśle i transformacja energetyczno-klimatyczna. Portal Politico stwierdza: „Kraje UE narażone są w najbliższych latach na masową utratę miejsc pracy, ponieważ wysokie koszty energii, restrukturyzacja przemysłu i transformacja ekologiczna negatywnie wpływają na gospodarkę – ma ostrzec Komisja Europejska”.
560 tysięcy miejsc pracy w krajach UE może być zagrożonych tylko w roku 2026, nie licząc kolejnych lat. Głównymi czynnikami ryzyka są koszty energii rosnące wraz z „transformacją energetyczną” oraz konkurencyjna presja Chin. Do sektorów najbardziej zagrożonych utratą miejsc pracy należą wedle raportu KE budownictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny i transport.
W dłuższej perspektywie tylko w sektorze motoryzacyjnym może być zagrożonych 600 000 etatów. Konkurencja chińska zagraża także „zielonemu przemysłowi” i oznacza ryzyko utraty w Europie 85 000 miejsc pracy w produkcji baterii i akumulatorów oraz około 60 000 w sektorze wytwarzania paneli słonecznych.
Dotychczasowe szacunki unijne prognozowały na koniec roku bezrobocie w wysokości 5,9% dla całej Wspólnoty. Szacunki te już zostały podniesione do 6%.
Parlamentarzystka partii rządzącej zwraca uwagę na podatkowy przekręt w wykonaniu sieci franczyzowych.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, posłanka Małgorzata Pępek z Koalicji Obywatelskiej wystosowała interpelację w sprawie możliwego unikania opodatkowania przez sieci handlowe działające w formie franczyzy.
Posłanka powołała się na raport przygotowany wspólnie przez Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców oraz „Solidarność”. Zwracał on uwagę na fakt, że formuła franczyzy pozwala unikać części opodatkowania. Straty dla budżetu szacowane przez ekonomistów wynoszą około 7,5 miliarda złotych rocznie. Jednym z aspektów tej formuły jest niepłacenie podatku handlowego.
Podatek potocznie zwany handlowym został wprowadzony przed kilkoma laty i obejmuje sieciowe podmioty, które mają miesięczne przychody od 17 milionów złotych wzwyż. Problem w tym, że z takiego opodatkowania wyłączone są podmioty działające jako franczyza – choć są zarządzane centralnie i przynoszą one główne zyski jednemu właścicielowi, udają setki i tysiące niezależnych indywidualnych przedsiębiorstw. W efekcie nie płacą m.in. tego podatku. Posłanka Pępek stwierdza: „Jak podnoszą autorzy raportu, różnice między siecią działającą w modelu scentralizowanym a siecią opartą na franczyzie mają charakter wyłącznie formalnoprawny. W praktyce funkcjonują one w oparciu o te same marki, systemy, dostawy i politykę cenową”.
Ministerstwo Finansów niestety odnosi się negatywnie do postulatów objęcia podatkiem handlowym także sieci franczyzowych. Z odpowiedzi udzielonych posłance Pępek wynika, że obecny stan formalnoprawny i faktyczny nie budzi żadnego zaniepokojenia w ministerstwie, a ono samo używa tych samych wykrętów, jakimi posługują się wielkie sieci franczyzowe w celu udawania, że stanowią zbiór niezależnych podmiotów.
Upadł duży zakład, a pracownicy nie dostali pensji.
Jak informuje portal WP Finanse, upadł duży zakład w Przemyślu. Pracownicy od dawna zwracali uwagę ba problemy i domagali się interwencji władz publicznych.
Upadłość ogłosiło przedsiębiorstwo Fibris w Przemyślu. To jedyny w Polsce producent płyt pilśniowych wytwarzanych metodą mokrą. Firma istnieje od 67 lat. Zakład od pewnego czasu miał problemy finansowe i narastające zadłużenie – obecnie sięga ono 100 milionów złotych. W marcu wstrzymano produkcję po odcięciu nieopłaconego prądu.
Zakład zatrudniał ok. 350 osób. Nie dostali oni pensji za maj i kwiecień, a za I kwartał 2026 roku wypłacono im tylko część należności. Właśnie ogłoszono upadłość zakładu, a decyzje w sprawie wypłat i ich kolejności będzie podejmował wedle posiadanych środków syndyk masy upadłościowej. Pojawiła się szansa, że część zakładu zostanie wydzierżawiona przez inną firmę i część produkcji zostanie wznowiona. Ale w chwili obecnej 350 osób zostało bez pracy i bez należnych pensji.
Nowe badania przynoszą pesymistyczny obraz w kwestii żywienia polskich dzieci.
Jak informuje Polska Agencja Pracy, niewesołe dane przynosi raport Banków Żywności zatytułowany „Ukryty głód dzieci”. Dokumentuje on złe tendencje zarówno w kwestii niedożywienia dzieci i młodzieży, jak również w sferze odżywania ich produktami kiepskiej jakości i niezdrowymi.
Główne wnioski raportu przygotowanego przez Banki Żywności mówią, że 23,2% dzieci nie ma w szkole nic na drugie śniadanie. 35% dzieci nawadnia się napojami słodzonymi – a tylko 21,5% wodą. 15,3% ogółu dzieci bywa głodnych często lub zawsze w domu, w drodze do szkoły lub w szkole. 36,2% dzieci wskazuje, że najczęściej ma w szkole „coś słodkiego” (drożdżówkę, batonik, czekoladę), a 7,4% „coś słonego” (np. chipsy) zamiast pełnowartościowego drugiego śniadania. Ponad 18% dzieci nie ma codziennego dostępu do obiadu. Aż 73% dzieci zauważa sytuacje, gdy ich rówieśnicy dzielą się jedzeniem, w tym w sporej części przypadków dlatego, że ktoś inny nie ma nic do jedzenia.
Jednocześnie z głodem i niedożywieniem występuje z powodu niskiej jakości posiłków problem nadwagi i otyłości – Polska jest europejskim liderem pod względem skali zjawiska.
Sąd zobowiązał Uniwersytet Jagielloński do opublikowania informacji w sprawie Domu Studenckiego „Kamionka”.
Mijają dwa lata od studenckiej okupacji DS „Kamionka”, której celem było przywrócenie do użytkowania budynków mogących zapewnić dodatkowe miejsca mieszkalne studiującym. W porozumieniu kończącym strajk, władze Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązały się do przeprowadzenia niezależnej wyceny remontu budynków. Krakowskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej od początku kwestionowało rzetelność wykonanej wyceny (https://www.facebook.com/share/p/1JLXhRLPKP/) oraz domagało się upublicznienia zarówno jej, jak i projektu remontu (https://www.facebook.com/share/1GFjFh6hty/), zgodnie z postanowieniami strajkowymi.
Wobec bezczynności UJ, studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej wystosowali wniosek o udostępnienie informacji publicznej. Zasłaniając się „tajemnicą przedsiębiorstwa”, Uniwersytet odmówił przekazania dokumentów. Nie zgadzając się na brak transparentności, studenci skierowali skargę do sądu. Wydał on wyrok, w którym stwierdzono, że Rektor Piotr Jedynak dopuścił się rażącego naruszenia prawa oraz zobowiązał go do:
1. Wskazania pełnej nazwy podmiotu, odpowiedzialnego za przeprowadzenie wyceny;
2. Przedstawienia na podstawie jakich warunków zamówienia i kryteriów ją wykonano.
Dodatkowo Sąd nakazał wypłacenie przez Uniwersytet Krakowskiemu Kołu Młodych Inicjatywy Pracowniczej zadośćuczynienia w wysokości 100 złotych oraz zwrot kosztów postępowania.
W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazuje, że Uniwersytet lekceważył prawa wnioskujących, działał wbrew określonym standardom oraz celowo unikał rozstrzygnięcia sprawy. W szczególności zwrócono uwagę na rażącą bezczynność w rozpatrywaniu wniosku, wystosowywanie błędnych pouczeń, nieuzasadnione przedłużenie terminu odpowiedzi oraz inne oczywiste przykłady naruszenia prawa poprzez arbitralne lub wadliwe stosowanie przepisów.
„Nierozpoznanie części wniosku (…) przez okres 1,5 roku (…) świadczy o rażącym naruszeniu prawa. (…) Uniwersytet nie wskazał żadnych konkretnych przyczyn uniemożliwiających niezwłoczne rozpoznanie wniosku”.
Łamanie prawa w przedmiotowej sprawie studenci podnieśli jeszcze przed wydaniem postanowienia przez Sąd, m.in. podczas wystąpienia na posiedzeniu Senatu UJ. Zostało ono uznane za „atak” i „pomówienie” i spotkało się z oburzeniem części zgromadzonych senatorów, doprowadzając do opuszczenia przez nich sali oraz do naruszenia nietykalności cielesnej jednego ze studentów przez straż rektorską (https://www.facebook.com/share/1bLWbSTNSF/).
Ostatecznie, stało się podstawą do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego. Próba konfrontacji Kanclerz Moniki Harpuli z bezprawnym ukrywaniem informacji i żądanie ich pilnego udostępnienia, zakończyła się postawieniem zarzutu narażenia jej na „utratę zaufania niezbędnego do wykonywania sprawowanej funkcji”. Tymczasem Sąd potwierdził tę bezprawność, oceniając wystosowane i podpisane przez Kanclerz UJ pisma jednoznacznie:
„pismo z dnia 11 grudnia 2024 r. (…) ocenione być musi jako rażąco naruszające prawo. (…) Pisma z dnia 20 stycznia 2025 r. i 27 stycznia 2025 r. ocenić należy jako mające pozorować działania organu”.
Studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej mają nadzieję, że wyrok doprowadzi do poprawy standardów transparentności na UJ a kluczowe w sprawie Kamionki informacje zostaną w końcu udostępnione. Tak daleko idąca niechęć uczelni w udostępnieniu warunków zamówienia wykonanej wyceny każe podejrzewać, że mogła ona zostać wykonana nieobiektywnie. Od początku walki o Kamionkę, celem studentów zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej jest przeciwstawienie się niechęci władz UJ do rozwoju zaplecza socjalnego Uczelni. Budowany na Ruczaju akademik nie jest w stanie sam z siebie rozwiązać problemu niedostępności zakwaterowania dla studiujących, ze względu na fakt, że na UJ-ocie odrzuca się co roku setki wniosków o miejsce w akademikach. Z tego względu remont budynków Kamionki jest jednym z wielu kroków naprzód jakie należy wykonać, by przywrócić w Polsce możliwość sensownego studiowania. Nie zgadzamy się na rezygnację z niego.
Sprawa opisana jest szerzej na stronie internetowej: mlodzi.ozzip.pl/kamionka
Spór zbiorowy w sprawie podwyżek płac.
Jak informuje Radio Bielsko, w zakładzie spółki Avio Polska w Bielsku-Białej trwa spór zbiorowy i zaostrza się on. Działające w firmie związki zawodowe – Metalowcy i NSZZ Pracowników Avio – domagają się podwyżek płac. Zarząd nie zgadza się na ich postulaty.
Nie udało się osiągnąć porozumienia podczas rokowań. Spisany został protokół rozbieżności. Związki domagają się podwyżki dla każdego pracownika o 800 zł brutto miesięcznie z wyrównaniem od 1 stycznia 2026. Chcą także, aby w regulaminie wynagradzania zapisano zasadę, że co roku płace będą rosły o kwoty ustalone w porozumieniu ze związkami zawodowymi. Zarząd firmy odrzuca te postulaty i oferuje wzrost płac o 294 zł brutto oraz pewien wzrost płac i premie wedle indywidualnej oceny pracowników. Dałoby to w najlepszym razie wzrost o ok. 440 zł brutto.
Brak porozumienia oznacza, że spór zbiorowy może wejść na kolejne etapy przewidziane prawem – strajk ostrzegawczy, negocjacje z udziałem rządowego mediatora, referendum strajkowe i strajk bezterminowy.
Firma zajmuje się produkcją na potrzeby lotnictwa. Zatrudnia około 470 osób.
Jak informuje portal Olsztyn.com.pl, duże zwolnienia zostaną przeprowadzone w zakładzie Classic-Sofa w Lidzbarku w powiecie działdowskim. Firma wytwarza meble i należy do polskiej grupy Szynaka Meble.
Pracę początkowo miało stracić 46 osób. Taka skala zwolnień została zgłoszona do powiatowego urzędu pracy. Zwolnienia miały nastąpić do końca maja. Jednak skala zwolnień będzie znacznie większa. Do końca czerwca zatrudnienie straci łącznie 76 osób. Co gorsza, urząd pracy został poinformowany, że skala zwolnień może jeszcze wzrosnąć.
Szefostwo firmy motywuje zwolnienia malejącym popytem na meble i wskazuje, że w całej branży pojawił się problem spadku sprzedaży, a co za tym idzie – zwolnień.
Biznes wypowiedział zbiorowy układ pracy w przemyśle obronnym i lotniczym.
Jak informuje portal Tysol.pl, przedstawiciele Związku Pracodawców Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotniczego jednostronnie wypowiedzieli Ponadzakładowy Układ Zbiorowy Pracy dla Pracowników Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotnictwa. Od 30 lat określał on zasady zatrudnienia i gwarantował korzyści pracownikom tej branży. Taka decyzja oznacza, że układ wygaśnie za pół roku. Przedstawiciele biznesu nie uzasadnili swojej decyzji.
Układ obowiązywał od 20 września 1996. Definiował warunki zatrudnienia, czas pracy, zasady wynagradzania oraz przyznawania innych świadczeń. Jeden z kluczowych zapisów głosił, że podstawową formą zatrudnienia jest umowa o pracę na czas nieokreślony. Na tle innych branż zawierał także lepsze warunki pracy, dotyczące m.in. nadgodzin i czynności wykonywanych w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Związkom zawodowym gwarantował udział w określaniu zasad premiowania pracowników dzięki wydatkowaniu części corocznych zysków na ten cel.
Całość ma znaczenie szersze niż tylko branżowe. Przewodniczący Rady Sekretariatu Metalowców NSZZ „Solidarność” Grzegorz Pietrzykowski powiedział portalowi Tysol.pl: „Został wypowiedziany jeden z nielicznych obowiązujących w naszym kraju ponadzakładowych układów zbiorowych pracy. Jeśli spojrzymy na stopień pokrycia układami zbiorowymi polskiego rynku pracy, okazuje się, że mimo wdrożenia przepisów mających na celu promowanie rokowań zbiorowych, ich liczba zmniejsza się, zamiast zwiększać. Polska w tym zakresie jest na szarym końcu, wyprzedziły nas już wszystkie kraje UE”.
Decyzję ostro krytykuje NSZZ „Solidarność” w Airbus Poland. W swoim stanowisku napisali: „Doszło do skandalu, wobec którego nie możemy przejść obojętnie. Wypowiedziano układ, który przez 30 lat stanowił fundament stabilizacji, gwarancję praw pracowniczych i tarczę ochronną dla tysięcy ludzi pracujących w naszym sektorze”. I dodają: „Rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Żyjemy w kraju, który z pompą wdraża nową ustawę o układach zbiorowych pracy, chwaląc się w mediach, jak to rzekomo wspiera pracowników i realizuje unijne dyrektywy. Unia Europejska jasno nakazuje nam rozszerzać zasięg układów zbiorowych. Co robi polskie państwo? Milczy! Choć ten wypowiedziany PUZP obejmuje także kluczowe spółki z udziałem Skarbu Państwa, rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Z jednej strony słyszymy piękne hasła o dialogu społeczno-gospodarczym, a z drugiej – państwowi decydenci dają zielone światło na demontaż praw pracowniczych w strategicznym sektorze gospodarki”.
Jutro pod Sejmem protest w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie.
28 maja o godzinie 10:00 pod Sejmem odbędzie się protest mieszkańców Bieszczadów w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie, któremu grozi zamknięcie.
Zgromadzeni zebrali prawie 6000 podpisów z apelem do premiera, które na szczycie Połonin umieścili w drewnianej skrzyni, skąd podróżują one do Warszawy, gdzie zostaną wręczone premierowi. Premier podczas kampanii wyborczej obiecywał, że zarówno szpital w Lesku, jak i porodówka w Lesku muszą funkcjonować z uwagi na bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i matek. Jednak porodówka w Lesku została zamknięta pod koniec zeszłego roku, a szpitalowi grozi bankructwo.
Protestujący mieszkańcy i personel szpitala przyjadą do Warszawy wozem taborowym, znanym z Bieszczadzkich scenerii, dodatkowo udekorowanym przez bieszczadzkich artystów i zamierzają wręczyć premierowi podpisy „po bieszczadzku” w zdobionej drewnianej skrzyni, w której zabezpieczyli podpisy.
Protestujący przekonują, że bezpieczeństwo zdrowotne to dla nich kluczowa i podstawowa sprawa, bez której życie w regionie, a także jego rozwój, czy nawet obsługa ruchu turystycznego staną się niemożliwe, dlatego deklarują, że nie opuszczą Warszawy, dopóki nie upewnią się, że premier usłyszał ich głos i zobowiąże się do dotrzymania obietnic złożonych w 2023 roku.
Duszan Augustyn, lider działań na rzecz ocalenia szpitala, mówi: „Zebraliśmy 5677 podpisów z apelem do premiera o uratowanie naszego bieszczadzkiego szpitala. Domagamy się podjęcia specjalnych środków, tak jak w przypadku klęski żywiołowej, które pozwolą na utrzymanie SORu i które zabezpieczą bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, Sanocczyznę i Pogórze Przemyskie. W ledwie dwa tygodnie pod apelem podpisała się prawie jedna piąta dorosłej populacji regionu. Gdybyśmy prowadzili zbiórkę dłużej, bez problemu zebralibyśmy nawet 20 000 podpisów, mówię, to z pełnym przekonaniem, bo na własne oczy widziałem, że prawie każdy przechodzień chętnie podpisywał się pod apelem. My w Bieszczadach doskonale wiemy, że bez szpitala nasz region zacznie wymierać. Już dziś ograniczony dostęp do usług publicznych sprawia, że młodzi ludzie niechętnie tu wracają i coraz rzadziej decydują się osiedlać w Bieszczadach. Jeśli stracimy szpital, stracimy także seniorów i osoby przewlekle chore, które potrzebują stałego dostępu do opieki medycznej. Ucierpi również turystyka, bo wyjazd w góry czy wypoczynek nad jeziorem będzie wiązał się z realnym ryzykiem, że pomoc medyczna nie dotrze na czas. Szpital w Sanoku, do którego prawdopodobnie trafi większość pacjentów z Leska, już teraz jest przeciążony. Szczególnie nocami oraz w sezonie zimowym i turystycznym pacjenci nie mają pewności, czy zostaną przyjęci bez wielogodzinnego oczekiwania. Dlatego zamknięcie SOR-u w Lesku oznacza nie tylko dłuższy dojazd, ale także dłuższe kolejki w szpitalach w Sanoku, Brzozowie, Przemyślu czy Rzeszowie. Premier był w Lesku w 2023 roku podczas kampanii wyborczej i mówił wtedy wyraźnie, że w takich regionach jak Bieszczady musi być zapewniony przynajmniej minimalny dostęp do opieki medycznej. Jeszcze w tym roku przekonywał również, że porodówka w Lesku, mimo zamknięcia z początkiem roku – nadal funkcjonuje. Dlatego jedziemy do Warszawy, przypomnieć obietnice złożone nam podczas kampanii”.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Lowdown – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=63630339
Od poniedziałku do środy trwa protest związkowców pod centralą sieci Dino.
W poniedziałek rozpoczął się protest związkowców pod siedzibą sieci Dino Polska w Krotoszynie. Protest jest organizowany przez związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy i ma zwrócić uwagę na odrzucanie przez firmę postulatów związkowców i na skandaliczne poczynania firmy. Wcześniej ten sam związek organizował m.in. protesty i strajk w Kauflandzie, a jego struktury istnieją także m.in. w Rossmannie i Aldim.
Spór w Dino trwa od kilku miesięcy. Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.
OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy przedstawicieli firmy. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.
Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.
Od poniedziałku do środy trwa protest pod siedzibą Dino Polska w Krotoszynie. Oprócz przedstawicieli OPZZ Konfederacja Pracy pojawili się działacze partii Razem oraz związku zawodowego OZZ Inicjatywa Pracownicza. Ci ostatni relacjonują: „Skandal! Zamiast rozmów, szef Dino nasyła policję na protestujących i próbuje przeganiać związki z terenu firmy powołując się na własność prywatną. Artykuł 25 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych gwarantuje możliwość organizowania akcji protestacyjnych w trakcie sporu. To tylko jeden z ponad tysiąca przykładów naginania prawa przez milionerów w Dino. […] Protest przyjął formę blokady drogi dojazdowej do siedziby Dino. Weszliśmy także do biura firmy, gdzie mieliśmy odbyć rozmowę z zarządem, który został z wyprzedzeniem powiadomiony o dacie i godzinie spotkania. Wcześniej zarząd konsekwentnie unikał wyznaczenia terminu rozmowy, a gdy Konfederacja Pracy zaproponowała termin i zaprosiła do swojej siedziby – żaden z przedstawicieli firmy się nie pojawił. Dziś nie było inaczej. Firma po raz kolejna odmówiła jakiegokolwiek dialogu. Zarząd Dino korzysta w sporze zbiorowym z prawników uznawanych przez Konfederację Pracy za profesjonalnie zajmujących się zwalczaniem związków zawodowych. Ta sama kancelaria zarzuca śmieciowymi aktami oskarżenia związkowców w Amazon czy Jeremias”.
Protest przed siedzibą firmy potrwa do środy do godz. 15. Przybrał on postać pikiety i blokowania dróg.
(zdjęcie w nagłówku tekstu za: https://www.facebook.com/InicjatywaPracownicza)
Duża sieć handlowa jest podejrzewana o zaawansowane nadużycia antypracownicze.
Jak informuje portal Puls HR, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów dokonał dzisiaj przeszukań biur polskiego oddziału sieci handlowej Lidl oraz kilku firm transportowych. Za tymi działaniami stoi podejrzenie, że niemiecki koncern wraz z kooperantami praktykował zmowę niekorzystną dla kierowców zatrudnionych w firmach dostawczych.
Według UOKiK istnieje podejrzenie, że sieć handlowa porozumiała się z szefostwem firm przewozowych obsługujących centra dystrybucyjne Lidla, że nie będą one przyjmowały do pracy osób związanych wcześniej z innymi firmami z tego grona. Oznaczało to, że zatrudnieni mieli utrudnioną zmianę miejsca pracy na przykład w celu uzyskania wyższych pensji czy lepszych warunków zatrudnienia. Przeszukania dokumentacji odbyły się nie tylko w Lidlu, ale także w firmach Omega Pilzno w Pilźnie, spółkach z grupy Van Group, Firmie Transportowo-Spedycyjnej Zbigniew Ratajczak w Bogucinie oraz w Dar-Pol Dariusz Kulesza w Ochudnie.
W ramach zmowy Lidl jest podejrzewany o uniemożliwianie kierowcom zatrudnionym wcześniej u danego przewoźnika wjazdu do swoich centrów dystrybucyjnych także wtedy, gdyby zatrudnili się oni u podwykonawców wspomnianych firm. Kierowcy mieli zatem znacznie utrudnioną zmianę miejsca pracy i ograniczony wybór miejsc zatrudnienia. „Zmowy na rynku pracy są nie tylko naganne etycznie – są przede wszystkim nielegalne. W ich wyniku pracownicy nie mogą zmienić miejsca zatrudnienia, a pracodawcy nie muszą poprawiać warunków pracy, np. podwyższać wynagrodzenia czy przyznawać dodatkowych świadczeń” – powiedział portalowi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję jest zagrożony karą do 10% rocznego obrotu firmy. Z kolei osoby decyzyjne, które byłyby odpowiedzialne za zawarcie zmowy, mogą liczyć się z grzywną do wysokości 2 milionów złotych.
Stopniowo straci pracę nawet 200 osób.
Jak informuje Nowa Trybuna Opolska, redukcję zatrudnienia zaczyna firma Diehl Controls z Namysłowa. Zajmuje się ona projektowaniem i produkcją elementów sterujących do AGD. Zakład produkuje elementy m.in. dla marki Bosch.
Teraz firma zaczyna zwolnienia. Zakład zatrudnia 200 osób i jest największym pracodawcą na Opolszczyźnie. Planuje dużą, choć stopniową redukcję zatrudnienia. Pracę straciło już 60 osób. Docelowo ma ich być 200. Zamiast procedury zwolnień grupowych związki zawodowe wywalczyły plan odejść stopniowo i na warunkach korzystniejszych dla pracowników. Co miesiąc ma odchodzić kolejnych 30 osób i otrzymywać odprawy. Nie zmienia to faktu, że w ciągu pół roku zatrudnienie w zakładzie zmaleje o 20%.
W Namysłowie na początku roku zakończył działalność duży browar, zlikwidowany przez koncern Heineken.
Sukcesem zakończył się kilkudniowy strajk w zakładach ponadnarodowej korporacji.
Wczoraj sukcesem zakończył się strajk w polskich zakładach ponadnarodowej korporacji Minova. Koncern zajmuje się głównie produkcją materiałów przydatnych w górnictwie, nie tylko węglowym, ale także przy wydobyciu rud i miedzi.
Strajk wybuchł w poniedziałek rano. Praca stanęła we wszystkich polskich zakładach firmy: Minova Arnall w Truskolasach-Golcach (produkuje kotwy dla kopalń), Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi). Reprezentanci pracowników domagali się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferował zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę.
W czwartym dniu strajku zarząd firmy przystąpił do negocjacji z udziałem przedstawicieli globalnych i europejskich struktur koncernu. Zakończyły się one podpisaniem wczoraj porozumienia. Na jego mocy wynagrodzenia wzrosną w sumie o ponad 10,5%. Pierwsza podwyżka, o 6%, nastąpi od maja z wyrównaniem od stycznia. Pod koniec roku pracownicy otrzymają także premię w wysokości miesięcznej pensji. Od stycznia 2027 płace wzrosną co najmniej o kolejne 4,5%, ale jeśli inflacja będzie wyższa, to podwyżka ma być większa – o wskaźnik inflacji plus jeden punkt procentowy.
Strajk prowadzono z inicjatywy zakładowych struktur „Solidarności” i Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego. Po podpisaniu porozumienia pracę w zakładach wznowiono dzisiaj rano.
Ruch Obrony Położnictwa i Położnych protestuje przeciwko planom rządowym.
Ruch Obrony Położnictwa i Położnych, skupiający niemal 5000 położnych, sprzeciwia się zmianom planowanym przez ministerstwo zdrowia. Prezentujemy fragmenty stanowiska ROPiP:
Zwracamy się do Państwa z prośbą o poparcie naszego stanowiska dotyczącego zachowania dotychczasowego modelu (3-letnie studia licencjackie) kształcenia położnych. Zawód ten wymaga nie tylko szczególnych predyspozycji, ale również opanowania umiejętności pracy z pacjentką w różnych okresach życia i dotyczących intymnych sfer, których nie sposób nabyć podczas 18-miesięcznego szkolenia specjalistycznego po wcześniejszym uzyskaniu Prawa Wykonywania Zawodu Pielęgniarki, co postuluje Ministerstwo Zdrowia w procedowanym projekcie ustawy o zawodzie pielęgniarki i położnej. Nowa ścieżka wydłuży czas kształcenia do uzyskania tytułu położnej do okresu 5,5 roku i przyniesie odwrotny skutek – diametralnie spadnie liczba chętnych do pracy w tym zawodzie przy jednoczesnym obniżeniu jakości kształcenia i opieki nad pacjentką.
Aktualnie na ogólną liczbę 30 579 zatrudnionych położnych aż 40,79% stanowią zatrudnione położne, które nabyły uprawnienia emerytalne, a liczba położnych, które nabędą uprawnienia emerytalne do końca roku 2026 obejmuje kolejne 2709 osób. Wyraźnie widać pogłębiający się kryzys kadrowy, który w sytuacji zmian w kształceniu położnych doprowadzi do zupełnej zapaści i braku położnych w wielu województwach.
Demografia wyraźne wskazuje, że rośnie liczba kobiet wchodzących w okres transformacji menopauzalnej, która powinna zostać objęta opieką przez położną – specjalistkę od zdrowia kobiety. Tymczasem w przestrzeni publicznej pojawia się szereg przekłamań, jakoby położna zajmował się wyłącznie kobietami w okresie okołoporodowym.
Optymalne wykorzystanie kompetencji zawodowych położnych to ważny aspekt z punktu widzenia zdrowia społeczeństwa. Z ubolewaniem podkreślamy, że od wielu lat nikt nie zadbał o to, aby w systemie ochrony zdrowia wykorzystywano wszystkie kompetencje zawodowe położnych. Nie wyceniono odrębnie na przykład porady laktacyjnej, dzięki której więcej Polek mogłoby karmić piersią, co wpływa przecież znacząco na zmniejszenie w populacji odsetka dzieci z nadwagą.
W Podstawowej Opiece Zdrowotnej położne sprawują opiekę nad kobietami nie tylko w okresie ciąży i połogu, ale również po operacjach ginekologicznych. Przy wzroście zachorowania kobiet na nowotwory – zwłaszcza piersi i narządów rozrodczych widać wyraźnie, jak ważne jest odrębne kształcenie na kierunku położnictwo. Do wykonywania tak odpowiedzialnych zadań nie wystarczy 18-miesięczne szkolenie z położnictwa postulowane przez Ministerstwo Zdrowia. W obliczu starzejącego się społeczeństwa potrzebna będzie coraz większa liczba samodzielnych specjalistek – położnych otaczających opieką kobiety w okresie klimakterium i senium (nie tylko w lecznictwie szpitalnym, ale również w środowisku domowym). Średnia wieku w zawodzie położnej rośnie, a proponowany model kształcenia przyczyni się do spadku zainteresowania tym jakże potrzebnym zawodem.
Zaznaczamy w tym miejscu, że projekt ustawy powstał przy wyraźnym sprzeciwie Konsultant Krajowej w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego, Konsultantów Wojewódzkich i Polskiego Towarzystwa Położnych oraz z pominięciem opinii Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych.
Sukcesem pracowników zakończył się spór zbiorowy.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, sukcesem zakończył się spór zbiorowy prowadzony przez związki zawodowe z szefostwem koncernu motoryzacyjnego ASK Poland. Wytwarza on zaawansowaną elektronikę oraz systemy nagłośnieniowe dla branży motoryzacyjnej, m.in. dla marek Porsche, Mercedes i BMW. W Polsce firma działa od roku 1997 i posiada zakłady w Bielsku i pobliskich Wilkowicach. Zatrudnia ponad 800 osób, głównie kobiety.
W firmie przez kilka miesięcy trwał spór zbiorowy. Zakładowe struktury „Solidarności” domagały się podwyżek większych niż oferowane przez szefostwo. Władze przedsiębiorstwa zaoferowały zaledwie 225 zł brutto, co oznacza raczej wyrównanie inflacyjne niż faktyczną podwyżkę.
Dzisiaj zakończyły się negocjacje, które wreszcie przyniosły konkrety. O 325 zł wzrosły płace zasadnicze, znacznie podniesiono także dodatki stażowe. Porozumienie podpisano na dwa lata, w tym czasie pensja brutto wzrośnie o 675 zł.
Rośnie i jest wysoki odsetek pracowników obawiających się utraty zatrudnienia.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, rośnie skala osób obawiających się utraty zatrudnienia. Wskaźniki takich obaw znowu wzrosły. Świeże dane na ten temat przynosi nowe badanie Barometr Rynku Pracy 2026.
Z nowej edycji badania wynika, że utraty zatrudnienia obawia się dokładnie co trzeci polski pracownik – 33,3% ankietowanych. Wskaźnik ten w ciągu dwóch lat wzrósł z poziomu 26%. W tym samym czasie spadł odsetek osób spokojnych o swoją przyszłość zawodową. Dwa lata temu wynosił on 55%. Obecnie to już tylko 50,7%. Utraty pracy szczególnie obawiają się kobiety. W tym przypadku poziom obaw wzrósł z nieco ponad 30 do aż 37,7% pracownic obecnie. W grupie wiekowej 25-44 lata wskaźnik ten jest najwyższy i dla obu płci wynosi aż 40%. Jeśli chodzi o branże to liderem jest w transport i logistyka – obawy o utratę pracy deklaruje w nich aż 46,6% zatrudnionych. Wiceliderem jest branża handlowa.
To samo badanie wskazuje, że maleje liczba firm planujących rekrutację nowych pracowników. Dwukrotnie w ciągu dwóch lat wzrosła liczba firm planujących redukcję zatrudnienia.
W ciągu roku w Polsce zlikwidowano kilka tysięcy etatów w jednej z branż.
Jak wynika z analizy firmy AutomotiveSuppliers.pl, rok 2025 przyniósł znaczną stratę etatów w branży motoryzacyjnej w Polsce.
Badanie objęło firmy średnie i duże – zatrudniające powyżej 9 osób. Analizowano zatrudnienie nie tylko u producentów samochodów, ale także części, naczep. Zatrudnienie w tym sektorze spadło do 197,7 tys. osób. Jest zatem najniższe od roku 2017.
W 2025 ubyło w tej branży 2800 etatów. Rok wcześniej ubytek wyniósł 1500 etatów, zatem w ciągu zaledwie dwóch lat zatrudnienie w branży zmalało o 4300 etatów. W 2025 nastąpił także spadek eksportu tej branży w Polsce – skala sprzedaży produktów zagranicę zmniejszyła się o 3,73%.
Analitycy firmy twierdzą, że niewiele wskazuje, aby sytuacja zatrudnienia w tej branży miała się poprawić w roku 2026.
Wielu Polaków uważa, że publiczny system ochrony zdrowia ulega pogorszeniu.
Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez United Surveys dla portalu Wirtualna Polska, Polacy źle oceniają kierunek zmian w publicznej ochronie zdrowia. W ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia z szeregiem autoreklamowych wypowiedzi minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy na temat podejmowanych przez nią „reform”. Przypomnijmy, że te „reformy” to m.in. likwidacja oddziałów ginekologiczno-położniczych w szpitalach, zamykanie innych oddziałów, problemy ze sfinansowaniem terapii lekowych, wprowadzenie limitów na badania profilaktyczne (w tym pozwalające wykrywać nowotwory) itp. Jak ocenia to społeczeństwo?
Aż 45,4 proc. ankietowanych uważa, że system ochrony zdrowia działa gorzej niż wcześniej. 28,1 proc. uważa, że system działa „zdecydowanie gorzej”, a kolejne 17,3 proc. – że „raczej gorzej”. 37 procent sądzi, że jest tak, jak wcześniej. Zaledwie 1,5 proc. uważa, że jest zdecydowanie lepiej, a 9 proc. że jest raczej lepiej.
Dzisiaj od rana trwa strajk w polskich zakładach ponadnarodowego koncernu.
Dzisiaj wybuchł strajk w polskich zakładach ponadnarodowego koncernu Minova. Zajmuje się on głównie produkcją materiałów przydatnych w górnictwie, nie tylko węglowym, ale także np. wydobyciu miedzi.
Po fiasku kilkumiesięcznych negocjacji z zarządem firmy przeprowadzono wymagane prawem referendum strajkowe. Spełniono wymogi dotyczące frekwencji, a większość głosujących opowiedziała się za przeprowadzeniem akcji strajkowej. Dzisiaj od rana strajkują pracownicy zakładów Minova Arnall w Truskolasach-Golcach (produkuje kotwy dla kopalń) i Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi).
Reprezentanci pracowników domagają się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferuje zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę.
Odmowa pracy zaczęła się wraz z pierwszą zmianą i była kontynuowana na kolejnej zmianie. Zakłady zostały także oflagowane. Jutro kontynuacja strajku. Zarząd firmy na razie nie reaguje. W polskich zakładach Minova pracuje około 280 osób. Główną siłą strajku są zakładowe struktury „Solidarności”.
Trwa spór zbiorowy w dużej firmie z sektora motoryzacyjnego.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, trwa i nasila się spór zbiorowy w zakładzie ASK Poland w Bielsku-Białej. Wytwarza on zaawansowaną elektronikę oraz systemy nagłośnieniowe dla branży motoryzacyjnej, m.in. dla marek Porsche, Mercedes i BMW. W Polsce firma działa od roku 1997 i posiada zakłady w Bielsku i pobliskich Wilkowicach. Zatrudnia 860 osób, głównie kobiety.
Od pewnego czasu trwa w firmie spór zbiorowy. Zakładowe struktury „Solidarności” domagają się podwyżek większych niż oferowane przez szefostwo. Władze przedsiębiorstwa zaoferowały zaledwie 225 zł brutto, co oznacza raczej wyrównanie inflacyjne niż faktyczną podwyżkę. Związkowcy zwracają uwagę, że firma jest w dobrej kondycji, przynosi zyski, a jej sytuacja jest znacznie lepsza niż innych podmiotów z branży automotive.
Dzisiaj spotkanie negocjacyjne z udziałem mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Jeśli nie przyniesie ono, tak jak poprzednie, porozumienia, wówczas związkowcy zapowiadają kolejne kroki, w tym strajk ostrzegawczy.
W niedzielę odbył się protest w sprawie obniżenia cen komunikacji miejskiej.
W niedzielę, 17 maja o godzinie 12:00 pod Urzędem Miasta Poznania odbył się protest w sprawie obniżenia cen komunikacji miejskiej. Uczestnicy domagali się obniżki ceny biletu 15-minutowego z 5 zł do 3 zł oraz bezpłatnych przejazdów dla uczniów i studentów.
– „Poznań ma najdroższą komunikację miejską w Polsce” – grzmiał jeden z uczestników zgromadzenia, punktując politykę cenową Zarządu Transportu Miejskiego. Organizatorzy przedstawili analizę kosztów przejazdów w największych polskich miastach, z której wynika, że ceny w stolicy Wielkopolski są bardzo wysokie.

– „Władze miasta z Prezydentem Jaśkowiakiem na czele lekceważą potrzeby transportowe mieszkańców” – mówi Lulu współorganizująca protest. – „Patrzą na transport publiczny z perspektywy osób przemieszczających się wyłącznie autami. Radne i radni nie znają realiów, bo kilka lat temu przyznali sobie bezpłatne przejazdy. Tymczasem tysiące poznaniaków musi wybierać między biletem a innymi podstawowymi potrzebami” – dodaje.
Franciszek Niemczewski z MSK przypomniał, że za podwyżką cen biletów głosowali radni: Magdalena Antolczyk (KO), Zuzanna Bartel (KO), Dorota Bonk-Hammermeister (Lewica-Centrum), Wojciech Chudy (KO), Monika Danelska (KO), Bartłomiej Ignaszewski (KO), Grzegorz Jura (KO), Wojciech Kręglewski (KO), Justyna Kuberka (KO), Tomasz Lewandowski (Lewica-Centrum), Maria Lisiecka-Pawełczak (KO), Paweł Matuszak (KO), Marta Mazurek (KO), Halina Owsianna (Lewica-Centrum), Katarzyna Pampuch (KO), Przemysław Plewiński (Lewica-Centrum), Andrzej Prendke (KO), Andrzej Rataj (KO), Marcin Ruta (KO), Tomasz Stachowiak (KO), Marek Sternalski (KO), Adam Szabelski (Lewica-Centrum), Tomasz Wierzbicki (KO) oraz Małgorzata Woźniak (KO).
Uczestnicy zgromadzenia wskazywali, że bezpłatne przejazdy dla uczniów oferują m.in. Warszawa, Kraków, Wrocław, Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, Szczecin, Olsztyn i Zielona Góra. W Poznaniu kiedyś takie ulgi obowiązywały. Protestujący domagali się przywrócenia bezpłatnych przejazdów dla uczniów.
Protest został zorganizowany przez Ruch Klimatyczny Jazda. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Akcję Socjalistyczną, Partię Zieloni, Lepszy Transport, Poznańską Inicjatywę Pracowniczą i Rozbrat. Organizatorzy zapowiadają, że będą kontynuować starania o obniżenie cen i poprawę jakości komunikacji publicznej w mieście.
Już za kilka dni strajk w trzech zakładach wielkiego koncernu.
Jak informuje portal Tysol.pl, 18 maja rozpocznie się strajk w trzech polskich zakładach wielkiego koncernu Minova. To ponadnarodowa firma działająca w wielu krajach.
W polskich strukturach koncernu od kilku miesięcy trwa spór zbiorowy związkowców i szefostwa. Reprezentanci pracowników domagają się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferuje zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę. Po kilku miesiącach bezowocnych negocjacji cierpliwość pracowników się skończyła.
W dniach 7-8 maja przeprowadzono wymagane prawem referendum strajkowe. Spełniono wymogi dotyczące frekwencji, a większość głosujących opowiedziała się za przeprowadzeniem akcji strajkowej. Odbędzie się ona 18 maja jednocześnie w trzech oddalonych od siebie zakładach koncernu Minova w Polsce: Minova Arnall w Truskolasach (produkuje kotwy dla kopalń), Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi). Strajk będzie miał charakter bezterminowy.
Od wakacji czekają nas drakońskie podwyżki cen biletów na ośmiu kluczowych trasach w Polsce.
Z Warszawy do Zakopanego za bilet zapłacisz 171 zł zamiast 71. Z Olsztyna do Krakowa 171 zł zamiast 76. Z Bydgoszczy do Lublina 171 zł zamiast 73. Te same pociągi, te same godziny, te same postoje – tylko cena nawet trzykrotnie wyższa. Z jedną „rekompensatą” ze strony przewoźnika: darmową butelką wody mineralnej.
Od 14 czerwca 2026 r. PKP Intercity zamierza przekształcić osiem kluczowych połączeń krajowych z pociągów dotowanych (PSC) w pociągi komercyjne (EIC). Minister infrastruktury Dariusz Klimczak (PSL) w odpowiedzi na interpelację posła Michała Moskala (PiS) przyznał: nie wniósł sprzeciwu, choć mógł. Średnio na ośmiu trasach Polacy zapłacą ponad dwa razy więcej. „Ceny biletów to nie moja sprawa” – odpowiada resort.
W lutym 2026 r. PKP Intercity złożyło w Urzędzie Transportu Kolejowego osiem powiadomień o zamiarze uruchomienia pasażerskich połączeń komercyjnych w ramach tzw. otwartego dostępu. Decyzja ma wejść w życie 14 czerwca 2026 r. i obowiązywać do czerwca 2031 r. W praktyce oznacza to wyłączenie tych pociągów z umowy o świadczenie usług publicznych (PSC), czyli z systemu, w którym państwo dopłaca przewoźnikowi do każdego biletu, utrzymując ceny na poziomie dostępnym dla zwykłego pasażera.
Najbardziej uderzający jest sposób, w jaki to się odbywa. Jak wynika z interpelacji posła Moskala, przewoźnik zamierza zachować dokładnie te same relacje, te same godziny odjazdów oraz te same postoje (w tym w mniejszych miejscowościach i powiatowych ośrodkach). Pasażer wsiada do dokładnie tego samego pociągu, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie – ale płaci nawet trzy razy więcej. Cała operacja sprowadza się do zamiany szyldu z „IC” na „EIC” i automatycznej drastycznej podwyżki cen biletów.
Wnioski dotyczą ośmiu kluczowych krajowych tras: Warszawa – Zakopane (4 pary pociągów dziennie plus 1 para skrócona Kraków–Zakopane), Bydgoszcz – Lublin przez Warszawę (4 pary), Gdynia – Bielsko-Biała przez Bydgoszcz i Łódź (3 pełne pary plus 2 skrócone), Gdynia – Wrocław przez Bydgoszcz i Poznań (8 par co ok. 2 godziny), Gdynia – Łódź Fabryczna przez Warszawę (4 pary), Olsztyn – Kraków przez Warszawę i Radom (4 pary), Szczecin – Kraków przez Poznań i Łódź (3 pełne pary plus 1 skrócona) oraz Szczecin – Przemyśl przez Wrocław i Kraków (2 pełne pary plus skrócone odcinki Szczecin–Wrocław, Szczecin–Kraków, Wrocław–Przemyśl). To trasy, którymi codziennie podróżują tysiące Polaków – studenci wracający do domów, pracownicy dojeżdżający do dużych ośrodków, turyści w sezonie wakacyjnym. Co ważne, większość z tych pociągów obsługuje również mniejsze miejscowości – Grodzisk Mazowiecki, Opoczno, Włoszczowę, Miechów, Mławę, Ciechanów, Skarżysko-Kamienną, Kielce, Rawicz, Żmigród, Oborniki Śląskie, Stargard, Konin, Tomaszów Mazowiecki – dla których kolej jest często jedynym szybkim środkiem transportu publicznego.
W odpowiedzi na interpelację poselską z 8 maja 2026 r., podpisanej z upoważnienia ministra Klimczaka przez podsekretarza stanu Piotra Malepszaka, ministerstwo przyznało, że zostało powiadomione o ośmiu wnioskach, ale „odstąpiło od składania wniosków do Prezesa UTK o badanie równowagi ekonomicznej”. Mówiąc wprost: rząd miał ustawowe narzędzie, by zakwestionować te wnioski – i z niego nie skorzystał. Najbardziej uderzające jest ostatnie zdanie odpowiedzi: „kwestia cen biletów na pociągi komercyjne (…) znajduje się poza zakresem właściwości ministra właściwego do spraw transportu (Przewoźnik posiada autonomię decyzyjną w zakresie kształtowania cen takich połączeń)”.
– „Minister Klimczak po prostu umył ręce. Obecny Rząd mógł zareagować, miał ustawowe narzędzia, by chronić pasażerów. Nie zrobił nic. A teraz tłumaczy, że ceny biletów to nie jego sprawa, bo PKP Intercity ma autonomię przy określaniu cen biletów EIC. To kpina z każdego, kto codziennie wsiada do pociągu” – komentuje poseł Michał Moskal.
Analiza opiera się na dwóch jawnych dokumentach PKP Intercity: cenniku usług przewozowych z 10 listopada 2025 r. oraz publicznie dostępnych danych o odległościach kolejowych poszczególnych tras. Po przekształceniu pociągu z kategorii IC w kategorię EIC obowiązuje cena bazowa EIC, która dla relacji krajowych powyżej około 150 km wynosi jednolicie 171 zł w klasie 2 i 244 zł w klasie 1.
Średnio na ośmiu trasach bilet w klasie 2 podrożeje z 80 zł do 171 zł – o 91 zł, czyli o blisko 115 procent. Procentowe podwyżki wahają się od 73% do 141%. W pierwszej klasie wzrosty będą jeszcze wyższe. Ulgi ustawowe (m.in. 51% dla studentów do 26 lat, 37% dla uczniów do 24 lat) obowiązują również w pociągach EIC, ale procentowy wzrost cen pozostaje identyczny – student zapłaci po prostu połowę tej dwukrotnie wyższej kwoty.
– „To nie są abstrakcyjne procenty. To są konkretne pieniądze wyjmowane z portfeli rodzin. Pracownik z Bydgoszczy jadący służbowo do Lublina zapłaci 171 zł zamiast 73. Mieszkaniec Olsztyna jadący do Krakowa będzie musiał zostawić w kasie 171 zł zamiast 76 zł. Czteroosobowa grupa jadąca na wakacje z Warszawy do Zakopanego wyda dziś 284 zł, po zmianie – 684 zł. To 400 zł więcej za jedną podróż w jedną stronę” – wylicza poseł Moskal.
Większość z ośmiu wnioskowanych pociągów to składy tranzytowe, zatrzymujące się na kilkunastu stacjach pośrednich. Komercjalizacja takiego pociągu oznacza, że cenę EIC zapłacą wszyscy pasażerowie wsiadający lub wysiadający na którejkolwiek stacji, nie tylko ci pokonujący pełną trasę. Przykładowo pociągi w relacji Bydgoszcz – Warszawa – Lublin (m.in. IC Rejewski, IC Inka, IC Kujawiak) zatrzymują się w Solcu Kujawskim, Toruniu Głównym, Kutnie, Łowiczu, Sochaczewie, Warszawie Zachodniej, Centralnej i Wschodniej, Otwocku, Pilawie, Dęblinie, Puławach i Nałęczowie. Po komercjalizacji mieszkańcy każdej z tych miejscowości zapłacą cenę EIC, dojeżdżając tym pociągiem dokądkolwiek.
Pasażerowie mogą jednak pocieszyć się jedną „rekompensatą” za trzykrotną podwyżkę cen biletów. Zgodnie z oficjalną ofertą PKP Intercity, w pociągach kategorii EIC pasażerom klasy 2 przysługuje w cenie biletu darmowy poczęstunek – w postaci butelki wody mineralnej, gazowanej lub niegazowanej, serwowanej do miejsca wskazanego na bilecie. Tym samym za bilet z Warszawy do Zakopanego zamiast 71 zł zapłacimy 171 zł, ale za to otrzymamy darmową wodę. Cena rynkowa półlitrowej butelki wody mineralnej to dziś kilka złotych – zatem rekompensata za podwyżkę o 100 zł wynosi ułamek procenta tej podwyżki. Trudno o lepszą ilustrację absurdu całej operacji.
– „Z Warszawy do Zakopanego pasażer dopłaci sto złotych, ale dostanie półlitrową butelkę wody. Z Olsztyna do Krakowa dopłaci dziewięćdziesiąt pięć złotych – też z wodą. Z Bydgoszczy do Lublina dziewięćdziesiąt osiem złotych więcej – woda też w cenie. Tak wygląda «autonomia decyzyjna przewoźnika», którą się zachwyca minister Klimczak. To największa rekompensata cen biletów w historii polskich kolei, w której PKP Intercity w zamian za drakońskie podwyżki zaoferuje pasażerom w zamian wodę z plastikowej butelki” – ironicznie komentuje poseł Moskal.
Interpelacja posła Michała Moskala z 27 marca 2026 r. zawierała pięć precyzyjnych pytań: czy ministerstwo zostało powiadomione o wnioskach i jakie jest jego stanowisko; czy przeprowadzono analizę wpływu na ciągłość obsługi mniejszych miejscowości i ogólną dostępność transportu kolejowego; czy ceny biletów na tych trasach wzrosną w porównaniu z obecnymi cenami i czy PKP IC przedstawiło prognozy cenowe; czy rząd planuje mechanizmy kompensacyjne – dopłaty celowe, ulgi, bilety zintegrowane; oraz jak ta zmiana wpłynie na umowę PSC po 2030 r. Z odpowiedzi ministra wynika, że na żadne z tych pytań resort nie udzielił merytorycznej odpowiedzi. Nie przedstawił analizy wpływu na mniejsze miejscowości. Nie wskazał, czy zna prognozy cenowe PKP IC. Nie zapowiedział żadnych mechanizmów kompensacyjnych. Nie wytłumaczył skutków dla umowy PSC po 2030 r.
– „Minister odpowiada na pięć pytań w sposób, który ujawnia, że nie potrafi odpowiedzieć na żadne z nich. Nie wie, jakie będą ceny. Nie wie, jak ucierpią mniejsze miasta. Nie ma planu kompensacji. Nie wie, co będzie po 2030. A jednocześnie podjął już decyzję: nie sprzeciwi się wnioskom PKP Intercity. To jest definicja rządzenia bez pomyślunku” – ocenia poseł Moskal.
Mechanizm jest prosty: dziś pociąg kategorii IC kosztuje tyle, ile wynika z tabeli kilometrowej w cenniku PKP Intercity – im dalej, tym drożej, ale w sposób przewidywalny i ograniczony, bo państwo dopłaca do każdego biletu. Po zmianie kategorii na EIC obowiązuje inny cennik, w którym dla wszystkich relacji powyżej około 150 km jest jedna jednolita cena maksymalna: 171 zł w klasie 2. Czy jedziesz 175 km, czy 832 km – zapłacisz tyle samo. To paradoks systemu pociągów komercyjnych PKP Intercity: najbardziej karze pasażerów na krótszych trasach. Pasażer z Bydgoszczy do Lublina (374 km) zapłaci dokładnie tyle samo, co pasażer ze Szczecina do Krakowa (526 km), choć jego trasa jest o 150 km krótsza.
Poseł Moskal domaga się natychmiastowego ujawnienia przez PKP Intercity prognoz cenowych dla ośmiu wnioskowanych pociągów oraz wszystkich relacji odcinkowych na ich trasach, wstrzymania procedury otwartego dostępu do czasu przedstawienia mechanizmów kompensacyjnych dla pasażerów, wprowadzenia regulacji cenowej lub maksymalnych stawek dla relacji o znaczeniu strategicznym dla mniejszych ośrodków miejskich oraz publicznej debaty w Komisji Infrastruktury Sejmu RP nad strategicznymi konsekwencjami komercjalizacji kolei pasażerskiej.
Związkowcy, którzy przed laty uratowali swój zakład, odpowiadają na manipulacje liberalnej prezydent miasta.
Ciąg dalszy pracowniczego oporu przed antyspołeczną polityką władz miasta Kielce. Prezentujemy pismo związkowców:
W odpowiedzi udzielonej przez Panią Prezydent można dostrzec oryginalną politykę ekonomiczną, niespotykaną w żadnym innym mieście. Przekonuje się nas, że korzystne dla miasta oraz MPK Kielce – spółki, w której miasto posiada udziały – jest odbieranie setek tysięcy kilometrów z kontraktu inwestycyjnego, zapewniającego rozwój przewoźnika, i przenoszenie ich do kontraktu niewymagającego inwestycji na okres trzech lat. A przecież dodatkowo kontrakt ten był realizowany przestarzałym taborem przeznaczonym do kasacji. Skąd w takim razie MPK miało wziąć pieniądze na spłatę zobowiązań wynikających z dokonanych w ostatnim okresie inwestycji opiewających na kwotę 70 milionów złotych? Nie mówi się też o tym, że nie tylko przewoźnik stracił ogromne pieniądze, ale również miasto poniosło znaczne koszty, ponieważ za obsługę tych linii płacono zewnętrznemu operatorowi dużo wyższą stawkę – obecnie jest to 11,15 złotych, a MPK taką samą usługę wykonuje za 6,51 złotych. To gigantyczna różnica! Co więcej, choć ta sprawa nie została jeszcze nie rozwiązana i panuje wokół niej zmowa milczenia, to jeszcze do tego docierają do nas, pracowników i udziałowców, kolejne szokujące informacje o działaniach zmierzających do wywłaszczenia nas z części naszego majątku, tj. z działki usytuowanej po drugiej stronie bazy.
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach z niedowierzaniem i niemałym zaskoczeniem przyjmuje treść Pani odpowiedzi na nasze pismo z dn. 13.04.2026 r. Mamy rozumieć, że treść tej odpowiedzi była opracowywana wespół z Panią Dyrektor ZTM Kielce. Pismo to zawiera mnóstwo manipulacji, przeinaczeń i pół-prawd, w szczególności w zestawieniu z naszym stanowiskiem opartym o fakty zawarte w oficjalnych dokumentach. Ponadto po raz kolejny ma ono charakter wysoce konfrontacyjny, kłamliwy i obliczony na polityczne dyskredytowanie osób pełniących wysokie funkcje w spółce, w tym w szczególności przewodniczącego związku. Nie dość, że w odpowiedzi zlekceważono meritum podjętych w naszym piśmie kwestii, to jeszcze w większości nie odnosi się ono do kluczowych zagadnień w nim zawartych, zaś w pozostałej części opiera się na politycznych manipulacjach, które nijak się mają do rzeczywistości.
Miasto uważa, że nieprzystąpienie MPK Kielce do przetargu, w którym wymagano wyłącznie zapewnienia określonej ilości kierowców, było błędem, który miał pozbawić załogę stabilności zatrudnienia i wysokich wynagrodzeń. Powstaje jednak pytanie: w jaki sposób spółka miała realizować 10-letni kontrakt w latach 2018-2027 nakładający obowiązek prowadzenia bardzo dużych inwestycji, skoro stosowano politykę przerzucania setek tysięcy kilometrów, pozbawiając przewoźnika dochodów? Stanowczo protestowaliśmy przeciwko tej decyzji, a mimo to ZTM kontynuował tą politykę. A przecież realizacja tego kontraktu odbywała się w wyjątkowo trudnych warunkach. Najpierw wybuchła pandemia COVID-19, której nikt nie przewidział. Wprowadzony przez rząd lockdown skłonił miasto do wdrożenia ogromnych ograniczeń komunikacji miejskiej w Kielcach, co pozbawiło spółkę dochodów liczonych w milionach złotych. Następnie również w trakcie realizacji tego kontraktu doszło do gwałtownych wzrostów cen paliw wywołanych wojnami w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Rząd co prawda w reakcji na to obniżył VAT z 23 do 8 procent, jednak MPK na takiej obniżce traci, gdyż rozliczenie zakupu paliwa odbywa się w formie netto, a waloryzacja stawki w cenie detalicznej. Przez to spółka już przy pierwszym obniżeniu VAT w 2022 r. poniosła wielomilionowe straty, a obecnie ta sytuacja się powtarza. Jednocześnie miasto, mimo tych nadzwyczajnych okoliczności, w trakcie trwania procedury przetargowej w 2023 r. odebrało z kontraktu podstawowego kilka linii – a tym samym kolejne setki tysięcy wozokilometrów – i przeniosło je do innego kontraktu, pozbawiając MPK kolejnych kilku milionów złotych przychodów. Po co więc to zrobiono? Na pewno nie z powodu oszczędności po stronie miasta. Przecież na skutek tych działań przez kolejne trzy lata miasto Kielce płaciło za obsługę tych linii przez zewnętrznego przewoźnika znacznie wyższą stawkę, wydając z budżetu zadłużonego miasta dodatkowo kilka milionów złotych więcej. Powodem nie był również rzekomy brak możliwości ich obsługi przez MPK, jak próbowano wmówić mieszkańcom Kielc. W tamtym czasie spółka dysponowała ponad milionem kilometrów rezerwowych rocznie i przy 123 posiadanych autobusach wysyłała do obsługi miasta około 100 pojazdów. Obecnie, mając dokładnie tyle samo autobusów, MPK kieruje na ulice Kielc już 104 własne pojazdy. Zarówno wtedy, jak i dziś, do obsługi tych linii potrzeba 7 autobusów. Tymczasem w 2023 roku ZTM twierdził, że niemożliwe jest, aby MPK wysyłało na linie 107 pojazdów, a obecnie, posiadając tą samą liczbę autobusów wysyłamy 111 z nich. Ewidentnie było to działanie, na którym spółka miała stracić ogromne pieniądze, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obecnie po trzech latach przywrócono zabrane wówczas setki tysięcy kilometrów – jednak już za znacznie niższą stawkę. W tym samym czasie spółka prowadziła ogromne inwestycje i spłacała leasingi autobusów, także tych zasilanych gazem CNG. Bardzo dużym obciążeniem finansowym dla spółki były również decyzje dotyczące ich zakupu i eksploatacji, nieterminowego regulowania płatności za paliwo oraz blokowanie audytu dokumentującego nieprawidłowości poprzednich zarządów – to wszystko dodatkowo naraziło spółkę na niepotrzebne wielomilionowe koszty. Pojawia się więc pytanie: jak skutki wszystkich tych działań – utrata dochodów, wzrost kosztów, odbieranie kolejnych setek tysięcy wozokilometrów oraz dodatkowe zobowiązania – miały zapewnić spółce stabilizację? W jaki sposób MPK w tej sytuacji miało spłacać zobowiązania leasingowe i jednocześnie realizować kolejne inwestycje? Które miasto w Polsce prowadzi taką politykę ekonomiczną wobec spółki, zwłaszcza w której ma udziały? Od stycznia 2022 roku konsekwentnie mówimy i piszemy jedno: działania te prowadzą do osłabienia, a w konsekwencji do upadłości spółki.
Kolejnym problemem, o którym władze Kielc doskonale wiedziały, był ogromny brak kierowców, z którym borykają się przedsiębiorstwa komunikacyjne w całej Polsce. W MPK również taka sytuacja miała miejsce, a dodatkowo po okresie pandemicznym, w którym radykalnie wzrosła liczba absencji chorobowych pracowników, w spółce na koniec 2022 roku nagromadziło się ponad 11 tysięcy zaległych dni urlopowych w samej grupie kierowców, o czym doskonale wiedziały władze miasta posiadające swojego przedstawiciela w radzie nadzorczej. Oznaczało to, że spółka już wtedy miała problemy kadrowe, a ponadto nie wiadomo dlaczego ówczesne zarządy nie regulowały terminowo płatności za paliwo i jednocześnie podjęły decyzję o zakupie autobusów gazowych, choć nie musiały tego robić. Równolegle w tym czasie przerzucono setki tysięcy dodatkowych wozokilometrów zabranych z kontraktu inwestycyjnego. W praktyce oznaczałoby to konieczność realizowania większej pracy przewozowej tą samą, niewystarczającą liczbą kierowców, przy jednoczesnym umyślnym ograniczeniu przychodów z kontraktu inwestycyjnego, na którym spółka opierała swój rozwój i spłatę zobowiązań. Spółka pracownicza opiera się na przestrzeganiu prawa, dlatego nie dochodzi u nas do sytuacji, w których – mimo obowiązujących przepisów i kwestii bezpieczeństwa pasażerów – kierowcy pracowaliby po 300–400 godzin miesięcznie, tak jak, według sygnałów przekazywanych przez kierowców, ma to miejsce u niektórych przewoźników.
Przy okazji ubolewamy, że zeznania byłego prezesa są przytaczane przez Panią Prezydent w sposób bardzo wybiórczy. Szkoda, że pomija Pani inne wypowiedzi byłego prezesa, które również Pani prezydent są znane, tym bardziej że zawarła je Pani w odpowiedzi udzielonej na interpelację jednego z radnych. Również my posiadamy obszerną wiedzę w tym zakresie, albowiem znajdują się one w naszej dokumentacji. Są to zeznania złożone w prokuraturze w sprawie zawiadomienia złożonego przez miasto dotyczącego nieprzystąpienia MPK do przetargu. Warto przypomnieć, że prokuratura umarzając postępowanie już w pierwszym zdaniu wskazała, iż MPK nie miało obowiązku przystępowania do tego przetargu. Jednocześnie trudno zrozumieć, w jakim celu – po takim stwierdzeniu – zdecydowano się jeszcze przesłuchać byłego prezesa i dlaczego nie kazano zeznawać również innym osobom. Tym bardziej, że w tychże zeznaniach jest wiele mataczenia, pół-prawd i w wielu fragmentach są one sprzeczne z treścią pism skierowanych przez niego do miasta w styczniu i czerwcu 2023 roku. Nie wspomina Pani jednak o tym, że były prezes MPK zeznał także, że „spółka w tamtym okresie zmagała się z ogromnym brakiem kierowców”. Zeznał on również, że pracownicy odpowiedzialni za planowanie pracy kierowców w niektóre dni mieli pracować nawet do godziny 23.00, próbując zapewnić obsługę wszystkich kursów. Prawdopodobnie dochodzić miało do ściągania pracowników z urlopów, ponieważ zagrożona była realizacja nawet około 30 brygad”.
Z uwagi na ekonomiczne dobro spółki i pracowników oraz świadomość tego, który kontrakt zapewniał jej stabilność finansową i możliwość dokonywania inwestycji, związki zawodowe przyjęły ze zrozumieniem decyzję zarządu o nieprzystępowaniu do przetargu. Tym bardziej, że miasto nie zareagowało na pisma ówczesnego zarządu spółki – ze stycznia i czerwca 2023 roku – a ewentualne przystąpienie do postępowania przetargowego dodatkowo legitymizowałoby proceder przenoszenia linii z kontraktu na kontrakt, który ewidentnie nie był korzystny ekonomicznie dla miasta, a miał na celu jedynie osłabienie zdolności finansowych spółki. Pragniemy również przypomnieć, że ogłoszony przetarg dotyczył nie jednego, lecz trzech odrębnych zadań, czyli trzech różnych kontraktów. Skandaliczne jest to, że mimo posiadania przez MPK rezerwy wynoszącej około miliona wozokilometrów, blokując nas medialnie, zdecydowano się w 2023 roku podpisać umowy na wszystkie trzy zadania i jednocześnie dołożyć zewnętrznemu opetatorowi brakującą kwotę 8,5 miliona złotych na okres dwóch lat. To właśnie o tym mówi treść pism skierowanych przez ówczesny zarząd do miasta. Takie działania tylko godzą w interes większościowego udziałowca, ale też są sprzeczne z obowiązującymi przepisami dotyczącymi dyscypliny finansów publicznych. I z tego powodu ówczesna Rada Miasta przyjęła naszą skargę za zasadną. Kuriozalne i oparte na manipulacji są więc zarzuty wobec związkowców, że powinni jeszcze zarząd rozliczać z tej decyzji.
W związku z powyższym, formą oczywistej i zakrawającej o hipokryzję manipulacji jest pozorna troska władz miasta o wynagrodzenia w firmie i utrzymanie miejsc pracy. Jak ma w takiej sytuacji wyglądać stabilność zatrudnienia w kontekście przerzucania linii z kontraktu na kontrakt, gdzie nic nie jest jego własnością, tylko ma zapewnić określoną liczbę kierowców, zwłaszcza że umowa miała trwać dwa lata? Gdzie wówczas kierowcy mieliby wrócić, gdyby spółka nie miała środków na regulowanie zobowiązań, tym bardziej że władze miasta od prawie czterech lat blokują scalenie działek, a tym samym możliwość sprzedaży części zbędnego majątku, który spółka chciała przeznaczyć na kolejne inwestycje w zakup nowoczesnego taboru? Takie hasła brzmią zupełnie niewiarygodnie, zwłaszcza w sytuacji gdy miasto osłabia kontrakt inwestycyjny przewoźnika – odbieramy je również jako próbę odwrócenia uwagi od w/w działań miasta oraz kolejnego podburzenia załogi przeciwko władzom spółki.
Te słowa wyrażające troskę o pracowników są zdecydowanie nie na miejscu także biorąc pod uwagę wypowiedź, którą nie tak dawno na jednej z sesji wyraziła Pani koleżanka z klubu radnych, gdzie określiła załogę mianem niepotrzebnych bękartów, których od lat władze miasta chcą się pozbyć. Doskonale Pani wie, że ta troska jest fałszywa, ponieważ podstawą funkcjonowania spółki był i jest kontrakt oparty na inwestycjach, który daje stabilność zatrudnienia, możliwość rozwoju przedsiębiorstwa oraz regularną spłatę zobowiązań zaciągniętych przez firmę. Ma on się nijak do dwuletniego kontraktu, do którego potrzebni są tylko kierowcy. Oczywiste dla nas jest to, że od 2019 roku w Kielcach ZTM prowadzi politykę polegającą na osłabianiu tego kontraktu, z tą różnicą, że w latach wcześniejszych (2019-2023) ogromne pieniądze traciła spółka, a zyskiwało miasto, które wówczas miało i nadal ma ogromne problemy finansowe (dlatego też, mimo szkodliwej polityki, związek i zarząd wówczas nie podejmowały żadnych działań), natomiast od przetargu ogłoszonego 6 stycznia 2023 r. diametralnie zmieniono tą zasadę, gdyż przerzucono część linii z tańszego kontraktu inwestycyjnego do droższego niewymagającego żadnych nakładów inwestycyjnych. A zatem kłamstwem jest, że tego procederu ZTM nie stosuje, co zostało zasugerowane w Pani odpowiedzi. Warto również podkreślić, że z około 10 milionów wozokilometrów realizowanych przez MPK – co przytoczono w Pani odpowiedzi – aż 1,5 miliona wykonywanych jest autobusami należącymi do miasta, czyli podobnie jak ma to miejsce w przypadku BP Tour Regio. Różnica polega jednak na kosztach realizacji usług. MPK obecnie wykonuje te przewozy za stawkę 6,51 zł za wozokilometr, podczas gdy konkurencyjny operator otrzymuje około 11,15 zł. Co prawda po trzech latach niepotrzebnego wypompowywania z budżetu miasta ogromnych środków od 1 maja 2026 r. nastąpił powrót części zabranych wozokilometrów do MPK, jednakże dotyczy on innych zadań i realizowany jest przez MPK znów przy dużo niższej stawce niż wcześniej BP Tour Regio.
Nieprawdziwe jest również twierdzenie, że takie przerzucanie linii jest zgodne z prawem. Umowa mówi wyraźnie o korygowaniu rozkładów jazdy, zmianach tras linii i przewiduje ich likwidację, natomiast nie dopuszcza przerzucania linii pomiędzy kontraktami. Fakty mówią jednoznacznie, że przetarg ogłoszono 6 stycznia 2023 r., natomiast pismo informujące o skierowaniu do obsługi w tym kontrakcie linii dotychczas realizowanych w kontrakcie podstawowym (13, 23, 24), a wcześniej także OW i OZ, zostało wystosowane pod koniec stycznia, czyli już w trakcie trwającej procedury przetargowej. Dokument ten był przedmiotem dyskusji zarządu i rady nadzorczej MPK.W jej wyniku przedstawiciel miasta zasiadający w radzie nadzorczej zobowiązał się do zorganizowania spotkania właścicielskiego, do którego jednak ostatecznie nie doszło. Związek zawodowy jest w posiadaniu dowodu na to, że była Pani – jako ówczesny wiceprezydent odpowiedzialny za politykę transportową – o nim poinformowana. Prawdopodobnie wie Pani również o tym, dlaczego to spotkanie się nie odbyło.
Kuriozalny jest też fragment odpowiedzi dotyczący sprawdzenia monitoringu w celu wyjaśnienia, czy kierowcy u zewnętrznego operatora pracowali z naruszeniem ustawowych przepisów o czasie pracy. Tłumaczenie, że doszło do nadpisania nagrania, ponieważ pismo w tej sprawie wpłynęło do ZTM 7 listopada, a ze względu na dni wolne wyjaśniano ją dopiero 12 listopada, wywołuje u nas jedynie śmiech i zdziwienie. Powszechnie wiadomo, że w przypadku skarg dotyczących MPK reakcje ZTM są natychmiastowe. Przecież tego typu sprawami zajmują się dyżurni ruchu pracujący w systemie dwuzmianowym, również w dni wolne od pracy, dlatego już 7 listopada możliwa była skuteczna i szybka reakcja służb ZTM. Tym bardziej, że była to kwestia niezwykle istotna z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego i pasażerów, a tragiczne doświadczenia z innych miast – choćby z Warszawy – powinny kieleckie służby uczulać na sprawdzanie takich przypadków. Co więcej, z posiadanej przez nas dokumentacji wynika, że informacja o rzekomym nadpisaniu nagrania znalazła się w piśmie ZTM dopiero kilka miesięcy po zdarzeniu. W pierwszej odpowiedzi ZTM w ogóle nie wskazywał na brak nagrania, lecz w sposób kuriozalny poinformował jedynie, że nie zajmuje się tym tematem, ponieważ czas pracy kierowców nie leży w jego kompetencjach. Trudno uznać takie wyjaśnienia za spójne i wiarygodne. W tej sytuacji pojawia się również pytanie: w jaki sposób ZTM realizuje obowiązki wynikające z SIWZ, dotyczące weryfikacji zatrudnienia minimum 75 kierowców niezbędnych do realizacji zadania?
Absurdalne jest również wyjaśnienie dotyczące zwolnienia przewoźnika BP Tour Regio z kary za nieterminowe przystąpienie do realizacji zadania. Zgodnie z zapisami umowy przewoźnik powinien rozpocząć wykonywanie kontraktu 11 października i bez znaczenia pozostaje fakt, że część zadań uruchomiono wcześniej. Nie może być także usprawiedliwieniem argument o awarii trzech z czterdziestu autobusów, która miała na kilka dni wstrzymać przekazywanie pojazdów. Sytuacja ta miała miejsce już w sierpniu, natomiast rozpoczęcie realizacji kontraktu przewidziano dopiero na 11 października. Do obsługi 26 brygad przewoźnik dysponował 40 autobusami, a więc posiadał rezerwę wynoszącą aż 14 pojazdów. Trudno więc uznać, że awaria trzech autobusów, czy też wstrzymanie na kilka dni przekazywania w pełni sprawnych pojazdów, uniemożliwiała rozpoczęcie realizacji zadania zgodnie z harmonogramem. Przypominamy również, że autobusy te przeszły podwójną procedurę kontroli i były w bardzo dobrym stanie technicznym. Samozapłony, do jakich wówczas doszło w dwóch pojazdach, były wykorzystywane w mediach społecznościowych do atakowania MPK, włącznie z oskarżeniami o rzekomy sabotaż. Tymczasem szybka analiza przeprowadzona przez niezależnych ekspertów z Solarisa wykazała rzeczywistą przyczynę zdarzeń, która – jak wynikało z ustaleń – nie powodowała znaczących opóźnień w przekazywaniu autobusów. Dodatkowe wątpliwości budzi fakt, że pojazdy określane jako niesprawne były transportowane do Lublina o „własnych siłach” – zwłaszcza, że przecież przewoźnik posiada bazę ze stanowiskami naprawczymi na terenie Kielc. Tymczasem autobusy rzeczywiście niesprawne standardowo przewozi się lawetą, czego przykładem był autobus nr 1219 i inne pojazdy. Z relacji publikowanych w Internecie wynikało nawet, że przed wystąpieniem awarii poruszały się one z dużą prędkością, a użytkownicy dróg widzieli pojawiający się ogień w układzie wydechowym. Nie trzeba być ekspertem, aby stwierdzić, że autobusy wyposażone w tego typu układ wydechowy – które przez dłuższy czas pozostają nieużytkowane i stoją na słońcu w dość wysokiej temperaturze – mogą mieć nagromadzone osady spalinowe powodujące podobne zjawiska.
Ponadto Pani wyjaśnienia dotyczące ostatniego przetargu na autobusy elektryczne oraz przejęcia przez miasto kosztów paliwa i energii, w tym również dojazdów, argumentowane koniecznością „nieprzerzucania ryzyka wzrostu cen energii na operatora”, są nie tylko kuriozalne, ale również sprzeczne z wcześniejszymi wyjaśnieniami przedstawianymi radnym w tej sprawie. Trudno też nie zauważyć sprzeczności pomiędzy takim podejściem a publicznym krytykowaniem przez Panią w TVP Kielce naszego postulatu dotyczącego renegocjacji umowy i odstąpienia od naliczania kar za średni wiek taboru. W przypadku nowego kontraktu na autobusy elektryczne obsługiwane przez zewnętrznego operatora miasto uznaje bowiem, że ryzyko gwałtownego wzrostu cen energii powinno zostać przejęte przez samorząd, natomiast jednocześnie całkowicie lekceważy nadzwyczajne okoliczności, które wystąpiły podczas realizacji kontraktu inwestycyjnego MPK. Przypominamy, że w momencie podpisywania umowy nikt nie był w stanie przewidzieć wybuchu pandemii COVID-19, lockdownów oraz ogromnych ograniczeń wozokilometrów, które pozbawiły spółkę wielomilionowych przychodów. Podobnie nie można było przewidzieć skutków wybuchu wojen i gwałtownego wzrostu cen paliw, które doprowadziły do obniżenia przez rząd stawki VAT na paliwo najpierw w 2022 roku, a następnie ponownie w kolejnych okresach kryzysowych. Jak już wcześniej pisaliśmy, obowiązująca umowa z ZTM nie przewiduje waloryzacji stawki według cen netto paliwa, lecz opiera się na wskaźniku inflacyjnym uwzględniającym ceny detaliczne. W praktyce oznacza to, że MPK ponosiło i nadal ponosi wielomilionowe straty wynikające ze zmian, których nie dało się przewidzieć na etapie podpisywania kontraktu. W trakcie zawierania kontraktu nie sposób było też założyć, że później nastąpi przerzucanie setek tysięcy kilometrów z kontraktu na kontrakt, co nigdy wcześniej nie było stosowane, a dodatkowo kuriozalne jest to, że przerzucono je na wyższą stawkę i na gorszym taborze. Ponadto ZTM nie wykonał zalecenia KIO dotyczącego lokalizacji bazy, co umożliwiało dodatkowe obniżenie kosztów zewnętrznemu operatorowi, który posiada zajezdnię znacznie bardziej oddaloną od centrum miasta niż MPK. Należy również podkreślić, że MPK dysponuje w pełni wyposażoną bazą położoną blisko centrum miasta, co zwiększa nasze koszty, ale zmniejsza koszty leżące obecnie po stronie miasta (kilometry dojazdowe). A konkurencja ma zajezdnię na obrzeżach miasta, co powoduje wydzierżawienie terenu za dużo niższą stawkę, ale jednocześnie zwiększa koszty dojazdowe, za które płaci miasto (około 10 km w jedną stronę).
Irracjonalne wydają się również wyjaśnienia dotyczące parkowania autobusów BP Tour Regio na dworcu oraz tłumaczenie, że miały one stanowić tzw. rezerwę mobilną. Zastanawiające jest jednak, że nie odniosła się Pani do faktu, iż przed wydaniem zgody przez ZTM na parkowanie tych pojazdów na dworcu autobusy bez żadnego zabezpieczenia były pozostawiane na zatokach autobusowych, stwarzając zagrożenie dla bezpieczeństwa oraz naruszając przepisy ruchu drogowego. Równie wątpliwie wygląda kwestia samej „mobilności” tej rezerwy. Dziwnym trafem autobusy parkowały tam wyłącznie w godzinach pomiędzy zakończeniem porannego a rozpoczęciem popołudniowego szczytu komunikacyjnego, czyli dokładnie wtedy, gdy pojazdy standardowo powinny zjeżdżać do zajezdni. Gdyby rzeczywiście była to rezerwa mobilna, pojazdy pozostawałyby w gotowości od wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora, ponieważ właśnie w godzinach szczytu komunikacyjnego rezerwa jest najbardziej potrzebna.
Odnosząc się do Pani wyjaśnień dotyczących działań miasta związanych z przebiegiem walnego zgromadzenia udziałowców z 20 stycznia, należy zauważyć, że przywołując art. 16 ust. 1 umowy spółki, celowo i manipulacyjnie pomija Pani jego dalszą treść. Przepis ten stanowi bowiem nie tylko, że „przewodniczący rady nadzorczej lub osoba przez niego wskazana otwiera zgromadzenie”, lecz w dalszy ciągu mówi o tym, że „przeprowadza wybór przewodniczącego obrad spośród osób uprawnionych do głosowania”. Zarówno przewodniczący rady nadzorczej, jak i Pani jako wiceprezydent doskonale znali treść tego przepisu. Tymczasem pomija Pani fakt, że ówczesny przewodniczący rady nadzorczej nie posiadał udziałów, nie był osobą uprawnioną do głosowania, a więc nie miał kompetencji zarówno do prowadzenia obrad, jak również do wykluczenia przedstawiciela KASP z udziału w tym głosowaniu. Kontrowersje budzi również sama decyzja o wykluczeniu z obrad samoistnej prokury reprezentującej KASP. Decyzja ta została podjęta bez uprzedniego zweryfikowania dokumentów oraz bez właściwego zbadania stanu faktycznego, gdyż przewodniczący tego sobie nie życzył. Dodatkowo należy podkreślić, że przewodniczący – jako prawnik – miał podpisaną umowę ze spółką KASP, co samo w sobie powinno skłonić go do powstrzymania się od działań mogących zostać odebranych jako szkodzące firmie, którą reprezentował. To między innymi doprowadziło do sytuacji, w której obrady były prowadzone w sposób bezprawny i właśnie między innymi z tego powodu zgromadzeni udziałowcy w geście protestu opuścili salę obrad. Należy przy tym podkreślić, że przedstawione przez nas stanowisko szeroko opisuje cały problem, który pozostaje ignorowany przez prokuraturę. Sprawa nie dotyczy wyłącznie samego walnego zgromadzenia, ale całego okresu pełnienia funkcji przez ówczesne zarządy, jak również działań destrukcyjnych, jakie miały miejsce i były prowadzone podczas posiedzeń kolejnych rad nadzorczej spółki Jak później ujawniono, prezes pozostawał jednocześnie urlopowanym pracownikiem poprzedniego miejsca pracy, a więc nadal podlegał Prezydentowi Kielc, co pozostawało w sprzeczności z zapisami kontraktu menadżerskiego. Dodatkowo zarząd ten, mimo wspólnej deklaracji złożonej podczas walnego zgromadzenia udziałowców 27 sierpnia 2021 roku, nie przeprowadził audytu spółki, a jednocześnie kontynuował działania, które naraziły firmę na kolejne straty finansowe.
Odnośnie kwestii dotyczącej przestrzegania zapisów umowy kupna-sprzedaży udziałów, w naszym stanowisku jednoznacznie wskazaliśmy, że podpisanych porozumień należy dotrzymywać, zwłaszcza w sytuacji, gdy strona społeczna wywiązała się ze swoich zobowiązań w stu procentach. Przytoczony przez Panią fragment wyroku sądu pierwszej instancji nie dotyczy samych zapisów umowy, lecz – jak wskazał sąd – przekroczenia uprawnień przez prezydenta miasta. Oznacza to, że podjęcie stosownych decyzji należy do kompetencji rady miasta, zwłaszcza mając na względzie, że ówczesna rada miasta (przedstawiciele wszystkich opcji politycznych) jednogłośnie podejmowała decyzję w tej sprawie. A więc uregulowanie tej kwestii powinno być punktem honoru wszystkich radnych. Niedopuszczalne, a wręcz haniebne jest również sugerowanie, że pracownicy próbują cokolwiek „wyłudzić”. Jest to kolejne nieprawdziwe oskarżenie, ponieważ naszym celem pozostaje wyłącznie ratowanie miejsc pracy oraz samej spółki, która już w 2007 roku została postawiona w stan likwidacji właśnie na skutek prowadzenia polityki podobnej do obecnej. Nie dość, że miasto nie respektuje podpisanej umowy, to jeszcze oskarża pracowników o działanie na szkodę kieleckich podatników. Ewidentnie w ten sposób po raz kolejny próbowano podburzać mieszkańców przeciwko załodze MPK. W takiej sytuacji miasto, jeżeli nie chce dotrzymywać umowy i sprzedać udziałów, to powinno je odkupić, a nie jeszcze wykorzystywać publiczne środki do osłabiania spółki. Trudno bowiem znaleźć w Polsce podobny przypadek, aby samorząd za publiczne pieniądze budował pełną infrastrukturę, w tym drugą zajezdnię, pozyskiwał środki na zakup autobusów, a następnie przygotowaną w ten sposób bazę wraz z taborem przekazywał do obsługi podmiotowi zewnętrznemu. W praktyce oznaczałoby to, że prywatny operator korzystałby z infrastruktury i majątku finansowanego przez podatników, osiągając korzyści głównie dzięki modelowi zatrudniania pracowników i niższym kosztom pracy. Jest to też sprzeczne z podpisanym w 2007 roku porozumieniem.
Nieprawdziwe i manipulacyjne są również odpowiedzi dotyczące pandemii oraz organizacji kursów kończących i rozpoczynających trasę przy ul. Puscha, gdzie miasto wyznaczyło przystanki początkowe i końcowe dla kilku linii, jednocześnie nie zezwalając na ustawienie mobilnych toalet dla kierowców. Całkowitą nieprawdą jest to, że nasza propozycja powodowała wzrost kosztów po stronie miasta, ponieważ tak naprawdę nie wiązała się ona z żadnymi dodatkowymi kosztami, gdyż autobusy jadące od Malikowa i tak najpierw wjeżdżały w ul. Massalskiego, a dopiero później kierowały się na przystanek przy ul. Puscha. Proponowaliśmy jedynie odwrócenie kolejności przejazdu – tak, aby autobusy jadąc od Malikowa najpierw docierały na ul. Puscha, następnie zawracały i udawały się na przystanek końcowy przy mini dworcu, gdzie kierowcy mieliby możliwość skorzystania z toalet i wody do umycia rąk. Oznaczało to dokładnie tę samą liczbę wozokilometrów, a zmieniał się jedynie sposób obsługi poszczególnych ulic i nie powodował on również znacznych turbulencji dla pasażerów. Co więcej, rozwiązanie dotyczyło wyłącznie kursów z przerwą śniadaniową dla kierowców. Przykre jest to, że w tamtym szczególnym okresie, gdy państwo i samorządy podejmowały działania mające chronić mieszkańców, miasto Kielce nie tylko lekceważyło ten problem, ale dziś dodatkowo manipuluje kwestią kosztów. Podobnie wygląda sprawa odpowiedzi dotyczących braku ograniczeń kursów podczas ferii zimowych w styczniu 2021 roku. W czasie ferii w okresie pandemii nie ograniczano liczby linii, mimo niższej liczby pasażerów, całkowicie bez oglądania się na koszty. Natomiast zaraz po zakończeniu ferii, gdy dzieci i młodzież wróciły do szkół, nagle ograniczono kilka brygad, ale stało się to już po wydarzeniach związanych z próbą przeprowadzenia puczu w MPK, gdzie pewne portale namawiały kierowców do strajku.
Pragniemy też podkreślić, że niedopuszczalne są kolejne bezpodstawne ataki na struktury wewnętrzne spółki, w szczególności wymierzone w naszego przewodniczącego. Narracja ta została wykreowana już w 2021 roku, między innymi po to, aby nie dopuścić do przeprowadzenia audytu spółki – i jest kontynuowana do chwili obecnej. Jednocześnie służy ona jako uzasadnienie dla budowy nowej zajezdni oraz tworzenia przekazu, że spółka jest rzekomo zarządzana przez jedną osobę – i jeszcze w dodatku w sposób dyktatorski. Stanowczo podkreślamy, że są to kłamstwa i w razie ich kontynuacji spotkają się z naszej strony ze zdecydowaną reakcją. Ich prawdziwym celem jest dyskredytacja spółki, zaszczucie wybranych osób broniących firmy oraz odwrócenie uwagi od rzeczywistych działań miasta, które szkodzą zarówno MPK, jak i finansom samorządu.
Zapewniamy też, że stanowiska udziałowców, związków zawodowych oraz zarządu spółki są wypracowywane kolektywnie i bez żadnych podtekstów. Wielu z nas, związkowców, jest jednocześnie udziałowcami spółki, podobnie jak liczna grupa byłych pracowników posiadających udziały. Znamy sytuację przedsiębiorstwa, zakres prowadzonych działań oraz decyzje podejmowane przez zarząd. Znane były nam również działania związane z przetargiem, które opisywaliśmy zarówno w tym, jak i w poprzednich stanowiskach. W naszej ocenie istniało realne ryzyko umyślnego doprowadzenia spółki do poważnych turbulencji finansowych w czasie, gdy realizuje ona szeroko zakrojone inwestycje w ramach kontraktu inwestycyjnego. Dlatego nie zamierzamy ulegać politycznej narracji kreowanej przez określone środowiska biznesowo-polityczne działające w mieście. Szokujące są też dochodzące do nas sygnały, że obecnie prowadzone są rozmowy, a nawet zaawansowane działania w sprawie wywłaszczenia MPK z działki znajdującej się naprzeciwko bazy. W ostatnim czasie pracownicy spółki zaobserwowali, że poruszają się po tej działce osoby, które robią zdjęcia, o czym zarząd MPK nie został poinformowany. Teraz już wiemy, dlaczego miasto od prawie czterech lat nie zgadza się na scalenie działek, wymyślając co rusz jakieś problemy i przeszkody, podczas gdy w przypadku innych podmiotów załatwia się takie sprawy nawet w ciągu miesiąca. Nie zabraknie nam determinacji w obronie miejsc pracy oraz spółki, która została uratowana przed upadłością ogromnym wysiłkiem pracowników i udziałowców. Oczekujemy rzeczywistych, konstruktywnych rozmów, a nie działań pozorowanych, oraz odpowiedzi odnoszących się do faktów.
Nadal podtrzymujemy wszystkie postulaty zawarte w stanowisku z dn. 13.04.2026 r., w tym te dotyczące bezwzględnego przestrzegania podpisanego porozumienia kończącego w 2007 roku 18-dniowy strajk, podpisanej w oparciu o to porozumienie umowy, wstrzymania budowy drugiej zajezdni – przynajmniej do czasu zbadania możliwości wykorzystania przylegającej do bazy MPK i należącej do miasta działki, co byłoby tańsze dla miasta i podatników. Pośpiech ten tym bardziej nie jest pożądany ze względu na to, że przez najbliższe 6 lat autobusy obecnie zakupione ze środków KPO nie będą mogły na tej bazie parkować oraz korzystać z jej infrastruktury. Wciąż liczymy też na szybkie oraz adekwatne decyzje Rady Miasta dotyczące przeprowadzenia przez Komisję Rewizyjną kontroli w MPK, KASP oraz ZTM. Naszym celem jest zakończenie pojawiających się w przestrzeni publicznej oraz godzących w nasze dobre imię spekulacji i wyjaśnienie wszystkich wątpliwości. Alternatywą mogłoby być również powołanie przez Radę Miasta specjalnej komisji nadzwyczajnej z udziałem przedstawicieli wszystkich klubów rady miasta, po to by zapewnić pełną transparentność i obiektywizm prowadzonych działań.
Z poważaniem,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach
Firma wygasza działalność w Polsce i zwalnia ludzi.
Jak informuje portal finanse.wp.pl, firma Garo postanowiła wygaszać swoją działalność w Polsce.
Garo działa w Polsce od roku 1996 i jest częścią struktur szwedzkiej spółki. Firma produkuje w szczecińskim zakładzie wallboxy – stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Jeszcze dwa lata temu spółka zbudowała w Szczecinie nowy zakład i postrzegała nasz kraj jako przyszłościowy w ramach rozwoju elektromobilności. W starym zakładzie zatrudniała 160 osób, a po stworzeniu nowego docelowo miała zatrudniać ok. 300 osób.
Teraz zdecydowano o likwidacji zakładu. Potrwa ona do końca roku. Pracę straci cała załoga. Szefostwo firmy motywuje decyzję wzrostem płac w Polsce, choć zarazem zapowiada zwiększenie produkcji w swoich szwedzkich zakładach, gdzie płace są znacznie wyższe.
Przygotowania do referendum strajkowego.
Jak informuje portal Tysol.pl, w spółce Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich zakładowa „Solidarność” rozpoczęła przygotowania do referendum strajkowego. To skutek fiaska negocjacji z szefostwem firmy.
Od początku roku trwa spór o podwyżki płac. Związkowcy domagają się podniesienia wynagrodzeń o 12 procent. Od połowy lutego prowadzą formalny spór zbiorowy w tej sprawie. Kolejne rundy negocjacji, w tym prowadzone pod nadzorem ministerstwa pracy, nie przyniosły skutków. Szefostwo firmy oferuje „podwyżkę” w wysokości 3,6%, czyli de facto o wskaźnik inflacji. Płace w firmie są niskie, np. pracownik produkcji z 20-letnim stażem otrzymuje 4100 zł na rękę. Żadnych ustępstw na rzecz pracowników nie zaoferował nawet biorący udział w negocjacjach przedstawiciel globalnych władz koncernu. W efekcie 30 kwietnia mediator spisał protokół rozbieżności.
Kolejnym etapem sporu jest referendum strajkowe. Zakładowa „Solidarność” rozpoczęła zatem przygotowania do referendum strajkowego, wymaganego prawem przed rozpoczęciem protestu. Referendum odbędzie się nie tylko w zakładzie w Siemianowicach, ale także w należących do tego samego koncernu zakładach w Truskolasach i w Polkowicach.
„Solidarność” działa w zakładzie od roku 2022 i już przeprowadziła dwie skuteczne akcje strajkowe skutkujące podwyżkami.
Zwolnienia grupowe w zakładzie produkcji kotłów energetycznych.
Jak informuje portal Money.pl, zwolnienia grupowe mają zostać przeprowadzone w zakładzie firmy Enitec w Porębie koło Zawiercia.
Firma zajmuje się wytwarzaniem kotłów energetycznych, rur ożebrowanych i konstrukcji stalowych. Na początku maja władze firmy podjęły decyzję o zwolnieniach grupowych. Obejmą one około 70 osób. Zwolnienia ruszą wkrótce i potrwają do końca roku.
W niedzielę 17 maja pod Urzędem Miasta Poznania odbędzie się protest w sprawie rosnących kosztów komunikacji miejskiej. Postulaty protestujących to obniżenie ceny 15-minutowego biletu z 5 do 3 złotych oraz odpowiednie obniżki cen pozostałych biletów.
Organizatorzy walczą z marginalizacją komunikacji publicznej w Poznaniu. W ich ocenie ceny biletów są horrendalnie wysokie.
– „Władze miasta sukcesywnie podnoszą opłaty, a Jacek Jaśkowiak nazywa to «korektą«” – mówi Lulu koordynująca protest. – „Dostępne cenowo autobusy i tramwaje są podstawą codziennego funkcjonowania dziesiątek tysięcy Poznaniaków, w tym dzieci, seniorów, studentów, uczniów oraz osób w kryzysach. Apeluję: dołączajcie jak najliczniej! Prezydent i Rada Miasta muszą nas wreszcie wysłuchać!”.
Protest organizują Akcja Socjalistyczna, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Partia Zieloni, Poznańska Inicjatywa Pracownicza, Rozbrat, Ruch Klimatyczny Jazda. Odbędzie się on w niedzielę 17 maja, o godzinie 12.00, przy Placu Kolegiackim 17.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Krystian Andrzejewski from Pixabay
Amerykańska firma zamyka swój oddział w jednym z polskich miast.
Jak informuje Gazeta Wyborcza, amerykańska firma z sektora IT postanowiła zlikwidować swój oddział w Łodzi. Firma Stretto zajmowała się w łódzkim oddziale tworzeniem oprogramowania dla prawników i sektora restrukturyzacyjnego. Trafiało ono głównie do USA. Oddział istniał od roku 2011.
Władze firmy podjęły decyzję o likwidacji oddziału w związku z sytuacją w branży IT, którą od trzech lat uważają za kryzysową. Pracę straci ostatnich 44 zatrudnionych. Jeszcze rok temu pracowało tam 100 osób, ale były stopniowo zwalniane. Teraz pracę straci reszta załogi.
Zwolnienia grupowe w trzech zakładach jednej firmy.
Jak informuje gp24.pl, duże zwolnienia planuje spółka Unia Group. Firma z centralą w Bydgoszczy posiada w Polsce trzy zakłady, zajmujące się głównie produkcją sprzętu rolniczego.
Planowane zwolnienia w Unia Group mają wynieść 300-350 osób. W tym nawet 170 osób może stracić zatrudnienie w zakładzie Famarol w Słupsku. Spółka już zgłosiła planowane zwolnienia grupowe do urzędu pracy w Grudziądzu, ale jeszcze nie jest jasne, ile osób straci zatrudnienie w każdym z zakładów firmy.
Wielki niemiecki koncern zwalnia grupowo w swoim polskim oddziale.
Zwolnienia grupowe zapowiedział polski oddział Ringier Axel Springer Polska (RASP). Koncern zamierza zwolnić 12% ogółu osób zatrudnionych w jego polskiej strukturze. Obejmuje ona m.in. Onet, Fakt, Business Insider Polska, Forbes, Medonet, Newsweek, Noizz, Plejadę i Przegląd Sportowy.
Firma motywuje swoją decyzję sytuacją rynkową i zmianami technologicznymi, w tym sztuczną inteligencją. Zwolnienia grupowe mają potrwać do końca czerwca.
Poprzednie zwolnienia grupowe koncern przeprowadził w Polsce w roku 2022. Objęły one wtedy 160 osób. Teraz zwolnienia mają objąć 12% załogi, co oznacza około 140 zatrudnionych.
20-lecie ustawy o radach pracowników.
19 maja 2026 r. Sali Kolumnowej Sejmu RP odbędzie się VI Ogólnopolskie Forum Rad Pracowników – jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych roli pracowników w firmach. „Nowy Obywatel” objął wydarzenie patronatem medialnym.
Wydarzenie organizowane przez Obywatelski Akcelerator Innowacji we współpracy z Instytutem Spraw Obywatelskich i ESG PRO ma w tym roku wyjątkowy, jubileuszowy charakter – mija dokładnie 20 lat od uchwalenia ustawy o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji, potocznie nazywanej ustawa o radach pracowników (7 kwietnia 2006 r.).
Już ponad 100 osób zgłosiło swój udział. Liczba miejsc jest ograniczona – decyduje kolejność zgłoszeń. Udział jest bezpłatny. Zachęcamy do szybkiej rejestracji:
https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „20 lat temu Sejm dał pracownikom narzędzie do realnego wpływu na swoje miejsce pracy. Dziś pytamy: czy z tego narzędzia korzystamy? Forum ma pokazać praktyczne przykłady, jak rady pracowników mogą stać się prawdziwym partnerem dla pracodawcy, a nie tylko formalnością ustawową” – mówi Rafał Górski, prezes zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich. – „Podczas Forum dowiesz się m.in.: jak rozmawiać z pracodawcą, żeby być traktowanym poważnie, jak powołać radę pracowników w swojej firmie oraz jakie rozwiązania naprawdę sprawdzają się w innych organizacjach” – dodaje.
„Chcemy pokazać, jak w praktyce pracownicy mogą realnie wzmacniać przewagę konkurencyjną swoich firm. Chcemy zachęcać pracowników i pracodawców do zakładania Rad Pracowników 2.0” – zauważa Mariusz Ławnik, ekspert ds. rad pracowników z Obywatelskiego Akceleratora Innowacji.
Program Forum – dużo praktyki
10:15–10:45
Otwarcie Forum – 20 lat ustawy
Rafał Górski, Prezes Zarządu, Instytut Spraw Obywatelskich
10:45–11:00
Przywitanie
Włodzimierz Czarzasty*, Marszałek Sejmu RP
Joanna Wicha, Posłanka KP Lewicy
11:00–12:30
Panel I: Rada pracowników 2.0 – prawdziwy partner w rozwoju firmy
Jak budować silną pozycję rady jako partnera dla zarządu? Jaką rolę może odgrywać rada w strategii firmy i budowaniu przewagi konkurencyjnej?
Uczestnicy:
– Karolina Woźniczko, Dyrektor, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
– Janusz Trupinda, Dyrektor, Muzeum Zamkowe w Malborku
– Aleksandra Nowacka-Leverton, Wiceprezes, De Gruyter Brill
– Witold Buraczyński, Ekspert, ESG PRO
13:30–15:00
Panel II: Skuteczna rada pracowników w praktyce
Doświadczenia członków rad pracowników z całej Polski – co działa, a co nie sprawdza się w codziennej pracy rady.
Członkowie rad pracowników m.in. z:
– Lincoln Electric Bester
– Muzeum Zamkowego w Malborku
– ArcelorMittal SSC
oraz Roman Rostek, Centrum Wspierania Rad Pracowników
W programie także:
– dwie sesje pytań i odpowiedzi z udziałem publiczności
– możliwość wymiany doświadczeń z praktykami
– networking z osobami zainteresowanymi tematem rad pracowników
Dla kogo jest to wydarzenie?
– Członków rad pracowników
– Osób, które chcą założyć radę w swojej firmie
– Przedstawicieli zarządów i działów HR
– Wszystkich zainteresowanych realnym dialogiem pracownik – pracodawca
– „W Forum weźmie udział blisko 200 osób z całej Polski. Będzie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, networkingu i zdobycia konkretnych narzędzi. Jeśli chcesz mieć większy wpływ na to, co dzieje się w Twojej pracy – to dobry moment, żeby zrobić pierwszy krok” – zachęca Mariusz Ławnik.
Każdy uczestnik Forum otrzyma bezpłatnie publikację „Bezrobocie technologiczne. Fakty i mity”, w której eksperci przyglądają się realnym zagrożeniom automatyzacji, AI i zarządzania algorytmicznego oraz szukają odpowiedzi na pytanie, jak przygotować pracowników i organizacje na nadchodzące zmiany technologiczne. W publikacji znajdują się m.in. wywiady z prof. Małgorzatą Jacyno z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą Prezydenta RP oraz dr Henryką Bochniarz z Konfederacji Lewiatan.
Udział jest bezpłatny. Rejestracja: https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „Boisz się zgłaszać uwagi lub pomysły w firmie? W Polsce wielu pracowników milczy – boją się reakcji kierownika. Jest na to rozwiązanie. W firmach od 50 osób możesz powołać radę pracowników. Dzięki niej masz prawo zgłaszać uwagi, pomysły i innowacje bezpośrednio do zarządu, pomijając swojego przełożonego. To daje ci anonimowość i poczucie bezpieczeństwa – twój głos może w końcu dotrzeć tam, gdzie naprawdę się liczy. Rada pracowników to prosty, legalny sposób na realny wpływ na firmę. Nie musisz już milczeć” – mówi Rafał Górski.
– „Szanowni Państwo z Zarządów – jeśli szukacie realnego źródła przewagi konkurencyjnej, nieocenionych danych operacyjnych z pierwszej linii i sposobu na znaczące obniżenie rotacji oraz marnotrawstwa – przyjdźcie na Forum. Rada Pracowników w modelu 2.0 może stać się Waszym wewnętrznym Task Force, który dostarcza konkretny, mierzalny zwrot z inwestycji i pomaga budować firmę, w której pracownicy realnie czują się partnerami” – dodaje Mariusz Ławnik.
Organizatorzy:
Obywatelski Akcelerator Innowacji
ESG PRO
Instytut Spraw Obywatelskich
Patronat medialny objęli dotychczas:
PAP, HR Polska, Tygodnik Spraw Obywatelskich, Marka Pracodawcy, ESG trends, Kompas ESG, Nowy Obywatel.
NielsenIQ, największy gracz w sektorze badań rynku, od początku roku przeprowadza liczne zwolnienia w warszawskim oddziale firmy.
Mimo że do likwidacji wyznaczono ponad 100 stanowisk, pracodawca omija obowiązki wynikające z ustawy o zwolnieniach grupowych, prowadząc zwolnienia w rozłożonych na dwa lata, niewielkich transzach. Cały proces został przez zarząd spółki okraszony nazwą „tranzycja”.
Informacja o restrukturyzacji została przekazana pracownikom dwóch pionów operacyjnych z Warszawy. Jednak z informacji otrzymanych przez związek zawodowy OZZ „Inicjatywa Pracownicza” od zatrudnionych osób wynika, że z pracą żegnają się również inne, niewymieniane w oficjalnej komunikacji wewnętrznej mniejsze zespoły oraz indywidualni pracownicy z nawet kilkunastoletnim stażem.
– „Komunikacja zarządu w sprawie zwolnień jest zdawkowa. Zarząd nie używa do tego celu poczty elektronicznej, a umawia pracowników na stacjonarne i nierejestrowane w żaden sposób sesje pytań i odpowiedzi, mimo że wszyscy pracujemy w trybie hybrydowym lub całkowicie zdalnym” – mówi Jan Złotnicki, członek związku zawodowego OZZ „Inicjatywa Pracownicza”.
– „Co więcej, najwyraźniej ze względu na nadmierne zainteresowanie sprawą przez samych pracowników i zadawanie przez nich niewygodnych pytań, zarząd zrezygnował z prowadzenia nawet tego rodzaju komunikacji i nabrał wody w usta. Obecnie pracownicy są informowani o szczegółach wyłącznie przez bezpośrednich przełożonych, również zresztą objętych procedurą zwolnień. Efektem są, zdaniem zgłaszających się do nas pracowników, przekazywanie niespójnych, niepełnych lub spóźnionych informacji i niepewność u wystarczająco już poruszonych pracowników” – relacjonuje związkowiec.
Firma otwarcie przyznaje przed pracownikami, że przyczyną redukcji zatrudnienia w Polsce jest przenoszenie stanowisk na dużo tańszy rynek w Indiach. Co więcej, pozostający na tę chwilę na stanowiskach polscy pracownicy zostali zobowiązani do przeszkolenia swoich indyjskich następców ze wszystkich wykonywanych do tej pory procedur.
Według informacji związkowców, szkolenia te są umawiane bez żadnych konsultacji z mającymi je prowadzić pracownikami, bez poszanowania okresów świątecznych w Polsce i bez zapewnienia odchodzącym pracownikom jakiegokolwiek przygotowania czy materiałów szkoleniowych. Zarząd oczekuje, że osoby, które nigdy nie aplikowały na stanowiska szkoleniowe, mają z dnia na dzień przeobrazić się ze specjalistów w dziedzinie analizy danych w nauczycieli z językiem obcym. Wszystko to w standardowych godzinach pracy i bez najmniejszego nawet ograniczenia dotychczasowych, regularnych obowiązków.
Sytuacja w firmie jest tym bardziej niepokojąca, że pracodawca od co najmniej roku zaprzestał stosowania się do ustawowego obowiązku konsultowania zwolnień pracowników ze związkami, pomimo potwierdzenia takiego wymogu podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy. Według informacji przedstawicieli OZZ „IP” w przeciągu ostatniego półtora roku pracodawca ani razu nie powiadomił związku o zamiarze rozwiązania umowy z pracownikiem, ani nie umożliwił przeprowadzenia wymaganej przez prawo konsultacji zwolnień.
Przedruk (ze skrótami) za: https://ozzip.pl/
Niemal 200 osób straci pracę w wyniku likwidacji zakładu.
Jak informuje portal Tysol.pl, nowy właściciel zakładu Eisberg w Legnicy podjął decyzję o likwidacji tego podmiotu. W efekcie pracę ma stracić cała załoga, niemal 200 osób. Zakład działał od roku 1992 i był dużym producentem sałatek. Jego kontrahentami byli m.in. McDonald’s, Biedronka i Lidl.
Pół roku temu zakład kupiła firma Green Factory. Teraz nagle ogłosiła ona zamiar likwidacji przedsiębiorstwa. Tłumaczy tę decyzję rzekomo wysokimi kosztami modernizacji. Wedle szefostwa firmy wielkich nakładów wymaga dostosowanie zakładu do wymagań przeciwpożarowych. Wcześniej ta sama firma obiecywała inwestycje i rozwój.
Przez trzy dni związkowcy będą protestować pod siedzibą wielkiej sieci dyskontów.
Jak informuje Portal Spożywczy, OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiada trzydniowy protest pod główną siedzibą sieci handlowej Dino. To kolejny etap sporu z szefostwem firmy i odpowiedź na jego lekceważące zachowania.
Od kilku miesięcy trwa spór w dużej i największej kapitałowo polskiej sieci handlowej Dino. W sklepach tej sieci zaczął działać związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu, który działa już m.in. w sieciach Kaufland, Rossmann, Biedronka i tam upomina się o poprawę sytuacji pracowników. Teraz przyszedł czas na Dino.
Po powstaniu struktur związkowych w tej sieci okazało się, że nie ma w niej Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych, na czym firma oszczędza wiele milionów złotych. Szefostwo Dino nie zgadza się także na podwyżki płac, zwiększenie obsady sklepów i poprawę warunków zatrudnienia. W okresie zimowym nie zapewniano nawet odpowiedniego ogrzewania sklepów, co zostało udokumentowane i ukarane przez instytucje kontrolne. Państwowa Inspekcja Pracy udokumentowała 1300 naruszeń prawa w Dino.
Związkowcy wszczęli spór zbiorowy z zarządem sieci. Ich postulaty są całkowicie odrzucane. Dotychczas firma na serio nie wzięła udziału w negocjacjach. Po kolejnych miesiącach lekceważenia protestów związkowych w sieci odbył się 25 kwietnia strajk ostrzegawczy. Dwa dni później szefostwo firmy całkowicie zlekceważyło polskie prawo i nie stawiło się na spotkaniu negocjacyjnym z mediatorem wyznaczonym przez ministerstwo pracy.
Związkowcy zapowiedzieli kolejne kroki. Trwają przygotowania do strajku generalnego w sklepach sieci. Wcześniej, w dniach 25-27 maja będą trwały protesty pod główną siedzibą firmy w Krotoszynie.
Po likwidacji produkcji w dużym zakładzie teraz upada jego kontrahent.
Jak informuje radio PiK, upadłość ogłosiła firma Elektrorem z Janikowa koło Inowrocławia. Pracę straci w niej 51 osób. Przedsiębiorstwo zajmowało się automatyką przemysłową i elektryką. Działało od roku 1993.
Upadłość firmy to pokłosie wcześniejszych problemów jej głównego zleceniodawcy. W ubiegłym roku w Janikowie nastąpiło wygaszenie produkcji w dużym zakładzie Qemetica, zatrudniającym kilkaset osób. Zakład produkcji wyrobów sodowych został postawiony w stan hibernacji – zatrzymano pracę, zwolniono niemal całą załogę, ale obiekty i urządzenia zachowano w postaci gotowej do wznowienia produkcji. Qemetica zaprzestała produkcji po wielokrotnych bezskutecznych apelach do rządu o ochronę polskiego rynku przed tanim importem z krajów, które, mimo nałożonych sankcji, wykorzystują surowce i półprodukty z Rosji.
Po wygaszeniu produkcji w Qemetice okazało się, że Elektrorem stracił podstawy funkcjonowania – zakład sodowy był głównym zleceniodawcą dla tej firmy, zajmującej się remontem i konserwacji urządzeń elektrycznych, silników, linii przesyłowych itp.
Fabryka mebli znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe.
Fabryka Zorka w Jeleniej Górze znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe. To kolejna redukcja zatrudnienia w firmie w tym roku.
W styczniu Zorka przeprowadziła zwolnienia grupowe, które objęły 132 osoby. Zakład produkujący meble motywował to spadkiem popytu, a dokładnie biorąc redukcją zamówień od głównego kontrahenta, jakim od dekad jest koncern Ikea. Jeszcze nie umilkły echa tamtych zwolnień, a firma ogłosiła kolejne.
Tym razem do urzędu pracy Zorka zgłosiła zwolnienia grupowe dotyczące aż 233 pracowników. Firma straciła znaczną część zamówień z Ikei, a jej przychody zmalały w ciągu roku o 43%. Skutkiem tego są masowe zwolnienia pracowników, firma zamierza także zlikwidować jeden ze swoich oddziałów i skoncentrować produkcję w jednym obiekcie.
Jak informuje portal drewno.pl, w ciągu roku zatrudnienie w większych firmach meblarskich (powyżej 10 pracowników) zmalało o ponad 3000 osób.
Niemal 100 osób straciło pracę z powodu likwidacji zakładu.
Jak informuje portal WP Finanse, upadła spółka Grant z Ostrowca Świętokrzyskiego. Zakład powstał w roku 2000 i zajmował się wytwarzaniem ciężkich konstrukcji stalowych oraz maszyn i urządzeń przemysłowych. W czasach świetności cała spółka zatrudniała kilkaset osób, a jej kontrahentami były m.in. Huta Celsa w Ostrowcu, KGHM, Arcelor Mittal, Jastrzębska Spółka Węglowa.
Pracę w likwidowanej firmie straciły 92 osoby. Nie otrzymały one pensji za luty. Zaległości wobec pracowników wynoszą 1,6 mln złotych, a wobec ZUS-u i urzędu skarbowego wynoszą one 12 milionów.
Duży koncern zwalnia pracowników w kolejnym ze swoich zakładów.
Jak informuje Portal Spożywczy, dużą redukcję zatrudnienia przeprowadzi koncern Ikea w swoim zakładzie produkcyjnym w Wielbarku. Niedawno informowaliśmy o tym, że z zakładu Ikei w Goleniowie zostanie zwolnionych około 160 osób. Teraz jeszcze gorsze wieści nadeszły z Wielbarka.
W tamtejszym zakładzie Ikea Industry pracę ma stracić 240 osób. To duży odsetek całej załogi, wynoszącej 1500 pracowników. Rozpoczęto już procedurę zwolnień grupowych, które potrwają do końca kwietnia. Oprócz zwolnień zlikwidowana zostanie w większości działów zakładu trzecia zmiana. Takie decyzje to skutek malejącej skali popytu na produkty firmy.
Znacznie przybyło firm planujących redukcję zatrudnienia.
Jak informuje Business Insider na podstawie raportu „Barometr Rynku Pracy 2026”, opracowanego przez Gi Group Holding na podstawie badań wśród pracodawców, przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW, rośnie skala niekorzystnych tendencji na rynku pracy.
W najbliższym kwartale tylko niespełna 14% przedsiębiorstw w Polsce planuje zwiększenie zatrudnienia. Rok temu w tym samym okresie było ich niemal 17% ogółu. Odsetek firm planujących wkrótce zwolnienia wynosi obecnie niemal 10% – jest to dwukrotny wzrost wobec sytuacji rok temu.
Zwiększanie zatrudnienia deklarują przede wszystkim firmy średnie i duże – wśród nich to odpowiednio 14 i 16% wszystkich przedsiębiorstw. Rok temu analogiczne wskaźniki wynosiły wśród nich jednak 20 i 19%. Aż ponad 16% ogółu ankietowanych deklarujących nowe rekrutacje wskazywało, że będą poszukiwały nowych kadr zarządzających, a nie „zwykłych” pracowników.
Zwolnienia grupowe w polskim zakładzie wielkiego koncernu.
Jak informuje portal Tysol.pl, duże zwolnienia w jednym ze swoich polskich zakładów przeprowadzi koncern Ikea.
Pracę stracą osoby zatrudnione w zakładzie Ikea Industry w Goleniowie. Zakład wytwarza meble sosnowe z serii Hemnes i Idanas: szafy, komody, biurka, łóżka, regały itp. Jest jednym z największych zakładów w mieście.
Zwolnienia grupowe zostały już zgłoszone do urzędu pracy. Zatrudnienie ma stracić około 160 osób – zarówno pracownicy produkcyjni, jak i osoby ze stanowisk biurowo-administracyjnych. To bardzo duża redukcja zatrudnienia, bo cała załoga zakładu liczy dzisiaj około 570 osób.
Półtora setki osób straci pracę.
Jak informuje portal gp24.pl, duże zwolnienia przeprowadzi firma Markos działająca w Głobinie koło Słupska. Przedstawiciele firmy twierdzą, że przyczyną zwolnień jest „trudna sytuacja finansowa firmy wynikająca z niewystarczających przychodów”.
Firma Markos wytwarza komponenty dla przemysłu ciężkiego, energetycznego, morskiego i rekreacyjnego. Produkuje głównie materiały kompozytowe wzmacniane włóknem szklanym. Działa od 30 lat. Przed dwoma laty większość udziałów w firmie nabyła Grupa Axopar z Finlandii.
Szefostwo firmy zgłosiło już zwolnienia grupowe do urzędu pracy w Słupsku. Zatrudnienie ma stracić aż 150 osób na 800 pracujących w zakładzie. Zwolnione mają zostać głównie osoby wykonujące prace administracyjne i specjalistyczne, w tym m.in. pracowników działów zaopatrzenia, zarządzania, płac, marketingu i logistyki, inżynierowie, technicy i księgowi.
Działająca w zakładzie „Solidarność” stara się o zmniejszenie skali planowanych zwolnień oraz o zapewnienie zwalnianym lepszych warunków odejścia z pracy niż wynosi minimum wymagane polskim prawem.