Kiepskie tendencje zachodzą w sferze zatrudnienia i płac.
Jak informuje portal Dla Handlu, kiepskie wieści płyną z polskiej gospodarki w nowej analizie Centrum Analitycznego Gremi Personal. Opracowało ono m.in. National Employment Index. W I kwartale 2026 roku wyniósł on 50 punktów, co oznacza poziom neutralny.
Kryją się za tym jednak liczne złe tendencje. W I kwartale 2026 roku zatrudnienie spadło w całej polskiej gospodarce rok do roku o 51,3 tys. osób, co oznacza spadek o 0,76%. Najwięcej etatów ubyło w branży motoryzacyjnej (3,4% w ciągu roku) i w meblarskiej (3,2%).
Z kolei deklarowane zwolnienia grupowe wzrosły o 25% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2025. Firmy zgłosiły chęć zwolnienia w procedurze zbiorowej ponad 11 300 osób.
Źle wygląda także kwestia wynagrodzeń. Wzrosły one co prawda rok do roku o 6,3%. Jednak jest to wzrost najniższy od 5 lat. W latach 2023-2024 średnie podwyżki płac były dwucyfrowe. Szokuje informacja, że aż 68% firm całkowicie zablokowało jakiekolwiek podwyżki, a wręcz pojawiły się niewidziane od dawna przypadki obniżania płac.
We wrześniu w wielkiej sieci handlowej odbędzie się strajk generalny.
Jak informuje Business Insider, związkowcy w sieci handlowej Dino ogłosili, że we wrześniu odbędzie się strajk generalny. Ma on przybrać postać całkowitego i bezterminowego zaprzestania pracy. Taka decyzja to pokłosie fiaska kilkumiesięcznych prób nakłonienia szefostwa firmy do spełnienia oczekiwań pracowników.
Przed kilkoma miesiącami w Dino Polska powstały struktury związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy. Wcześniej struktury tego związku powstały m.in. w Biedronce, Kauflandzie, Rossmannie i Aldim.
Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.
OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy, a niedawno trzydniowy protest pod siedzibą firmy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy władz Dino Polska. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.
Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.
Najnowsza decyzja związkowców to ogłoszenie pogotowia strajkowego i zapowiedź zorganizowania strajku generalnego we wrześniu. Związkowcy napisali: „Wczoraj zapadła decyzja, że Strajk Generalny odbędzie się we wrześniu. Aktualnie wprowadziliśmy pogotowie strajkowe i będą kontynuowane inne formy protestu, o których będzie głośno! Zapadła też decyzja o utworzeniu Funduszu Strajkowego”. Do września będzie też trwała kampania informacyjna skierowana do klientów sieci oraz pracowników Dino.
Działacze OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiadają także: „Przygotowujemy obecnie ogromną dokumentację dotyczącą masowego łamania przepisów prawa przez Dino i będziemy kierować ją do Prokuratury Krajowej”.
Producenci mąki, cukru, oleju rzepakowego, nabiału i wędlin apelują o uregulowanie promocji w wielkich sieciach.
Jak informuje Portal Spożywczy, do ministra rolnictwa trafił apel przygotowany wspólnie przez duże ogólnopolskie organizacje branżowe producentów mąki, cukru, oleju rzepakowego, masła i nabiału oraz mięsa i wędlin. Apelują one o ustawowe uregulowanie zasad promocji w sieciach handlowych. Uważają, że wojna handlowa między wielkimi sieciami dewastuje rynek handlu spożywczego w Polsce.
Adam Stępień, Dyrektor Generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, mówi Portalowi Spożywczemu: „Łatwo dostrzec po gazetkach promocyjnych największych sieci sklepów, że na rynku oleju rzepakowego coś jest nie tak. Ceny detaliczne, za które oferowany jest olej będący praktycznie w już ciągłej niemal promocji, nie są w żaden sposób skorelowane z realną wartością ekonomiczną łańcucha dostaw, co oczywiście musi odbijać się na opłacalności jego produkcji. Jesteśmy niestety typowym przykładem strategicznego grania na rynku naszym produktem żeby przyciągnąć do siebie konsumentów. Finalnie i on na tym nie zyskuje, bo odpowiednie przychody dystrybutorów kompensują inne towary, które nabył przy okazji tej samej wizyty w sklepie”.
Z kolei Tomasz Parzybut, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, mówi: „Produkty mięsne są wykorzystywane jako narzędzie do przyciągania klientów do sklepów, a ich ceny bywają obniżane nawet o 50 proc. w stosunku do poziomów rynkowych. Żaden lokalny sklep mięsny nie jest w stanie konkurować z taką polityką cenową. To nie jest zwykła walka o klienta, a mechanizm, który prowadzi do wypierania mniejszych uczestników rynku. Najpierw znikają rodzinne sklepy mięsne, które od pokoleń budowały lokalny handel. Następnie problemy dotykają zakładów mięsnych, które tracą odbiorców i możliwości sprzedaży swoich wyrobów. W efekcie konsumenci tracą dostęp do lokalnych produktów”.
Sygnatariusze apelu do ministra zwracają uwagę, że praktyki sieci handlowych docelowo zagrażają producentom żywności, dostawcom surowców (rolnikom, hodowcom), mniejszym podmiotom handlowym, a ostatecznie także konsumentom.
Michał Gawryszczak, Dyrektor Biura Związku Producentów Cukru w Polsce, dodaje: „W wielu krajach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy, obowiązują regulacje ograniczające sprzedaż towarów poniżej kosztów zakupu lub wykorzystywanie agresywnych promocji, które mogą zaburzać konkurencję na rynku. Rozwiązania te mają chronić zarówno producentów, jak i mniejszych detalistów przed praktykami prowadzącymi do wojny cenowej i wypychania konkurencji z rynku. Uważamy, że podobne mechanizmy powinny zostać rozważone również w Polsce, aby zapewnić uczciwe warunki funkcjonowania wszystkim uczestnikom rynku oraz długoterminową stabilność sektora handlu detalicznego”.
Kilka firm jest podejrzewanych o zmowę w celu oferowania pracownikom jak najniższych płac.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za zgodą sądu i przy wsparciu policji dokonał przeszukań w siedzibach pięciu przedsiębiorstw z powiatu bolesławieckiego i Wrocławia: Toyota Boshoku Poland, Toyota Boshoku Europe, Bader Polska, Gerresheimer Bolesławiec oraz Hoerbiger Automotive.
Działania podjęto na podstawie podejrzenia, że wspomniane przedsiębiorstwa zawarły zmowę w celu zaniżania wynagrodzeń. Zdaniem UOKiK istnieje podejrzenie, że firmy te – wszystkie z sektora produkcji i prowadzące działalność w niewielkiej odległości – zmówiły się przeciwko pracownikom. Zmowa miała obejmować oferowane stawki wynagrodzeń i benefity pozapłacowe, aby były one podobne w tych przedsiębiorstwach. Dodatkowo firmy miały się porozumieć w celu niezatrudniania osób, które wcześniej pracowały w którejś z nich. Takie działania skazywały pracowników na akceptowanie oferowanych stawek, zmniejszały ich pole manewru przy wyborze pracy oraz utrudniały jej zmianę. Dla uczestników zmowy były z kolei korzystne finansowo i pozwalały do minimum zmniejszyć konkurowanie o pracowników.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny mówi mediom: „Przedsiębiorcy działający na lokalnym rynku mają dostęp do tej samej puli pracowników i rywalizują o nich. Dlatego wspólne ustalenia, które mają uniemożliwić lub utrudnić zmianę pracodawcy, stanowią ograniczenie konkurencji. Jest to szczególnie szkodliwe dla lokalnych społeczności, ponieważ nie pozwala na zmianę miejsca pracy, niezależnie od posiadanych lub podnoszonych kwalifikacji”.
Za udział w zmowie grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu firmy, a menedżerowie biorący udział w zmowie mogą zostać ukarani grzywną do 2 milionów złotych.
Związkowcy jednej z sieci handlowych walczą o zwiększenie obsady sklepów.
Jak informuje portal Tysol.pl, w sieci „Stokrotka” (kapitał litewski) doszło do kolejnej odsłony konfliktu związkowców z „Solidarności” z szefostwem firmy. Od kilku miesięcy trwa tam spór zbiorowy. Oprócz postulatów podwyżek płac związkowcy domagają się także zwiększenia personelu sklepów – ich zdaniem obecna obsada jest mizerna, skutkuje przeciążeniem zatrudnionych, a także niemożnością brania urlopów w terminach dogodnych dla pracowników.
Związkowcy przygotowali petycję do władz sieci. Napisali w niej m.in.: „Trudno nam zaakceptować redukcję personelu i nieprzedłużanie umów sprawdzonym pracownikom, podczas gdy wyraźnie brakuje rąk do pracy. Jako konsumenci, od których zależą zyski Państwa firmy, apelujemy o zwiększenie liczby personelu na zmianach oraz wstrzymanie redukcji doświadczonej załogi. My, niżej podpisani Mieszkańcy i Klienci Stokrotki wyrażamy głębokie zaniepokojenie spadkiem komfortu zakupów w naszym sklepie. Drastyczne zmniejszenie liczby personelu bezpośrednio uderza w nas – kupujących: ogromne kolejki przy kasach tradycyjnych i ladach; wymuszanie korzystania z kas samoobsługowych; skrajnie przemęczeni pracownicy, którzy fizycznie nie są w stanie rozładować kolejek; redukowanie doświadczonej kadry odbija się na jakości obsługi i płynności zakupów. Powyższe sprawia, że zakupy stają się uciążliwe”.
Związkowcy rozpoczęli zbieranie pod petycją podpisów klientów sklepów sieci „Stokrotka”. Tylko w jednym ze sklepów w Lublinie zebrali ich w cztery godziny 460. Podczas trzydniowej akcji zebrano tamże niemal 1600 podpisów. Akcja ma być wkrótce rozszerzona na inne sklepy sieci, także w innych miastach.
Ponad pół miliona miejsc pracy w UE jest zagrożonych likwidacją.
Jak informuje portal Money.pl za materiałami portalu Politico, Komisja Europejska przedstawi wkrótce raport wskazujący na poważne zagrożenie dla miejsc pracy w krajach UE. Raport zawiera prognozy mówiące, że likwidacja może wkrótce objąć 560 000 miejsc pracy. Przyczynami są wysokie ceny energii, zmiany w przemyśle i transformacja energetyczno-klimatyczna. Portal Politico stwierdza: „Kraje UE narażone są w najbliższych latach na masową utratę miejsc pracy, ponieważ wysokie koszty energii, restrukturyzacja przemysłu i transformacja ekologiczna negatywnie wpływają na gospodarkę – ma ostrzec Komisja Europejska”.
560 tysięcy miejsc pracy w krajach UE może być zagrożonych tylko w roku 2026, nie licząc kolejnych lat. Głównymi czynnikami ryzyka są koszty energii rosnące wraz z „transformacją energetyczną” oraz konkurencyjna presja Chin. Do sektorów najbardziej zagrożonych utratą miejsc pracy należą wedle raportu KE budownictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny i transport.
W dłuższej perspektywie tylko w sektorze motoryzacyjnym może być zagrożonych 600 000 etatów. Konkurencja chińska zagraża także „zielonemu przemysłowi” i oznacza ryzyko utraty w Europie 85 000 miejsc pracy w produkcji baterii i akumulatorów oraz około 60 000 w sektorze wytwarzania paneli słonecznych.
Dotychczasowe szacunki unijne prognozowały na koniec roku bezrobocie w wysokości 5,9% dla całej Wspólnoty. Szacunki te już zostały podniesione do 6%.
Parlamentarzystka partii rządzącej zwraca uwagę na podatkowy przekręt w wykonaniu sieci franczyzowych.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, posłanka Małgorzata Pępek z Koalicji Obywatelskiej wystosowała interpelację w sprawie możliwego unikania opodatkowania przez sieci handlowe działające w formie franczyzy.
Posłanka powołała się na raport przygotowany wspólnie przez Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców oraz „Solidarność”. Zwracał on uwagę na fakt, że formuła franczyzy pozwala unikać części opodatkowania. Straty dla budżetu szacowane przez ekonomistów wynoszą około 7,5 miliarda złotych rocznie. Jednym z aspektów tej formuły jest niepłacenie podatku handlowego.
Podatek potocznie zwany handlowym został wprowadzony przed kilkoma laty i obejmuje sieciowe podmioty, które mają miesięczne przychody od 17 milionów złotych wzwyż. Problem w tym, że z takiego opodatkowania wyłączone są podmioty działające jako franczyza – choć są zarządzane centralnie i przynoszą one główne zyski jednemu właścicielowi, udają setki i tysiące niezależnych indywidualnych przedsiębiorstw. W efekcie nie płacą m.in. tego podatku. Posłanka Pępek stwierdza: „Jak podnoszą autorzy raportu, różnice między siecią działającą w modelu scentralizowanym a siecią opartą na franczyzie mają charakter wyłącznie formalnoprawny. W praktyce funkcjonują one w oparciu o te same marki, systemy, dostawy i politykę cenową”.
Ministerstwo Finansów niestety odnosi się negatywnie do postulatów objęcia podatkiem handlowym także sieci franczyzowych. Z odpowiedzi udzielonych posłance Pępek wynika, że obecny stan formalnoprawny i faktyczny nie budzi żadnego zaniepokojenia w ministerstwie, a ono samo używa tych samych wykrętów, jakimi posługują się wielkie sieci franczyzowe w celu udawania, że stanowią zbiór niezależnych podmiotów.
Upadł duży zakład, a pracownicy nie dostali pensji.
Jak informuje portal WP Finanse, upadł duży zakład w Przemyślu. Pracownicy od dawna zwracali uwagę ba problemy i domagali się interwencji władz publicznych.
Upadłość ogłosiło przedsiębiorstwo Fibris w Przemyślu. To jedyny w Polsce producent płyt pilśniowych wytwarzanych metodą mokrą. Firma istnieje od 67 lat. Zakład od pewnego czasu miał problemy finansowe i narastające zadłużenie – obecnie sięga ono 100 milionów złotych. W marcu wstrzymano produkcję po odcięciu nieopłaconego prądu.
Zakład zatrudniał ok. 350 osób. Nie dostali oni pensji za maj i kwiecień, a za I kwartał 2026 roku wypłacono im tylko część należności. Właśnie ogłoszono upadłość zakładu, a decyzje w sprawie wypłat i ich kolejności będzie podejmował wedle posiadanych środków syndyk masy upadłościowej. Pojawiła się szansa, że część zakładu zostanie wydzierżawiona przez inną firmę i część produkcji zostanie wznowiona. Ale w chwili obecnej 350 osób zostało bez pracy i bez należnych pensji.
Nowe badania przynoszą pesymistyczny obraz w kwestii żywienia polskich dzieci.
Jak informuje Polska Agencja Pracy, niewesołe dane przynosi raport Banków Żywności zatytułowany „Ukryty głód dzieci”. Dokumentuje on złe tendencje zarówno w kwestii niedożywienia dzieci i młodzieży, jak również w sferze odżywania ich produktami kiepskiej jakości i niezdrowymi.
Główne wnioski raportu przygotowanego przez Banki Żywności mówią, że 23,2% dzieci nie ma w szkole nic na drugie śniadanie. 35% dzieci nawadnia się napojami słodzonymi – a tylko 21,5% wodą. 15,3% ogółu dzieci bywa głodnych często lub zawsze w domu, w drodze do szkoły lub w szkole. 36,2% dzieci wskazuje, że najczęściej ma w szkole „coś słodkiego” (drożdżówkę, batonik, czekoladę), a 7,4% „coś słonego” (np. chipsy) zamiast pełnowartościowego drugiego śniadania. Ponad 18% dzieci nie ma codziennego dostępu do obiadu. Aż 73% dzieci zauważa sytuacje, gdy ich rówieśnicy dzielą się jedzeniem, w tym w sporej części przypadków dlatego, że ktoś inny nie ma nic do jedzenia.
Jednocześnie z głodem i niedożywieniem występuje z powodu niskiej jakości posiłków problem nadwagi i otyłości – Polska jest europejskim liderem pod względem skali zjawiska.
Sąd zobowiązał Uniwersytet Jagielloński do opublikowania informacji w sprawie Domu Studenckiego „Kamionka”.
Mijają dwa lata od studenckiej okupacji DS „Kamionka”, której celem było przywrócenie do użytkowania budynków mogących zapewnić dodatkowe miejsca mieszkalne studiującym. W porozumieniu kończącym strajk, władze Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązały się do przeprowadzenia niezależnej wyceny remontu budynków. Krakowskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej od początku kwestionowało rzetelność wykonanej wyceny (https://www.facebook.com/share/p/1JLXhRLPKP/) oraz domagało się upublicznienia zarówno jej, jak i projektu remontu (https://www.facebook.com/share/1GFjFh6hty/), zgodnie z postanowieniami strajkowymi.
Wobec bezczynności UJ, studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej wystosowali wniosek o udostępnienie informacji publicznej. Zasłaniając się „tajemnicą przedsiębiorstwa”, Uniwersytet odmówił przekazania dokumentów. Nie zgadzając się na brak transparentności, studenci skierowali skargę do sądu. Wydał on wyrok, w którym stwierdzono, że Rektor Piotr Jedynak dopuścił się rażącego naruszenia prawa oraz zobowiązał go do:
1. Wskazania pełnej nazwy podmiotu, odpowiedzialnego za przeprowadzenie wyceny;
2. Przedstawienia na podstawie jakich warunków zamówienia i kryteriów ją wykonano.
Dodatkowo Sąd nakazał wypłacenie przez Uniwersytet Krakowskiemu Kołu Młodych Inicjatywy Pracowniczej zadośćuczynienia w wysokości 100 złotych oraz zwrot kosztów postępowania.
W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazuje, że Uniwersytet lekceważył prawa wnioskujących, działał wbrew określonym standardom oraz celowo unikał rozstrzygnięcia sprawy. W szczególności zwrócono uwagę na rażącą bezczynność w rozpatrywaniu wniosku, wystosowywanie błędnych pouczeń, nieuzasadnione przedłużenie terminu odpowiedzi oraz inne oczywiste przykłady naruszenia prawa poprzez arbitralne lub wadliwe stosowanie przepisów.
„Nierozpoznanie części wniosku (…) przez okres 1,5 roku (…) świadczy o rażącym naruszeniu prawa. (…) Uniwersytet nie wskazał żadnych konkretnych przyczyn uniemożliwiających niezwłoczne rozpoznanie wniosku”.
Łamanie prawa w przedmiotowej sprawie studenci podnieśli jeszcze przed wydaniem postanowienia przez Sąd, m.in. podczas wystąpienia na posiedzeniu Senatu UJ. Zostało ono uznane za „atak” i „pomówienie” i spotkało się z oburzeniem części zgromadzonych senatorów, doprowadzając do opuszczenia przez nich sali oraz do naruszenia nietykalności cielesnej jednego ze studentów przez straż rektorską (https://www.facebook.com/share/1bLWbSTNSF/).
Ostatecznie, stało się podstawą do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego. Próba konfrontacji Kanclerz Moniki Harpuli z bezprawnym ukrywaniem informacji i żądanie ich pilnego udostępnienia, zakończyła się postawieniem zarzutu narażenia jej na „utratę zaufania niezbędnego do wykonywania sprawowanej funkcji”. Tymczasem Sąd potwierdził tę bezprawność, oceniając wystosowane i podpisane przez Kanclerz UJ pisma jednoznacznie:
„pismo z dnia 11 grudnia 2024 r. (…) ocenione być musi jako rażąco naruszające prawo. (…) Pisma z dnia 20 stycznia 2025 r. i 27 stycznia 2025 r. ocenić należy jako mające pozorować działania organu”.
Studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej mają nadzieję, że wyrok doprowadzi do poprawy standardów transparentności na UJ a kluczowe w sprawie Kamionki informacje zostaną w końcu udostępnione. Tak daleko idąca niechęć uczelni w udostępnieniu warunków zamówienia wykonanej wyceny każe podejrzewać, że mogła ona zostać wykonana nieobiektywnie. Od początku walki o Kamionkę, celem studentów zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej jest przeciwstawienie się niechęci władz UJ do rozwoju zaplecza socjalnego Uczelni. Budowany na Ruczaju akademik nie jest w stanie sam z siebie rozwiązać problemu niedostępności zakwaterowania dla studiujących, ze względu na fakt, że na UJ-ocie odrzuca się co roku setki wniosków o miejsce w akademikach. Z tego względu remont budynków Kamionki jest jednym z wielu kroków naprzód jakie należy wykonać, by przywrócić w Polsce możliwość sensownego studiowania. Nie zgadzamy się na rezygnację z niego.
Sprawa opisana jest szerzej na stronie internetowej: mlodzi.ozzip.pl/kamionka
Spór zbiorowy w sprawie podwyżek płac.
Jak informuje Radio Bielsko, w zakładzie spółki Avio Polska w Bielsku-Białej trwa spór zbiorowy i zaostrza się on. Działające w firmie związki zawodowe – Metalowcy i NSZZ Pracowników Avio – domagają się podwyżek płac. Zarząd nie zgadza się na ich postulaty.
Nie udało się osiągnąć porozumienia podczas rokowań. Spisany został protokół rozbieżności. Związki domagają się podwyżki dla każdego pracownika o 800 zł brutto miesięcznie z wyrównaniem od 1 stycznia 2026. Chcą także, aby w regulaminie wynagradzania zapisano zasadę, że co roku płace będą rosły o kwoty ustalone w porozumieniu ze związkami zawodowymi. Zarząd firmy odrzuca te postulaty i oferuje wzrost płac o 294 zł brutto oraz pewien wzrost płac i premie wedle indywidualnej oceny pracowników. Dałoby to w najlepszym razie wzrost o ok. 440 zł brutto.
Brak porozumienia oznacza, że spór zbiorowy może wejść na kolejne etapy przewidziane prawem – strajk ostrzegawczy, negocjacje z udziałem rządowego mediatora, referendum strajkowe i strajk bezterminowy.
Firma zajmuje się produkcją na potrzeby lotnictwa. Zatrudnia około 470 osób.
Jak informuje portal Olsztyn.com.pl, duże zwolnienia zostaną przeprowadzone w zakładzie Classic-Sofa w Lidzbarku w powiecie działdowskim. Firma wytwarza meble i należy do polskiej grupy Szynaka Meble.
Pracę początkowo miało stracić 46 osób. Taka skala zwolnień została zgłoszona do powiatowego urzędu pracy. Zwolnienia miały nastąpić do końca maja. Jednak skala zwolnień będzie znacznie większa. Do końca czerwca zatrudnienie straci łącznie 76 osób. Co gorsza, urząd pracy został poinformowany, że skala zwolnień może jeszcze wzrosnąć.
Szefostwo firmy motywuje zwolnienia malejącym popytem na meble i wskazuje, że w całej branży pojawił się problem spadku sprzedaży, a co za tym idzie – zwolnień.
Biznes wypowiedział zbiorowy układ pracy w przemyśle obronnym i lotniczym.
Jak informuje portal Tysol.pl, przedstawiciele Związku Pracodawców Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotniczego jednostronnie wypowiedzieli Ponadzakładowy Układ Zbiorowy Pracy dla Pracowników Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotnictwa. Od 30 lat określał on zasady zatrudnienia i gwarantował korzyści pracownikom tej branży. Taka decyzja oznacza, że układ wygaśnie za pół roku. Przedstawiciele biznesu nie uzasadnili swojej decyzji.
Układ obowiązywał od 20 września 1996. Definiował warunki zatrudnienia, czas pracy, zasady wynagradzania oraz przyznawania innych świadczeń. Jeden z kluczowych zapisów głosił, że podstawową formą zatrudnienia jest umowa o pracę na czas nieokreślony. Na tle innych branż zawierał także lepsze warunki pracy, dotyczące m.in. nadgodzin i czynności wykonywanych w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Związkom zawodowym gwarantował udział w określaniu zasad premiowania pracowników dzięki wydatkowaniu części corocznych zysków na ten cel.
Całość ma znaczenie szersze niż tylko branżowe. Przewodniczący Rady Sekretariatu Metalowców NSZZ „Solidarność” Grzegorz Pietrzykowski powiedział portalowi Tysol.pl: „Został wypowiedziany jeden z nielicznych obowiązujących w naszym kraju ponadzakładowych układów zbiorowych pracy. Jeśli spojrzymy na stopień pokrycia układami zbiorowymi polskiego rynku pracy, okazuje się, że mimo wdrożenia przepisów mających na celu promowanie rokowań zbiorowych, ich liczba zmniejsza się, zamiast zwiększać. Polska w tym zakresie jest na szarym końcu, wyprzedziły nas już wszystkie kraje UE”.
Decyzję ostro krytykuje NSZZ „Solidarność” w Airbus Poland. W swoim stanowisku napisali: „Doszło do skandalu, wobec którego nie możemy przejść obojętnie. Wypowiedziano układ, który przez 30 lat stanowił fundament stabilizacji, gwarancję praw pracowniczych i tarczę ochronną dla tysięcy ludzi pracujących w naszym sektorze”. I dodają: „Rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Żyjemy w kraju, który z pompą wdraża nową ustawę o układach zbiorowych pracy, chwaląc się w mediach, jak to rzekomo wspiera pracowników i realizuje unijne dyrektywy. Unia Europejska jasno nakazuje nam rozszerzać zasięg układów zbiorowych. Co robi polskie państwo? Milczy! Choć ten wypowiedziany PUZP obejmuje także kluczowe spółki z udziałem Skarbu Państwa, rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Z jednej strony słyszymy piękne hasła o dialogu społeczno-gospodarczym, a z drugiej – państwowi decydenci dają zielone światło na demontaż praw pracowniczych w strategicznym sektorze gospodarki”.
Jutro pod Sejmem protest w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie.
28 maja o godzinie 10:00 pod Sejmem odbędzie się protest mieszkańców Bieszczadów w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie, któremu grozi zamknięcie.
Zgromadzeni zebrali prawie 6000 podpisów z apelem do premiera, które na szczycie Połonin umieścili w drewnianej skrzyni, skąd podróżują one do Warszawy, gdzie zostaną wręczone premierowi. Premier podczas kampanii wyborczej obiecywał, że zarówno szpital w Lesku, jak i porodówka w Lesku muszą funkcjonować z uwagi na bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i matek. Jednak porodówka w Lesku została zamknięta pod koniec zeszłego roku, a szpitalowi grozi bankructwo.
Protestujący mieszkańcy i personel szpitala przyjadą do Warszawy wozem taborowym, znanym z Bieszczadzkich scenerii, dodatkowo udekorowanym przez bieszczadzkich artystów i zamierzają wręczyć premierowi podpisy „po bieszczadzku” w zdobionej drewnianej skrzyni, w której zabezpieczyli podpisy.
Protestujący przekonują, że bezpieczeństwo zdrowotne to dla nich kluczowa i podstawowa sprawa, bez której życie w regionie, a także jego rozwój, czy nawet obsługa ruchu turystycznego staną się niemożliwe, dlatego deklarują, że nie opuszczą Warszawy, dopóki nie upewnią się, że premier usłyszał ich głos i zobowiąże się do dotrzymania obietnic złożonych w 2023 roku.
Duszan Augustyn, lider działań na rzecz ocalenia szpitala, mówi: „Zebraliśmy 5677 podpisów z apelem do premiera o uratowanie naszego bieszczadzkiego szpitala. Domagamy się podjęcia specjalnych środków, tak jak w przypadku klęski żywiołowej, które pozwolą na utrzymanie SORu i które zabezpieczą bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, Sanocczyznę i Pogórze Przemyskie. W ledwie dwa tygodnie pod apelem podpisała się prawie jedna piąta dorosłej populacji regionu. Gdybyśmy prowadzili zbiórkę dłużej, bez problemu zebralibyśmy nawet 20 000 podpisów, mówię, to z pełnym przekonaniem, bo na własne oczy widziałem, że prawie każdy przechodzień chętnie podpisywał się pod apelem. My w Bieszczadach doskonale wiemy, że bez szpitala nasz region zacznie wymierać. Już dziś ograniczony dostęp do usług publicznych sprawia, że młodzi ludzie niechętnie tu wracają i coraz rzadziej decydują się osiedlać w Bieszczadach. Jeśli stracimy szpital, stracimy także seniorów i osoby przewlekle chore, które potrzebują stałego dostępu do opieki medycznej. Ucierpi również turystyka, bo wyjazd w góry czy wypoczynek nad jeziorem będzie wiązał się z realnym ryzykiem, że pomoc medyczna nie dotrze na czas. Szpital w Sanoku, do którego prawdopodobnie trafi większość pacjentów z Leska, już teraz jest przeciążony. Szczególnie nocami oraz w sezonie zimowym i turystycznym pacjenci nie mają pewności, czy zostaną przyjęci bez wielogodzinnego oczekiwania. Dlatego zamknięcie SOR-u w Lesku oznacza nie tylko dłuższy dojazd, ale także dłuższe kolejki w szpitalach w Sanoku, Brzozowie, Przemyślu czy Rzeszowie. Premier był w Lesku w 2023 roku podczas kampanii wyborczej i mówił wtedy wyraźnie, że w takich regionach jak Bieszczady musi być zapewniony przynajmniej minimalny dostęp do opieki medycznej. Jeszcze w tym roku przekonywał również, że porodówka w Lesku, mimo zamknięcia z początkiem roku – nadal funkcjonuje. Dlatego jedziemy do Warszawy, przypomnieć obietnice złożone nam podczas kampanii”.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Lowdown – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=63630339
Od poniedziałku do środy trwa protest związkowców pod centralą sieci Dino.
W poniedziałek rozpoczął się protest związkowców pod siedzibą sieci Dino Polska w Krotoszynie. Protest jest organizowany przez związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy i ma zwrócić uwagę na odrzucanie przez firmę postulatów związkowców i na skandaliczne poczynania firmy. Wcześniej ten sam związek organizował m.in. protesty i strajk w Kauflandzie, a jego struktury istnieją także m.in. w Rossmannie i Aldim.
Spór w Dino trwa od kilku miesięcy. Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.
OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy przedstawicieli firmy. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.
Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.
Od poniedziałku do środy trwa protest pod siedzibą Dino Polska w Krotoszynie. Oprócz przedstawicieli OPZZ Konfederacja Pracy pojawili się działacze partii Razem oraz związku zawodowego OZZ Inicjatywa Pracownicza. Ci ostatni relacjonują: „Skandal! Zamiast rozmów, szef Dino nasyła policję na protestujących i próbuje przeganiać związki z terenu firmy powołując się na własność prywatną. Artykuł 25 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych gwarantuje możliwość organizowania akcji protestacyjnych w trakcie sporu. To tylko jeden z ponad tysiąca przykładów naginania prawa przez milionerów w Dino. […] Protest przyjął formę blokady drogi dojazdowej do siedziby Dino. Weszliśmy także do biura firmy, gdzie mieliśmy odbyć rozmowę z zarządem, który został z wyprzedzeniem powiadomiony o dacie i godzinie spotkania. Wcześniej zarząd konsekwentnie unikał wyznaczenia terminu rozmowy, a gdy Konfederacja Pracy zaproponowała termin i zaprosiła do swojej siedziby – żaden z przedstawicieli firmy się nie pojawił. Dziś nie było inaczej. Firma po raz kolejna odmówiła jakiegokolwiek dialogu. Zarząd Dino korzysta w sporze zbiorowym z prawników uznawanych przez Konfederację Pracy za profesjonalnie zajmujących się zwalczaniem związków zawodowych. Ta sama kancelaria zarzuca śmieciowymi aktami oskarżenia związkowców w Amazon czy Jeremias”.
Protest przed siedzibą firmy potrwa do środy do godz. 15. Przybrał on postać pikiety i blokowania dróg.
(zdjęcie w nagłówku tekstu za: https://www.facebook.com/InicjatywaPracownicza)
Duża sieć handlowa jest podejrzewana o zaawansowane nadużycia antypracownicze.
Jak informuje portal Puls HR, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów dokonał dzisiaj przeszukań biur polskiego oddziału sieci handlowej Lidl oraz kilku firm transportowych. Za tymi działaniami stoi podejrzenie, że niemiecki koncern wraz z kooperantami praktykował zmowę niekorzystną dla kierowców zatrudnionych w firmach dostawczych.
Według UOKiK istnieje podejrzenie, że sieć handlowa porozumiała się z szefostwem firm przewozowych obsługujących centra dystrybucyjne Lidla, że nie będą one przyjmowały do pracy osób związanych wcześniej z innymi firmami z tego grona. Oznaczało to, że zatrudnieni mieli utrudnioną zmianę miejsca pracy na przykład w celu uzyskania wyższych pensji czy lepszych warunków zatrudnienia. Przeszukania dokumentacji odbyły się nie tylko w Lidlu, ale także w firmach Omega Pilzno w Pilźnie, spółkach z grupy Van Group, Firmie Transportowo-Spedycyjnej Zbigniew Ratajczak w Bogucinie oraz w Dar-Pol Dariusz Kulesza w Ochudnie.
W ramach zmowy Lidl jest podejrzewany o uniemożliwianie kierowcom zatrudnionym wcześniej u danego przewoźnika wjazdu do swoich centrów dystrybucyjnych także wtedy, gdyby zatrudnili się oni u podwykonawców wspomnianych firm. Kierowcy mieli zatem znacznie utrudnioną zmianę miejsca pracy i ograniczony wybór miejsc zatrudnienia. „Zmowy na rynku pracy są nie tylko naganne etycznie – są przede wszystkim nielegalne. W ich wyniku pracownicy nie mogą zmienić miejsca zatrudnienia, a pracodawcy nie muszą poprawiać warunków pracy, np. podwyższać wynagrodzenia czy przyznawać dodatkowych świadczeń” – powiedział portalowi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję jest zagrożony karą do 10% rocznego obrotu firmy. Z kolei osoby decyzyjne, które byłyby odpowiedzialne za zawarcie zmowy, mogą liczyć się z grzywną do wysokości 2 milionów złotych.
Stopniowo straci pracę nawet 200 osób.
Jak informuje Nowa Trybuna Opolska, redukcję zatrudnienia zaczyna firma Diehl Controls z Namysłowa. Zajmuje się ona projektowaniem i produkcją elementów sterujących do AGD. Zakład produkuje elementy m.in. dla marki Bosch.
Teraz firma zaczyna zwolnienia. Zakład zatrudnia 200 osób i jest największym pracodawcą na Opolszczyźnie. Planuje dużą, choć stopniową redukcję zatrudnienia. Pracę straciło już 60 osób. Docelowo ma ich być 200. Zamiast procedury zwolnień grupowych związki zawodowe wywalczyły plan odejść stopniowo i na warunkach korzystniejszych dla pracowników. Co miesiąc ma odchodzić kolejnych 30 osób i otrzymywać odprawy. Nie zmienia to faktu, że w ciągu pół roku zatrudnienie w zakładzie zmaleje o 20%.
W Namysłowie na początku roku zakończył działalność duży browar, zlikwidowany przez koncern Heineken.
Sukcesem zakończył się kilkudniowy strajk w zakładach ponadnarodowej korporacji.
Wczoraj sukcesem zakończył się strajk w polskich zakładach ponadnarodowej korporacji Minova. Koncern zajmuje się głównie produkcją materiałów przydatnych w górnictwie, nie tylko węglowym, ale także przy wydobyciu rud i miedzi.
Strajk wybuchł w poniedziałek rano. Praca stanęła we wszystkich polskich zakładach firmy: Minova Arnall w Truskolasach-Golcach (produkuje kotwy dla kopalń), Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi). Reprezentanci pracowników domagali się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferował zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę.
W czwartym dniu strajku zarząd firmy przystąpił do negocjacji z udziałem przedstawicieli globalnych i europejskich struktur koncernu. Zakończyły się one podpisaniem wczoraj porozumienia. Na jego mocy wynagrodzenia wzrosną w sumie o ponad 10,5%. Pierwsza podwyżka, o 6%, nastąpi od maja z wyrównaniem od stycznia. Pod koniec roku pracownicy otrzymają także premię w wysokości miesięcznej pensji. Od stycznia 2027 płace wzrosną co najmniej o kolejne 4,5%, ale jeśli inflacja będzie wyższa, to podwyżka ma być większa – o wskaźnik inflacji plus jeden punkt procentowy.
Strajk prowadzono z inicjatywy zakładowych struktur „Solidarności” i Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego. Po podpisaniu porozumienia pracę w zakładach wznowiono dzisiaj rano.
Ruch Obrony Położnictwa i Położnych protestuje przeciwko planom rządowym.
Ruch Obrony Położnictwa i Położnych, skupiający niemal 5000 położnych, sprzeciwia się zmianom planowanym przez ministerstwo zdrowia. Prezentujemy fragmenty stanowiska ROPiP:
Zwracamy się do Państwa z prośbą o poparcie naszego stanowiska dotyczącego zachowania dotychczasowego modelu (3-letnie studia licencjackie) kształcenia położnych. Zawód ten wymaga nie tylko szczególnych predyspozycji, ale również opanowania umiejętności pracy z pacjentką w różnych okresach życia i dotyczących intymnych sfer, których nie sposób nabyć podczas 18-miesięcznego szkolenia specjalistycznego po wcześniejszym uzyskaniu Prawa Wykonywania Zawodu Pielęgniarki, co postuluje Ministerstwo Zdrowia w procedowanym projekcie ustawy o zawodzie pielęgniarki i położnej. Nowa ścieżka wydłuży czas kształcenia do uzyskania tytułu położnej do okresu 5,5 roku i przyniesie odwrotny skutek – diametralnie spadnie liczba chętnych do pracy w tym zawodzie przy jednoczesnym obniżeniu jakości kształcenia i opieki nad pacjentką.
Aktualnie na ogólną liczbę 30 579 zatrudnionych położnych aż 40,79% stanowią zatrudnione położne, które nabyły uprawnienia emerytalne, a liczba położnych, które nabędą uprawnienia emerytalne do końca roku 2026 obejmuje kolejne 2709 osób. Wyraźnie widać pogłębiający się kryzys kadrowy, który w sytuacji zmian w kształceniu położnych doprowadzi do zupełnej zapaści i braku położnych w wielu województwach.
Demografia wyraźne wskazuje, że rośnie liczba kobiet wchodzących w okres transformacji menopauzalnej, która powinna zostać objęta opieką przez położną – specjalistkę od zdrowia kobiety. Tymczasem w przestrzeni publicznej pojawia się szereg przekłamań, jakoby położna zajmował się wyłącznie kobietami w okresie okołoporodowym.
Optymalne wykorzystanie kompetencji zawodowych położnych to ważny aspekt z punktu widzenia zdrowia społeczeństwa. Z ubolewaniem podkreślamy, że od wielu lat nikt nie zadbał o to, aby w systemie ochrony zdrowia wykorzystywano wszystkie kompetencje zawodowe położnych. Nie wyceniono odrębnie na przykład porady laktacyjnej, dzięki której więcej Polek mogłoby karmić piersią, co wpływa przecież znacząco na zmniejszenie w populacji odsetka dzieci z nadwagą.
W Podstawowej Opiece Zdrowotnej położne sprawują opiekę nad kobietami nie tylko w okresie ciąży i połogu, ale również po operacjach ginekologicznych. Przy wzroście zachorowania kobiet na nowotwory – zwłaszcza piersi i narządów rozrodczych widać wyraźnie, jak ważne jest odrębne kształcenie na kierunku położnictwo. Do wykonywania tak odpowiedzialnych zadań nie wystarczy 18-miesięczne szkolenie z położnictwa postulowane przez Ministerstwo Zdrowia. W obliczu starzejącego się społeczeństwa potrzebna będzie coraz większa liczba samodzielnych specjalistek – położnych otaczających opieką kobiety w okresie klimakterium i senium (nie tylko w lecznictwie szpitalnym, ale również w środowisku domowym). Średnia wieku w zawodzie położnej rośnie, a proponowany model kształcenia przyczyni się do spadku zainteresowania tym jakże potrzebnym zawodem.
Zaznaczamy w tym miejscu, że projekt ustawy powstał przy wyraźnym sprzeciwie Konsultant Krajowej w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego, Konsultantów Wojewódzkich i Polskiego Towarzystwa Położnych oraz z pominięciem opinii Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych.
Sukcesem pracowników zakończył się spór zbiorowy.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, sukcesem zakończył się spór zbiorowy prowadzony przez związki zawodowe z szefostwem koncernu motoryzacyjnego ASK Poland. Wytwarza on zaawansowaną elektronikę oraz systemy nagłośnieniowe dla branży motoryzacyjnej, m.in. dla marek Porsche, Mercedes i BMW. W Polsce firma działa od roku 1997 i posiada zakłady w Bielsku i pobliskich Wilkowicach. Zatrudnia ponad 800 osób, głównie kobiety.
W firmie przez kilka miesięcy trwał spór zbiorowy. Zakładowe struktury „Solidarności” domagały się podwyżek większych niż oferowane przez szefostwo. Władze przedsiębiorstwa zaoferowały zaledwie 225 zł brutto, co oznacza raczej wyrównanie inflacyjne niż faktyczną podwyżkę.
Dzisiaj zakończyły się negocjacje, które wreszcie przyniosły konkrety. O 325 zł wzrosły płace zasadnicze, znacznie podniesiono także dodatki stażowe. Porozumienie podpisano na dwa lata, w tym czasie pensja brutto wzrośnie o 675 zł.
Rośnie i jest wysoki odsetek pracowników obawiających się utraty zatrudnienia.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, rośnie skala osób obawiających się utraty zatrudnienia. Wskaźniki takich obaw znowu wzrosły. Świeże dane na ten temat przynosi nowe badanie Barometr Rynku Pracy 2026.
Z nowej edycji badania wynika, że utraty zatrudnienia obawia się dokładnie co trzeci polski pracownik – 33,3% ankietowanych. Wskaźnik ten w ciągu dwóch lat wzrósł z poziomu 26%. W tym samym czasie spadł odsetek osób spokojnych o swoją przyszłość zawodową. Dwa lata temu wynosił on 55%. Obecnie to już tylko 50,7%. Utraty pracy szczególnie obawiają się kobiety. W tym przypadku poziom obaw wzrósł z nieco ponad 30 do aż 37,7% pracownic obecnie. W grupie wiekowej 25-44 lata wskaźnik ten jest najwyższy i dla obu płci wynosi aż 40%. Jeśli chodzi o branże to liderem jest w transport i logistyka – obawy o utratę pracy deklaruje w nich aż 46,6% zatrudnionych. Wiceliderem jest branża handlowa.
To samo badanie wskazuje, że maleje liczba firm planujących rekrutację nowych pracowników. Dwukrotnie w ciągu dwóch lat wzrosła liczba firm planujących redukcję zatrudnienia.
W ciągu roku w Polsce zlikwidowano kilka tysięcy etatów w jednej z branż.
Jak wynika z analizy firmy AutomotiveSuppliers.pl, rok 2025 przyniósł znaczną stratę etatów w branży motoryzacyjnej w Polsce.
Badanie objęło firmy średnie i duże – zatrudniające powyżej 9 osób. Analizowano zatrudnienie nie tylko u producentów samochodów, ale także części, naczep. Zatrudnienie w tym sektorze spadło do 197,7 tys. osób. Jest zatem najniższe od roku 2017.
W 2025 ubyło w tej branży 2800 etatów. Rok wcześniej ubytek wyniósł 1500 etatów, zatem w ciągu zaledwie dwóch lat zatrudnienie w branży zmalało o 4300 etatów. W 2025 nastąpił także spadek eksportu tej branży w Polsce – skala sprzedaży produktów zagranicę zmniejszyła się o 3,73%.
Analitycy firmy twierdzą, że niewiele wskazuje, aby sytuacja zatrudnienia w tej branży miała się poprawić w roku 2026.
Wielu Polaków uważa, że publiczny system ochrony zdrowia ulega pogorszeniu.
Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez United Surveys dla portalu Wirtualna Polska, Polacy źle oceniają kierunek zmian w publicznej ochronie zdrowia. W ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia z szeregiem autoreklamowych wypowiedzi minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy na temat podejmowanych przez nią „reform”. Przypomnijmy, że te „reformy” to m.in. likwidacja oddziałów ginekologiczno-położniczych w szpitalach, zamykanie innych oddziałów, problemy ze sfinansowaniem terapii lekowych, wprowadzenie limitów na badania profilaktyczne (w tym pozwalające wykrywać nowotwory) itp. Jak ocenia to społeczeństwo?
Aż 45,4 proc. ankietowanych uważa, że system ochrony zdrowia działa gorzej niż wcześniej. 28,1 proc. uważa, że system działa „zdecydowanie gorzej”, a kolejne 17,3 proc. – że „raczej gorzej”. 37 procent sądzi, że jest tak, jak wcześniej. Zaledwie 1,5 proc. uważa, że jest zdecydowanie lepiej, a 9 proc. że jest raczej lepiej.
Dzisiaj od rana trwa strajk w polskich zakładach ponadnarodowego koncernu.
Dzisiaj wybuchł strajk w polskich zakładach ponadnarodowego koncernu Minova. Zajmuje się on głównie produkcją materiałów przydatnych w górnictwie, nie tylko węglowym, ale także np. wydobyciu miedzi.
Po fiasku kilkumiesięcznych negocjacji z zarządem firmy przeprowadzono wymagane prawem referendum strajkowe. Spełniono wymogi dotyczące frekwencji, a większość głosujących opowiedziała się za przeprowadzeniem akcji strajkowej. Dzisiaj od rana strajkują pracownicy zakładów Minova Arnall w Truskolasach-Golcach (produkuje kotwy dla kopalń) i Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi).
Reprezentanci pracowników domagają się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferuje zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę.
Odmowa pracy zaczęła się wraz z pierwszą zmianą i była kontynuowana na kolejnej zmianie. Zakłady zostały także oflagowane. Jutro kontynuacja strajku. Zarząd firmy na razie nie reaguje. W polskich zakładach Minova pracuje około 280 osób. Główną siłą strajku są zakładowe struktury „Solidarności”.
Trwa spór zbiorowy w dużej firmie z sektora motoryzacyjnego.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, trwa i nasila się spór zbiorowy w zakładzie ASK Poland w Bielsku-Białej. Wytwarza on zaawansowaną elektronikę oraz systemy nagłośnieniowe dla branży motoryzacyjnej, m.in. dla marek Porsche, Mercedes i BMW. W Polsce firma działa od roku 1997 i posiada zakłady w Bielsku i pobliskich Wilkowicach. Zatrudnia 860 osób, głównie kobiety.
Od pewnego czasu trwa w firmie spór zbiorowy. Zakładowe struktury „Solidarności” domagają się podwyżek większych niż oferowane przez szefostwo. Władze przedsiębiorstwa zaoferowały zaledwie 225 zł brutto, co oznacza raczej wyrównanie inflacyjne niż faktyczną podwyżkę. Związkowcy zwracają uwagę, że firma jest w dobrej kondycji, przynosi zyski, a jej sytuacja jest znacznie lepsza niż innych podmiotów z branży automotive.
Dzisiaj spotkanie negocjacyjne z udziałem mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Jeśli nie przyniesie ono, tak jak poprzednie, porozumienia, wówczas związkowcy zapowiadają kolejne kroki, w tym strajk ostrzegawczy.
W niedzielę odbył się protest w sprawie obniżenia cen komunikacji miejskiej.
W niedzielę, 17 maja o godzinie 12:00 pod Urzędem Miasta Poznania odbył się protest w sprawie obniżenia cen komunikacji miejskiej. Uczestnicy domagali się obniżki ceny biletu 15-minutowego z 5 zł do 3 zł oraz bezpłatnych przejazdów dla uczniów i studentów.
– „Poznań ma najdroższą komunikację miejską w Polsce” – grzmiał jeden z uczestników zgromadzenia, punktując politykę cenową Zarządu Transportu Miejskiego. Organizatorzy przedstawili analizę kosztów przejazdów w największych polskich miastach, z której wynika, że ceny w stolicy Wielkopolski są bardzo wysokie.

– „Władze miasta z Prezydentem Jaśkowiakiem na czele lekceważą potrzeby transportowe mieszkańców” – mówi Lulu współorganizująca protest. – „Patrzą na transport publiczny z perspektywy osób przemieszczających się wyłącznie autami. Radne i radni nie znają realiów, bo kilka lat temu przyznali sobie bezpłatne przejazdy. Tymczasem tysiące poznaniaków musi wybierać między biletem a innymi podstawowymi potrzebami” – dodaje.
Franciszek Niemczewski z MSK przypomniał, że za podwyżką cen biletów głosowali radni: Magdalena Antolczyk (KO), Zuzanna Bartel (KO), Dorota Bonk-Hammermeister (Lewica-Centrum), Wojciech Chudy (KO), Monika Danelska (KO), Bartłomiej Ignaszewski (KO), Grzegorz Jura (KO), Wojciech Kręglewski (KO), Justyna Kuberka (KO), Tomasz Lewandowski (Lewica-Centrum), Maria Lisiecka-Pawełczak (KO), Paweł Matuszak (KO), Marta Mazurek (KO), Halina Owsianna (Lewica-Centrum), Katarzyna Pampuch (KO), Przemysław Plewiński (Lewica-Centrum), Andrzej Prendke (KO), Andrzej Rataj (KO), Marcin Ruta (KO), Tomasz Stachowiak (KO), Marek Sternalski (KO), Adam Szabelski (Lewica-Centrum), Tomasz Wierzbicki (KO) oraz Małgorzata Woźniak (KO).
Uczestnicy zgromadzenia wskazywali, że bezpłatne przejazdy dla uczniów oferują m.in. Warszawa, Kraków, Wrocław, Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, Szczecin, Olsztyn i Zielona Góra. W Poznaniu kiedyś takie ulgi obowiązywały. Protestujący domagali się przywrócenia bezpłatnych przejazdów dla uczniów.
Protest został zorganizowany przez Ruch Klimatyczny Jazda. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Akcję Socjalistyczną, Partię Zieloni, Lepszy Transport, Poznańską Inicjatywę Pracowniczą i Rozbrat. Organizatorzy zapowiadają, że będą kontynuować starania o obniżenie cen i poprawę jakości komunikacji publicznej w mieście.
Już za kilka dni strajk w trzech zakładach wielkiego koncernu.
Jak informuje portal Tysol.pl, 18 maja rozpocznie się strajk w trzech polskich zakładach wielkiego koncernu Minova. To ponadnarodowa firma działająca w wielu krajach.
W polskich strukturach koncernu od kilku miesięcy trwa spór zbiorowy związkowców i szefostwa. Reprezentanci pracowników domagają się podwyżek płac o 12%, a zarząd oferuje zaledwie 3,4%, czyli de facto wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżkę. Po kilku miesiącach bezowocnych negocjacji cierpliwość pracowników się skończyła.
W dniach 7-8 maja przeprowadzono wymagane prawem referendum strajkowe. Spełniono wymogi dotyczące frekwencji, a większość głosujących opowiedziała się za przeprowadzeniem akcji strajkowej. Odbędzie się ona 18 maja jednocześnie w trzech oddalonych od siebie zakładach koncernu Minova w Polsce: Minova Arnall w Truskolasach (produkuje kotwy dla kopalń), Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich (kleje, piany i środki do zabezpieczenia górotworów) i w Minova-Ksante w Polkowicach (chemikalia niezbędne dla wydobywania miedzi). Strajk będzie miał charakter bezterminowy.
Od wakacji czekają nas drakońskie podwyżki cen biletów na ośmiu kluczowych trasach w Polsce.
Z Warszawy do Zakopanego za bilet zapłacisz 171 zł zamiast 71. Z Olsztyna do Krakowa 171 zł zamiast 76. Z Bydgoszczy do Lublina 171 zł zamiast 73. Te same pociągi, te same godziny, te same postoje – tylko cena nawet trzykrotnie wyższa. Z jedną „rekompensatą” ze strony przewoźnika: darmową butelką wody mineralnej.
Od 14 czerwca 2026 r. PKP Intercity zamierza przekształcić osiem kluczowych połączeń krajowych z pociągów dotowanych (PSC) w pociągi komercyjne (EIC). Minister infrastruktury Dariusz Klimczak (PSL) w odpowiedzi na interpelację posła Michała Moskala (PiS) przyznał: nie wniósł sprzeciwu, choć mógł. Średnio na ośmiu trasach Polacy zapłacą ponad dwa razy więcej. „Ceny biletów to nie moja sprawa” – odpowiada resort.
W lutym 2026 r. PKP Intercity złożyło w Urzędzie Transportu Kolejowego osiem powiadomień o zamiarze uruchomienia pasażerskich połączeń komercyjnych w ramach tzw. otwartego dostępu. Decyzja ma wejść w życie 14 czerwca 2026 r. i obowiązywać do czerwca 2031 r. W praktyce oznacza to wyłączenie tych pociągów z umowy o świadczenie usług publicznych (PSC), czyli z systemu, w którym państwo dopłaca przewoźnikowi do każdego biletu, utrzymując ceny na poziomie dostępnym dla zwykłego pasażera.
Najbardziej uderzający jest sposób, w jaki to się odbywa. Jak wynika z interpelacji posła Moskala, przewoźnik zamierza zachować dokładnie te same relacje, te same godziny odjazdów oraz te same postoje (w tym w mniejszych miejscowościach i powiatowych ośrodkach). Pasażer wsiada do dokładnie tego samego pociągu, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie – ale płaci nawet trzy razy więcej. Cała operacja sprowadza się do zamiany szyldu z „IC” na „EIC” i automatycznej drastycznej podwyżki cen biletów.
Wnioski dotyczą ośmiu kluczowych krajowych tras: Warszawa – Zakopane (4 pary pociągów dziennie plus 1 para skrócona Kraków–Zakopane), Bydgoszcz – Lublin przez Warszawę (4 pary), Gdynia – Bielsko-Biała przez Bydgoszcz i Łódź (3 pełne pary plus 2 skrócone), Gdynia – Wrocław przez Bydgoszcz i Poznań (8 par co ok. 2 godziny), Gdynia – Łódź Fabryczna przez Warszawę (4 pary), Olsztyn – Kraków przez Warszawę i Radom (4 pary), Szczecin – Kraków przez Poznań i Łódź (3 pełne pary plus 1 skrócona) oraz Szczecin – Przemyśl przez Wrocław i Kraków (2 pełne pary plus skrócone odcinki Szczecin–Wrocław, Szczecin–Kraków, Wrocław–Przemyśl). To trasy, którymi codziennie podróżują tysiące Polaków – studenci wracający do domów, pracownicy dojeżdżający do dużych ośrodków, turyści w sezonie wakacyjnym. Co ważne, większość z tych pociągów obsługuje również mniejsze miejscowości – Grodzisk Mazowiecki, Opoczno, Włoszczowę, Miechów, Mławę, Ciechanów, Skarżysko-Kamienną, Kielce, Rawicz, Żmigród, Oborniki Śląskie, Stargard, Konin, Tomaszów Mazowiecki – dla których kolej jest często jedynym szybkim środkiem transportu publicznego.
W odpowiedzi na interpelację poselską z 8 maja 2026 r., podpisanej z upoważnienia ministra Klimczaka przez podsekretarza stanu Piotra Malepszaka, ministerstwo przyznało, że zostało powiadomione o ośmiu wnioskach, ale „odstąpiło od składania wniosków do Prezesa UTK o badanie równowagi ekonomicznej”. Mówiąc wprost: rząd miał ustawowe narzędzie, by zakwestionować te wnioski – i z niego nie skorzystał. Najbardziej uderzające jest ostatnie zdanie odpowiedzi: „kwestia cen biletów na pociągi komercyjne (…) znajduje się poza zakresem właściwości ministra właściwego do spraw transportu (Przewoźnik posiada autonomię decyzyjną w zakresie kształtowania cen takich połączeń)”.
– „Minister Klimczak po prostu umył ręce. Obecny Rząd mógł zareagować, miał ustawowe narzędzia, by chronić pasażerów. Nie zrobił nic. A teraz tłumaczy, że ceny biletów to nie jego sprawa, bo PKP Intercity ma autonomię przy określaniu cen biletów EIC. To kpina z każdego, kto codziennie wsiada do pociągu” – komentuje poseł Michał Moskal.
Analiza opiera się na dwóch jawnych dokumentach PKP Intercity: cenniku usług przewozowych z 10 listopada 2025 r. oraz publicznie dostępnych danych o odległościach kolejowych poszczególnych tras. Po przekształceniu pociągu z kategorii IC w kategorię EIC obowiązuje cena bazowa EIC, która dla relacji krajowych powyżej około 150 km wynosi jednolicie 171 zł w klasie 2 i 244 zł w klasie 1.
Średnio na ośmiu trasach bilet w klasie 2 podrożeje z 80 zł do 171 zł – o 91 zł, czyli o blisko 115 procent. Procentowe podwyżki wahają się od 73% do 141%. W pierwszej klasie wzrosty będą jeszcze wyższe. Ulgi ustawowe (m.in. 51% dla studentów do 26 lat, 37% dla uczniów do 24 lat) obowiązują również w pociągach EIC, ale procentowy wzrost cen pozostaje identyczny – student zapłaci po prostu połowę tej dwukrotnie wyższej kwoty.
– „To nie są abstrakcyjne procenty. To są konkretne pieniądze wyjmowane z portfeli rodzin. Pracownik z Bydgoszczy jadący służbowo do Lublina zapłaci 171 zł zamiast 73. Mieszkaniec Olsztyna jadący do Krakowa będzie musiał zostawić w kasie 171 zł zamiast 76 zł. Czteroosobowa grupa jadąca na wakacje z Warszawy do Zakopanego wyda dziś 284 zł, po zmianie – 684 zł. To 400 zł więcej za jedną podróż w jedną stronę” – wylicza poseł Moskal.
Większość z ośmiu wnioskowanych pociągów to składy tranzytowe, zatrzymujące się na kilkunastu stacjach pośrednich. Komercjalizacja takiego pociągu oznacza, że cenę EIC zapłacą wszyscy pasażerowie wsiadający lub wysiadający na którejkolwiek stacji, nie tylko ci pokonujący pełną trasę. Przykładowo pociągi w relacji Bydgoszcz – Warszawa – Lublin (m.in. IC Rejewski, IC Inka, IC Kujawiak) zatrzymują się w Solcu Kujawskim, Toruniu Głównym, Kutnie, Łowiczu, Sochaczewie, Warszawie Zachodniej, Centralnej i Wschodniej, Otwocku, Pilawie, Dęblinie, Puławach i Nałęczowie. Po komercjalizacji mieszkańcy każdej z tych miejscowości zapłacą cenę EIC, dojeżdżając tym pociągiem dokądkolwiek.
Pasażerowie mogą jednak pocieszyć się jedną „rekompensatą” za trzykrotną podwyżkę cen biletów. Zgodnie z oficjalną ofertą PKP Intercity, w pociągach kategorii EIC pasażerom klasy 2 przysługuje w cenie biletu darmowy poczęstunek – w postaci butelki wody mineralnej, gazowanej lub niegazowanej, serwowanej do miejsca wskazanego na bilecie. Tym samym za bilet z Warszawy do Zakopanego zamiast 71 zł zapłacimy 171 zł, ale za to otrzymamy darmową wodę. Cena rynkowa półlitrowej butelki wody mineralnej to dziś kilka złotych – zatem rekompensata za podwyżkę o 100 zł wynosi ułamek procenta tej podwyżki. Trudno o lepszą ilustrację absurdu całej operacji.
– „Z Warszawy do Zakopanego pasażer dopłaci sto złotych, ale dostanie półlitrową butelkę wody. Z Olsztyna do Krakowa dopłaci dziewięćdziesiąt pięć złotych – też z wodą. Z Bydgoszczy do Lublina dziewięćdziesiąt osiem złotych więcej – woda też w cenie. Tak wygląda «autonomia decyzyjna przewoźnika», którą się zachwyca minister Klimczak. To największa rekompensata cen biletów w historii polskich kolei, w której PKP Intercity w zamian za drakońskie podwyżki zaoferuje pasażerom w zamian wodę z plastikowej butelki” – ironicznie komentuje poseł Moskal.
Interpelacja posła Michała Moskala z 27 marca 2026 r. zawierała pięć precyzyjnych pytań: czy ministerstwo zostało powiadomione o wnioskach i jakie jest jego stanowisko; czy przeprowadzono analizę wpływu na ciągłość obsługi mniejszych miejscowości i ogólną dostępność transportu kolejowego; czy ceny biletów na tych trasach wzrosną w porównaniu z obecnymi cenami i czy PKP IC przedstawiło prognozy cenowe; czy rząd planuje mechanizmy kompensacyjne – dopłaty celowe, ulgi, bilety zintegrowane; oraz jak ta zmiana wpłynie na umowę PSC po 2030 r. Z odpowiedzi ministra wynika, że na żadne z tych pytań resort nie udzielił merytorycznej odpowiedzi. Nie przedstawił analizy wpływu na mniejsze miejscowości. Nie wskazał, czy zna prognozy cenowe PKP IC. Nie zapowiedział żadnych mechanizmów kompensacyjnych. Nie wytłumaczył skutków dla umowy PSC po 2030 r.
– „Minister odpowiada na pięć pytań w sposób, który ujawnia, że nie potrafi odpowiedzieć na żadne z nich. Nie wie, jakie będą ceny. Nie wie, jak ucierpią mniejsze miasta. Nie ma planu kompensacji. Nie wie, co będzie po 2030. A jednocześnie podjął już decyzję: nie sprzeciwi się wnioskom PKP Intercity. To jest definicja rządzenia bez pomyślunku” – ocenia poseł Moskal.
Mechanizm jest prosty: dziś pociąg kategorii IC kosztuje tyle, ile wynika z tabeli kilometrowej w cenniku PKP Intercity – im dalej, tym drożej, ale w sposób przewidywalny i ograniczony, bo państwo dopłaca do każdego biletu. Po zmianie kategorii na EIC obowiązuje inny cennik, w którym dla wszystkich relacji powyżej około 150 km jest jedna jednolita cena maksymalna: 171 zł w klasie 2. Czy jedziesz 175 km, czy 832 km – zapłacisz tyle samo. To paradoks systemu pociągów komercyjnych PKP Intercity: najbardziej karze pasażerów na krótszych trasach. Pasażer z Bydgoszczy do Lublina (374 km) zapłaci dokładnie tyle samo, co pasażer ze Szczecina do Krakowa (526 km), choć jego trasa jest o 150 km krótsza.
Poseł Moskal domaga się natychmiastowego ujawnienia przez PKP Intercity prognoz cenowych dla ośmiu wnioskowanych pociągów oraz wszystkich relacji odcinkowych na ich trasach, wstrzymania procedury otwartego dostępu do czasu przedstawienia mechanizmów kompensacyjnych dla pasażerów, wprowadzenia regulacji cenowej lub maksymalnych stawek dla relacji o znaczeniu strategicznym dla mniejszych ośrodków miejskich oraz publicznej debaty w Komisji Infrastruktury Sejmu RP nad strategicznymi konsekwencjami komercjalizacji kolei pasażerskiej.
Związkowcy, którzy przed laty uratowali swój zakład, odpowiadają na manipulacje liberalnej prezydent miasta.
Ciąg dalszy pracowniczego oporu przed antyspołeczną polityką władz miasta Kielce. Prezentujemy pismo związkowców:
W odpowiedzi udzielonej przez Panią Prezydent można dostrzec oryginalną politykę ekonomiczną, niespotykaną w żadnym innym mieście. Przekonuje się nas, że korzystne dla miasta oraz MPK Kielce – spółki, w której miasto posiada udziały – jest odbieranie setek tysięcy kilometrów z kontraktu inwestycyjnego, zapewniającego rozwój przewoźnika, i przenoszenie ich do kontraktu niewymagającego inwestycji na okres trzech lat. A przecież dodatkowo kontrakt ten był realizowany przestarzałym taborem przeznaczonym do kasacji. Skąd w takim razie MPK miało wziąć pieniądze na spłatę zobowiązań wynikających z dokonanych w ostatnim okresie inwestycji opiewających na kwotę 70 milionów złotych? Nie mówi się też o tym, że nie tylko przewoźnik stracił ogromne pieniądze, ale również miasto poniosło znaczne koszty, ponieważ za obsługę tych linii płacono zewnętrznemu operatorowi dużo wyższą stawkę – obecnie jest to 11,15 złotych, a MPK taką samą usługę wykonuje za 6,51 złotych. To gigantyczna różnica! Co więcej, choć ta sprawa nie została jeszcze nie rozwiązana i panuje wokół niej zmowa milczenia, to jeszcze do tego docierają do nas, pracowników i udziałowców, kolejne szokujące informacje o działaniach zmierzających do wywłaszczenia nas z części naszego majątku, tj. z działki usytuowanej po drugiej stronie bazy.
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach z niedowierzaniem i niemałym zaskoczeniem przyjmuje treść Pani odpowiedzi na nasze pismo z dn. 13.04.2026 r. Mamy rozumieć, że treść tej odpowiedzi była opracowywana wespół z Panią Dyrektor ZTM Kielce. Pismo to zawiera mnóstwo manipulacji, przeinaczeń i pół-prawd, w szczególności w zestawieniu z naszym stanowiskiem opartym o fakty zawarte w oficjalnych dokumentach. Ponadto po raz kolejny ma ono charakter wysoce konfrontacyjny, kłamliwy i obliczony na polityczne dyskredytowanie osób pełniących wysokie funkcje w spółce, w tym w szczególności przewodniczącego związku. Nie dość, że w odpowiedzi zlekceważono meritum podjętych w naszym piśmie kwestii, to jeszcze w większości nie odnosi się ono do kluczowych zagadnień w nim zawartych, zaś w pozostałej części opiera się na politycznych manipulacjach, które nijak się mają do rzeczywistości.
Miasto uważa, że nieprzystąpienie MPK Kielce do przetargu, w którym wymagano wyłącznie zapewnienia określonej ilości kierowców, było błędem, który miał pozbawić załogę stabilności zatrudnienia i wysokich wynagrodzeń. Powstaje jednak pytanie: w jaki sposób spółka miała realizować 10-letni kontrakt w latach 2018-2027 nakładający obowiązek prowadzenia bardzo dużych inwestycji, skoro stosowano politykę przerzucania setek tysięcy kilometrów, pozbawiając przewoźnika dochodów? Stanowczo protestowaliśmy przeciwko tej decyzji, a mimo to ZTM kontynuował tą politykę. A przecież realizacja tego kontraktu odbywała się w wyjątkowo trudnych warunkach. Najpierw wybuchła pandemia COVID-19, której nikt nie przewidział. Wprowadzony przez rząd lockdown skłonił miasto do wdrożenia ogromnych ograniczeń komunikacji miejskiej w Kielcach, co pozbawiło spółkę dochodów liczonych w milionach złotych. Następnie również w trakcie realizacji tego kontraktu doszło do gwałtownych wzrostów cen paliw wywołanych wojnami w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Rząd co prawda w reakcji na to obniżył VAT z 23 do 8 procent, jednak MPK na takiej obniżce traci, gdyż rozliczenie zakupu paliwa odbywa się w formie netto, a waloryzacja stawki w cenie detalicznej. Przez to spółka już przy pierwszym obniżeniu VAT w 2022 r. poniosła wielomilionowe straty, a obecnie ta sytuacja się powtarza. Jednocześnie miasto, mimo tych nadzwyczajnych okoliczności, w trakcie trwania procedury przetargowej w 2023 r. odebrało z kontraktu podstawowego kilka linii – a tym samym kolejne setki tysięcy wozokilometrów – i przeniosło je do innego kontraktu, pozbawiając MPK kolejnych kilku milionów złotych przychodów. Po co więc to zrobiono? Na pewno nie z powodu oszczędności po stronie miasta. Przecież na skutek tych działań przez kolejne trzy lata miasto Kielce płaciło za obsługę tych linii przez zewnętrznego przewoźnika znacznie wyższą stawkę, wydając z budżetu zadłużonego miasta dodatkowo kilka milionów złotych więcej. Powodem nie był również rzekomy brak możliwości ich obsługi przez MPK, jak próbowano wmówić mieszkańcom Kielc. W tamtym czasie spółka dysponowała ponad milionem kilometrów rezerwowych rocznie i przy 123 posiadanych autobusach wysyłała do obsługi miasta około 100 pojazdów. Obecnie, mając dokładnie tyle samo autobusów, MPK kieruje na ulice Kielc już 104 własne pojazdy. Zarówno wtedy, jak i dziś, do obsługi tych linii potrzeba 7 autobusów. Tymczasem w 2023 roku ZTM twierdził, że niemożliwe jest, aby MPK wysyłało na linie 107 pojazdów, a obecnie, posiadając tą samą liczbę autobusów wysyłamy 111 z nich. Ewidentnie było to działanie, na którym spółka miała stracić ogromne pieniądze, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obecnie po trzech latach przywrócono zabrane wówczas setki tysięcy kilometrów – jednak już za znacznie niższą stawkę. W tym samym czasie spółka prowadziła ogromne inwestycje i spłacała leasingi autobusów, także tych zasilanych gazem CNG. Bardzo dużym obciążeniem finansowym dla spółki były również decyzje dotyczące ich zakupu i eksploatacji, nieterminowego regulowania płatności za paliwo oraz blokowanie audytu dokumentującego nieprawidłowości poprzednich zarządów – to wszystko dodatkowo naraziło spółkę na niepotrzebne wielomilionowe koszty. Pojawia się więc pytanie: jak skutki wszystkich tych działań – utrata dochodów, wzrost kosztów, odbieranie kolejnych setek tysięcy wozokilometrów oraz dodatkowe zobowiązania – miały zapewnić spółce stabilizację? W jaki sposób MPK w tej sytuacji miało spłacać zobowiązania leasingowe i jednocześnie realizować kolejne inwestycje? Które miasto w Polsce prowadzi taką politykę ekonomiczną wobec spółki, zwłaszcza w której ma udziały? Od stycznia 2022 roku konsekwentnie mówimy i piszemy jedno: działania te prowadzą do osłabienia, a w konsekwencji do upadłości spółki.
Kolejnym problemem, o którym władze Kielc doskonale wiedziały, był ogromny brak kierowców, z którym borykają się przedsiębiorstwa komunikacyjne w całej Polsce. W MPK również taka sytuacja miała miejsce, a dodatkowo po okresie pandemicznym, w którym radykalnie wzrosła liczba absencji chorobowych pracowników, w spółce na koniec 2022 roku nagromadziło się ponad 11 tysięcy zaległych dni urlopowych w samej grupie kierowców, o czym doskonale wiedziały władze miasta posiadające swojego przedstawiciela w radzie nadzorczej. Oznaczało to, że spółka już wtedy miała problemy kadrowe, a ponadto nie wiadomo dlaczego ówczesne zarządy nie regulowały terminowo płatności za paliwo i jednocześnie podjęły decyzję o zakupie autobusów gazowych, choć nie musiały tego robić. Równolegle w tym czasie przerzucono setki tysięcy dodatkowych wozokilometrów zabranych z kontraktu inwestycyjnego. W praktyce oznaczałoby to konieczność realizowania większej pracy przewozowej tą samą, niewystarczającą liczbą kierowców, przy jednoczesnym umyślnym ograniczeniu przychodów z kontraktu inwestycyjnego, na którym spółka opierała swój rozwój i spłatę zobowiązań. Spółka pracownicza opiera się na przestrzeganiu prawa, dlatego nie dochodzi u nas do sytuacji, w których – mimo obowiązujących przepisów i kwestii bezpieczeństwa pasażerów – kierowcy pracowaliby po 300–400 godzin miesięcznie, tak jak, według sygnałów przekazywanych przez kierowców, ma to miejsce u niektórych przewoźników.
Przy okazji ubolewamy, że zeznania byłego prezesa są przytaczane przez Panią Prezydent w sposób bardzo wybiórczy. Szkoda, że pomija Pani inne wypowiedzi byłego prezesa, które również Pani prezydent są znane, tym bardziej że zawarła je Pani w odpowiedzi udzielonej na interpelację jednego z radnych. Również my posiadamy obszerną wiedzę w tym zakresie, albowiem znajdują się one w naszej dokumentacji. Są to zeznania złożone w prokuraturze w sprawie zawiadomienia złożonego przez miasto dotyczącego nieprzystąpienia MPK do przetargu. Warto przypomnieć, że prokuratura umarzając postępowanie już w pierwszym zdaniu wskazała, iż MPK nie miało obowiązku przystępowania do tego przetargu. Jednocześnie trudno zrozumieć, w jakim celu – po takim stwierdzeniu – zdecydowano się jeszcze przesłuchać byłego prezesa i dlaczego nie kazano zeznawać również innym osobom. Tym bardziej, że w tychże zeznaniach jest wiele mataczenia, pół-prawd i w wielu fragmentach są one sprzeczne z treścią pism skierowanych przez niego do miasta w styczniu i czerwcu 2023 roku. Nie wspomina Pani jednak o tym, że były prezes MPK zeznał także, że „spółka w tamtym okresie zmagała się z ogromnym brakiem kierowców”. Zeznał on również, że pracownicy odpowiedzialni za planowanie pracy kierowców w niektóre dni mieli pracować nawet do godziny 23.00, próbując zapewnić obsługę wszystkich kursów. Prawdopodobnie dochodzić miało do ściągania pracowników z urlopów, ponieważ zagrożona była realizacja nawet około 30 brygad”.
Z uwagi na ekonomiczne dobro spółki i pracowników oraz świadomość tego, który kontrakt zapewniał jej stabilność finansową i możliwość dokonywania inwestycji, związki zawodowe przyjęły ze zrozumieniem decyzję zarządu o nieprzystępowaniu do przetargu. Tym bardziej, że miasto nie zareagowało na pisma ówczesnego zarządu spółki – ze stycznia i czerwca 2023 roku – a ewentualne przystąpienie do postępowania przetargowego dodatkowo legitymizowałoby proceder przenoszenia linii z kontraktu na kontrakt, który ewidentnie nie był korzystny ekonomicznie dla miasta, a miał na celu jedynie osłabienie zdolności finansowych spółki. Pragniemy również przypomnieć, że ogłoszony przetarg dotyczył nie jednego, lecz trzech odrębnych zadań, czyli trzech różnych kontraktów. Skandaliczne jest to, że mimo posiadania przez MPK rezerwy wynoszącej około miliona wozokilometrów, blokując nas medialnie, zdecydowano się w 2023 roku podpisać umowy na wszystkie trzy zadania i jednocześnie dołożyć zewnętrznemu opetatorowi brakującą kwotę 8,5 miliona złotych na okres dwóch lat. To właśnie o tym mówi treść pism skierowanych przez ówczesny zarząd do miasta. Takie działania tylko godzą w interes większościowego udziałowca, ale też są sprzeczne z obowiązującymi przepisami dotyczącymi dyscypliny finansów publicznych. I z tego powodu ówczesna Rada Miasta przyjęła naszą skargę za zasadną. Kuriozalne i oparte na manipulacji są więc zarzuty wobec związkowców, że powinni jeszcze zarząd rozliczać z tej decyzji.
W związku z powyższym, formą oczywistej i zakrawającej o hipokryzję manipulacji jest pozorna troska władz miasta o wynagrodzenia w firmie i utrzymanie miejsc pracy. Jak ma w takiej sytuacji wyglądać stabilność zatrudnienia w kontekście przerzucania linii z kontraktu na kontrakt, gdzie nic nie jest jego własnością, tylko ma zapewnić określoną liczbę kierowców, zwłaszcza że umowa miała trwać dwa lata? Gdzie wówczas kierowcy mieliby wrócić, gdyby spółka nie miała środków na regulowanie zobowiązań, tym bardziej że władze miasta od prawie czterech lat blokują scalenie działek, a tym samym możliwość sprzedaży części zbędnego majątku, który spółka chciała przeznaczyć na kolejne inwestycje w zakup nowoczesnego taboru? Takie hasła brzmią zupełnie niewiarygodnie, zwłaszcza w sytuacji gdy miasto osłabia kontrakt inwestycyjny przewoźnika – odbieramy je również jako próbę odwrócenia uwagi od w/w działań miasta oraz kolejnego podburzenia załogi przeciwko władzom spółki.
Te słowa wyrażające troskę o pracowników są zdecydowanie nie na miejscu także biorąc pod uwagę wypowiedź, którą nie tak dawno na jednej z sesji wyraziła Pani koleżanka z klubu radnych, gdzie określiła załogę mianem niepotrzebnych bękartów, których od lat władze miasta chcą się pozbyć. Doskonale Pani wie, że ta troska jest fałszywa, ponieważ podstawą funkcjonowania spółki był i jest kontrakt oparty na inwestycjach, który daje stabilność zatrudnienia, możliwość rozwoju przedsiębiorstwa oraz regularną spłatę zobowiązań zaciągniętych przez firmę. Ma on się nijak do dwuletniego kontraktu, do którego potrzebni są tylko kierowcy. Oczywiste dla nas jest to, że od 2019 roku w Kielcach ZTM prowadzi politykę polegającą na osłabianiu tego kontraktu, z tą różnicą, że w latach wcześniejszych (2019-2023) ogromne pieniądze traciła spółka, a zyskiwało miasto, które wówczas miało i nadal ma ogromne problemy finansowe (dlatego też, mimo szkodliwej polityki, związek i zarząd wówczas nie podejmowały żadnych działań), natomiast od przetargu ogłoszonego 6 stycznia 2023 r. diametralnie zmieniono tą zasadę, gdyż przerzucono część linii z tańszego kontraktu inwestycyjnego do droższego niewymagającego żadnych nakładów inwestycyjnych. A zatem kłamstwem jest, że tego procederu ZTM nie stosuje, co zostało zasugerowane w Pani odpowiedzi. Warto również podkreślić, że z około 10 milionów wozokilometrów realizowanych przez MPK – co przytoczono w Pani odpowiedzi – aż 1,5 miliona wykonywanych jest autobusami należącymi do miasta, czyli podobnie jak ma to miejsce w przypadku BP Tour Regio. Różnica polega jednak na kosztach realizacji usług. MPK obecnie wykonuje te przewozy za stawkę 6,51 zł za wozokilometr, podczas gdy konkurencyjny operator otrzymuje około 11,15 zł. Co prawda po trzech latach niepotrzebnego wypompowywania z budżetu miasta ogromnych środków od 1 maja 2026 r. nastąpił powrót części zabranych wozokilometrów do MPK, jednakże dotyczy on innych zadań i realizowany jest przez MPK znów przy dużo niższej stawce niż wcześniej BP Tour Regio.
Nieprawdziwe jest również twierdzenie, że takie przerzucanie linii jest zgodne z prawem. Umowa mówi wyraźnie o korygowaniu rozkładów jazdy, zmianach tras linii i przewiduje ich likwidację, natomiast nie dopuszcza przerzucania linii pomiędzy kontraktami. Fakty mówią jednoznacznie, że przetarg ogłoszono 6 stycznia 2023 r., natomiast pismo informujące o skierowaniu do obsługi w tym kontrakcie linii dotychczas realizowanych w kontrakcie podstawowym (13, 23, 24), a wcześniej także OW i OZ, zostało wystosowane pod koniec stycznia, czyli już w trakcie trwającej procedury przetargowej. Dokument ten był przedmiotem dyskusji zarządu i rady nadzorczej MPK.W jej wyniku przedstawiciel miasta zasiadający w radzie nadzorczej zobowiązał się do zorganizowania spotkania właścicielskiego, do którego jednak ostatecznie nie doszło. Związek zawodowy jest w posiadaniu dowodu na to, że była Pani – jako ówczesny wiceprezydent odpowiedzialny za politykę transportową – o nim poinformowana. Prawdopodobnie wie Pani również o tym, dlaczego to spotkanie się nie odbyło.
Kuriozalny jest też fragment odpowiedzi dotyczący sprawdzenia monitoringu w celu wyjaśnienia, czy kierowcy u zewnętrznego operatora pracowali z naruszeniem ustawowych przepisów o czasie pracy. Tłumaczenie, że doszło do nadpisania nagrania, ponieważ pismo w tej sprawie wpłynęło do ZTM 7 listopada, a ze względu na dni wolne wyjaśniano ją dopiero 12 listopada, wywołuje u nas jedynie śmiech i zdziwienie. Powszechnie wiadomo, że w przypadku skarg dotyczących MPK reakcje ZTM są natychmiastowe. Przecież tego typu sprawami zajmują się dyżurni ruchu pracujący w systemie dwuzmianowym, również w dni wolne od pracy, dlatego już 7 listopada możliwa była skuteczna i szybka reakcja służb ZTM. Tym bardziej, że była to kwestia niezwykle istotna z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego i pasażerów, a tragiczne doświadczenia z innych miast – choćby z Warszawy – powinny kieleckie służby uczulać na sprawdzanie takich przypadków. Co więcej, z posiadanej przez nas dokumentacji wynika, że informacja o rzekomym nadpisaniu nagrania znalazła się w piśmie ZTM dopiero kilka miesięcy po zdarzeniu. W pierwszej odpowiedzi ZTM w ogóle nie wskazywał na brak nagrania, lecz w sposób kuriozalny poinformował jedynie, że nie zajmuje się tym tematem, ponieważ czas pracy kierowców nie leży w jego kompetencjach. Trudno uznać takie wyjaśnienia za spójne i wiarygodne. W tej sytuacji pojawia się również pytanie: w jaki sposób ZTM realizuje obowiązki wynikające z SIWZ, dotyczące weryfikacji zatrudnienia minimum 75 kierowców niezbędnych do realizacji zadania?
Absurdalne jest również wyjaśnienie dotyczące zwolnienia przewoźnika BP Tour Regio z kary za nieterminowe przystąpienie do realizacji zadania. Zgodnie z zapisami umowy przewoźnik powinien rozpocząć wykonywanie kontraktu 11 października i bez znaczenia pozostaje fakt, że część zadań uruchomiono wcześniej. Nie może być także usprawiedliwieniem argument o awarii trzech z czterdziestu autobusów, która miała na kilka dni wstrzymać przekazywanie pojazdów. Sytuacja ta miała miejsce już w sierpniu, natomiast rozpoczęcie realizacji kontraktu przewidziano dopiero na 11 października. Do obsługi 26 brygad przewoźnik dysponował 40 autobusami, a więc posiadał rezerwę wynoszącą aż 14 pojazdów. Trudno więc uznać, że awaria trzech autobusów, czy też wstrzymanie na kilka dni przekazywania w pełni sprawnych pojazdów, uniemożliwiała rozpoczęcie realizacji zadania zgodnie z harmonogramem. Przypominamy również, że autobusy te przeszły podwójną procedurę kontroli i były w bardzo dobrym stanie technicznym. Samozapłony, do jakich wówczas doszło w dwóch pojazdach, były wykorzystywane w mediach społecznościowych do atakowania MPK, włącznie z oskarżeniami o rzekomy sabotaż. Tymczasem szybka analiza przeprowadzona przez niezależnych ekspertów z Solarisa wykazała rzeczywistą przyczynę zdarzeń, która – jak wynikało z ustaleń – nie powodowała znaczących opóźnień w przekazywaniu autobusów. Dodatkowe wątpliwości budzi fakt, że pojazdy określane jako niesprawne były transportowane do Lublina o „własnych siłach” – zwłaszcza, że przecież przewoźnik posiada bazę ze stanowiskami naprawczymi na terenie Kielc. Tymczasem autobusy rzeczywiście niesprawne standardowo przewozi się lawetą, czego przykładem był autobus nr 1219 i inne pojazdy. Z relacji publikowanych w Internecie wynikało nawet, że przed wystąpieniem awarii poruszały się one z dużą prędkością, a użytkownicy dróg widzieli pojawiający się ogień w układzie wydechowym. Nie trzeba być ekspertem, aby stwierdzić, że autobusy wyposażone w tego typu układ wydechowy – które przez dłuższy czas pozostają nieużytkowane i stoją na słońcu w dość wysokiej temperaturze – mogą mieć nagromadzone osady spalinowe powodujące podobne zjawiska.
Ponadto Pani wyjaśnienia dotyczące ostatniego przetargu na autobusy elektryczne oraz przejęcia przez miasto kosztów paliwa i energii, w tym również dojazdów, argumentowane koniecznością „nieprzerzucania ryzyka wzrostu cen energii na operatora”, są nie tylko kuriozalne, ale również sprzeczne z wcześniejszymi wyjaśnieniami przedstawianymi radnym w tej sprawie. Trudno też nie zauważyć sprzeczności pomiędzy takim podejściem a publicznym krytykowaniem przez Panią w TVP Kielce naszego postulatu dotyczącego renegocjacji umowy i odstąpienia od naliczania kar za średni wiek taboru. W przypadku nowego kontraktu na autobusy elektryczne obsługiwane przez zewnętrznego operatora miasto uznaje bowiem, że ryzyko gwałtownego wzrostu cen energii powinno zostać przejęte przez samorząd, natomiast jednocześnie całkowicie lekceważy nadzwyczajne okoliczności, które wystąpiły podczas realizacji kontraktu inwestycyjnego MPK. Przypominamy, że w momencie podpisywania umowy nikt nie był w stanie przewidzieć wybuchu pandemii COVID-19, lockdownów oraz ogromnych ograniczeń wozokilometrów, które pozbawiły spółkę wielomilionowych przychodów. Podobnie nie można było przewidzieć skutków wybuchu wojen i gwałtownego wzrostu cen paliw, które doprowadziły do obniżenia przez rząd stawki VAT na paliwo najpierw w 2022 roku, a następnie ponownie w kolejnych okresach kryzysowych. Jak już wcześniej pisaliśmy, obowiązująca umowa z ZTM nie przewiduje waloryzacji stawki według cen netto paliwa, lecz opiera się na wskaźniku inflacyjnym uwzględniającym ceny detaliczne. W praktyce oznacza to, że MPK ponosiło i nadal ponosi wielomilionowe straty wynikające ze zmian, których nie dało się przewidzieć na etapie podpisywania kontraktu. W trakcie zawierania kontraktu nie sposób było też założyć, że później nastąpi przerzucanie setek tysięcy kilometrów z kontraktu na kontrakt, co nigdy wcześniej nie było stosowane, a dodatkowo kuriozalne jest to, że przerzucono je na wyższą stawkę i na gorszym taborze. Ponadto ZTM nie wykonał zalecenia KIO dotyczącego lokalizacji bazy, co umożliwiało dodatkowe obniżenie kosztów zewnętrznemu operatorowi, który posiada zajezdnię znacznie bardziej oddaloną od centrum miasta niż MPK. Należy również podkreślić, że MPK dysponuje w pełni wyposażoną bazą położoną blisko centrum miasta, co zwiększa nasze koszty, ale zmniejsza koszty leżące obecnie po stronie miasta (kilometry dojazdowe). A konkurencja ma zajezdnię na obrzeżach miasta, co powoduje wydzierżawienie terenu za dużo niższą stawkę, ale jednocześnie zwiększa koszty dojazdowe, za które płaci miasto (około 10 km w jedną stronę).
Irracjonalne wydają się również wyjaśnienia dotyczące parkowania autobusów BP Tour Regio na dworcu oraz tłumaczenie, że miały one stanowić tzw. rezerwę mobilną. Zastanawiające jest jednak, że nie odniosła się Pani do faktu, iż przed wydaniem zgody przez ZTM na parkowanie tych pojazdów na dworcu autobusy bez żadnego zabezpieczenia były pozostawiane na zatokach autobusowych, stwarzając zagrożenie dla bezpieczeństwa oraz naruszając przepisy ruchu drogowego. Równie wątpliwie wygląda kwestia samej „mobilności” tej rezerwy. Dziwnym trafem autobusy parkowały tam wyłącznie w godzinach pomiędzy zakończeniem porannego a rozpoczęciem popołudniowego szczytu komunikacyjnego, czyli dokładnie wtedy, gdy pojazdy standardowo powinny zjeżdżać do zajezdni. Gdyby rzeczywiście była to rezerwa mobilna, pojazdy pozostawałyby w gotowości od wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora, ponieważ właśnie w godzinach szczytu komunikacyjnego rezerwa jest najbardziej potrzebna.
Odnosząc się do Pani wyjaśnień dotyczących działań miasta związanych z przebiegiem walnego zgromadzenia udziałowców z 20 stycznia, należy zauważyć, że przywołując art. 16 ust. 1 umowy spółki, celowo i manipulacyjnie pomija Pani jego dalszą treść. Przepis ten stanowi bowiem nie tylko, że „przewodniczący rady nadzorczej lub osoba przez niego wskazana otwiera zgromadzenie”, lecz w dalszy ciągu mówi o tym, że „przeprowadza wybór przewodniczącego obrad spośród osób uprawnionych do głosowania”. Zarówno przewodniczący rady nadzorczej, jak i Pani jako wiceprezydent doskonale znali treść tego przepisu. Tymczasem pomija Pani fakt, że ówczesny przewodniczący rady nadzorczej nie posiadał udziałów, nie był osobą uprawnioną do głosowania, a więc nie miał kompetencji zarówno do prowadzenia obrad, jak również do wykluczenia przedstawiciela KASP z udziału w tym głosowaniu. Kontrowersje budzi również sama decyzja o wykluczeniu z obrad samoistnej prokury reprezentującej KASP. Decyzja ta została podjęta bez uprzedniego zweryfikowania dokumentów oraz bez właściwego zbadania stanu faktycznego, gdyż przewodniczący tego sobie nie życzył. Dodatkowo należy podkreślić, że przewodniczący – jako prawnik – miał podpisaną umowę ze spółką KASP, co samo w sobie powinno skłonić go do powstrzymania się od działań mogących zostać odebranych jako szkodzące firmie, którą reprezentował. To między innymi doprowadziło do sytuacji, w której obrady były prowadzone w sposób bezprawny i właśnie między innymi z tego powodu zgromadzeni udziałowcy w geście protestu opuścili salę obrad. Należy przy tym podkreślić, że przedstawione przez nas stanowisko szeroko opisuje cały problem, który pozostaje ignorowany przez prokuraturę. Sprawa nie dotyczy wyłącznie samego walnego zgromadzenia, ale całego okresu pełnienia funkcji przez ówczesne zarządy, jak również działań destrukcyjnych, jakie miały miejsce i były prowadzone podczas posiedzeń kolejnych rad nadzorczej spółki Jak później ujawniono, prezes pozostawał jednocześnie urlopowanym pracownikiem poprzedniego miejsca pracy, a więc nadal podlegał Prezydentowi Kielc, co pozostawało w sprzeczności z zapisami kontraktu menadżerskiego. Dodatkowo zarząd ten, mimo wspólnej deklaracji złożonej podczas walnego zgromadzenia udziałowców 27 sierpnia 2021 roku, nie przeprowadził audytu spółki, a jednocześnie kontynuował działania, które naraziły firmę na kolejne straty finansowe.
Odnośnie kwestii dotyczącej przestrzegania zapisów umowy kupna-sprzedaży udziałów, w naszym stanowisku jednoznacznie wskazaliśmy, że podpisanych porozumień należy dotrzymywać, zwłaszcza w sytuacji, gdy strona społeczna wywiązała się ze swoich zobowiązań w stu procentach. Przytoczony przez Panią fragment wyroku sądu pierwszej instancji nie dotyczy samych zapisów umowy, lecz – jak wskazał sąd – przekroczenia uprawnień przez prezydenta miasta. Oznacza to, że podjęcie stosownych decyzji należy do kompetencji rady miasta, zwłaszcza mając na względzie, że ówczesna rada miasta (przedstawiciele wszystkich opcji politycznych) jednogłośnie podejmowała decyzję w tej sprawie. A więc uregulowanie tej kwestii powinno być punktem honoru wszystkich radnych. Niedopuszczalne, a wręcz haniebne jest również sugerowanie, że pracownicy próbują cokolwiek „wyłudzić”. Jest to kolejne nieprawdziwe oskarżenie, ponieważ naszym celem pozostaje wyłącznie ratowanie miejsc pracy oraz samej spółki, która już w 2007 roku została postawiona w stan likwidacji właśnie na skutek prowadzenia polityki podobnej do obecnej. Nie dość, że miasto nie respektuje podpisanej umowy, to jeszcze oskarża pracowników o działanie na szkodę kieleckich podatników. Ewidentnie w ten sposób po raz kolejny próbowano podburzać mieszkańców przeciwko załodze MPK. W takiej sytuacji miasto, jeżeli nie chce dotrzymywać umowy i sprzedać udziałów, to powinno je odkupić, a nie jeszcze wykorzystywać publiczne środki do osłabiania spółki. Trudno bowiem znaleźć w Polsce podobny przypadek, aby samorząd za publiczne pieniądze budował pełną infrastrukturę, w tym drugą zajezdnię, pozyskiwał środki na zakup autobusów, a następnie przygotowaną w ten sposób bazę wraz z taborem przekazywał do obsługi podmiotowi zewnętrznemu. W praktyce oznaczałoby to, że prywatny operator korzystałby z infrastruktury i majątku finansowanego przez podatników, osiągając korzyści głównie dzięki modelowi zatrudniania pracowników i niższym kosztom pracy. Jest to też sprzeczne z podpisanym w 2007 roku porozumieniem.
Nieprawdziwe i manipulacyjne są również odpowiedzi dotyczące pandemii oraz organizacji kursów kończących i rozpoczynających trasę przy ul. Puscha, gdzie miasto wyznaczyło przystanki początkowe i końcowe dla kilku linii, jednocześnie nie zezwalając na ustawienie mobilnych toalet dla kierowców. Całkowitą nieprawdą jest to, że nasza propozycja powodowała wzrost kosztów po stronie miasta, ponieważ tak naprawdę nie wiązała się ona z żadnymi dodatkowymi kosztami, gdyż autobusy jadące od Malikowa i tak najpierw wjeżdżały w ul. Massalskiego, a dopiero później kierowały się na przystanek przy ul. Puscha. Proponowaliśmy jedynie odwrócenie kolejności przejazdu – tak, aby autobusy jadąc od Malikowa najpierw docierały na ul. Puscha, następnie zawracały i udawały się na przystanek końcowy przy mini dworcu, gdzie kierowcy mieliby możliwość skorzystania z toalet i wody do umycia rąk. Oznaczało to dokładnie tę samą liczbę wozokilometrów, a zmieniał się jedynie sposób obsługi poszczególnych ulic i nie powodował on również znacznych turbulencji dla pasażerów. Co więcej, rozwiązanie dotyczyło wyłącznie kursów z przerwą śniadaniową dla kierowców. Przykre jest to, że w tamtym szczególnym okresie, gdy państwo i samorządy podejmowały działania mające chronić mieszkańców, miasto Kielce nie tylko lekceważyło ten problem, ale dziś dodatkowo manipuluje kwestią kosztów. Podobnie wygląda sprawa odpowiedzi dotyczących braku ograniczeń kursów podczas ferii zimowych w styczniu 2021 roku. W czasie ferii w okresie pandemii nie ograniczano liczby linii, mimo niższej liczby pasażerów, całkowicie bez oglądania się na koszty. Natomiast zaraz po zakończeniu ferii, gdy dzieci i młodzież wróciły do szkół, nagle ograniczono kilka brygad, ale stało się to już po wydarzeniach związanych z próbą przeprowadzenia puczu w MPK, gdzie pewne portale namawiały kierowców do strajku.
Pragniemy też podkreślić, że niedopuszczalne są kolejne bezpodstawne ataki na struktury wewnętrzne spółki, w szczególności wymierzone w naszego przewodniczącego. Narracja ta została wykreowana już w 2021 roku, między innymi po to, aby nie dopuścić do przeprowadzenia audytu spółki – i jest kontynuowana do chwili obecnej. Jednocześnie służy ona jako uzasadnienie dla budowy nowej zajezdni oraz tworzenia przekazu, że spółka jest rzekomo zarządzana przez jedną osobę – i jeszcze w dodatku w sposób dyktatorski. Stanowczo podkreślamy, że są to kłamstwa i w razie ich kontynuacji spotkają się z naszej strony ze zdecydowaną reakcją. Ich prawdziwym celem jest dyskredytacja spółki, zaszczucie wybranych osób broniących firmy oraz odwrócenie uwagi od rzeczywistych działań miasta, które szkodzą zarówno MPK, jak i finansom samorządu.
Zapewniamy też, że stanowiska udziałowców, związków zawodowych oraz zarządu spółki są wypracowywane kolektywnie i bez żadnych podtekstów. Wielu z nas, związkowców, jest jednocześnie udziałowcami spółki, podobnie jak liczna grupa byłych pracowników posiadających udziały. Znamy sytuację przedsiębiorstwa, zakres prowadzonych działań oraz decyzje podejmowane przez zarząd. Znane były nam również działania związane z przetargiem, które opisywaliśmy zarówno w tym, jak i w poprzednich stanowiskach. W naszej ocenie istniało realne ryzyko umyślnego doprowadzenia spółki do poważnych turbulencji finansowych w czasie, gdy realizuje ona szeroko zakrojone inwestycje w ramach kontraktu inwestycyjnego. Dlatego nie zamierzamy ulegać politycznej narracji kreowanej przez określone środowiska biznesowo-polityczne działające w mieście. Szokujące są też dochodzące do nas sygnały, że obecnie prowadzone są rozmowy, a nawet zaawansowane działania w sprawie wywłaszczenia MPK z działki znajdującej się naprzeciwko bazy. W ostatnim czasie pracownicy spółki zaobserwowali, że poruszają się po tej działce osoby, które robią zdjęcia, o czym zarząd MPK nie został poinformowany. Teraz już wiemy, dlaczego miasto od prawie czterech lat nie zgadza się na scalenie działek, wymyślając co rusz jakieś problemy i przeszkody, podczas gdy w przypadku innych podmiotów załatwia się takie sprawy nawet w ciągu miesiąca. Nie zabraknie nam determinacji w obronie miejsc pracy oraz spółki, która została uratowana przed upadłością ogromnym wysiłkiem pracowników i udziałowców. Oczekujemy rzeczywistych, konstruktywnych rozmów, a nie działań pozorowanych, oraz odpowiedzi odnoszących się do faktów.
Nadal podtrzymujemy wszystkie postulaty zawarte w stanowisku z dn. 13.04.2026 r., w tym te dotyczące bezwzględnego przestrzegania podpisanego porozumienia kończącego w 2007 roku 18-dniowy strajk, podpisanej w oparciu o to porozumienie umowy, wstrzymania budowy drugiej zajezdni – przynajmniej do czasu zbadania możliwości wykorzystania przylegającej do bazy MPK i należącej do miasta działki, co byłoby tańsze dla miasta i podatników. Pośpiech ten tym bardziej nie jest pożądany ze względu na to, że przez najbliższe 6 lat autobusy obecnie zakupione ze środków KPO nie będą mogły na tej bazie parkować oraz korzystać z jej infrastruktury. Wciąż liczymy też na szybkie oraz adekwatne decyzje Rady Miasta dotyczące przeprowadzenia przez Komisję Rewizyjną kontroli w MPK, KASP oraz ZTM. Naszym celem jest zakończenie pojawiających się w przestrzeni publicznej oraz godzących w nasze dobre imię spekulacji i wyjaśnienie wszystkich wątpliwości. Alternatywą mogłoby być również powołanie przez Radę Miasta specjalnej komisji nadzwyczajnej z udziałem przedstawicieli wszystkich klubów rady miasta, po to by zapewnić pełną transparentność i obiektywizm prowadzonych działań.
Z poważaniem,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach
Firma wygasza działalność w Polsce i zwalnia ludzi.
Jak informuje portal finanse.wp.pl, firma Garo postanowiła wygaszać swoją działalność w Polsce.
Garo działa w Polsce od roku 1996 i jest częścią struktur szwedzkiej spółki. Firma produkuje w szczecińskim zakładzie wallboxy – stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Jeszcze dwa lata temu spółka zbudowała w Szczecinie nowy zakład i postrzegała nasz kraj jako przyszłościowy w ramach rozwoju elektromobilności. W starym zakładzie zatrudniała 160 osób, a po stworzeniu nowego docelowo miała zatrudniać ok. 300 osób.
Teraz zdecydowano o likwidacji zakładu. Potrwa ona do końca roku. Pracę straci cała załoga. Szefostwo firmy motywuje decyzję wzrostem płac w Polsce, choć zarazem zapowiada zwiększenie produkcji w swoich szwedzkich zakładach, gdzie płace są znacznie wyższe.
Przygotowania do referendum strajkowego.
Jak informuje portal Tysol.pl, w spółce Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich zakładowa „Solidarność” rozpoczęła przygotowania do referendum strajkowego. To skutek fiaska negocjacji z szefostwem firmy.
Od początku roku trwa spór o podwyżki płac. Związkowcy domagają się podniesienia wynagrodzeń o 12 procent. Od połowy lutego prowadzą formalny spór zbiorowy w tej sprawie. Kolejne rundy negocjacji, w tym prowadzone pod nadzorem ministerstwa pracy, nie przyniosły skutków. Szefostwo firmy oferuje „podwyżkę” w wysokości 3,6%, czyli de facto o wskaźnik inflacji. Płace w firmie są niskie, np. pracownik produkcji z 20-letnim stażem otrzymuje 4100 zł na rękę. Żadnych ustępstw na rzecz pracowników nie zaoferował nawet biorący udział w negocjacjach przedstawiciel globalnych władz koncernu. W efekcie 30 kwietnia mediator spisał protokół rozbieżności.
Kolejnym etapem sporu jest referendum strajkowe. Zakładowa „Solidarność” rozpoczęła zatem przygotowania do referendum strajkowego, wymaganego prawem przed rozpoczęciem protestu. Referendum odbędzie się nie tylko w zakładzie w Siemianowicach, ale także w należących do tego samego koncernu zakładach w Truskolasach i w Polkowicach.
„Solidarność” działa w zakładzie od roku 2022 i już przeprowadziła dwie skuteczne akcje strajkowe skutkujące podwyżkami.
Zwolnienia grupowe w zakładzie produkcji kotłów energetycznych.
Jak informuje portal Money.pl, zwolnienia grupowe mają zostać przeprowadzone w zakładzie firmy Enitec w Porębie koło Zawiercia.
Firma zajmuje się wytwarzaniem kotłów energetycznych, rur ożebrowanych i konstrukcji stalowych. Na początku maja władze firmy podjęły decyzję o zwolnieniach grupowych. Obejmą one około 70 osób. Zwolnienia ruszą wkrótce i potrwają do końca roku.
W niedzielę 17 maja pod Urzędem Miasta Poznania odbędzie się protest w sprawie rosnących kosztów komunikacji miejskiej. Postulaty protestujących to obniżenie ceny 15-minutowego biletu z 5 do 3 złotych oraz odpowiednie obniżki cen pozostałych biletów.
Organizatorzy walczą z marginalizacją komunikacji publicznej w Poznaniu. W ich ocenie ceny biletów są horrendalnie wysokie.
– „Władze miasta sukcesywnie podnoszą opłaty, a Jacek Jaśkowiak nazywa to «korektą«” – mówi Lulu koordynująca protest. – „Dostępne cenowo autobusy i tramwaje są podstawą codziennego funkcjonowania dziesiątek tysięcy Poznaniaków, w tym dzieci, seniorów, studentów, uczniów oraz osób w kryzysach. Apeluję: dołączajcie jak najliczniej! Prezydent i Rada Miasta muszą nas wreszcie wysłuchać!”.
Protest organizują Akcja Socjalistyczna, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Partia Zieloni, Poznańska Inicjatywa Pracownicza, Rozbrat, Ruch Klimatyczny Jazda. Odbędzie się on w niedzielę 17 maja, o godzinie 12.00, przy Placu Kolegiackim 17.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Krystian Andrzejewski from Pixabay
Amerykańska firma zamyka swój oddział w jednym z polskich miast.
Jak informuje Gazeta Wyborcza, amerykańska firma z sektora IT postanowiła zlikwidować swój oddział w Łodzi. Firma Stretto zajmowała się w łódzkim oddziale tworzeniem oprogramowania dla prawników i sektora restrukturyzacyjnego. Trafiało ono głównie do USA. Oddział istniał od roku 2011.
Władze firmy podjęły decyzję o likwidacji oddziału w związku z sytuacją w branży IT, którą od trzech lat uważają za kryzysową. Pracę straci ostatnich 44 zatrudnionych. Jeszcze rok temu pracowało tam 100 osób, ale były stopniowo zwalniane. Teraz pracę straci reszta załogi.
Zwolnienia grupowe w trzech zakładach jednej firmy.
Jak informuje gp24.pl, duże zwolnienia planuje spółka Unia Group. Firma z centralą w Bydgoszczy posiada w Polsce trzy zakłady, zajmujące się głównie produkcją sprzętu rolniczego.
Planowane zwolnienia w Unia Group mają wynieść 300-350 osób. W tym nawet 170 osób może stracić zatrudnienie w zakładzie Famarol w Słupsku. Spółka już zgłosiła planowane zwolnienia grupowe do urzędu pracy w Grudziądzu, ale jeszcze nie jest jasne, ile osób straci zatrudnienie w każdym z zakładów firmy.
Wielki niemiecki koncern zwalnia grupowo w swoim polskim oddziale.
Zwolnienia grupowe zapowiedział polski oddział Ringier Axel Springer Polska (RASP). Koncern zamierza zwolnić 12% ogółu osób zatrudnionych w jego polskiej strukturze. Obejmuje ona m.in. Onet, Fakt, Business Insider Polska, Forbes, Medonet, Newsweek, Noizz, Plejadę i Przegląd Sportowy.
Firma motywuje swoją decyzję sytuacją rynkową i zmianami technologicznymi, w tym sztuczną inteligencją. Zwolnienia grupowe mają potrwać do końca czerwca.
Poprzednie zwolnienia grupowe koncern przeprowadził w Polsce w roku 2022. Objęły one wtedy 160 osób. Teraz zwolnienia mają objąć 12% załogi, co oznacza około 140 zatrudnionych.
20-lecie ustawy o radach pracowników.
19 maja 2026 r. Sali Kolumnowej Sejmu RP odbędzie się VI Ogólnopolskie Forum Rad Pracowników – jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych roli pracowników w firmach. „Nowy Obywatel” objął wydarzenie patronatem medialnym.
Wydarzenie organizowane przez Obywatelski Akcelerator Innowacji we współpracy z Instytutem Spraw Obywatelskich i ESG PRO ma w tym roku wyjątkowy, jubileuszowy charakter – mija dokładnie 20 lat od uchwalenia ustawy o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji, potocznie nazywanej ustawa o radach pracowników (7 kwietnia 2006 r.).
Już ponad 100 osób zgłosiło swój udział. Liczba miejsc jest ograniczona – decyduje kolejność zgłoszeń. Udział jest bezpłatny. Zachęcamy do szybkiej rejestracji:
https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „20 lat temu Sejm dał pracownikom narzędzie do realnego wpływu na swoje miejsce pracy. Dziś pytamy: czy z tego narzędzia korzystamy? Forum ma pokazać praktyczne przykłady, jak rady pracowników mogą stać się prawdziwym partnerem dla pracodawcy, a nie tylko formalnością ustawową” – mówi Rafał Górski, prezes zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich. – „Podczas Forum dowiesz się m.in.: jak rozmawiać z pracodawcą, żeby być traktowanym poważnie, jak powołać radę pracowników w swojej firmie oraz jakie rozwiązania naprawdę sprawdzają się w innych organizacjach” – dodaje.
„Chcemy pokazać, jak w praktyce pracownicy mogą realnie wzmacniać przewagę konkurencyjną swoich firm. Chcemy zachęcać pracowników i pracodawców do zakładania Rad Pracowników 2.0” – zauważa Mariusz Ławnik, ekspert ds. rad pracowników z Obywatelskiego Akceleratora Innowacji.
Program Forum – dużo praktyki
10:15–10:45
Otwarcie Forum – 20 lat ustawy
Rafał Górski, Prezes Zarządu, Instytut Spraw Obywatelskich
10:45–11:00
Przywitanie
Włodzimierz Czarzasty*, Marszałek Sejmu RP
Joanna Wicha, Posłanka KP Lewicy
11:00–12:30
Panel I: Rada pracowników 2.0 – prawdziwy partner w rozwoju firmy
Jak budować silną pozycję rady jako partnera dla zarządu? Jaką rolę może odgrywać rada w strategii firmy i budowaniu przewagi konkurencyjnej?
Uczestnicy:
– Karolina Woźniczko, Dyrektor, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
– Janusz Trupinda, Dyrektor, Muzeum Zamkowe w Malborku
– Aleksandra Nowacka-Leverton, Wiceprezes, De Gruyter Brill
– Witold Buraczyński, Ekspert, ESG PRO
13:30–15:00
Panel II: Skuteczna rada pracowników w praktyce
Doświadczenia członków rad pracowników z całej Polski – co działa, a co nie sprawdza się w codziennej pracy rady.
Członkowie rad pracowników m.in. z:
– Lincoln Electric Bester
– Muzeum Zamkowego w Malborku
– ArcelorMittal SSC
oraz Roman Rostek, Centrum Wspierania Rad Pracowników
W programie także:
– dwie sesje pytań i odpowiedzi z udziałem publiczności
– możliwość wymiany doświadczeń z praktykami
– networking z osobami zainteresowanymi tematem rad pracowników
Dla kogo jest to wydarzenie?
– Członków rad pracowników
– Osób, które chcą założyć radę w swojej firmie
– Przedstawicieli zarządów i działów HR
– Wszystkich zainteresowanych realnym dialogiem pracownik – pracodawca
– „W Forum weźmie udział blisko 200 osób z całej Polski. Będzie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, networkingu i zdobycia konkretnych narzędzi. Jeśli chcesz mieć większy wpływ na to, co dzieje się w Twojej pracy – to dobry moment, żeby zrobić pierwszy krok” – zachęca Mariusz Ławnik.
Każdy uczestnik Forum otrzyma bezpłatnie publikację „Bezrobocie technologiczne. Fakty i mity”, w której eksperci przyglądają się realnym zagrożeniom automatyzacji, AI i zarządzania algorytmicznego oraz szukają odpowiedzi na pytanie, jak przygotować pracowników i organizacje na nadchodzące zmiany technologiczne. W publikacji znajdują się m.in. wywiady z prof. Małgorzatą Jacyno z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą Prezydenta RP oraz dr Henryką Bochniarz z Konfederacji Lewiatan.
Udział jest bezpłatny. Rejestracja: https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „Boisz się zgłaszać uwagi lub pomysły w firmie? W Polsce wielu pracowników milczy – boją się reakcji kierownika. Jest na to rozwiązanie. W firmach od 50 osób możesz powołać radę pracowników. Dzięki niej masz prawo zgłaszać uwagi, pomysły i innowacje bezpośrednio do zarządu, pomijając swojego przełożonego. To daje ci anonimowość i poczucie bezpieczeństwa – twój głos może w końcu dotrzeć tam, gdzie naprawdę się liczy. Rada pracowników to prosty, legalny sposób na realny wpływ na firmę. Nie musisz już milczeć” – mówi Rafał Górski.
– „Szanowni Państwo z Zarządów – jeśli szukacie realnego źródła przewagi konkurencyjnej, nieocenionych danych operacyjnych z pierwszej linii i sposobu na znaczące obniżenie rotacji oraz marnotrawstwa – przyjdźcie na Forum. Rada Pracowników w modelu 2.0 może stać się Waszym wewnętrznym Task Force, który dostarcza konkretny, mierzalny zwrot z inwestycji i pomaga budować firmę, w której pracownicy realnie czują się partnerami” – dodaje Mariusz Ławnik.
Organizatorzy:
Obywatelski Akcelerator Innowacji
ESG PRO
Instytut Spraw Obywatelskich
Patronat medialny objęli dotychczas:
PAP, HR Polska, Tygodnik Spraw Obywatelskich, Marka Pracodawcy, ESG trends, Kompas ESG, Nowy Obywatel.
NielsenIQ, największy gracz w sektorze badań rynku, od początku roku przeprowadza liczne zwolnienia w warszawskim oddziale firmy.
Mimo że do likwidacji wyznaczono ponad 100 stanowisk, pracodawca omija obowiązki wynikające z ustawy o zwolnieniach grupowych, prowadząc zwolnienia w rozłożonych na dwa lata, niewielkich transzach. Cały proces został przez zarząd spółki okraszony nazwą „tranzycja”.
Informacja o restrukturyzacji została przekazana pracownikom dwóch pionów operacyjnych z Warszawy. Jednak z informacji otrzymanych przez związek zawodowy OZZ „Inicjatywa Pracownicza” od zatrudnionych osób wynika, że z pracą żegnają się również inne, niewymieniane w oficjalnej komunikacji wewnętrznej mniejsze zespoły oraz indywidualni pracownicy z nawet kilkunastoletnim stażem.
– „Komunikacja zarządu w sprawie zwolnień jest zdawkowa. Zarząd nie używa do tego celu poczty elektronicznej, a umawia pracowników na stacjonarne i nierejestrowane w żaden sposób sesje pytań i odpowiedzi, mimo że wszyscy pracujemy w trybie hybrydowym lub całkowicie zdalnym” – mówi Jan Złotnicki, członek związku zawodowego OZZ „Inicjatywa Pracownicza”.
– „Co więcej, najwyraźniej ze względu na nadmierne zainteresowanie sprawą przez samych pracowników i zadawanie przez nich niewygodnych pytań, zarząd zrezygnował z prowadzenia nawet tego rodzaju komunikacji i nabrał wody w usta. Obecnie pracownicy są informowani o szczegółach wyłącznie przez bezpośrednich przełożonych, również zresztą objętych procedurą zwolnień. Efektem są, zdaniem zgłaszających się do nas pracowników, przekazywanie niespójnych, niepełnych lub spóźnionych informacji i niepewność u wystarczająco już poruszonych pracowników” – relacjonuje związkowiec.
Firma otwarcie przyznaje przed pracownikami, że przyczyną redukcji zatrudnienia w Polsce jest przenoszenie stanowisk na dużo tańszy rynek w Indiach. Co więcej, pozostający na tę chwilę na stanowiskach polscy pracownicy zostali zobowiązani do przeszkolenia swoich indyjskich następców ze wszystkich wykonywanych do tej pory procedur.
Według informacji związkowców, szkolenia te są umawiane bez żadnych konsultacji z mającymi je prowadzić pracownikami, bez poszanowania okresów świątecznych w Polsce i bez zapewnienia odchodzącym pracownikom jakiegokolwiek przygotowania czy materiałów szkoleniowych. Zarząd oczekuje, że osoby, które nigdy nie aplikowały na stanowiska szkoleniowe, mają z dnia na dzień przeobrazić się ze specjalistów w dziedzinie analizy danych w nauczycieli z językiem obcym. Wszystko to w standardowych godzinach pracy i bez najmniejszego nawet ograniczenia dotychczasowych, regularnych obowiązków.
Sytuacja w firmie jest tym bardziej niepokojąca, że pracodawca od co najmniej roku zaprzestał stosowania się do ustawowego obowiązku konsultowania zwolnień pracowników ze związkami, pomimo potwierdzenia takiego wymogu podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy. Według informacji przedstawicieli OZZ „IP” w przeciągu ostatniego półtora roku pracodawca ani razu nie powiadomił związku o zamiarze rozwiązania umowy z pracownikiem, ani nie umożliwił przeprowadzenia wymaganej przez prawo konsultacji zwolnień.
Przedruk (ze skrótami) za: https://ozzip.pl/
Niemal 200 osób straci pracę w wyniku likwidacji zakładu.
Jak informuje portal Tysol.pl, nowy właściciel zakładu Eisberg w Legnicy podjął decyzję o likwidacji tego podmiotu. W efekcie pracę ma stracić cała załoga, niemal 200 osób. Zakład działał od roku 1992 i był dużym producentem sałatek. Jego kontrahentami byli m.in. McDonald’s, Biedronka i Lidl.
Pół roku temu zakład kupiła firma Green Factory. Teraz nagle ogłosiła ona zamiar likwidacji przedsiębiorstwa. Tłumaczy tę decyzję rzekomo wysokimi kosztami modernizacji. Wedle szefostwa firmy wielkich nakładów wymaga dostosowanie zakładu do wymagań przeciwpożarowych. Wcześniej ta sama firma obiecywała inwestycje i rozwój.
Przez trzy dni związkowcy będą protestować pod siedzibą wielkiej sieci dyskontów.
Jak informuje Portal Spożywczy, OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiada trzydniowy protest pod główną siedzibą sieci handlowej Dino. To kolejny etap sporu z szefostwem firmy i odpowiedź na jego lekceważące zachowania.
Od kilku miesięcy trwa spór w dużej i największej kapitałowo polskiej sieci handlowej Dino. W sklepach tej sieci zaczął działać związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu, który działa już m.in. w sieciach Kaufland, Rossmann, Biedronka i tam upomina się o poprawę sytuacji pracowników. Teraz przyszedł czas na Dino.
Po powstaniu struktur związkowych w tej sieci okazało się, że nie ma w niej Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych, na czym firma oszczędza wiele milionów złotych. Szefostwo Dino nie zgadza się także na podwyżki płac, zwiększenie obsady sklepów i poprawę warunków zatrudnienia. W okresie zimowym nie zapewniano nawet odpowiedniego ogrzewania sklepów, co zostało udokumentowane i ukarane przez instytucje kontrolne. Państwowa Inspekcja Pracy udokumentowała 1300 naruszeń prawa w Dino.
Związkowcy wszczęli spór zbiorowy z zarządem sieci. Ich postulaty są całkowicie odrzucane. Dotychczas firma na serio nie wzięła udziału w negocjacjach. Po kolejnych miesiącach lekceważenia protestów związkowych w sieci odbył się 25 kwietnia strajk ostrzegawczy. Dwa dni później szefostwo firmy całkowicie zlekceważyło polskie prawo i nie stawiło się na spotkaniu negocjacyjnym z mediatorem wyznaczonym przez ministerstwo pracy.
Związkowcy zapowiedzieli kolejne kroki. Trwają przygotowania do strajku generalnego w sklepach sieci. Wcześniej, w dniach 25-27 maja będą trwały protesty pod główną siedzibą firmy w Krotoszynie.
Po likwidacji produkcji w dużym zakładzie teraz upada jego kontrahent.
Jak informuje radio PiK, upadłość ogłosiła firma Elektrorem z Janikowa koło Inowrocławia. Pracę straci w niej 51 osób. Przedsiębiorstwo zajmowało się automatyką przemysłową i elektryką. Działało od roku 1993.
Upadłość firmy to pokłosie wcześniejszych problemów jej głównego zleceniodawcy. W ubiegłym roku w Janikowie nastąpiło wygaszenie produkcji w dużym zakładzie Qemetica, zatrudniającym kilkaset osób. Zakład produkcji wyrobów sodowych został postawiony w stan hibernacji – zatrzymano pracę, zwolniono niemal całą załogę, ale obiekty i urządzenia zachowano w postaci gotowej do wznowienia produkcji. Qemetica zaprzestała produkcji po wielokrotnych bezskutecznych apelach do rządu o ochronę polskiego rynku przed tanim importem z krajów, które, mimo nałożonych sankcji, wykorzystują surowce i półprodukty z Rosji.
Po wygaszeniu produkcji w Qemetice okazało się, że Elektrorem stracił podstawy funkcjonowania – zakład sodowy był głównym zleceniodawcą dla tej firmy, zajmującej się remontem i konserwacji urządzeń elektrycznych, silników, linii przesyłowych itp.
Fabryka mebli znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe.
Fabryka Zorka w Jeleniej Górze znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe. To kolejna redukcja zatrudnienia w firmie w tym roku.
W styczniu Zorka przeprowadziła zwolnienia grupowe, które objęły 132 osoby. Zakład produkujący meble motywował to spadkiem popytu, a dokładnie biorąc redukcją zamówień od głównego kontrahenta, jakim od dekad jest koncern Ikea. Jeszcze nie umilkły echa tamtych zwolnień, a firma ogłosiła kolejne.
Tym razem do urzędu pracy Zorka zgłosiła zwolnienia grupowe dotyczące aż 233 pracowników. Firma straciła znaczną część zamówień z Ikei, a jej przychody zmalały w ciągu roku o 43%. Skutkiem tego są masowe zwolnienia pracowników, firma zamierza także zlikwidować jeden ze swoich oddziałów i skoncentrować produkcję w jednym obiekcie.
Jak informuje portal drewno.pl, w ciągu roku zatrudnienie w większych firmach meblarskich (powyżej 10 pracowników) zmalało o ponad 3000 osób.
Niemal 100 osób straciło pracę z powodu likwidacji zakładu.
Jak informuje portal WP Finanse, upadła spółka Grant z Ostrowca Świętokrzyskiego. Zakład powstał w roku 2000 i zajmował się wytwarzaniem ciężkich konstrukcji stalowych oraz maszyn i urządzeń przemysłowych. W czasach świetności cała spółka zatrudniała kilkaset osób, a jej kontrahentami były m.in. Huta Celsa w Ostrowcu, KGHM, Arcelor Mittal, Jastrzębska Spółka Węglowa.
Pracę w likwidowanej firmie straciły 92 osoby. Nie otrzymały one pensji za luty. Zaległości wobec pracowników wynoszą 1,6 mln złotych, a wobec ZUS-u i urzędu skarbowego wynoszą one 12 milionów.
Duży koncern zwalnia pracowników w kolejnym ze swoich zakładów.
Jak informuje Portal Spożywczy, dużą redukcję zatrudnienia przeprowadzi koncern Ikea w swoim zakładzie produkcyjnym w Wielbarku. Niedawno informowaliśmy o tym, że z zakładu Ikei w Goleniowie zostanie zwolnionych około 160 osób. Teraz jeszcze gorsze wieści nadeszły z Wielbarka.
W tamtejszym zakładzie Ikea Industry pracę ma stracić 240 osób. To duży odsetek całej załogi, wynoszącej 1500 pracowników. Rozpoczęto już procedurę zwolnień grupowych, które potrwają do końca kwietnia. Oprócz zwolnień zlikwidowana zostanie w większości działów zakładu trzecia zmiana. Takie decyzje to skutek malejącej skali popytu na produkty firmy.
Znacznie przybyło firm planujących redukcję zatrudnienia.
Jak informuje Business Insider na podstawie raportu „Barometr Rynku Pracy 2026”, opracowanego przez Gi Group Holding na podstawie badań wśród pracodawców, przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW, rośnie skala niekorzystnych tendencji na rynku pracy.
W najbliższym kwartale tylko niespełna 14% przedsiębiorstw w Polsce planuje zwiększenie zatrudnienia. Rok temu w tym samym okresie było ich niemal 17% ogółu. Odsetek firm planujących wkrótce zwolnienia wynosi obecnie niemal 10% – jest to dwukrotny wzrost wobec sytuacji rok temu.
Zwiększanie zatrudnienia deklarują przede wszystkim firmy średnie i duże – wśród nich to odpowiednio 14 i 16% wszystkich przedsiębiorstw. Rok temu analogiczne wskaźniki wynosiły wśród nich jednak 20 i 19%. Aż ponad 16% ogółu ankietowanych deklarujących nowe rekrutacje wskazywało, że będą poszukiwały nowych kadr zarządzających, a nie „zwykłych” pracowników.
Zwolnienia grupowe w polskim zakładzie wielkiego koncernu.
Jak informuje portal Tysol.pl, duże zwolnienia w jednym ze swoich polskich zakładów przeprowadzi koncern Ikea.
Pracę stracą osoby zatrudnione w zakładzie Ikea Industry w Goleniowie. Zakład wytwarza meble sosnowe z serii Hemnes i Idanas: szafy, komody, biurka, łóżka, regały itp. Jest jednym z największych zakładów w mieście.
Zwolnienia grupowe zostały już zgłoszone do urzędu pracy. Zatrudnienie ma stracić około 160 osób – zarówno pracownicy produkcyjni, jak i osoby ze stanowisk biurowo-administracyjnych. To bardzo duża redukcja zatrudnienia, bo cała załoga zakładu liczy dzisiaj około 570 osób.
Półtora setki osób straci pracę.
Jak informuje portal gp24.pl, duże zwolnienia przeprowadzi firma Markos działająca w Głobinie koło Słupska. Przedstawiciele firmy twierdzą, że przyczyną zwolnień jest „trudna sytuacja finansowa firmy wynikająca z niewystarczających przychodów”.
Firma Markos wytwarza komponenty dla przemysłu ciężkiego, energetycznego, morskiego i rekreacyjnego. Produkuje głównie materiały kompozytowe wzmacniane włóknem szklanym. Działa od 30 lat. Przed dwoma laty większość udziałów w firmie nabyła Grupa Axopar z Finlandii.
Szefostwo firmy zgłosiło już zwolnienia grupowe do urzędu pracy w Słupsku. Zatrudnienie ma stracić aż 150 osób na 800 pracujących w zakładzie. Zwolnione mają zostać głównie osoby wykonujące prace administracyjne i specjalistyczne, w tym m.in. pracowników działów zaopatrzenia, zarządzania, płac, marketingu i logistyki, inżynierowie, technicy i księgowi.
Działająca w zakładzie „Solidarność” stara się o zmniejszenie skali planowanych zwolnień oraz o zapewnienie zwalnianym lepszych warunków odejścia z pracy niż wynosi minimum wymagane polskim prawem.
Konstrukcja podatku od sprzedaży detalicznej napędza zastępowanie etatów franczyzą. Skutek: niższe płace, mniej miejsc pracy, miliardowa luka w finansach publicznych.
Podatek od sprzedaży detalicznej (PSD), wprowadzony w 2021 r., obciąża sieci handlowe osiągające ponad 17 mln zł przychodu miesięcznie. Sklepy działające w modelu franczyzowym są z niego wyłączone – niezależnie od tego, jak ściśle są powiązane z siecią. Ta luka stworzyła systemową zachętę do zastępowania umów o pracę umowami franczyzowymi. Łączny koszt fiskalny tego mechanizmu Instytut Finansów Publicznych szacuje nawet na ok. 7,5 mld zł rocznie – wynika z raportu opublikowanego przez IFP we współpracy ze Stowarzyszeniem Ajentów i Franczyzobiorców (SAiF) oraz Krajowym Sekretariatem Banków, Ubezpieczeń i Handlu NSZZ „Solidarność”.
Kluczowe liczby:
● ok. 7,5 mld zł – szacowana roczna luka fiskalna (górna granica)
● minus 9 940 etatów – spadek zatrudnienia w handlu detalicznym po wprowadzeniu PSD
● minus 543 zł – spadek przeciętnego wynagrodzenia brutto w handlu (miesięcznie)
● +18 416 – wzrost liczby mikropodmiotów prowadzących 1–2 sklepy
● 859 zł/mies. – korzyść fiskalna sieci z zastąpienia jednego etatu umową franczyzową (10 310 zł rocznie; w 2026 r. wzrośnie do 985 zł)
Jak działa mechanizm: Sieć integrująca sklepy w jednej spółce płaci PSD. Sieć, która „rozparceluje” te same sklepy między niezależnych franczyzobiorców – nie płaci. Reszta wyników ekonomicznych jest taka sama: te same marki, dostawy, system informatyczny, polityka cenowa, itd. Różnica tkwi wyłącznie w konstrukcji prawnej.
Komisja Europejska wskazywała problem już w 2017 r. Najnowszy raport IFP po raz pierwszy mierzy konkretne skutki tej luki dla rynku pracy i budżetu państwa. – „Nie jesteśmy przeciwko franczyzie. Sami jesteśmy franczyzobiorcami. Dlatego nie możemy akceptować, że państwo udaje, że nie widzi, jak ryzyko biznesowe jest przerzucane na ludzi na dole drabiny, którzy nie mają siły negocjacyjnej. W ten sposób unika się podatków, które płacą uczciwe sklepy. Te pieniądze powinny trafić do budżetu państwa. 7,5 miliarda złotych rocznie. Tyle dziś brakuje w szpitalach, szkołach i na drogach, bo prawo pozwala sieciom handlowym omijać podatek, do którego płacenia zobowiązany jest każdy konkurent który nie jest franczyzą. Ale to nie spór o franczyzę. Raczej o to, czy jesteśmy cywilizowanym krajem, gdzie wszyscy grają według tych samych reguł i nie ma podmiotów ponad prawem” – mówi Agnieszka Nowak, Prezeska Stowarzyszenia Ajentów i Franczyzobiorców.
Autorzy raportu zaznaczają, że dziś nie jest możliwe precyzyjne oddzielenie tej części luki, która wynika z optymalizacji podatkowej, od organicznego rozwoju franczyzy – bo żaden urząd nie zbiera danych pozwalających to ustalić. Dlatego pierwszym krokiem naprawczym powinno być rozszerzenie obowiązków sprawozdawczych sieci franczyzowych wobec organów podatkowych i statystycznych. Drugim – uporządkowanie, przy pomocy ustawy, statusu prawnego franczyzy w prawie cywilnym i pracy.
Raport został przygotowany przez:
Instytut Finansów Publicznych (IFP) Działający na rzecz pożytku publicznego ośrodek analityczny. Reprezentuje interes społeczeństwa i obywateli oraz aktywnie uczestniczy w debacie publicznej. Jest niezależną i apartyjną organizacją pozarządową, która stawia sobie za główne cele m.in. monitoring stanu finansów publicznych, fact-checking i przeciwdziałanie populizmowi w życiu publicznym oraz wspieranie demokracji, praworządności i społeczeństwa obywatelskiego.
Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców (SAiF) powstało w 2020 roku w celu zapewnienia wsparcia i pomocy osobom poszkodowanym przez sieci franczyzowe, przede wszystkim działające w handlu. Członkinie i członkowie Stowarzyszenia reprezentują liczną grupę osób, które brutalnie zderzyły się z funkcjonowaniem tego modelu biznesowego.
Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” (KSBHiU) – branżowa jednostka organizacyjna NSZZ „Solidarność” — jeden z krajowych sekretariatów branżowych, który skupia zakładowe organizacje związkowe działające w sektorach: bankowości, handlu detalicznego i hurtowego oraz ubezpieczeń. Jego rola to reprezentowanie i koordynowanie działań związkowych w tych sektorach na poziomie ogólnopolskim: negocjacje branżowe, legislacja, uczestnictwo w dialogu społecznym. Zrzesza organizacje zakładowe m.in. w Biedronce, Carrefour, Kaufland, Amazon, Castoramie, Makro, Dino, Pepco i Stokrotce.
Cały raport można pobrać tutaj: https://drive.google.com/file/d/1lhNy5BCsc1zccioooQ3vQu12lxX1HKgK/view?usp=share_link
Kolejna odsłona konfliktu spółki pracowniczej i związkowców z liberalnymi władzami miasta.
Prezentujemy stanowisko przedstawicieli związkowców i pracowników MPK Kielce skierowane do prezydent tego miasta. Stanowi ono kolejny etap sporu pracowników z liberalnymi władzami miasta.
Kielce, dn. 13.04.2026 r.
Sz.P. Agata Wojda
Prezydent Miasta Kielce
Stanowisko Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji w Kielcach dotyczące politycznych działań miasta wymierzonych w MPK Kielce
Szanowna Pani Prezydent,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach stanowczo nie zgadza się z treścią udzielonej odpowiedzi z dnia 11 lutego 2026 r. Protestujemy również przeciwko niepoważnemu traktowaniu spółki pracowniczej. Nie do zaakceptowania jest to, w jaki sposób traktowani jesteśmy jako udziałowcy i pracownicy. Wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec sposobu prowadzenia dialogu z MPK, o którym tak szeroko mówiono podczas grudniowej sesji Rady Miasta. Już przebieg zapowiadanego spotkania – pierwotnie planowanego tuż po świętach, a ostatecznie zwołanego na 5 lutego 2026 r. – pokazał, że mieliśmy do czynienia raczej z politycznym scenariuszem niż realną wolą rozmowy. W trakcie tego spotkania nie tylko nie umożliwiono przedstawicielom spółki odniesienia się do spornych kwestii, jak również nie podjęto żadnej próby wypracowania porozumienia. Co więcej, padły tam zdumiewające stwierdzenia, że wypowiedzi przedstawicieli miasta i instytucji mu podległych z grudniowej sesji nie miały charakteru pytań, lecz „bezdyskusyjnych stwierdzeń”. W związku z tym rodzi się zasadnicze pytanie: jaki był cel publicznego formułowania – w obecności pracowników MPK i mediów – zarzutów wobec spółki w formie pytań, skoro nie przewidywano możliwości udzielenia na nie odpowiedzi? Dlaczego, stroniąc od konstruktywnej rozmowy, jednocześnie wcześniej tak wiele mówiono o potrzebie dialogu, a nawet wskazywano na konieczność zmian przepisów, które rzekomo uniemożliwiały udzielenie nam odpowiedzi podczas grudniowej sesji Rady Miasta – czy zmiany te w ogóle zostały podjęte? Nie znajduje zatem żadnego uzasadnienia fakt, że zapewniano pracowników o możliwości szczegółowego odniesienia się do zarzutów podczas spotkania, skoro w praktyce taka możliwość nie została dana. Taka postawa budzi nasze głębokie rozczarowanie, a sposób potraktowania przedstawicieli spółki odbieramy jako lekceważący i upokarzający.
Z całą stanowczością podtrzymujemy nasze stanowisko, że od wielu lat wobec spółki pracowniczej prowadzone są działania jednoznacznie wskazujące na to, że mają one charakter polityczny, dyskredytujący, ukierunkowany na jej osłabienie oraz zdestabilizowanie finansów spółki. Nie do przyjęcia dla nas jest także stwierdzenie, że wszyscy przewoźnicy realizujący usługi na terenie Kielc są traktowani w sposób równy, gdyż podejmowane przez władze miasta działania – a przede wszystkim przez ZTM – przeczą tej tezie. Dziesiątki skarg, które kierowane są przez zdezorientowanych pasażerów do służb MPK zamiast do operatora z Lublina, są odnotowane w naszej dokumentacji i były przekazywane do ZTM, nie znalazły odzwierciedlenia w wykazie kar. Dotyczy to licznych przypadków świadczących o niesprawności taboru, w tym wielu sytuacji związanych z niedziałającymi tablicami kierunkowymi, obowiązkowym ubiorem kierowców itd. ZTM na przykład uchyla się od odpowiedzi na pytanie, czy zabezpieczono nagrania z dnia wskazanego w skardze pasażera, który zwrócił uwagę na to, że widział tego samego kierowcę prowadzącego ten sam pojazd zarówno o godz. 5:00 rano, jak i o godz. 20:00 wieczorem, co mogłoby świadczyć o łamaniu przepisów o czasie pracy kierowców. Jako związkowcy jesteśmy zszokowani tym, że organizator transportu nie reaguje na tego typu doniesienia.
Niepokojące jest również to, że mimo obowiązków wynikających z umowy, ZTM nie wykazuje zainteresowania stanem technicznym autobusów — a nawet tym, czy faktycznie wciąż znajdują się one w eksploatacji. Przykładem jest pojazd o numerze bocznym 1219, który od lat nie wykonuje przewozów, nie ma go na zajezdni, a mimo to miasto ponosi koszty jego ubezpieczenia i nie potrafi dokładnie wskazać, gdzie ten autobus się znajduje. Sytuacja ta budzi poważne wątpliwości i trudno ją określić inaczej niż jako kuriozalną. Co więcej, bez reakcji pozostają także inne przypadki naruszeń — wynikające nie tylko z zapisów umowy, ale i przepisów ruchu drogowego. Dotyczy to między innymi wielotygodniowego parkowania pojazdów w zatokach autobusowych zamiast na terenie bazy, co miało na celu ograniczenie kosztów dojazdowych. ZTM nie dość, że nie podjął żadnych działań w tej sprawie – mimo wielokrotnych zgłoszeń – i akceptował takie praktyki przez wiele tygodni, wraz z innymi służbami miejskimi, tj. Straż Miejska, to jeszcze gdy sytuacja zaczęła się stawać niebezpieczna, podjął kuriozalną decyzję o zgodzie na parkowanie tych autobusów na dworcu po skończeniu porannego szczytu, mimo że żadna linia nie ma tam ani swojego końca, ani początku. Ten oraz wiele innych przypadków świadczą o ewidentnym faworyzowaniu konkurencji, gdyż takie praktyki pozwalały przewoźnikowi na ograniczanie kosztów dojazdowych, które w obecnie realizowanym kontrakcie ponosi przewoźnik. A biorąc pod uwagę, że konkurencyjny operator dysponuje bazą zlokalizowaną na obrzeżach miasta — co z jednej strony obniża koszty dzierżawy terenu, lecz z drugiej generuje wyższe koszty dojazdów — można zasadnie przypuszczać, że to właśnie ten czynnik wpłynął na zmianę przez ZTM zasad związanych z kosztami dojazdowymi w przetargu na obsługę linii autobusami elektrycznymi. W efekcie, znaczne koszty dojazdowe będą teraz pokrywane ze środków publicznych, a więc de facto przez kieleckich podatników.
Równym traktowaniem wszystkich podmiotów obsługujących linie komunikacyjne w Kielcach nie jest także proceder przerzucania linii z tańszego kontraktu inwestycyjnego realizowanego przez MPK do kontaktu droższego obsługiwanego przez firmę BP Tour Regio – i to jeszcze gorszym taborem. Działania te do chwili obecnej są przykrywane polityczną narracją, że MPK nie przystąpiło do przetargu – w ten oto sposób zrzuca się winę na przewoźnika, jednocześnie go niszcząc. Wystarczy powiedzieć, że 2025 był kolejnym rokiem, w którym za sprawą decyzji ZTM Kielce operator BP Tour Regio na znacznie droższym kontrakcie przekroczył limit wozokilometrów w dwóch zadaniach na trzy realizowane (a w jednym znacząco). Należy też podkreślić, że był to kolejny, już siódmy rok z rzędu, gdzie MPK Kielce na kontrakcie inwestycyjnym nie osiągnęło nawet limitu wozokilometrów, nie mówiąc już o wykorzystaniu milionowej rezerwy. Są to ewidentne działania polityczne, na których traci kielecki podatnik – bazując na powyższych faktach mamy prawo sądzić, że przez takie praktyki (zabieranie setek tysięcy kilometrów z kontraktu inwestycyjnego) celowo blokowany jest rozwój rodzimej spółki MPK. Nie do zaakceptowania pozostaje również fakt, że ZTM przedłużył na kolejne miesiące – na wszystkie trzy zadania – kontrakt z lubelskim podmiotem. Stało się to mimo trwających od trzech lat protestów MPK oraz złożonej skargi w tej sprawie, którą – co należy przypomnieć – Rada Miasta uznała za zasadną, a także pomimo tego, że firma ta realizuje usługi za znacznie wyższą kwotę. Szczególnie istotne jest to, że tą decyzję podjęto w sytuacji, gdy MPK dysponowało rezerwami przekraczającymi milion wozokilometrów, co dodatkowo podważa zasadność takiego rozstrzygnięcia. Nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia takich działań – podane fakty bezwzględnie wskazują na ich dywersyjny charakter wobec przedsiębiorstwa, które realizuje usługi na rzecz mieszkańców Kielc od 75 lat, jak i miasta ponoszącego z tego tytułu nieuzasadnione bardzo duże wydatki. To tylko pokazuje skalę marnotrawstwa środków publicznych. Jesteśmy przekonani, że powinna Pani na to zareagować, zwłaszcza że w odpowiedzi na nasze pismo wskazuje Pani, że jest „odpowiedzialna za racjonalne wykorzystanie środków publicznych”.
Warto też przypomnieć, że gdy oba kontrakty realizowało MPK, dochodziło do przesuwania linii z droższego kontraktu inwestycyjnego do tańszego i niewymagającego nakładów. Tę praktykę stosowano nawet w okresie pandemii – tłumacząc się brakiem środków – kiedy kontrakt inwestycyjny został dodatkowo znacząco ograniczony, a spółka mimo to była zobowiązana do spłaty rat leasingowych. Co więcej, na MPK wówczas nakładano kary, podczas gdy innym z powodu trwającej pandemii je umarzano – tak jak wtedy, gdy operatorowi z Lublina ZTM „darował” prawie 1,5 milionową karę za nieterminowe przystąpienie do realizacji kontraktu (w październiku 2023) – i jeszcze do realizowanego kontraktu w ramach procedury przetargowej dokładano kolejne miliony złotych. Trudno uznać tego typu działania za przejaw równego traktowania podmiotów. Takie postępowanie jest niespotykane w całym kraju – w żadnym innym mieście, gdzie usługi realizował ten operator, jako podmiot zewnętrzny, nie mógł on liczyć na takie przywileje i faworyzowanie, na skutek którego tracili lokalni przewoźnicy.
Równie skandaliczna była kolejna sytuacja, która miała miejsce w okresie globalnej pandemii. Wówczas władze miasta – powołując się na względy finansowe – odmówiły przekierowania kilkunastu brygad kończących i rozpoczynających kursy na ul. Puscha, gdzie nie było dostępu do wody i toalet (co ciekawe, miasto podjęło tą decyzję tłumacząc się względami sanitarnymi) na oddalony o zaledwie kilometr i wyposażony w pomieszczenia socjalne mini dworzec, który został wybudowany właśnie w tym celu. Decyzja ta uderzyła bezpośrednio w pracowników spółki, a pośrednio także w mieszkańców, na rzecz których świadczone są usługi transportowe. Sprawa wywołała ogromne emocje – nie tylko wśród załogi, ale również w całym kraju, stając się symbolem sposobu, w jaki władze Kielce potraktowały własnych mieszkańców i pracowników w czasie dużego zagrożenia epidemicznego.
My, związkowcy, będący również w większości udziałowcami, pragniemy zaznaczyć, że zawsze zależało nam i nadal zależy na tym, aby przedstawiciel miasta zasiadał w radzie nadzorczej MPK Kielce. Z tego co nam wiadomo, na spotkaniu w dn. 5 lutego 2026 r. osoba reprezentująca większościowego udziałowca zadeklarowała, że zrobi wszystko, aby przekonać wymaganą większość z 450 udziałowców spółki pracowniczej do podjęcia decyzji o ponownym powołaniu przedstawiciela miasta do rady nadzorczej. Jednocześnie pragniemy podkreślić, że przedstawiciel miasta zasiadał w radzie nadzorczej MPK nieprzerwanie od zawarcia umowy aż do 2024 roku, kiedy po powołaniu na stanowisko wiceprezydenta zrezygnował z tej funkcji – odbyło się to w sytuacji, gdy miasto już wcześniej nie respektowało podpisanego porozumienia postrajkowego oraz zapisów zawartej umowy kupna-sprzedaży. Warto też przypomnieć, że publiczne wypowiedzi przedstawiciela miasta w radzie nadzorczej wygłaszane na sesjach Rady Miasta (co wzbudziło nawet zdziwienie niektórych radnych), m.in. o niepewnej przyszłości MPK związanej z nieprzystąpieniem do przetargu i możliwej przegranej w przetargu w kolejnych latach nie tylko stały w sprzeczności z przepisami zawartymi w Kodeksie Spółek Handlowych, ale też godziły w wizerunek spółki. Ponadto jako członek rady nadzorczej znał on rzeczywiste przyczyny nieprzystąpienia do przetargu przez MPK. Nadmienić należy, że przedstawiciel miasta sam zobowiązał się do zorganizowania spotkania właścicielskiego między mniejszościowym a większościowym udziałowcem dotyczącego tej właśnie sprawy (przerzucania linii między kontraktami), które ostatecznie się nie odbyło, a było kluczowe w toczącym się postępowaniu przetargowym, w którym MPK nie wzięło udziału. Również wówczas miasto nie wyciągnęło żadnych wniosków z pisma z dn. 20 stycznia 2023 r. kierowanego do ZTM Kielce, które dotyczyło przerzucania linii z kontraktu na kontrakt – i to w trakcie odbywającego się wówczas przetargu. Zlekceważono także pismo zarządu spółki do Prezydenta Kielc, które wpłynęło do urzędu w dn. 12.06.2023 r.
Dodatkowo podkreślamy, że istotny wpływ na decyzję udziałowców miało stanowisko przedstawicieli miasta oraz członka rady nadzorczej, którzy podczas walnego zgromadzenia w dniu 27 sierpnia 2021 r. poparli — jednogłośnie przyjęty — wniosek o przeprowadzenie audytu w spółce przez nowy zarząd, by następnie go zablokować i nie powiadomić większościowego udziałowca o wysłaniu na urlop pracownika obejmującego funkcję prezesa zarządu. Ten pracownik, podczas sprawowania w/w funkcji, nie tylko blokował przeprowadzenie audytu, ale również kontynuował działania poprzedniego zarządu, które w istotny sposób były szkodliwe dla finansów spółki. W szczególności należy wskazać na kontynuowanie procesu zawarcia umowy na zakup autobusów gazowych, a także nieterminowe regulowanie płatności za paliwo — mimo posiadania środków finansowych. Działania te naraziły spółkę na dodatkowe, bardzo znaczące straty finansowe.
Z kolei na przełomie grudnia 2021 r. i stycznia 2022 r. podejmowano działania, które w paraliżowały i destabilizowały pracę rady nadzorczej. Rada ta była wówczas w trakcie podejmowania decyzji o rozliczeniach zarządu z jego działalności za ostatnie miesiące, w tym z braku realizacji uchwały z dnia 27 sierpnia 2021 r. dotyczącej przeprowadzenia audytu. W celu niedopuszczenia do rozliczenia zarządu podjęto plan o charakterze politycznym. Ich elementem była zorganizowana 4 stycznia 2022 r., w godzinach późnowieczornych i poza siedzibą spółki, telekonferencja, na którą zaproszono wybrane osoby ze środowiska medialnego, w tym przedstawicieli portali politycznych, tj. jak Dariusz Gacek prowadzący profil „Scyzoryk się otwiera…”. W trakcie tego wydarzenia prowadzono działania godzące w dobre imię zasiadających z ramienia spółki pracowniczej członków rady nadzorczej i nakręcano na nich „hejt”. Próbowano podważyć ich wiarygodność, po to by nielegalnie usunąć z zajmowanych stanowisk i przy okazji wprowadzano opinię publiczną w błąd. Następnie podejmowane były różnego rodzaju działania uniemożliwiające odwołanie przez radę nadzorczą zarządu spółki, zaś podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Udziałowców zwołanego w dniu 20 stycznia 2022 r. przedstawiciel miasta zgłosił, a potem – poprzez głosowanie – doprowadził do powołania na funkcję przewodniczącego osobę, która nie spełniała wymogów zawartych w umowie spółki, a więc została bezprawnie powołana do pełnienia tej funkcji. W dalszej kolejności, przy biernej postawie przedstawiciela miasta jako mniejszościowego udziałowca, osoba ta, pełniąc stanowisko przewodniczącego, bezprawnie wykluczyła z udziału w głosowaniach przedstawiciela większościowego udziałowca. Działanie to – pomimo zgłaszanych protestów – zostało podtrzymane, a przedstawiciel miasta kontynuował udział w zgromadzeniu, co spowodowało opuszczenie zebrania przez zdecydowaną większość udziałowców .
Do dziś, mimo upływu czterech lat od tych wydarzeń i zgłoszenia tej sprawy przez kolejny zarząd spółki do prokuratury, nie wyjaśniła ona szeregu kluczowych kwestii, które ich dotyczyły. Prokuratura nie ustaliła organizatora telekonferencji, jej rzeczywistego celu ani nawet miejsca jej przeprowadzenia. Nie wyjaśniono również, dlaczego wydarzenie odbyło się poza siedzibą spółki, z jakich powodów było kilkakrotnie przesuwane i dlaczego odbyło się w nietypowych godzinach późnowieczornych. Wątpliwości budzi także sposób dystrybucji zaproszeń — kierowanych nie do redakcji, lecz do wybranych osób związanych z mediami — oraz dobór uczestników, obejmujący przedstawicieli mediów uznawanych za sprzyjające miastu i ZTM. Niejasne pozostają również motywy udziału niektórych uczestników, tj. Dariusz Gacek, oraz ich późniejszej aktywności medialnej, wymierzonej w członków rady nadzorczej opowiadających się za przeprowadzeniem audytu. Nie wyjaśniono również tego, jaki był udział w tych wydarzeniach ZTM-u oraz powiązań tej instytucji z hejterskimi portalami („Scyzoryk się otwiera…” i „Kielecka Platforma Komunikacyjna”), które wówczas namawiały, a wręcz sugerowały, że w MPK powinno dojść do strajku. Nie wyjaśniono także, dlaczego wtedy ZTM, mimo pandemii i ferii zimowych, wzorem innych lat nie ograniczył z tego tytułu żadnej linii w tym czasie, co naraziło miasto na dodatkowe straty finansowe. Działania te, polegające na namawianiu do strajku, miały doprowadzić do chaosu wewnętrznego w spółce, a w konsekwencji do nałożenia na nią ogromnych kar lub nawet doprowadzić do zerwania umowy oraz finalnie upadłości spółki. Należy również podkreślić, że nawet po tamtych wydarzeniach Dariusz Gacek wciąż hejtował osoby sprawujące wysokie funkcje w spółce pracowniczej oraz dezinformował opinię publiczną – i wciąż to robi.
Posiadana dokumentacja w spółce świadczy jednoznacznie o tym, że były to działania skoordynowane i polityczne, które miały zdestabilizować sytuację w firmie. Tym bardziej wątpliwości budzi fakt, że przez cztery lata prokuratura nie wyjaśniła okoliczności tych wydarzeń, a przez blisko dwa lata nie podejmowano żadnych czynności w tej sprawie, a kierowane przez zarząd dwa pisma z prośbą o wyjaśnienia pozostawały bez odpowiedzi. Co więcej, informacje o prowadzonym postępowaniu zostały przekazane osobie, której dotyczyło zawiadomienie, a następnie osoba ta podjęła działania prawne przeciwko spółce i jej przedstawicielu . Sytuacja ta rodzi poważne pytania dotyczące prawidłowości przebiegu postępowania oraz standardów jego prowadzenia.
Szokujące jest dla nas również to, że znów na jednym z politycznych portali, który za pomocą manipulacji i hejtu aktywnie wspiera władze miasta i ZTM oraz powiela nieprawdziwe informacje o spółce, a nawet podejmował próby wpływania na decyzje wewnętrzne w firmie, między innymi dotyczące obsad personalnych, ukazał się kolejny propagandowy i kłamliwy artykuł sugerujący, jakoby powodem braku zgody na powołanie przedstawiciela miasta do rady nadzorczej były rzekome nadużycia finansowe w spółce. Zadziwiające i jednocześnie skandaliczne jest to, że tego typu insynuacje usłyszeliśmy również na odbytym w lutym spotkaniu, w którym brali udział przedstawiciele miasta, ZTM oraz radni. W związku z powyższym, pragniemy stanowczo zaprotestować przeciwko takim insynuacjom. Nie ma naszej zgody na narrację opartą o ewidentne kłamstwa, które uderzają w dobre imię spółki, mają na celu wyłącznie jej zdyskredytowanie, odwrócenie uwagi od wykorzystywania środków publicznych, po to by zaszkodzić funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, gdzie pracuje prawie 600 osób.
Podkreślamy, że mimo politycznych blokad stosowanych przez miasto to właśnie dzięki determinacji załogi – udziałowców, związkowców i pracowników – doprowadzono w spółce do audytu, przez co ukrócono i wyeliminowano wiele nieprawidłowości, za które spółka poniosła ogromne straty finansowe, dlatego domagamy się zaprzestania powielania tych obrzydliwych insynuacji i pomówień.
Zapewniając, że nie mamy nic do ukrycia, jednocześnie mówiąc dość tej ohydnej politycznej nagonce, wnosimy do Pani Prezydent oraz do wszystkich kieleckich radnych o powołanie specjalnego zespołu złożonego z przedstawicieli wszystkich klubów w Radzie Miasta, który przeprowadzi kompleksową finansową kontrolę zarówno w MPK, jak i ZTM. Takiego zadania mogłaby się szybko i sprawnie podjąć powołana do tego celu Komisja Rewizyjna Rady Miasta. Z uwagi na to, że MPK jest spółką z prywatnym kapitałem większościowym, której zasięg nie obejmuje takiej kontroli, w razie potrzeby my – związkowcy – będący jednocześnie udziałowcami spółki, zwrócimy się do zarządu MPK, aby tej komisji udostępnić pełną dokumentację.
Zakres kontroli – naszym zdaniem – powinien objąć kilka zagadnień, w tym obrotów finansowych obydwu spółek (MPK i KASP), jak również działań poprzednich zarządów – zwłaszcza w okresie od 2019 roku do chwili obecnej – oraz działań miasta i ZTM wobec spółki. W szczególności powinna ona uwzględniać kwestie związane z:
1. Obrotem paliwem – tj. nieterminowym płaceniem faktur za paliwo, aż do końca 2021 r. przez poprzednie zarządy, mimo posiadanych środków finansowych, co naraziło spółkę na milionowe straty.
2. Celowością zakupu drogich w eksploatacji autobusów gazowych przy jednoczesnym niezadbaniu o to, żeby w odpowiednim czasie na terenie bazy znalazły się stanowiska do tankowania pojazdów CNG.
3. Trwającym od wielu lat przenoszeniem przez ZTM linii pomiędzy kontraktami, co negatywnie wpływa na finanse spółki, destabilizuje kontrakt inwestycyjny, a dodatkowo obciąża budżet miasta. Nabiera to szczególnego znaczenia w obecnej sytuacji. Po blisko trzech latach od odebrania MPK trzech linii (13, 23, 24), obsługiwanych siedmioma autobusami, i przekazania ich do realizacji w ramach znacznie droższego kontraktu przez firmę z Lublina, co kosztowało miasto kilka milionów złotych, obecnie, ZTM, w ramach obowiązującej umowy z MPK, przekazuje część linii dotychczas obsługiwanych przez tego przewoźnika z powrotem do MPK. Powstaje zatem pytanie: co zmieniło się od 2023 roku, że rozwiązania uznawane wówczas za niemożliwe dziś okazują się realne? Dlaczego jednocześnie przekazywane są inne linie niż te, których parametry były podstawą kalkulacji w przetargu z 2017 roku (13, 24), a zamiast nich oddawane są linie o wyraźnie gorszych parametrach ekonomicznych (koszty, dochody), które miały kluczowe znaczenie przy ustalaniu stawki w przetargu na obsługę linii unijnych (102, 104, 107)? Dlaczego MPK ma obsługiwać te linie za stawkę 8,80 złotych za wozokilometr, skoro firma BP Tour Regio robi to od prawie trzech lat za prawie 11 złotych za wozokilometr ? Czy na tym ma polegać równe traktowanie podmiotów wykonujących te same zadania?
4. Innymi działaniami ZTM, w tym prowadzonymi postępowaniami przetargowymi – zarówno z 2023 roku (w kontekście pism Zarządu MPK z 20.01.2023 r. i 12.06.2023 r.), jak i z 2025 roku dotyczącym 24 autobusów elektrycznych – które budzą poważne wątpliwości. Dotyczy to między innymi wliczenia kilometrów dojazdowych do kosztów ponoszonych przez miasto, budowy nowej zajezdni oraz pominięcia faktu, że autobusy nie będą mogły być na niej parkowane. Wyjaśnienia wymaga także przeciągające się od miesięcy działanie ZTM w sprawie zabezpieczenia nagrania z kamery, o które wnioskował zarząd MPK. Nagranie to mogłoby wyjaśnić istotną kwestię zgłoszoną przez pasażera, która dotyczy czasu pracy kierowcy.
5. Wyegzekwowaniem od ZTM-u takich samych zasad przekazana autobusów należących do miasta od firmy BP Tour Regio, jakie w przeszłości były zastosowane przez ZTM wobec MPK.
6. Zaniedbaniami poprzednich zarządów w zakresie dopuszczenia do przedawnienia należności wobec spółki w wysokości 80 tysięcy euro za wykonaną usługę.
7. Wieloma innymi działaniami mającymi wpływ na sytuację finansową spółki i miasta, w tym udziałowi przedstawicieli miasta w wydarzeniach na przełomie grudnia 2021 i stycznia 2022, których przebieg ewidentnie wskazuje na to, że miały one charakter zorganizowanej politycznej prowokacji mającej doprowadzić do finansowej destabilizacji spółki, a tym samym do jej upadłości.
Proponowane przez nas rozwiązanie doprowadzi do wyjaśnienia, kto w tym, wywołanym sztucznie sporze ma rację, jak również uspokoi udziałowców i pracowników spółki, co w konsekwencji przełoży się na polepszenie współpracy i wyeliminuje wzajemne pretensje. Jednocześnie informujemy, że mając na względzie obecną sytuację w zakładzie oraz nastroje panujące wśród pracowników spowodowane obawami o utratę miejsc pracy – zwłaszcza że załoga już raz uratowała spółkę z kryzysu w 2007 roku wywołanego podobnymi działaniami władz samorządowych z lat 1999–2007 – a także w obliczu kolejnej próby jej destabilizacji na przełomie 2021 i 2022 roku, Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach, działając w imieniu całej załogi MPK, domaga się stanowczo:
• Bezwzględnego przestrzegania podpisanego w 2007 roku porozumienia ze spółką, w tym w szczególności punktu dotyczącego prowadzenia dialogu, właściwego wykorzystania środków unijnych jako wsparcia dla przedsiębiorstwa oraz respektowania opartej na tym porozumieniu umowy kupna sprzedaży. My jako sygnatariusze porozumienia, wypełniliśmy i wypełniamy je w 100 procentach, dlatego mamy prawo domagać się od miasta tego samego.
• Zaprzestania naliczania kar wobec spółki z tytułu przekroczenia średniego wieku taboru (8 lat). Obecna sytuacja jest bowiem bezpośrednim skutkiem działań polegających na systemowym osłabianiu kontraktu inwestycyjnego, w tym politycznym – i niezgodnym z zawartą umową – przenoszeniu linii pomiędzy kontraktami. Doprowadziło to do wyłączenia z ruchu części pojazdów, a w konsekwencji do ich skasowania oraz zastąpienia pięciu autobusów typu MIG innym taborem. Na sytuację spółki istotny wpływ miały i mają również czynniki niezależne, takie jak wybuch pandemii COVID-19, który skutkował znacznym ograniczeniem liczby wozokilometrów przez miasto, a także obecnie wdrażane regulacje Unii Europejskiej związane z tzw. „zielonym ładem” w transporcie publicznym oraz podwyżki cen paliw spowodowanych wojną na Bliskim Wschodzie.
• Natychmiastowego wstrzymania decyzji o budowie nowej bazy – przynajmniej do czasu wypracowania optymalnego rozwiązania, mając na względzie podpisane porozumienie, jak również to, że przez najbliższych 6 lat nie będą mogły parkować na tej bazie 24 autobusy elektryczne zakupione ze środków, które według założeń powinny trafić do MPK, co będzie generowało dodatkowe koszty dla miasta. Nie godzimy się na to, żeby wykorzystywać środki publiczne do szkodzenia spółce, w której miasto ma udziały. MPK Kielce to firma dobrze zarządzana, konkurencyjna i prowadząca szeroko zakrojone inwestycje, ale nawet my nie jesteśmy w stanie konkurować z unijnymi środkami publicznymi, które według porozumienia podpisanego ze spółką w 2007 roku miały ją wspierać, a nie jej szkodzić.
• Podjęcia stosownych działań zmierzających do tego, że środki z KPO zostaną skierowane do spółki MPK Kielce, a więc zgodnie z ich przeznaczeniem do podmiotu, który w wyniku wybuchu pandemii poniósł znaczące straty – i dodatkowo jako jedyny przewoźnik realizował w 100% zadania przewozowe w mieście.
• Zaprzestania działań dyskredytujących i osłabiających finansowo spółkę, zarzucania nam tego, że chcemy respektować zapisy umowy, a także wreszcie traktowania nas na zasadach partnerskich i umożliwienia nam uczestniczenia w prowadzonych debatach dotyczących przedsiębiorstwa.
• Bezwzględnego wyjaśnienia udziału miasta w blokowaniu audytu, co spowodowało wielomilionowe straty finansowe dla spółki.
• Natychmiastowego odkupienia udziałów MPK od spółki pracowniczej KASP i wzięcia za nią całkowitej odpowiedzialności, jeżeli miasto nie zamierza respektować porozumień i umów podpisanych z załogą MPK. Polityka nie może doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa z 75-letnimi tradycjami oraz zniszczyć dorobek, który załoga własnym wysiłkiem i wyrzeczeniami wypracowuje od niemal 20 lat.
• Wyjaśnienia przyczyn nieograniczania kursów w kieleckim transporcie publicznym w styczniu 2022 roku, choć w analogicznym okresie, we wcześniejszych i późniejszych latach, nigdy miasto nie decydowało się na taki krok.
• Wyjaśnienia powiązań hejterskiego portalu Kielecka Platforma Komunikacyjna z Zarządem Transportu Miejskiego w Kielcach, dostrzegalnych coraz częściej zarówno przez pracowników spółki, jak i zniesmaczonych tym Kielczan.
Jednocześnie prosimy o poważne potraktowanie naszego pisma. Ma ono oparcie wyłącznie w faktach znajdujących się w posiadanych w spółce dokumentach i jest kierowane w trosce o przyszłość 600-osobowej załogi oraz dobro przedsiębiorstwa, które w tym roku będzie obchodzić 75-lecie działalności. A zważywszy na brak reakcji władz miasta na nasze postulaty zawarte w piśmie z dn. 03.04.2024 r., informujemy, że w przypadku niespełnienia naszych obecnych postulatów, tym razem Związek podejmie stosowne działania w celu obrony spółki, a tym samym 600 miejsc pracy.
Z poważaniem,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach
Niemal co trzeci polski pracownik ma pracę bardzo utrudniającą wykonanie badań profilaktycznych.
Jak informuje portal Puls HR, najnowsze badania firmy enel-med wskazują na bardzo niekorzystną tendencję. Wedle nich aż 27 proc. polskich pracowników wskazało, że warunki wykonywanej pracy bardzo utrudniają im korzystanie z badań profilaktycznych.
Raport enel-med wykazał, że 89% ankietowanych wie, że wczesne wykrycie nowotworu daje wysokie szanse wyleczenia. Natomiast profilaktyczne badania onkologiczne wykonuje regularnie tylko 21% z nich, a 27% nie wykonuje ich nigdy. Wśród głównych przyczyn utrudniających wykonywanie badań Polacy wskazali rodzaj i sposób wykonywanej pracy zawodowej. 77% ankietowanych zadeklarowało, że wykonywałoby badania, gdyby mogło to zrobić w ramach pracy zawodowej, bez potrąceń pensji czy utraty części urlopu.
Portal Puls HR cytuje Jacka Rozwadowskiego, prezesa enel-med: „Jeżeli 77 proc. Polaków mówi dziś wprost, że wykonałoby badania, gdyby pracodawca dał im na to czas w godzinach pracy, to znaczy, że problemem nie jest brak świadomości, ale brak realnych warunków do działania”.
Związkowcy poinformowali, że z powodu postawy zarządu sieci dyskontów podjęto decyzję o strajku ostrzegawczym.
Związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu poinformowali, że podjęto decyzję o przeprowadzeniu strajku ostrzegawczego w sieci dyskontów Dino. To skutek długotrwałego lekceważenia przez zarząd firmy postulatów związkowców.
Związkowcy napisali, że zarząd Dino Polska z prezesem na czele się boi i nie przychodzi na mediacje w trwającym sporze zbiorowym. Wysyła osoby niedecyzyjne, a główną rolę odgrywa kancelaria, która eskaluje konflikt zamiast budować dialog i która ma „doświadczenie” we wspieraniu bezprawnych działaniach w wielu firmach.
Strajk ostrzegawczy odbędzie się 25 kwietnia 2026 r. i będzie polegał na całkowitym powstrzymaniu się od pracy w godzinach 12-14. Związkowcy apelują do zarządu Dino o odwagę i osobiste stawienie się przed pracownikami na mediacjach.
27 kwietnia odbędzie się kolejne spotkanie mediacyjne w Warszawie, w Centrum Dialogu Społecznego „Dialog”, podległym Ministerstwu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Związkowcy oczekują, że tym razem do rozmów przystąpią osoby decyzyjne, a nie pełnomocnicy prawni. Związkowcy twierdzą, że nie jest tajemnicą, że kancelaria Paruch, z której usług zaczęło korzystać Dino, jest znana z doradzania pracodawcom działań sprzecznych z przepisami prawa. Ta sama kancelaria uczestniczyła w sporach m.in. w Kauflandzie oraz Jeremiasie. W obu przypadkach zamiast rozwiązywać konflikty – eskalowała je, prowadząc do licznych sporów sądowych.
OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu przypomina również o realnych problemach w spółce. W sezonie zimowym pracownicy byli zmuszeni do pracy w skandalicznych warunkach – w niskich temperaturach. Po zawiadomieniu w grudniu do Głównego Inspektora Pracy rozpoczęły się kontrole. Do tej pory wydano już ponad 1000 decyzji, nie tylko w zakresie temperatur w miejscu pracy. Kontrole nadal trwają i mają charakter rozwojowy. Do tego dochodzi sprawa bezprawnego zwolnienia Katarzyny Kiwerskiej, która wielokrotnie informowała przełożonych o naruszeniach przepisów BHP. Brak reakcji ze strony pracodawcy zmusił ją do działania. Niedługo później została zwolniona – bez wymaganych konsultacji i z naruszeniem przepisów prawa pracy. Od listopada 2025 roku w spółce dochodzi do systemowego naruszania przepisów Kodeksu pracy. Nie funkcjonują prawidłowo podstawowe mechanizmy ochrony pracowników – w tym procedura antymobbingowa, która powinna być obowiązkowa. Pracownicy są przeciążani do granic możliwości, przy niskich wynagrodzeniach i brakach kadrowych. Dodatkowo związkowcy wskazują na nieprawidłowe wykorzystywanie monitoringu, który nie służy ochronie mienia, lecz nadmiernej kontroli i eksploatowaniu pracowników.
Związkowcy z „Solidarności” protestują przeciwko kolejnym niekorzystnym planom władz spółki.
Jak informuje portal Tysol.pl, Prezydium Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej alarmuje o działaniach zarządu spółki. Związkowcy twierdzą, że prowadzone działania zmierzają do przekazania zewnętrznej firmie jednej z głównych i przyszłościowych struktur – segmentu tzw. KEP (Kurier, Ekspres, Paczka).
Związkowcy z „Solidarności” napisali w swoim stanowisku: „Z dostępnych informacji wynika, że rozważany model współpracy oznacza faktyczne wyprowadzenie kluczowego obszaru działalności operacyjnej poza struktury Spółki i uzależnienie go od bezpośredniego konkurenta. Oddanie segmentu KEP oznacza rezygnację z jednego z ostatnich obszarów realnego wzrostu i konkurencyjności. To nie jest optymalizacja, lecz trwałe osłabienie pozycji rynkowej i przekazanie relacji z klientem podmiotowi zewnętrznemu”.
W swoim piśmie dodają: „Sprowadzenie Poczty Polskiej do roli pośrednika logistycznego oznacza utratę samodzielności operacyjnej i kontroli nad kluczowym segmentem działalności. W praktyce jest to rezygnacja z budowanego przez dekady potencjału infrastrukturalnego i kompetencyjnego. Jako operator wyznaczony Poczta Polska pełni funkcję elementu infrastruktury krytycznej. Uzależnienie kluczowego segmentu logistycznego od podmiotu prywatnego oznacza utratę kontroli nad istotną częścią obrotu pocztowego. Proces przygotowania tego typu decyzji odbywa się bez rzetelnej informacji i bez rzeczywistych konsultacji ze stroną społeczną, co narusza podstawowe standardy zarządzania spółką o szczególnym znaczeniu publicznym”.
Związkowcy z „Solidarności” domagają się natychmiastowego wstrzymania działań dotyczących przekazania segmentu KEP podmiotowi zewnętrznemu. Żądają także przedstawienia pełnej analizy ekonomicznej i strategicznej takich pomysłów, wraz z analizą dotyczącą stanu zatrudnienia i wyników finansowych po planowanych zmianach.
Styczeń 2026 roku przejdzie do historii PKP Intercity jako miesiąc wstydu – prawie połowa pociągów przyjeżdżała z opóźnieniem, pasażerowie godzinami tkwili na peronach, a pojedyncze składy spóźniały się nawet ponad kilkaset minut. Mimo to Ministerstwo Infrastruktury odmówiło ujawnienia, ile kar nałożyło na przewoźnika korzystającego z pieniędzy publicznych, zasłaniając się tajemnicą przedsiębiorstwa. Poseł Michał Moskal (PiS), który złożył interpelację w tej sprawie, nie kryje oburzenia.
W styczniu 2026 r. punktualność PKP Intercity przy przyjazdach wyniosła zaledwie 53,4% – niemal co drugi pociąg dalekobieżny w Polsce przyjeżdżał z opóźnieniem. Rok wcześniej, w analogicznym miesiącu, wskaźnik ten wynosił 74,4%, a średnia dla ostatnich lat oscylowała w okolicach 80–90%. Oznacza to spadek o ponad 20 punktów procentowych rok do roku i najgorszy wynik od wielu lat. Punktualność przy odjazdach spadła z 89,3% do 78,0%, co w praktyce oznacza masowe rozminięcie się rozkładu jazdy z rzeczywistością.
Paraliż kolei nie był chwilowym incydentem. Już na początku miesiąca podróżni w całym kraju mierzyli się z odwołaniami kursów i opóźnieniami sięgającymi kilkuset minut. Kulminacja nastąpiła 25–26 stycznia, gdy oblodzona sieć trakcyjna i awarie urządzeń doprowadziły do wstrzymania ruchu na kluczowych odcinkach w zachodniej Polsce, w tym między Poznaniem a Wrocławiem, Szczecinem i Frankfurtem nad Odrą. Pojedyncze pociągi – jak „Przemyślanin” czy „Podhalanin” – przyjeżdżały z opóźnieniem przekraczającym 200 minut, a w ciągu jednej doby odwołano setki połączeń. Oblodzona sieć trakcyjna, zamarzające rozjazdy i problemy z taborem złożyły się na miesiąc chaosu, którego konsekwencje ponieśli wyłącznie pasażerowie.
W tym samym czasie PKP Intercity korzysta z rekordowego poziomu finansowania ze środków publicznych. Spółka realizuje umowę o świadczenie usług publicznych (PSC – Public Service Contract) zawartą na lata 2021–2030, której łączna wartość sięga blisko 30 mld zł. Tylko w 2026 roku przewidziano dla niej rekompensatę w wysokości około 2,76 mld zł z budżetu państwa. Obywatele płacą więc miliardy za usługę, która w styczniu została wykonana na poziomie punktualności zbliżonym do rzutu monetą.
Na początku marca poseł Michał Moskal złożył interpelację, w której zadał Ministrowi Infrastruktury dziesięć szczegółowych pytań. Dotyczyły one m.in. łącznej kwoty kar umownych naliczonych PKP Intercity za styczeń 2026 r., zestawienia kategorii naruszeń (opóźnienia, odwołania, przepełnienia, brak asysty dla osób z niepełnosprawnościami), szczegółowych danych jakościowych, planowanych dodatkowych sankcji oraz zamiaru publikowania cyklicznych raportów z wykonania umowy PSC.
Odpowiedź – podpisana 3 kwietnia przez Podsekretarza Stanu Piotra Malepszaka – okazała się w dużej części odmową ujawnienia informacji. Na pytanie o łączną kwotę kar za styczeń 2026 r. Ministerstwo stwierdziło jedynie, że kary „zostaną naliczone zgodnie z warunkami umowy PSC” oraz że według wstępnych szacunków „łączna kwota kar będzie znacznie wyższa niż za styczeń 2025 r.”. Nie podano żadnej konkretnej wartości, nie wskazano statusu zapłaty ani etapu dochodzenia roszczeń wobec przewoźnika. Komunikat powstał przy tym ponad dwa miesiące po zakończeniu miesiąca, którego dotyczy pytanie.
Jeszcze dalej idzie odpowiedź na pytania o szczegółowe zestawienia kar i danych jakościowych. W odniesieniu do tabelarycznego wykazu kar według rodzajów naruszeń – od opóźnień na wyjeździe i przybyciu, przez odwołania z komunikacją zastępczą i bez niej, po przepełnienia i brak asysty dla osób z niepełnosprawnościami – Ministerstwo poinformowało, że treść sprawozdań jest objęta tajemnicą przedsiębiorstwa PKP Intercity S.A. i nie zostanie upubliczniona. Tą samą formułą zasłonięto pięć kolejnych pytań, w których poseł prosił m.in. o szczegółowe dane dotyczące liczby odwołanych pociągów, struktury opóźnień czy skarg pasażerów. Siedem z dziesięciu pytań znalazło się nie doczekało odpowiedzi z powodu tajemnicy przedsiębiorstwa.
Równie krytycznie należy ocenić odpowiedzi na pytania o działania naprawcze. Minister Infrastruktury zapytany, czy dramatyczne wyniki jakościowe za styczeń uzasadniają dodatkowe sankcje – takie jak zaostrzenie progów jakościowych czy inne środki dyscyplinujące – minister uznał, że „sankcje w postaci kar umownych są wystarczające”, argumentując to ich spodziewanie wysoką wartością. Wskazał również, że część opóźnień wynika z przyczyn leżących po stronie zarządcy infrastruktury, a nie samego przewoźnika, ale nie podał żadnych danych liczbowych, które pozwoliłyby ocenić skalę tej różnicy.
Ministerstwo jednoznacznie odmówiło także wprowadzenia jawności danych o wykonaniu umowy PSC dla opinii publicznej. Na pytanie o publikowanie cyklicznych raportów zawierających pełne dane dotyczące punktualności, liczby odwołanych pociągów, wyników kontroli jakości oraz naliczonych kar odpowiedziało, że nie planuje się ich udostępniania, ponieważ miałoby to naruszać tajemnicę przedsiębiorstwa PKP Intercity.
Wreszcie, zapytane o zamiar przeglądu i rewizji umowy PSC – tak, aby lepiej rozróżnić odpowiedzialność pomiędzy PKP Intercity a zarządcami infrastruktury, wprowadzić progresywne kary za długotrwałe i powtarzające się naruszenia oraz powiązać poziom rekompensaty z realnie osiąganymi parametrami jakości – Ministerstwo zapowiedziało jedynie, że możliwość zaostrzenia systemu kar będzie analizowana w kontekście nowych umów zawieranych po 2030 r. Zaś podpunkt dotyczący samego rozdziału odpowiedzialności pomiędzy przewoźnika a zarządcę infrastruktury w ogóle nie doczekał się merytorycznej odpowiedzi.
— „To jest obraz państwa, w którym pasażer ma czekać na mrozie, podatnik ma płacić miliardy, a minister ma chować kompromitujące dane do szuflady pod pretekstem tajemnicy przedsiębiorstwa. Dopóki rząd nie pokaże pełnych danych o karach i nie powiąże rekompensaty z realną jakością usług, PKP Intercity będzie traktować rozkład jazdy jak luźną sugestię, a nie zobowiązanie wobec obywateli” — podsumowuje poseł Michał Moskal.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
Projekt ustawy Pauliny Matysiak: obywatelska inicjatywa ustawodawcza z podpisami elektronicznymi.
Posłanka Paulina Matysiak złożyła projekt ustawy, którego celem jest uproszczenie i unowocześnienie procedury obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Proponowane rozwiązania mają umożliwić obywatelom udzielanie poparcia projektom ustaw również drogą elektroniczną, bez likwidowania dotychczasowej papierowej ścieżki.
Projekt przewiduje utworzenie usługi dostępnej w systemie teleinformatycznym, która pozwoli obywatelom na elektroniczne poparcie projektu ustawy, a pełnomocnikom komitetów także na wniesienie projektu do Marszałka Sejmu oraz złożenie sprawozdania finansowego o źródłach pozyskanych funduszy. Usługa ma działać w ramach portalu poparcia i wymagać zalogowania oraz uwierzytelnienia za pomocą podpisu kwalifikowanego, podpisu zaufanego albo podpisu osobistego.
Jak podkreślono w uzasadnieniu projektu, celem zmian jest poszerzenie możliwości działania obywateli i komitetów inicjatywy ustawodawczej, a nie zastąpienie obecnych rozwiązań. Oznacza to, że papierowa forma zbierania podpisów i składania dokumentów zostaje utrzymana, a nowelizacja wprowadza dodatkową, bardziej dostępną ścieżkę działania.
Projekt zachowuje również mechanizmy zabezpieczające przed nadużyciami. Nadal konieczne będzie zebranie 1000 własnoręcznych podpisów obywateli popierających projekt na etapie zgłoszenia komitetu inicjatywy ustawodawczej. Rozwiązanie to ma zapobiegać tworzeniu projektów bez realnego społecznego zaplecza i ograniczyć ryzyko wykorzystywania procedury w sposób sprzeczny z jej celem.
Nowe przepisy przewidują również większą przejrzystość procesu. W portalu poparcia mają być dostępne informacje o utworzonych komitetach, projektach ustaw oraz liczbie osób, które udzieliły poparcia. Obywatel po zalogowaniu będzie mógł także sprawdzić, którym projektom udzielił poparcia i kiedy to nastąpiło.
– „Ten projekt pokazuje, że można współpracować ponad podziałami i budować koalicję wokół konkretnego, potrzebnego rozwiązania. Udało się połączyć polityków Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, Polski 2050, Razem, Demokracji Bezpośredniej oraz posłów niezrzeszonych wokół celu, którym jest uproszczenie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej i dostosowanie jej do realiów XXI wieku” – podkreśla Paulina Matysiak.
Zgodnie z projektem, jeśli ustawa uzyska wymagane poparcie za pośrednictwem portalu, nie będzie konieczności przedkładania papierowych wykazów podpisów. Jeżeli liczba elektronicznych podpisów okaże się niewystarczająca, nadal będzie można uzupełnić wymagane poparcie w formie tradycyjnej.
Projekt zakłada, że minister właściwy do spraw informatyzacji przygotuje system teleinformatyczny w terminie 12 miesięcy od wejścia w życie odpowiedniego przepisu, a sama ustawa zacznie obowiązywać po upływie 12 miesięcy od dnia ogłoszenia, z wyjątkiem przepisów przygotowawczych, które wejdą w życie po 14 dniach.
Projekt ma charakter proobywatelski i modernizacyjny. Jego celem jest ułatwienie obywatelom udziału w procesie stanowienia prawa przy zachowaniu bezpieczeństwa, przejrzystości i dotychczasowych gwarancji proceduralnych.
W tej chwili trwają konsultacje społeczne dotyczące tego projektu — każdy obywatel może wziąć w nich udział i wyrazić swoją opinię za pośrednictwem ankiety znajdującej się na oficjalnej stronie internetowej Sejmu RP.
Link do projektu i konsultacji: https://www.sejm.gov.pl/Sejm10.nsf/agent.xsp?symbol=KONSULTOWANY_PROJEKT&NrProjektu=RPW/11430/2026
Rośnie liczba osób zwalnianych z pracy.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, narasta trend zwolnień z pracy. Wskazuje on na kiepską sytuację gospodarczą i niepewność przedsiębiorstw w kwestii nadchodzących miesięcy. Skutkuje to zwolnieniami z pracy, których skala rośnie.
W styczniu i lutym z przyczyn leżących po stronie zatrudniających straciło pracę 81,4 tys. osób. Oznacza to wzrost o aż 12% w porównaniu do tych samych miesięcy roku 2025. W lutym 2026 liczba nowych bezrobotnych wyniosła niemal 41 tys. osób. To najwyższy poziom od ponad czterech lat.
W dwóch pierwszych miesiącach bieżącego roku 31 firm zgłosiło zamiar zwolnień grupowych obejmujących około 5,3 tysiąca pracowników. To ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej.
Coraz bardziej napięta sytuacja w dużym zakładzie.
Jak informuje „Gazeta Lubuska”, coraz bardziej napięta jest sytuacja w zakładzie Swiss Krono w Żarach. Nie doszło do porozumienia między związkiem zawodowym a władzami firmy w sprawie podwyżek. Ogłoszono zatem spór zbiorowy.
Fiaskiem zakończyły się kolejne negocjacje „Solidarności” z szefostwem Swiss Krono w Żarach. Zakład należy do holdingu Swiss Krono Group i wytwarza produkty drewnopochodne. Od dłuższego czasu toczy się w nim spór o podwyżki płac. „Solidarność” domaga się 7-procentowej podwyżki płac. Spór trwa od stycznia. Władze firmy twierdzą, że sytuacja finansowa nie pozwala na podnoszenie płac. Związkowcy bezskutecznie domagają się przedstawienia danych ekonomicznych.
Kolejne negocjacje w tej sprawie zakończyły się fiaskiem. Związkowcy ogłosili zatem spór zbiorowy. Oznacza to, że kolejna runda negocjacji odbędzie się już z udziałem mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Kolejnym etapem sporu zbiorowego może być strajk ostrzegawczy.
Jedna z firm zwalnia ponad 30% załogi w 25-lecie swojej działalności.
Jak informuje Twoje Radio FM, zwolnienia grupowe będą miały miejsce w jednej z firm w Koszalinie. Elfa Manufacturing działa w tym mieście od roku 2001 i stanowi jeden z zakładów szwedzkiej grupy Elfa.
Koszaliński zakład specjalizuje się w produkcji systemów przechowywania i organizacji domowej przestrzeni – od garderób, pralni i łazienek, po kuchnie, spiżarnie, garaże i pokoje dzienne. To jeden z większych zakładów w mieście. Firma obchodzi w tym roku 25-lecie działalności w naszym kraju.
„Świętowanie” będzie miało specyficzny wymiar dla części załogi. Zakład zapowiedział zwolnienia grupowe. Pracę straci 27 osób. To duża część całej załogi – oddział w Koszalinie zatrudnia obecnie 76 ludzi.
Niemal 300 szkół i przedszkoli zlikwidowano lub przekształcono w ubiegłym roku.
Jak informuje Serwis Samorządowy PAP, w roku 2025 kuratoria oświaty pozytywnie zaopiniowały niemal 300 wniosków samorządów lokalnych w sprawie likwidacji lub przekształcenia szkół i przedszkoli. Wedle przedstawicieli władz samorządowych to dopiero początek procesu masowej likwidacji placówek oświatowo-wychowawczych.
W woj. województwie lubelskim w 2025 roku kuratoria wydały 76 pozytywnych decyzji dot. wniosków o likwidację lub przekształcenie szkół i przedszkoli. Negatywne opinie dotyczyły tylko 9 wniosków. 54 pozytywnie rozpatrzone opinie dotyczyły likwidacji, a 22 przekształcenia placówek. W samym Lublinie liczba dzieci w przedszkolach zmalała w trzy lata o 1000 osób. W województwie śląskim pozytywnie zaopiniowano 50 na 25 wniosków o likwidacje lub przekształcenia placówek oświatowych. Krakowie kuratorium pozytywnie zaopiniowało 28 na 53 wnioski. W dolnośląskim 25 na 39. W lubuskim zatwierdzono likwidację 24 placówek. W Wielkopolsce 29. W kujawsko-pomorskim 18. W świętokrzyskim – 22. W opolskim 25. W pozostałych województwach od 11 do 15 placówek.
To skutek przede wszystkim zmian demograficznych. Ministerstwo Edukacji Narodowej szacuje, że w latach 2026-2043 liczba dzieci i młodzieży zmaleje o ponad 1,5 mln. Każdego roku polski system oświaty będzie tracić średnio ok. 110 tys. uczniów.
Ministerstwo edukacji przygotowało projekt ustawy, która ma uratować małe szkoły przed likwidacją. Samorządy miałyby uzyskać możliwość wykorzystania budynków placówek oświatowych do celów innych niż nauczanie. Samorządowcy oceniają sam pomysł pozytywnie, ale uważają, że zmieni on niewiele w sytuacji, gdy w ślad za samą możliwością prawną nie idą nakłady finansowe. Przyczyną likwidacji placówek są bowiem głównie koszty utrzymania ich funkcji edukacyjnej przy malejącej liczbie dzieci i w obowiązującym modelu „pieniądze idą za uczniem”. Im mniej dzieci, tym mniej finansów na podtrzymanie funkcji edukacyjnych i innych danej placówki.
Już ponad 1600 osób podpisało Pomorską Petycję Transportową, w której pasażerowie domagają się cofnięcia drastycznych podwyżek cen biletów SKM i Polregio, włączenia autobusów regionalnych do kolejowej Taryfy Pomorskiej i reformy transportowej na wzór Austrii i Słowacji. Są już pierwsze efekty – od poniedziałku 30 marca wchodzi w życie wzajemne honorowanie biletów Szybkiej Kolei Miejskiej i PKP Intercity na obszarze Trójmiasta, a urząd marszałkowski nie wyklucza wdrożenia przynajmniej części pozostałych proponowanych rozwiązań.
„Zarządzanie transportem publicznym na Pomorzu i Pomorzu Zachodnim odbiega od sprawdzonych rozwiązań europejskich z takich państw, jak Austria, Niemcy, Słowacja i Czechy. W Niemczech, kraju z dwukrotnie wyższymi zarobkami, sieciowy Deutschland-Ticket kosztuje 63 euro, czyli 267 złotych miesięcznie. W tej cenie można korzystać ze wszystkich pociągów Regio i S-Bahn w całym kraju, z komunikacji miejskiej (autobusy, tramwaje, metro) we wszystkich miastach w całych Niemczech oraz z gęstej sieci autobusów regionalnych. W Austrii obowiązuje KlimaTicket: za 1400 euro rocznie, czyli 495 złotych miesięcznie, można podróżować całością komunikacji publicznej – również pociągami dalekobieżnymi typu Intercity. W obu krajach są dużo wyższe niż w Polsce koszty pracy, energii i czynszów, a mimo to podróżowanie transportem publicznym jest tańsze i wyższej jakości, niż na Pomorzu” – czytamy w petycji.
Jak zaznacza autor, petycja nie jest prostym apelem o cofnięcie podwyżek, ale propozycją kompleksowych zmian nawiązujących do sprawdzonych wzorców z Europy Zachodniej i Środkowej. – „Ostatnie dziewięć lat spędziłem na pogłębionej analizie naukowej i dziennikarskiej sprawdzonych rozwiązań w regionalnym transporcie publicznym w krajach Unii Europejskiej i krajach kandydujących, szczególnie dokładnie analizowałem rozwiązania z Niemiec, Austrii, Czech i Słowacji, a dla kontrastu – z Ukrainy i Białorusi. Wnioski są zatrważające. Rozwiązania w zakresie transportu publicznego na Pomorzu i Pomorzu Zachodnim tak drastycznie odbiegają od tego, czego uczą na uczelniach wyższych w Niemczech, Austrii i Słowacji, że tamtejsi rozmówcy nie dowierzają mi, gdy próbuję im wytłumaczyć logikę pomorskiego «systemu», w tym rozproszenie organizatorów, osobne bilety na kolej i autobusy, brak związków transportowych na wzór austriackich Verkehrsverbünde czy słowackich IDS. Czym się kierowaliście, że wymyśliliście tak specyficzny system, nie woleliście skopiować naszych rozwiązań lub innych rozwiązań zachodnioeuropejskich; pytają. Niestety, nie potrafię im tej logiki wytłumaczyć” – mówi Jakub Łoginow, dziennikarz transportowy i ekspert ds. transgranicznego transportu autobusowego w Europie, autor petycji.
– „W ramach mojej pracy naukowej badam też rozwiązania transportowe z Ukrainy i Białorusi, zwłaszcza z Zakarpacia. Pomorski i zakarpacki model transportu publicznego mają wiele cech wspólnych, oba nie przystają do rozwiązań europejskich, oba są drogie i nieefektywne. Różnica polega na tym, że samorząd ukraińskiego Zakarpacia ściśle współpracuje z integratorem transportu publicznego z Koszyc celem wdrożenia słowackich rozwiązań u nich na Ukrainie. Trochę wstyd, że nawet biedne Zakarpacie planuje reformę transportową na wzór europejski, a Pomorze nie” – dodaje naukowiec i dziennikarz transportowy.
Wśród postulatów jest między innymi stworzenie zintegrowanego, przejrzystego systemu taryfowego na cały transport publiczny w województwach Pomorskim i Zachodniopomorskim, wzorem niemieckiego Deutschland-Ticket i austriackiego KlimaTicket. Pierwszy krok już zrobiono – od 30 marca wprowadzono częściowe honorowanie biletów w kolejowym transporcie lokalnym i dalekobieżnym. Inne postulaty to m.in. usamorządowienie spółki SKM w Trójmieście, zmiana nazwy spółki na Koleje Pomorskie i uruchomienie sieci autobusowych linii dowozowych Kolei Pomorskich w całym województwie na wzór Małopolskich Linii Dowozowych Kolei Małopolskich.
Petycja zawiera również propozycje poprawy efektywności ekonomicznej, m.in. poprzez aktywniejsze działania na rzecz wydłużenia i spłaszczenia sezonu turystycznego nad morzem i promowanie turystyki opartej o transport publiczny, a nie jak dotąd – o własne lub wynajęte auto. Oznacza to bardziej efektywne wykorzystanie taboru i obiegów, większe wpływy z biletów i osiągnięcie korzyści skali. W transporcie publicznym (zwłaszcza na kolei) sporo kosztów ma charakter stały, zatem wraz ze zwiększaniem siatki połączeń i większą frekwencją maleją koszty jednostkowe i dopłata do wozokilometra. Obecnie regionalne i lokalne organizacje turystyczne niemal nie promują dojazdów transportem publicznym do miejscowości nadmorskich oraz poruszania się po Wybrzeżu bez auta, a turyści nie wiedzą, jak transport publiczny działa, zwłaszcza poza Trójmiastem. Uproszczenie systemu i marketing transportu publicznego może przynieść dodatkowych pasażerów i większą efektywność ekonomiczną transportu – czytamy w petycji.
Petycja wystartowała 7 marca. Na koniec marca podpisało ją już ponad 1600 osób. Pomorską Petycję Transportową można podpisywać pod linkiem: https://www.petycjeonline.com/pomorskapetycjatransportowa
Utworzono też grupę na Facebooku „Pomorski Transport”, w której można zgłaszać własne uwagi i postulaty: https://www.facebook.com/groups/pomorskitransport
Kolejne złe wieści z rynku pracy.
Dwie kolejne negatywne tendencje z polskiego rynku pracy omawia Business Insider.
Pierwsza z nich to wzrost liczby osób długotrwale bezrobotnych. Liczba osób, które przez ponad dwa lata pozostają bez zatrudnienia, wynosi już niemal 191 tysięcy osób wedle stanu na koniec grudnia 2025 roku. Oznacza to, że w porównaniu z analogicznym miesiącem roku 2024 nastąpił wzrost o 8,2%, a w liczbach bezwzględnych o 14 400 osób w takiej sytuacji.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy pod uwagę weźmiemy osoby pozostające bez pracy dłużej niż rok, ale nie dłużej niż dwa lata. Takich osób mamy obecnie ponad 143 tys., co oznacza w skali roku przyrost o niemal 22 000 i procentowy wzrost zjawiska o 18%.
Drugą z tendencji jest spadek zatrudnienia. Bezrobocie rośnie od niemal roku i wynosi obecnie 6,1%. Nie wynika to jednak tylko z napływu na rynek pracy nowych osób (dorastający młodzi, imigranci zarobkowi itp.), lecz także ze spadku zatrudnienia. Wedle najnowszych pełnych danych GUS, zatrudnienie w Polsce wedle stanu na koniec października wynosiło 15 121 500 osób. Oznacza to, że w ciągu roku spadło ono o niemal 25 000 osób. Szczególnie dotkliwy jest spadek zatrudnienia w przemyśle, który przez rok wyniósł 49 000 osób. Symbolicznie mniejszy jest ubytek miejsc pracy w sektorze rolnym, leśnym, łowieckim i rybackim.
W dużej firmie z sektora automotive związkowcom udało się wywalczyć podwyżki płac.
Jak informuje portal PulsHR, sukcesem zakończyły się negocjacje płacowe prowadzone pod naciskiem związkowców w firmie Tenneco Automotive Polska w Rybniku. Zakład zatrudnia ok. 1900 osób i produkuje układy wydechowe do różnych marek samochodów.
Naciski płacowe związkowców z „Solidarności” przyniosły rezultaty. W trakcie negocjacji płacowych uzgodniono, że od 1 kwietnia podstawowe płace wzrosną od 230 do 500 zł brutto w zależności od stanowisk i stażu pracy. Oprócz tego w grudniu ma został wypłacona wszystkim zatrudnionym premia świąteczna w wysokości 2400 zł brutto. Związkowcy wywalczyli także dla zatrudnionych premie za ubiegły rok w wysokości 1500-2100 zł brutto – zostały już one wypłacone.
Do „Solidarności” należy jedna trzecia pracowników zakładu.
Duża firma zwolni niemal połowę załogi.
Firm Valmet przystępuje do „restrukturyzacji”. W ramach tego procesu pracę ma stracić niemal połowa załogi w zakładzie w Jeleniej Górze.
Valmet to fińska spółka zajmująca się dostarczaniem rozwiązań automatycznych i przesyłowych dla przemysłu, głównie dla branży papierniczej i energetycznej. Zatrudnia niemal 19 000 osób w wielu krajach świata. W Polsce pracuje dla niej 550 osób, z czego 300 w dwóch zakładach usytuowanych w Jeleniej Górze, gdzie firma działa od roku 2021 na bazie zakupionych starszych przedsiębiorstw.
Teraz w ramach cięć budżetowych i „restrukturyzacji” zamierza znacznie ograniczyć zatrudnienie w swoich zakładach w Szwecji i Polsce. W naszym kraju zwolnionych zostanie prawdopodobnie aż 130 osób w Jeleniej Górze, czyli prawie połowa osób, które firma zatrudnia w tym mieście.
Ukazał się numer 100 Nowego Obywatela. To specjalne wydanie na 25-lecie naszego pisma.
Wyjątkowe wydanie. 450 stron, twarda oprawa. Zawiera niemal 70 tekstów z lat 2000-2010. To wybrane najważniejsze materiały z pierwszej dekady naszego pisma. Głównie materiały, które nie są dzisiaj nigdzie dostępne w żadnej formie – ani papierowej, ani elektronicznej. Teksty i wywiady nierzadko pionierskie i wyprzedzające swoją epokę oraz wiele późniejszych trendów.
Całkowicie w kontrze do narracji dominującej w III RP. Niespotykane gdzie indziej konfiguracje ideowe – na jednych łamach spotykali się lewicowcy, prawicowcy, anarchiści, ekolodzy i rozmaici nieortodoksyjni autorzy, którym nie podobał się kształt neoliberalnego świata i balcerowiczowskiej Polski. Bogactwo i różnorodność tematów.
Niewielki nakład, już w częściowo wyprzedany w formule przedpłat, więc zalecamy się spieszyć z zakupami. Dostępna także wersja elektroniczna. Spis treści i zakupy tutaj: https://nowyobywatel.pl/sklep/ksiazki/nowy-obywatel-100/
Pracownicy sieci handlowej protestowali w Warszawie.
Jak informuje portal Tysol.pl, wczoraj w Warszawie odbyła się akcja protestacyjna pod siedzibą sieci handlowej Stokrotka, należącej do kapitału litewskiego. Pracownicy, zrzeszeni w „Solidarności”, domagali się ucywilizowania zasad udzielania urlopów pracownikom tej sieci.
Protestujący twierdzą, że obecnie pracownicy nie mają wpływu na to, kiedy otrzymają urlop. Nie decydują o tym samodzielnie, lecz dni urlopowe są im przydzielane wedle woli władz firmy i wedle potrzeb obsady poszczególnych sklepów sieci. „System w Stokrotce jest tak skonstruowany, że pracownik nie ma praktycznie żadnego wpływu na to, kiedy dostanie urlop. Dowiaduje się o tym dopiero wtedy, gdy zobaczy grafik. To jest zabieranie nam prawa do normalnego życia prywatnego. Nie możemy zaplanować najprostszych, najbardziej zwyczajnych rzeczy takich, jak wyjazd z dziećmi czy jakakolwiek rodzinna uroczystość” – powiedziała portalowi Tysol.pl Alicja Symbor, przewodnicząca „Solidarności” w Stokrotce.
Taka sytuacja wynika z krytykowanej przez związkowców od dawna zbyt małej obsady kadrowej w sklepach tej sieci.
Protest odbył się pod jednym z warszawskich sklepów, w którym problem urlopów przybrał szczególnie drastyczną postać. Do tego stopnia, że kierowniczka placówki, która stanęła po stronie pracowników, została z tego powodu przeniesiona do innego sklepu, a następnie zrezygnowała z pracy w sieci.
Stokrotka ma w Polsce ok. 1000 sklepów.
W niewielkiej miejscowości zamykany jest zakład produkcji mebli.
Jak informuje Polskie Radio, podjęto decyzję o likwidacji zakładu meblarskiego firmy Steinpol w Wołowie. Wytwarzano w nim meble tapicerowane. Zakład był jednym z kilku należących do tej firmy. Był z nich także najmłodszy. Powstał w roku 2016 i właśnie podjęto decyzję o jego likwidacji.
Pracę straci 110 osób. Firma była jednym z największych pracodawców w mieście. Przestanie działać do końca kwietnia. Bezrobocie w powiecie wołowskim wynosi 11,5%.
Pracownicy huty szkła dostali polecenie przeniesienia się o 700 kilometrów.
Pracownicy Huty Biaglass w Białymstoku dostali od właściciela firmy ultimatum: mają się w połowie kwietnia stawić w pracy w hucie w Pieńsku. Czyli w miejscowości oddalonej o 700 kilometrów, położonej pod granicą z Niemcami. Działa tam huta szkła Biaglass Łużyce. Podmiot ten powstał niedawno po fuzji należących do tego samego właściciela hut szkła na wschodzie i zachodzie Polski.
Nowy prezes tego tworu, Leszek Czemiel, nakazał pracownikom z Białegostoku stawienie się 14 kwietnia do pracy w zakładzie w Pieńsku. Zdaniem pracowników jest to wybieg prawny, a jego celem są zwolnienia dyscyplinarne. Gdy osoby zatrudnione w Białymstoku nie stawią się w pracy na drugim końcu Polski, zostaną zwolnione dyscyplinarnie, co oznacza brak konieczności wypłacenia im odpraw i wszczęcia procedury zwolnień grupowych. W ten sposób „pracodawca” zaoszczędzi spore kwoty.
„Mamy podejrzenie, że dochodzi do naruszenia praw pracowniczych. Wysłaliśmy pismo do pracodawcy, aby wyjaśnił, na jakiej podstawie prawnej samą informacją chce zmieniać znaczące warunki świadczenia pracy” – powiedział „Kurierowi Porannemu” Maciej Łuszczewski, przewodniczący komisji zakładowej związku Solidarność 80 w białostockiej hucie. O sprawie została powiadomiona Państwowa Inspekcja Pracy, która obecnie prowadzi w firmie kontrolę.
Huta w Białymstoku działa od roku 1929.
Związki zawodowe wspólnie domagały się od rządu wsparcia Huty Łabędy.
Pracownicy Huty Łabędy oraz przedstawiciele organizacji związkowych po raz kolejny alarmują: bez pilnych decyzji inwestycyjnych przyszłość zakładu stoi pod poważnym znakiem zapytania. Podczas manifestacji, która odbyła się 20 marca 2026 roku przed Hutą Łabędy w Gliwicach, wyraźnie wybrzmiał jeden przekaz – kończy się czas deklaracji, a zaczyna czas oczekiwania na konkretne działania.
W proteście udział wzięli przedstawiciele związków zawodowych z całego sektora oraz wiceprzewodnicząca OPZZ Barbara Popielarz, która wyraziła solidarność z pracownikami i poparcie dla ich postulatów.
Mimo że zakład dysponuje wykwalifikowaną kadrą, zapleczem produkcyjnym oraz przygotowanymi planami rozwojowymi, inwestycje nie zostały dotąd uruchomione. To sytuacja niezrozumiała, szczególnie w kontekście rosnącego znaczenia przemysłu ciężkiego dla bezpieczeństwa gospodarczego i obronnego państwa.
Związkowcy podkreślają, że Huta Łabędy ma realny potencjał, by stać się ważnym ogniwem w łańcuchu dostaw dla sektora zbrojeniowego oraz nowoczesnego przemysłu. Jednak bez wsparcia właścicielskiego i skutecznego nadzoru ze strony państwa, szansa ta może zostać bezpowrotnie zaprzepaszczona.
Dlatego przygotowane zostały petycje skierowane do Prezesa Rady Ministrów, w których przedstawiono konkretne postulaty oraz oczekiwania pracowników i strony społecznej. Dokumenty te są wyrazem troski nie tylko o przyszłość jednego zakładu, ale całego sektora przemysłowego w Polsce.
Przedruk za: opzz.org.pl
Rząd Tuska zmniejszy dostęp do badań i zabiegów za publiczne środki.
Jak informuje Business Insider, Narodowy Fundusz Zdrowia znacząco zmniejszy dostępność badań i wizyt u lekarzy specjalistów. Przywracane są – zniesione przed kilkoma laty – limity na gastroskopię, kolonoskopię, rezonans magnetyczny oraz tomografię komputerową.
Budżet NFZ w 2026 roku za rządów Tuska jest o aż 26 miliardów za mały wobec potrzeb medycznych. Rządzący postanowili zatem „oszczędzać” – na naszym zdrowiu i dostępie do leczenia. Zamiast nielimitowanego dostępu do ważnych badań – w tym pozwalających wcześnie wykryć i leczenie poważne schodzenia, np. nowotwory – będą wprowadzone limity. Oficjalnie takie badania nie będą limitowane, ale w praktyce nowe rozwiązania uczynią je takimi.
NFZ po wyczerpaniu środków w ramach podpisanej umowy z daną placówką medyczną nie będzie płacił pełnej stawki za kolejne takie badania – za nadwykonania zapłaci 40 proc. ich wartości. Oznacza to, że placówkom medycznym nie będą się one opłacały, a nawet że będą musiały do nich dokładać, zatem potrzebujący nie będą kierowani na badania. Zwiększą się kolejki oczekujących na badania i czas oczekiwania, a alternatywą będą duże wydatki z kieszeni pacjentów na wykonanie takich badań prywatnie. Oprócz tego nadwykonania będą rozliczane raz w roku, a nie, jak obecnie, co kwartał. To jeszcze bardziej zmniejszy w placówkach medycznych chęć wykonywania badań, bo będą musiały na zwrot zaledwie 40% ich kosztów czekać znacznie dłużej.
Takie samo rozwiązanie ma dotyczyć wizyt u lekarzy specjalistów oraz części zabiegów. Limitowane i nie w pełni płatne przez NFZ po przekroczeniu limitu mają być wizyty u np. endokrynologów, zabiegi operowania zaćmy itp.
Wyjątkiem od powyższej reguły mają być tylko podejrzenia chorób nowotworowych i leczenie dzieci i młodzieży.
Wielki producent mebli zamyka kolejny zakład i znów redukuje zatrudnienie.
Jak informuje Tygodnik Zamojski, znany duży producent mebli, firma Black Red White, zamyka swój zakład w Zamościu i zwalnia jego załogę. We wtorek została o tym poinformowana załoga firmy.
W firmie źle się dzieje od pewnego czasu. W styczniu 2025 roku zlikwidowała ona swój zakład w Przeworsku, a pracę tam straciła cała załoga licząca 200 osób. Z kolei w listopadzie 2025 firma zwolniła 800 osób, czyli ponad 25% całej załogi. Tamte zwolnienia dotknęły głównie zakładu w Biłgoraju.
Teraz podjęto decyzję o likwidacji zakładu w Zamościu, który działał na bazie dawnych Zamojskich Fabryk Mebli. Produkcja potrwa do końca kwietnia 2026 roku. Wytwarzanie mebli zostanie przeniesione do Biłgoraja i Mielca, a część zostanie zlecona zewnętrznym podwykonawcom.
Rosną opłaty za pobyt w publicznych sanatoriach.
Jak informuje Polsat News, od maja, czyli w sezonie wiosenno-letnim, wzrosną stawki, które za pobyt w sanatoriach zapłacimy za zakwaterowanie i wyżywienie. Choć same zabiegi sanatoryjne będą wciąż w podstawowym wymiarze finansowane ze środków NFZ, to wzrosną koszty samych pobytów.
W zależności od standardu koszty mogą wzrosnąć nawet o kilkanaście złotych na dobę. Pokój jednoosobowy z pełnym węzłem sanitarnym będzie kosztował niemal 41 zł za dobę, czyli o ponad 8 zł. Pokój jednoosobowy z łazienką dzieloną z lokatorem innego pokoju to koszt ponad 37 zł za dobę, czyli o ponad 11 zł drożej. Rosną także koszty posiłków.
Przy standardowej długości pobytu, wynoszącej przy skierowaniu z NFZ 21 dni, musimy się liczyć z wydatkami większymi o nawet 300 zł, a łączny koszt noclegów i wyżywienia wyniesie nawet ponad 1000 zł.
Za rządów liberałów znowu rośnie skala zatrudnienia w oparciu o umowy śmieciowe.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa na podstawie danych GUS, rośnie skala zatrudnienia w oparciu o umowy śmieciowe. Wedle stanu na koniec III kwartału 2025 r. (to najnowsze całościowe dane) pracę wyłącznie na podstawie umów zlecenia i podobnych wykonywało ponad 1,5 mln osób. Oznacza to wzrost w ciągu roku o 5,4 proc.
Kobiet zatrudnionych wyłącznie na śmieciówkach przybyło o 4,4%, natomiast mężczyzn o 6,4% w ciągu roku. Mężczyźni stanowią 51,3% ogółu zatrudnionych w sposób pozakodeksowy. Najwięcej takich osób jest zatrudnionych w sektorze nazwanym administrowanie i działalność wspierająca, ale to mylące, bo ta kategoria obejmują agencje pracy tymczasowej, oferującej zatrudnienie głównie w przemyśle. Druga pod względem odsetka umów śmieciowych jest branża naprawy pojazdów samochodowych.
Sieć handlowa Dino zwolniła sygnalistkę i działaczkę związkową.
Jak informuje związek zawodowy Konfederacja Pracy – jego sekcja działająca w handlu (m.in. w Kauflandzie, Rossmannie, Aldi, Biedronce, a od niedawna aktywna także w sieci Dino), szefostwo sieci zwolniło z pracy Katarzynę Kiwerską – kierowniczkę sklepu Dino z Sochaczewa. Została zwolniona po tym, jak nagłośniła warunki pracy w tej sieci, szczególnie niskie temperatury zimą. Kiwerska wpuściła do sklepu posła partii Razem, Adriana Zandberga, który dokonał interwencji poselskiej. Po jej wykonaniu sprawą bardzo niskich temperatur w sklepach sieci Dino zajęły się Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Państwowa Inspekcja Pracy.
Katarzyna Kiwerska była sygnalistką – osobą, która zgłaszała naruszenia prawa i nieprawidłowości. Zgodnie z ustawą powinna być objęta szczególną ochroną przed działaniami odwetowymi pracodawcy. Była także działaczką związkową objętą ochroną związkową, co oznacza, że jej zwolnienie wymaga zgody zarządu związku zawodowego. Zwolnienie nastąpiło dzień po tym, jak spółka Dino dowiedziała się, że Katarzyna Kiwerska będzie uczestniczyć w mediacjach z Zarządem Dino jako przedstawicielka związku i pracowników.
Wszystko wskazuje na to, że Kiwerska została zwolniona bezprawnie. Spawa trafi do sądu pracy, a związek zawodowy deklaruje, że mimo to działaczka weźmie udział w spotkaniach negocjacyjnych z zarządem tej sieci handlowej.
Konfederacja Pracy jest od powstania struktur związku w sporze z szefostwem formy. Związkowcy domagają się podwyżek wynagrodzeń, zwiększenia zatrudnienia w sklepach, wprowadzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, który jest obowiązkiem każdej firmy zatrudniającej powyżej 50 pracowników.
Wcześniej Konfederacja Pracy prowadziła podobne działania w innych sieciach handlowych, m.in. zorganizowała w grudniu strajk w Kauflandzie.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Kamil Kulawik – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=124499205
Pracownicy kopalni soli rozpoczęli głodówkę protestacyjną.
Jak informuje portal Tysol.pl, pracownicy rozpoczęli protest głodowy w Inowrocławskich Kopalniach Soli Solino S.A. Ich celem jest „sprzeciw wobec dalszego osłabiania krajowego kompleksu sodowo-solnego oraz braku zdecydowanych działań państwa w sprawach mających znaczenie dla bezpieczeństwa surowcowego, przemysłowego i energetycznego Polski”.
Obecnie czterech pracowników głoduje w siedzibie firmy w Inowrocławiu. Są to osoby zatrudnione w firmie Solino, która jest największym producentem solanki w Polsce. Wytwarza z niej sól spożywczą, produkty do zmiękczania wody oraz wyroby dla przemysłu i rolnictwa. Przedsiębiorstwo należy do Grupy Orlen.
Protest głodowy ma zwrócić uwagę na trudną sytuację nie tylko tego przedsiębiorstwa, ale także całej branży w Polsce. W tym na postępującą dewastacją polskich mocy produkcyjnych, czego wyrazem jest niedawna likwidacja zakładów sodowych Qemetica nieopodal Inowrocławia.
Protestujący apelują do rządu o szybkie działania na rzecz poprawy sytuacji w branży. Domagają się przejęcia przez państwo polskie aktywów zakładu Qemetica. Oczekują także zagospodarowania złóż soli Łanięta, Lubień i Damasławek na Kujawach oraz uruchomienia nowych warzelni soli. Z kolei wyrobiska powinny ich zdaniem być zagospodarowane na potrzeby magazynów kawernowych gazu, paliw płynnych, ropy naftowej oraz innych nośników energii, w tym wodoru.
Ich zdaniem brak takich działań zagraża istnieniu przedsiębiorstwa i miejsc pracy w nim, ale także stanowi problem z punktu widzenia kondycji ekonomicznej całego regionu.
Niemal 300 osób ma stracić pracę w jednym z największych zakładów w Wielkopolsce.
Związki zawodowe działające w zakładzie Signify w Pile przekazały, że szefostwo firmy poinformowało o planowanych zwolnieniach grupowych. Mają one objąć 295 osób.
„Jesteśmy w trakcie transformacji naszej działalności, która polega na odejściu od oświetlenia konwencjonalnego na rzecz energooszczędnych rozwiązań LED oraz zintegrowanych systemów oświetleniowych. W rezultacie wybrane procesy związane z technologią konwencjonalną w zakładzie w Pile są stopniowo wygaszane” – stanowisko szefostwa firmy cytuje portal epoznan.pl.
O zwolnieniach grupowych został poinformowany urząd pracy. Kolejne redukcje zatrudnienia mogą dotyczyć firm kooperujących z Signify.
Pracownicy trzech zakładów protestowali wczoraj przeciwko niszczeniu ich miejsc pracy.
Jak informuje portal Tysol.pl, przedstawiciele związków zawodowych demonstrowali w czwartek w Poznaniu w obronie miejsc pracy. Razem zgromadzili się pracownicy trzech zakładów: H. Cegielski-Poznań S.A., poznańskiej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego oraz Bydgoskich Zakładów Przemysłu Gumowego „Stomil”. Protestowali przeciwko dewastacji ich zakładów i miejsc pracy. Domagali się od wojewody zorganizowania spotkania z przedstawicielami m.in. Ministerstwa Aktywów Państwowych.
Dwa z tych zakładów są własnością publiczną – podlegają różnym podmiotom rządowym, a trzeci w dużej mierze zależy od państwa. Wszystkie trzy przeżywają kłopoty za rządów liberałów.
W zakładach Cegielskiego w ciągu dwóch lat pracę straciło 20 osób, jedna trzecia załogi. W Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” zwolnienia z pracy niedawno otrzymały 92 osoby. To duża część całej załogi, obejmującej przed zwolnieniami 134 osoby. Spora część zakładu idzie do likwidacji. W Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Poznaniu zostanie zwolniona połowa załogi – 60 na 120 osób.
Kilkuset pracowników protestowało i domagało się interwencji państwa. Wojewoda wielkopolska Agata Sobczyk przyjęła delegację protestujących i zapowiedziała niezwłoczne działania na rzecz zainteresowania władz centralnych sytuacją zakładów.
Wytrwałość i determinacja pracowników zaowocowały podwyżkami.
Podpisaniem porozumienia zakończył się spór zbiorowy w zakładzie Adient Seating Poland w Siemianowicach Śląskich. Akcja prowadzona przez Związek Zawodowy Kontra zaowocowała uzyskaniem podwyżek płac.
Spór zbiorowy trwał kilka miesięcy. Z powodu niechęci szefostwa zakładu do przyznania podwyżek, związkowcy sięgali po rozmaite metody. Były protesty, akcje ulotkowe, wywieszania transparentów z żądaniami, wsparcie ze strony innych związków działających w zakładach tej samej grupy kapitałowej. Determinacja się opłaciła. Po kolejnych negocjacjach podpisano porozumienie.
Od 1 marca wynagrodzenie zasadnicze wzrośnie o 1,50 zł brutto za każdą godzinę pracy dla wszystkich pracowników bezpośrednio i pośrednio produkcyjnych wynagradzanych stawką godzinową. Choć podwyżka nie jest duża, to rekompensuje część wzrostu kosztów życia, jest analogiczna jak w innych zakładach z branży motoryzacyjnej w regionie, a przede wszystkim została wywalczona w okresie dekoniunktury w tej branży.
Bezrobocie w lutym wzrosło znowu, a liczba osób bez pracy jest największa od lat.
Jak podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wstępne dane o poziomie bezrobocia mówią, że w lutym 2026 wyniosło ono 6,1%. To kolejny wzrost tego wskaźnika. W styczniu wynosił 6,1%, w grudniu 5,7%, a gdy liberałowie i lewica przejmowali władzę, w listopadzie 2023, wynosił 5%.
To samo dotyczy liczb bezwzględnych. Według danych resortu pracy, na koniec lutego 2026 r. zarejestrowanych było 956,2 tys. osób bezrobotnych. To o 22,1 tys. więcej niż w styczniu oraz o 109,6 tys. więcej niż w lutym 2025 r. W ciągu roku mamy zatem wzrost o ponad 10%. W lutym 2024 było takich osób 845 tys., a w lutym 2023 – 864 tys.
To wszystko oznacza, że bezrobocie w liczbach bezwzględnych rośnie już 9 miesiąc z rzędu. Poprzednim razem taka sytuacja miała miejsce na przełomie lat 2001 i 2002, jak sprawdziła redakcja portalu Business Insider. Z kolei tak duże pogorszenie rok do roku miało ostatnio miejsce w początkach 2021 roku w apogeum pandemii.
W województwie warmińsko-mazurskim bezrobocie przekroczyło już dawno niewidzianą w Polsce barierę dla któregokolwiek z województw i wyniosło tam w lutym aż 10,2%.
W dodatku dane GUS, które przytacza Business Insider, wskazują, że wskaźnik liczby wakatów na rynku pracy jest najniższy od czwartego kwartału 2020 r., czyli od pandemii. Na przykład w budownictwie liczba wolnych miejsc pracy spadła w ciągu roku aż o ponad 33%.
Coraz więcej młodych ludzi w Polsce nie ma pracy.
Jak informuje Business Insider, nowe dane Eurostatu wskazują wysoki i rosnący poziom bezrobocia wśród młodych.
Nowe dane Eurostatu przynoszą złe wieści na temat bezrobocia wśród młodych Polaków. Chodzi o osoby młode, które nie uczą się i chciałyby podjąć pracę. Wśród osób do 25. roku życia bezrobocie w Polsce wynosi obecnie 12,5%. Oznacza to, że badane wedle tej samej metodologii jest czterokrotnie wyższe niż w całej populacji. Średnia dla UE wynosi tylko dwa i pół razy więcej.
Obecny polski wskaźnik jest siódmym najwyższym w całej Unii Europejskiej. Co gorsza, rośnie on. Wiosną ubiegłego roku bezrobocie w grupie wiekowej do 25. roku życia wynosiło 10,9%. Mamy więc obecnie duży wzrost – o ponad półtora punktu procentowego i o ponad 15% w ciągu niespełna roku.
Według związkowców firma Valeo łamie zapisy porozumienia i zwalnia uczestników niedawnego strajku.
Jak informuje Gazeta Krakowska, powraca konflikt w zakładach firmy Valeo w Chrzanowie. Przed kilkoma miesiącami odbył się w nich strajk dotyczący poprawy warunków zatrudnienia. Strajk zakończył się porozumieniem. Jednym z jego zapisów, oprócz podwyżek płac, była deklaracja szefostwa firmy, że żaden z uczestników strajku nie będzie represjonowany w żaden sposób za udział w akcji, w tym zwolniony z pracy. Firma jednak nie dotrzymuje zobowiązania.
Działacze związku zawodowego Sierpień ’80, który prowadził strajk, informują, że 5 osób biorących udział w strajku straciło zatrudnienie. Nie przedłużono im umów o pracę. Decyzję motywowano albo nadmiarem zatrudnionych pracowników albo niską oceną konkretnej osoby. Nie zostały jednak zwolnione osoby niebiorące udziału w strajku, w tym zatrudnione za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, a pracownicy nagle nisko oceniani przepracowali w firmie kilka lat i wcześniej nie było zastrzeżeń do nich.
Z powodu złamania zapisów porozumienia kończącego strajk Sierpień ’80 zaapelował o interwencję w tej sprawie do szefowej Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – Agnieszki Dziemianowicz-Bąk oraz do wicewojewody małopolskiego Ryszarda Śmiałka.
Liderka związku Sierpień ’80 i strajku w Valeo, Katarzyna Jamróz, weźmie udział w jednej z debat podczas jubileuszowej imprezy z okazji 25-lecia naszego pisma: https://nowyobywatel.pl/jubileusz
OPZZ apeluje o wsparcie przemysłu wytwarzającego produkty gumowe.
Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych apeluje do rządu o wsparcie zakładów przemysłu gumowego, które znajdują się w kryzysie.
Przedsiębiorstwa produkujące komponenty gumowe takie jak Stomil Poznań S.A. czy Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A., są od dłuższego czasu w trudnej sytuacji ekonomicznej.
OPZZ wraz ze swoimi organizacjami członkowskimi podejmował szereg działań w celu poprawy ich kondycji oraz utrzymanie miejsc pracy. Zachowanie krajowej zdolności do produkcji komponentów gumowych to nie tylko kwestia ochrony miejsc pracy, lecz także element zapewnienia autonomii gospodarczej państwa oraz trwałego wzmocnienia jego bezpieczeństwa.
Niestety, mimo tych interwencji na początku bieżącego roku podjęto decyzję o rozwiązaniu spółki Stomil Poznań S.A., mimo że jej produkcja ma istotne znaczenie m.in. dla produkcji pojazdów kołowych używanych w przemyśle obronnym oraz na potrzeby Sił Zbrojnych RP.
Z problemami borykają się także Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A., dlatego OPZZ wystąpił do wicepremiera i ministra obrony narodowej, Władysława Kosiniaka-Kamysza z wnioskiem o zainicjowanie działań systemowych służących utrzymaniu krajowej produkcji komponentów gumowych o strategicznym znaczeniu dla sektora obronnego.
W piśmie OPZZ wskazał na kryzysową sytuację Bydgoskich Zakładów Przemysłu Gumowego Stomil S.A., które w związku z postępowaniem sanacyjnym rozpoczęły proces zwolnień grupowych i wypowiedziały umowy o pracę 92 z 134 pracowników. Skala redukcji zatrudnienia oznacza ryzyko trwałej utraty kompetencji technologicznych w zakresie produkcji wyrobów gumowych przez to przedsiębiorstwo oraz wyspecjalizowanej kadry, których odbudowa będzie bardzo kosztowna. Likwidacja zakładu wywoła negatywne skutki nie tylko dla lokalnego rynku pracy, ale także uzależni Polskę od zagranicznych dostawców, co należy uznać za rozwiązanie obarczone bardzo istotnym ryzykiem.
W ocenie OPZZ proces modernizacji Sił Zbrojnych RP i wzmacniania zdolności obronnych państwa powinien opierać się w możliwie szerokim zakresie na krajowej produkcji. Strategia obronna realizowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej musi pozostawać w ścisłej korelacji z polityką gospodarczą i przemysłową państwa. Budowa strategicznej autonomii wymaga zwiększenia roli państwa w procesach gospodarczych istotnych dla bezpieczeństwa państwa oraz inwestycji w przedsiębiorstwa działające na lokalnym rynku pracy, a także wykorzystania systemu zamówień publicznych do tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Jedną z form realizacji ww. podejścia jest podjęcie działań wspierających utrzymanie krajowej produkcji wyrobów gumowych.
Zapotrzebowanie na elementy gumowe w kraju będzie rosło w związku z procesem modernizacji Sił Zbrojnych RP i wzmacniania zdolności obronnych państwa. Istotnym kierunkiem pozostaje również zwiększenie udziału krajowych wyrobów gumowych na rynkach zagranicznych, w tym w kontekście przyszłej odbudowy Ukrainy.
Dlatego zasadne jest zagwarantowanie takim spółkom jak m.in. Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A. nie tylko możliwości dalszego funkcjonowania, ale także stabilnego rozwoju, który będzie adekwatny do ich możliwości produkcyjnych i kompetencji załogi.
OPZZ zawnioskował zatem o niezwłoczne podjęcie przez wicepremiera i ministra obrony narodowej, Władysława Kosiniaka-Kamysza konkretnych decyzji, które zatrzymają proces likwidacji krajowych zdolności produkcyjnych w sektorze wyrobów gumowych.
W ocenie związku państwo nie może pozostawać bierne wobec upadku zakładów o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa i rynku pracy. Ochrona miejsc pracy oraz utrzymanie kompetencji technologicznych w obszarach powiązanych z obronnością jest obowiązkiem rządu.
Protest w obronie elektrowni i miejsc pracy w Rybniku.
Jak informuje portal Tysol.pl, w środę 200 osób manifestowało w Rybniku w obronie tamtejszej elektrowni i miejsc pracy w niej. Uważają oni, że rząd złamał umowę społeczną dotyczącą funkcjonowania w Elektrowni Rybnik bloków węglowych. Miały one działać co najmniej do roku 2030, ale rząd liberałów chce je zlikwidować wcześniej.
Protest rozpoczął się wraz z poranną zmianą w zakładzie. 200 osób – zarówno pracowników zakładu, jak i wspierających ich związkowców z innych zakładów – domagało się realizacji zapisów umowy społecznej. Jest ona łamana przez zarząd firmy PGE Górnictwo Konwencjonalne i Energetyka, do której należy rybnicka elektrownia. Już budowane są energetyczne bloki gazowo-parowe, które mają zostać uruchomione znacznie wcześniej niż planowano.
Nowe bloki gazowe oznaczają zatrudnienie około 65 osób do obsługi. Obecna załoga elektrowni liczy 440 osób. Oczywiste jest więc, że kolejna obietnica złożona pracownikom – że utrzymają pracę w zakładzie po zmianie paliwa – jest fałszywa. Bezrobocie dotknie kilkaset osób, nie licząc kooperantów obecnego zakładu.
A także górników z pobliskich kopalń. Elektrownia Rybnik jest bowiem odbiorcą węgla z okolicy. Przejście na paliwo gazowe oznacza zmniejszenie zbytu węgla. Cztery kopalnie w pobliżu Rybnika zatrudniają 10,5 tys. osób.
Protestujący podkreślali także aspekt bezpieczeństwa energetycznego. Bazowanie na rodzimym węglu oznacza suwerenność w zakresie wytwarzania energii. Tymczasem gaz jest importowany i podatny na rozmaite wahania związane z sytuacją militarną, geopolityczną itp.
Przedstawiciele władz powiatowych protestowali przeciwko traktowaniu szpitali przez rząd.
Jak informuje portal radia RMF FM, we wtorek pod siedzibą Ministerstwa Zdrowia protestowali przedstawiciele Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych oraz Związku Powiatów Polskich. Domagali się zmian w finansowaniu szpitali powiatowych, gdyż obecny model spycha wszelkie problemy na samorządy powiatów, co skutkuje coraz większą falą zamykania oddziałów w takich placówkach oraz ryzykiem likwidacji całych szpitali.
Protestujący zwracali uwagę na kluczowe problemy. Pierwszym są opóźnienia w przekazywaniu szpitalom środków przez NFZ. Skutkuje to brakiem płynności finansowej placówek. Szpitale teoretycznie mają zagwarantowane środki na ustalone zabiegi i procedury, ale NFZ przekazuje te środki z dużym opóźnieniem. Jest to spowodowane zarówno procedurami, jak i obecną sytuacją finansową NFZ, czyli zbyt niskimi budżetowymi nakładami na leczenie. To samo dotyczy zwrotu środków za działania szpitali finansowane z ich własnych budżetów. Po wielu miesiącach NFZ refunduje to, za co już dawno szpitale musiały zapłacić.
Drugim z problemów jest wedle protestujących to, że rząd w żaden sposób nie zapewnia środków na przyznawane kadrom szpitali ustawowe podwyżki stawek za pracę. Trzy lata negocjacji z Ministerstwem Zdrowia nie zmieniły nic w sprawie tego, że rząd gwarantuje kadrom medycznym podwyżki i branżowe stawki minimalne, ale nie zwiększa adekwatnie nakładów na ten cel. Zdaniem protestujących prowadzi to do fatalnej sytuacji, gdy wydatki na pensje są dokonywane kosztem nakładów na inne koszty leczenia. Prezes Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka mówił, że władze samorządowe nie są przeciwne podwyżkom płac w podległych im placówkach, ale nie są w stanie sfinansować ich przy obecnych nakładach rządowych na NFZ.
Protestujący mieli transparenty z hasłami: „Szpitale powiatowe nie chcą umierać na kolanach” oraz „Zdrowie – konstytucyjny obowiązek państwa, a nie problem powiatów”. Andrzej Płonka mówił: „Szpitale powiatowe zamykane są nie dlatego, że zamykają je samorządy powiatowe. Zamykamy je dlatego, że zabrakło środków z NFZ. Zamyka je minister, zamyka je rząd”.
W Łodzi odbył się protest lokatorów mieszkań komunalnych.
Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów zorganizowało wczoraj protest przeciwko polityce lokalowej władz miasta. Był on reakcją na śmierć czterech lokatorów mieszkań komunalnych podczas tej zimy, ale także przejawem krytyki pod adresem władz za całokształt polityki lokalowej.
Około 100 osób protestowało pod budynkiem Zarządu Lokali Miejskich. Domagali się oni daleko posuniętych zmian w polityce lokalowej. Uważają, że mieszkania i budynki komunalne są w fatalnym stanie – wiele z nich nie było remontowanych od dekad. Nie są też podłączone do sieci ciepłowniczej, co sprawia, że koszty ogrzewania przerastają możliwości mieszkańców. Zamiast ogrzewać, przebywają oni w chłodnych pomieszczeniach, z wszystkimi tego konsekwencjami zdrowotnymi. Jedna z lokatorek-emerytek mówiła mediom, że miesięczny koszt ogrzewania jej mieszkania prądem to 2000 zł, co oznacza konieczność wydania ogromnej części emerytury na elementarne ogrzanie. Niemal 30% lokali komunalnych w Łodzi jest ogrzewanych w ten sposób, a do sieci ciepłowniczej podłączono zaledwie 40% ogółu mieszkań miejskich.
Organizatorzy protestu oprócz problemu z ogrzewaniem i fatalnym stanem technicznym wielu budynków wskazywali także na konieczność zmiany polityki czynszowej w przypadku tak zaniedbanego zasobu. Uważają, że czynsze powinny być znacznie niższe, jeśli miasto nie zapewnia nawet podstawowego standardu.
Protestujący blokowali wejście do siedziby zarządu ZLM. Policja użyła siły wobec nich. Weronika Dąbrowicz z Łódzkiego Stowarzyszenia Lokatorów, cytowana przez portal tulodz.pl, mówiła: „Urząd Miasta, prezydent, Rada Miejska i Zarząd Lokalny Miejski mają gdzieś nasze postulaty. Mają gdzieś to, co mówimy. Jedynie co nam oferują, to drobne zmiany. Chcemy budynków, które są w dobrym stanie technicznym. Chcemy, żeby urząd reprezentował nas, a nie swoje interesy. Chcemy rozmów na temat tego, w jaki sposób robić politykę mieszkaniową”.
Do protestujących wyszedł Paweł Jędrachowicz, dyrektor Departamentu Mieszkalnictwa UMŁ, proponując spotkanie delegatom protestujących. Ci jednak nie zgodzili się i chcieli rozmawiać publicznie, przy udziale wszystkich zgromadzonych. Spotkanie zatem nie odbyło się. Protestujący mieli z sobą trumnę symbolizującą śmierć z wychłodzenia lokatorów mieszkań komunalnych.
O fatalnej polityce mieszkaniowej w Łodzi pisał dla nas w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” Damian Duszczenko. Numer wciąż do kupienia: https://nowyobywatel.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-4798/
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów
70 procent zatrudnionych straci pracę.
Jak informuje Express Bydgoski, wielka redukcja zatrudnienia właśnie dokonuje się w jednym z zakładów. W Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” zwolnienia z pracy otrzymały 92 osoby. To duża część całej załogi, obejmującej przed zwolnieniami 134 osoby.
Likwidacji ulega znaczna część przedsiębiorstwa. Produkcja zostanie utrzymana w wydziale płyt, wykładzin gumowych i sznurów przemysłowych. Zlikwidowane zostały wydziały produkcji węży hydraulicznych, węży przemysłowych oraz uszczelek i artykułów formowych.
Przedsiębiorstwo jest publiczne, należy do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu.
Nawet 200 osób może stracić pracę w kolejnej krakowskiej firmie redukującej zatrudnienie.
Jak informuje Kurier Krakowski, niepokój ogarnął załogę firmy Electrolux Poland – oddziału w Krakowie. Obawiają się o pracę, którą może stracić nawet 200 osób.
Najpierw poinformowano ich, że część zadań tego oddziału – procesów finansowych i księgowych – zostanie przeniesiona do Indii. 18 lutego firma przedstawiła im Plan Dobrowolnych Odejść – w ciągu trzech tygodni chętni mają się zgłosić i przyjąć zaoferowane warunki. Pracownicy twierdzą, że są na nich wywierane naciski, aby przystępowali do PDO. Sam plan nie ma jawnej i dostępnej postaci, lecz ma polegać na indywidualnych negocjacjach z szefostwem. Oznacza to brak możliwości porównania oferowanych warunków rezygnacji z pracy.
Nieoficjalne informacje mówią o redukcji 200 etatów.
Niemal połowa zatrudnionych w zakładzie straci pracę.
Jak informuje Głos Wielkopolski, niemal połowa pracowników Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Poznaniu zostanie zwolniona.
Zakład produkuje aparaturę do silników wysokoprężnych oraz części do samolotów. W ostatnim czasie ma miejsce duży spadek zamówień, a sytuacja finansowa firmy jest fatalna. Brakuje płynności finansowej, dwie ostatnie wypłaty pracownicy otrzymywali w ratach.
Zwolniona zostanie niemal połowa pracowników – 60 osób na nieco ponad 120 ogółem zatrudnionych. O pracę nikt nie może być spokojny. Przedsiębiorstwo jest od listopada objęte postępowaniem sanacyjnym. To oznacza, że zwolnieni mogą zostać absolutnie wszyscy, łącznie z kobietami w ciąży czy osobami w wieku przedemerytalnym. Średnia wieku w zakładzie wynosi około 50 lat, czyli są to osoby w wieku, w którym bardzo trudno znaleźć nowe zatrudnienie.
Jak co roku prosimy Was o przekazanie 1,5% podatku na wsparcie „Nowego Obywatela”. Nie kosztuje Was to ani złotówki, a od efektu zbiórki zależy w dużej mierze to, czy nasze pismo przetrwa.
Nie mamy bogatych sponsorów. Nasze pismo jest ubogie i wciąż walczy o przetrwanie. Tworzymy „Nowego Obywatela” w spartańskich warunkach – możemy tylko pomarzyć o budżetach, jakimi dysponują inne czasopisma, w tym większość niewielkich periodyków społeczno-politycznych.
Prosimy o Wasze wsparcie! Wystarczy w PIT wpisać wydawcę pisma – Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom oraz nasz numer KRS: 0000 248 901. Możecie skorzystać także z rozliczenia Waszych PIT-ów przez urzędy skarbowe. Żeby w tym modelu przekazać nam 1,5%, trzeba zalogować się w Portalu Podatkowym i skorygować swój PIT o nasz numer KRS. Nie stracisz ani złotówki, a nam bardzo pomożesz.
Co dostajecie w zamian? Pismo tworzone przez ideowców, nie dla pieniędzy – robimy swoje już ponad 25 lat (właśnie obchodzimy ćwierćwiecze istnienia), bez słomianych zapałów. Pismo konsekwentnie stojące po stronie słabszych grup społecznych. Pismo rzetelne – w każdym numerze publikujemy dobrze przygotowane analizy fachowców oraz obszerne i pogłębione wywiady. Pismo, które wyprzedza epokę – jako pierwsi lub jedni z pierwszych w Polsce pisaliśmy o tematyce dzisiaj głośnej i modnej, m.in. o ekologii, zapaści prowincji, szkodliwości neoliberalizmu, konieczności rozwiniętej polityki socjalnej, upadku i konieczności odbudowy transportu zbiorowego, reprywatyzacji, deglomeracji i wielu innych tematach. Pomóż nam nie upaść!
Liczymy na Wasze wsparcie! Dziękujemy!
Samorządy w woj. warmińsko-mazurskim, gdzie jest najwyższe bezrobocie, stracą większość środków na wsparcie poszukujących pracy.
Jak informuje portal TKO.pl, znana od kilku miesięcy decyzja rządu liberałów o znaczącym obcięciu nakładów na wsparcie w wychodzeniu bezrobocia, szczególnie mocno uderzy w woj. warmińsko-mazurskie.
Rząd Tuska w bezprecedensowy sposób zmniejszył w 2026 roku środki na Fundusz Pracy. Trafiały one corocznie do powiatowych urzędów pracy i wspierały wychodzenie z bezrobocia. W roku 2025 na ten cel przeznaczono 3,6 miliarda, a w roku obecnym będzie to tylko 2,1 mld. Realnie do samorządów trafi jeszcze mniej, bo tylko 1,7 mld. Co gorsza, środki z tego źródła służyły także współfinansowaniu projektów z Europejskiego Funduszu Społecznego, czyli faktyczne zmniejszenie środków na wychodzenie z bezrobocia będzie jeszcze niższe.
W woj. warmińsko-mazurskim część powiatów będzie miała na ten cel nawet o 84% środków mniej niż w roku ubiegłym. Tak będzie na przykład w powiecie kętrzyńskim. Bezrobocie w nim na koniec grudnia 2025 wynosiło 18 procent. Podobnie w powiatach braniewskim (16,8 proc.) i bartoszyckim (16,4 proc.). W całym województwie warmińsko-mazurskim bezrobocie szybko rośnie i w styczniu 2026 wyniosło już 9,9%. na jedną ofertę zatrudnienia zgłoszoną do powiatowych urzędów pracy przypadało w grudniu 2025 aż 22 bezrobotnych.
Władze powiatu kętrzyńskiego są przerażone taką skalą redukcji wsparcia w wychodzeniu z bezrobocia. Decyzja rządu oznacza wielomilionowy ubytek środków na staże, szkolenia, doposażenie stanowisk pracy oraz roboty publiczne. „Nie będzie zatrudnień do robót publicznych i prac społecznie użytecznych” – napisano w stanowisku samorządu powiatu.
Związek Powiatów Polskich w swoim stanowisku wylicza, że tegoroczna kwota dotacji podzielona przez liczbę osób pozbawionych zatrudnienia daje kwotę 850 zł na osobę na rok. To kwota, za którą realnie nie da się pomóc w znalezieniu zatrudnienia w jakiejkolwiek postaci.
Kolejne zwolnienia grupowe w Krakowie w branży technologicznej.
Jak informuje portal Interia Biznes, firma Sabre z branży technologicznej zapowiedziała zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić 60 osób w jej oddziale w Krakowie, gdzie przygotowywane jest oprogramowanie dla sektorów transportu i podróży.
Zwolnienia obejmą osoby z różnych działów. Są one wedle stanowiska firmy efektem automatyzacji i cyfryzacji części zadań. Sabre zatrudnia w Polsce około tysiąca osób.
Ubiegły rok był rekordowy od lat pod względem skali zwolnień grupowych, a sytuacja się nie poprawia.
Rok 2025 przyniósł niechlubny rekord pod względem zwolnień grupowych w Polsce. Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że w ciągu zaledwie dwóch lat skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 71%! W roku 2025 objęły one 29 500 osób, w roku 2024 było to 27 000, a w 2023 tylko 17 200 pracowników.
Najwięcej zwolnień grupowych w roku 2025 było w sektorze przetwórstwa przemysłowego – to aż 43% ogółu zwolnień grupowych. Kolejne miejsce zajęły transport i gospodarka magazynowa z 24% ogółu zwolnień.
Wraz z początkiem roku trend na rynku pracy są nadal fatalne. Bezrobocie wzrosło do poziomu niewidzianego od dawna – 6% w styczniu oznacza znaczny wzrost wobec grudnia (5,7%), a w ciągu dwóch lat rządów liberałów z poziomu 5%. Styczeń 2026 przyniósł także inne kiepskie dane. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było o 0,2% niższe niż w grudniu 2025 oraz o 0,8% niższe niż w styczniu 2025.
Portal wnp.pl przytacza dane Krajowej Izby Gospodarczej, której mówią o ubytku w sektorze przedsiębiorstw 9800 etatów w styczniu wobec grudnia. Tymczasem w styczniu tendencja była zwykle odwrotna. W analizie KIG czytamy, że „dane te są bardzo zaskakujące (negatywnie). Zazwyczaj statystyki stycznia pokazują wzrosty zatrudnienia. Ostatni spadek zatrudnienia w styczniu był odnotowany w 2021 roku – wtedy było to pokłosie trudnego, pandemicznego 2020 roku”.
Zaostrza się konflikt między związkami a szefostwem wielkiego producenta z sektora automotive.
Zaostrza się spór płacowy w zakładach firmy Adient w Bieruniu i w Siemianowicach. Szefostwo polskich oddziałów tej firmy odrzuca postulaty płacowe związkowców.
W Siemianowicach rokowania płacowe zakończyły się fiaskiem. Podwyżki o 1,5 zł brutto za każdą przepracowaną godzinę domaga się w tym zakładzie związek zawodowy Kontra. Początkowo szefostwo zakładu deklarowało podwyżkę o 3,5%, co dawało około 1,2 zł za godzinę. Jednak w trakcie rokowań przedstawili ofertę podwyżki płac o 1 zł, czyli w zasadzie jest to wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżka. Związkowcy odstąpili od tej formy negocjacji.
Teraz odbędą się tam mediacje wedle schematu przewidzianego polskim prawem, czyli z udziałem mediatora. Kolejne przewidziane prawem kroki są ostrzejsze. „Nie wykluczamy żadnych scenariuszy. Będziemy podejmować działania protestacyjne zgodne z prawem. Pracownicy oczekują realnych podwyżek, a nie kroków wstecz” – mówi Adam Klacka, lider Kontry w zakładzie.
W zakładzie tej firmy w Bieruniu także toczy się spór płacowy. „Solidarność” w Adient Seating (największy w skali świata producent foteli samochodowych) domaga się podwyżki stawki godzinowej o 1,8 zł brutto oraz dodatkowych premii wakacyjnych i świątecznych. Szefostwo zakładu jest gotowe przyznać podwyżki znacznie mniejsze, także i tutaj wynoszące 1 zł brutto. Zdaniem „Solidarności” taka podwyżka jedynie rekompensuje inflację, a stawki premii są w Adiencie jedne z najniższych w branży automotive w regionie.
Także i tutaj po bezowocnym zakończeniu negocjacji mają się odbyć mediacje. Sytuacja w zakładzie jest tym gorsza, że pracę straciły w nim niedawno 64 osoby z powodu zmniejszenia produkcji w zakładzie koncernu motoryzacyjnego FCA w Tychach, na potrzeby którego zakład wytwarza fotele.
Na Uniwersytecie Warszawskim narasta konflikt wokół lokalu w piwnicy Domu Studenta przy Krakowskim Przedmieściu 24. Studenci i studentki zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza złożyli 16 lutego br. apel do władz Uniwersytetu Warszawskiego, domagając się natychmiastowego zerwania umowy najmu z firmą Topgastro sp. z o.o. i przywrócenia w tym miejscu niekomercyjnego klubu studenckiego.
Jak wskazują autorzy apelu, uczelnia od lat toleruje sytuację, w której lokal formalnie przeznaczony na klub studencki funkcjonuje jako droga restauracja nastawiona na turystów, niedostępna dla większości studentów. Tymczasem umowa najmu – przedłużona w 2023 roku – zobowiązuje najemcę do prowadzenia działalności kulturalnej dla studentów, przeznaczania na ten cel co najmniej 5,5 tys. zł miesięcznie oraz regularnego raportowania programu i wydatków Zarządowi Samorządu Studentów UW.
Zdaniem studentów żaden z tych warunków nie jest realizowany. Jednostki uczelni miały potwierdzić brak jakiejkolwiek dokumentacji dotyczącej działalności kulturalnej, co – według sygnatariuszy apelu – oznacza rażące naruszenie umowy i obnaża bezczynność władz uczelni oraz samorządu studenckiego.
Spór dotyczy jednak nie tylko jednego lokalu. Studenci przypominają, że kampus centralny UW – mimo swojej skali i prestiżu – nie posiada dziś ani jednego klubu studenckiego. Ich zdaniem jest to efekt wieloletniej prywatyzacji i likwidacji przestrzeni studenckich, zapoczątkowanej w latach 90., na którą władze uczelni konsekwentnie się godziły. W apelu podkreślają, że Uniwersytet Warszawski posiada środki, doświadczenie i infrastrukturę, by prowadzić własną instytucję kultury studenckiej, lecz od lat z tej odpowiedzialności się nie wywiązuje.
Sygnatariusze domagają się oddania lokalu społeczności akademickiej i utworzenia w nim centrum kultury studenckiej finansowanego z budżetu uczelni. Zapowiadają także eskalację działań w przypadku dalszego ignorowania ich postulatów.
„Jeżeli uniwersytet nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszeni wziąć sprawy w swoje ręce” – piszą studiujący w apelu.
Oto cały apel:
Apel ws. klubu studenckiego w piwnicy „Domu Studenta”
W piwnicy budynku przy ul. Krakowskie Przedmieście 24 zajmowanego dziś w większości przez samorząd, przez dekady funkcjonował klub studencki. Od lat 60. do 1989 roku był to lokal o nazwie „Sigma”, a następnie „Kontra”. W latach 90. działało tam Akademickie Centrum Kultury Niezależnej oraz restauracja „Giovanni”. Od lat 2000. mieści się tam „Indeks”, który od lat działa jako zwykła restauracja oferująca posiłki w zupełnie nieprzystępnych dla społeczności studenckiej cenach – jak np. niesławny kotlet schabowy za 65 złotych.
W umowie zawartej pomiędzy najemcą Topgastro sp.z o.o. a Uniwersytetem Warszawskim czytamy, że „Lokal przeznaczony jest na klub dla studentów”. W tej samej umowie mowa jest o comiesięcznym przeznaczaniu środków na działalność kulturalną studentów oraz cyklicznym sprawozdawaniu Zarządowi Samorządu Studentów UW programu kulturalnego. Niestety, nie miało to nigdy miejsca – Dział Organizacji Zasobów Informacyjnych UW poinformował, że taka dokumentacja nie istnieje. Najemca nie wywiązuje się z postanowień umowy, a ZSS bezradnie rozkłada ręce. To wielka strata dla pokoleń studentek i studentów, które zostały tym samym pozbawione dostępu do niekomercyjnej przestrzeni kulturalnej, która wcześniej służyła im przed dekady.
Wobec tego:
1. Domagamy się zerwania umowy z najemcą lokalu w związku z niewywiązywaniem się z jej postanowień. Zgodnie z § 3 pkt 5 umowy:
Najemca oświadcza, iż będzie miesięcznie przeznaczał kwotę w wysokości minimum 5 538 zł netto na działalność kulturalną w lokalu. Wysokość wydatkowanych kwot na działalność kulturalną będzie przedmiotem kontroli i oceny ze strony Zarządu Samorządu Studentów UW. Najemca będzie sporządzać miesięczne raporty z poniesionych wydatków i przekazywać go – wraz z dołączonymi kopiami faktur/rachunków – do Zarządu Samorządu Studentów UW do 20-go dnia następnego miesiąca. Nieprzekazanie we wskazanym terminie przez Najemcę raportu dot. kosztów związanych z działalnością kulturalną może skutkować rozwiązaniem umowy najmu bez wypowiedzenia.
2. Żądamy zwrócenia tej przestrzeni bezpośrednio naszej społeczności i stworzenia w niej centrum kultury studenckiej oraz przeznaczenia na ten cel środków z budżetu uczelni.
Historia kultury studenckiej nieodłącznie wiąże się z klubami studenckimi – miejscami, w których w warunkach niekomercyjnych może rozwijać się alternatywna kultura, a artyści rozpoczynają swoje kariery niezależnie od pochodzenia. Studiujący mają gdzie odbywać dyskusje i nawiązywać tak cenne i potrzebne dla młodych ludzi. Przez wiele lat to właśnie w takich klubach, tworzonych oddolnie przez społeczność, powstawały zespoły muzyczne popularne w całym kraju, eksperymentowano z nowymi gatunkami i tworzono nowe nurty w sztuce. Ich kluczową rolę stanowiło właśnie budowanie społeczności, której odizolowanym studiującym dzisiaj tak desperacko brakuje. Kultura studencka umiera przede wszystkim dlatego, że nie mamy dostępu do fizycznej przestrzeni, w której mogłaby ona się rozwijać.
Uniwersytet posiada zaplecze – lokal, który z powodzeniem działał jako klub studencki, a także finanse, know-how i doświadczenie w organizacji instytucji kulturalnych, takich jak Radio Kampus, Teatr Hybrydy, chóry uniwersyteckie, czy miejsc otwartych dla społeczności takich jak Makerspace w budynku Wydziału Fizyki czy Inkubator UW. Nie ma żadnego powodu, dla którego uniwersytet nie miałby zapewniać swoim studentom i studentkom przestrzeni na integrację i twórczość. Tymczasem, po dekadach sukcesów w sferze kultury studenckiej, w latach 90. władze Uniwersytetu Warszawskiego pozwoliły na likwidację lub prywatyzację wszystkich naszych klubów studenckich – Hybryd, Proximy, Ubabu, czy Magistra. Cięcia w epoce Balcerowicza oraz dzika prywatyzacja przeprowadzona przez ówczesnych samorządowców skutecznie pozbawiły całe pokolenia studentów dostępu do przestrzeni, które przez dekady działalności wydały na świat wielu artystów oraz pozwoliły na zawarcie niezliczonych przyjaźni na lata. Dziś na przestrzeniach byłych klubów zarabiają prywatni przedsiębiorcy, a studenci i studentki nie czerpią z tego żadnych korzyści.
Społeczność studencka domaga się dostępu do kultury – poczynając od przestrzeni, w której ta kultura ma szansę powstawać. Jesteśmy gotowe do walki o powrót klubu przy bramie głównej. Jeżeli uniwersytet nie wywiąże się ze swojej roli i nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszone wziąć sprawy w swoje ręce.
Zgodnie z przestrogami związkowców, dotowana niemiecka stal zalewa polski rynek.
Jak informuje portal Interia Biznes, nasila się import stali z Niemiec do Polski. Zagraża to rodzimym producentom wyrobów stalowych i miejscom pracy w Polsce.
Polscy producenci stali znajdują się od dłuższego czasu w kryzysie. Do niedawna trwał nielimitowany import wyrobów stalowych do UE z krajów, które mają znacznie niższe koszty pracy i produkcji oraz nie są objęte wysokimi i kosztownymi normami emisyjnymi. Po długich staraniach Unia wprowadziła w końcu tzw. mechanizm CBAM, ustanawiający opłaty od importowanych produktów energochłonnych. Miało to dać oddech branży stalowej w Europie, w tym w Polsce.
Nic takiego nie ma jednak miejsca z powodu zalewania Polski stalą z Niemiec. Unia Europejska wprowadziła możliwość dotowania cen energii dla przemysłu ciężkiego przez kraje członkowskie, ale pozostawiła im dowolność w kwestii wysokości dopłat. Jak nietrudno się domyślić, największe dopłaty mogą zaoferować kraje duże i bogate. Tak zrobiły Niemcy, oferując swojemu przemysłowi znaczne subwencje do cen/kosztów energii. Związkowcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej alarmowali, że skutki tego będą opłakane dla przemysłu stalowego takich krajów. Koszty energii to jeden z głównych czynników cenotwórczych w produkcji stali, a kraje te nie są w stanie zaoferować takich dopłat, jak zamożne Niemcy.
Ich przewidywania potwierdziły się. Na polski rynek już masowo napływają tańsze niemieckie wyroby. Na razie są to głównie pręty żebrowane i blachy gorącowalcowane, wykorzystywane np. w budownictwie. Tylko w styczniu na polski rynek trafiło 40 tys. prętów żebrowanych, czyli dwa razy tyle, ile przed wprowadzeniem mechanizmu CBAM napływało do naszego kraju z Ukrainy.
Polskie pręty żebrowane kosztują około 2,65 tys. zł za tonę, tymczasem niemieckie, mimo wyższych kosztów pracy w tamtym kraju, są po wprowadzeniu dotowania cen energii sprzedawane u nas po 2,4 tys. zł za tonę. Krajowe blachy gorącowalcowane kosztują około 3,37 tys. zł za tonę, a niemieckie oferowane w Polsce są o 5% tańsze.
Polska branża stalowa od dawna apeluje o wprowadzenie dotacji do cen energii dla przemysłu w Polsce. Na razie bez efektów – rząd liberałów nie wyszedł poza niekonkretne obietnice.
Duże zwolnienia z pracy i likwidacja zakładu.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, zwolnienia grupowe ogłosiła i poinformowała o nich urząd pracy spółka Hexagon Agility Poland działająca w Słupsku. Pracę ma stopniowo stracić 96 osób. Spółka z branży paliw alternatywnych przeszła z rąk amerykańskich pod kontrolę kapitału norweskiego. Nowi właściciele podjęli decyzję o likwidacji polskiego oddziału. Popyt na produkty firmy maleje w Polsce.
Pierwsze 44 osoby stracą pracę już na koniec lutego. Reszta etatów i produkcji zostaną stopniowo zlikwidowane do września.
W styczniu bezrobocie w Polsce było najwyższe od czasów pandemii.
Bezrobocie w styczniu 2026 roku wyniosło w Polsce wedle wstępnych szacunków 6%. Oznacza to wzrost wobec z grudnia z poziomu 5,7%, a rok do roku z poziomu 5,4%. Gdy liberałowie obejmowali władzę, poziom bezrobocia wynosił 5%.
Jak informuje portal Interia Biznes, na koniec stycznia 2026 liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 934,8 tys. osób. Było to o 47 tys. więcej niż w grudniu 2025 i o 97,2 tys. więcej niż w styczniu 2025. Ten ostatni wskaźnik wzrósł w ciągu roku o 11,6%. Liczba bezrobotnych wzrosła w ciągu miesiąca w każdym z województw. W woj. warmińsko-mazurskim wskaźnik bezrobocia wynosi już 9,9%. Stopa bezrobocia wzrosła w ciągu miesiąca w 370 powiatach, a w 10 pozostała bez zmian, natomiast nie zmalała w żadnym polskim powiecie.
Zwiększenie się liczby bezrobotnych miesiąc do miesiąca było w styczniu 2026 już ósmym miesiącem z rzędu z taką tendencją. W roku 2025 o około 9% wyższa niż rok wcześniej była liczba osób dotkniętych utratą pracy w procedurze zwolnień grupowych, choć już 2024 był pod tym względem rekordowy od lat.
W dodatku w ciągu roku znacznie zmalała liczba wolnych miejsc pracy zgłaszanych do urzędów pracy – w styczniu 2026 było ich o 63,1 tys., czyli o 71,3% mniej niż w styczniu 2025.
Związkowcy apelują do sieci marketów, aby zwalniani pracownicy byli traktowani tak, jak w zachodnich oddziałach firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z „Solidarności” apelują do szefostwa sieci handlowej Carrefour o zapewnienie zwalnianym pracownikom lepszych odpraw i warunków wypowiedzenia. Niedawno polski oddział tej sieci handlowej ogłosił kolejne zwolnienia grupowe. Tym razem pracę ma stracić około 200 osób.
Związkowcy domagają się, aby zwalniani, nierzadko pracownicy z długim stażem, dostali godne odprawy. Firma chce im bowiem dać tylko tyle, ile wynika z zapisów Kodeksu pracy.
W ubiegłym tygodniu związkowcy zorganizowali protest przed siedzibą firmy. Paweł Skowron, przewodniczący „Solidarności” w Carrefour Polska, mówił podczas akcji protestacyjnej: „To, co widzimy, to Europa dwóch prędkości. My jesteśmy pracownikami ściany wschodniej względem Europy Zachodniej. W Europie Zachodniej pracownicy tej samej korporacji dostają wielokrotność wynagrodzeń, my zaś jesteśmy poszkodowani. To smutna konkluzja po ponad dwudziestu latach obecności Carrefour w Polsce. Dzisiaj przy zwolnieniach grupowych pracownicy zostaną z minimalną odprawą gwarantowaną przez państwo. To pracownicy firmy, którzy pracowali w święta, przynosili zysk tej firmie. Domagamy się godnej odprawy”.
Podczas tej samej pikiety Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń oraz Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, dodawał: „W Rumunii pracownicy po 10-letnim stażu pracy otrzymali 8-krotne wynagrodzenie przy odprawie, przy takich zwolnieniach. Osoby, które pracowały mniej niż 10 lat otrzymały 4-krotne wynagrodzenia. U nas pracodawca nie zaproponował dodatkowych odpraw. Pracownicy zostali tylko potraktowani kodeksowo, otrzymują kodeksowe odprawy i nic poza tym. To jest niebywałe”.
Dariusz Paczuski, przewodniczący Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”, w swoim wystąpieniu powiedział: „To wstyd po 20-30 latach pracy tak się rozliczać z pracownikami. Kiedy ogromne międzynarodowe koncerny przychodziły do Polski robić interesy to robiły to na garbach tych ludzi, naszych koleżanek, kolegów i wypracowały ogromny majątek. To my społeczeństwo robiąc zakupy w sieciach handlowych, zagranicznych sieciach handlowych spowodowaliśmy, że dzisiaj są to ogromne koncerny. W Polsce zdobyły dominującą pozycję. I za te wszystkie lata te koncerny tak się z nimi rozliczają”.
Upada przedsiębiorstwo w Łodzi, pracownicy zostali bez pensji.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, upada firma Proteon Pharmaceuticals z Łodzi. To przedsiębiorstwo z dziedziny biotechnologii. Specjalizuje się w dodatkach do pasz na bazie bakteriofagów – technologia pozwala znacznie ograniczyć podawanie antybiotyków zwierzętom.
Jeszcze przed kilkoma laty firma zatrudniała około 200 osób. W roku 2024 dokonała zwolnień grupowych o skali 50 osób. W 2025 odchodzili kolejni. Latem ubiegłego roku załoga liczyła już tylko 70 osób, a płace zmniejszono o 18%. Od kilku miesięcy pensje nie są w ogóle wypłacane. Firmę próbuje się postawić w stan upadłości, ale nie zatwierdził tego jeszcze sąd.
Kontrole Państwowej Inspekcji Pracy wykazały duże zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń i innych należności pieniężnych. Wynoszą one nawet pół roku i kilkadziesiąt tysięcy złotych, a dotyczą co najmniej 70 osób.
Firma upada, choć w roku 2025 uzyskała pozwolenie na sprzedaż swoich produktów w Unii Europejskiej – wcześniej produkowała je na rynki obu Ameryk.
Narodowy Fundusz Zdrowia wciąż nie zapłacił szpitalom ponad 2 mld zł za leczenie pacjentów w programach lekowych w 2025 r. To pieniądze za terapie, które już podano.
Szpitale, które realizują programy lekowe, muszą najpierw samodzielnie pokryć koszty terapii, zanim NFZ je rozliczy i za nie zapłaci. Jeśli są opóźnienia w płatnościach, placówki „kredytują” płatnika, aby móc dalej leczyć i kwalifikować do programów kolejnych chorych.
To nie jest problem pojedynczych terapii ani jednej grupy pacjentów. Z danych zebranych przez Federację Przedsiębiorców Polskich wynika, że szpitale nie otrzymały pełnych płatności zarówno za leczenie onkologiczne, jak i nieonkologiczne. Do tej pory NFZ rozliczył niespełna 14 mld zł za ubiegły rok. Na pozostałe środki placówki wciąż czekają, a zaległości dotyczą również drugiego i trzeciego kwartału ubiegłego roku.
Szpitale czekają na rozliczenie m.in. leczenia pacjentów z nowotworami hematoonkologicznymi, takimi jak ostra białaczka limfoblastyczna czy chłoniaki T- i B-komórkowe. Podobna sytuacja dotyczy nowotworów kobiecych. Za leczenie raka szyjki macicy Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił tylko 70 proc. należnych kwot, a w przypadku raka endometrium – 55 proc.
W programach lekowych dla pacjentów z chorobami nieonkologicznymi zaległości obejmują m.in. leczenie chorób nerek, choroby Parkinsona oraz leczenie profilaktyczne pacjentów po przeszczepach. Duże braki widać w leczeniu kardiomiopatii – tu NFZ uregulował 63 proc. zobowiązań – oraz miastenii, gdzie zapłacono tylko połowę należności.
„Ratujmy życie i zdrowie pacjentów poprzez umożliwienie im realnego dostępu do programów lekowych, zapewniając ich stabilne finansowanie” – mówiła prof. Alina Kułakowska w listopadzie, podczas prezentacji raportu „Dostępność programów lekowych w ocenie pacjentów”. W swojej wypowiedzi podkreślała, że programy lekowe przynoszą świetne efekty terapeutyczne i ekonomiczne. Apelowała do decydentów o niezmarnowanie tego, co już poprzez programy lekowe zostało osiągnięte, a co można stracić poprzez niestabilne ich finansowanie. Wskazała, że w neurologii kontrakty w regionach na realizację programów lekowych są niższe średnio o 16% vs rok poprzedni, co generuje nadwykonania, będące ogromnym problemem dla szpitali.
Programy lekowe są istotne dla zdrowia pacjentów. Federacja Przedsiębiorców Polskich zawnioskowała o omówienie tej kwestii podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia, które ma się odbyć 18 lutego 2026 r. FPP oczekuje informacji o planowanym terminie uregulowania zaległych zobowiązań oraz przedstawienia zbiorczych danych dotyczących wartości kontraktów na programy lekowe w 2026 r.
Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami mówią: „dość, chcemy swojego rzecznika, bo dla systemu jesteśmy niewidzialni”.
Brak informacji do kogo zgłosić się o pomoc, na temat dostępnych metod leczenia i przysługujących świadczeń, to największy problem dnia codziennego dla 75% rodziców dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami – pokazują wyniki ankiety Fundacji Espero – Nadzieja Dla Dzieci. Dużym zmartwieniem są również długie kolejki do specjalistów lub brak lekarzy w miejscu zamieszkania. Jakby było mało, te wyzwania generują kolejne problemy. Z powodu „chorób” systemu opiekunowie dzieci cierpią na bezsenność, depresję, odczuwają lęk i wypalenie. Blisko 9 na 10 pytanych rodziców przyznaje, że w ciągu ostatniego roku przeżyło kryzys psychiczny. Powołanie rzecznika, który zadbałby o ich prawa i potrzeby wraz z nowym, kompletnym systemem wsparcia, jest szansą na zmianę złej sytuacji.
● Średni czas oczekiwania na pierwszą wizytę w poradni dla dzieci z autyzmem w Warszawie, w ramach NFZ wynosi około 477 dni. Dla porównania, w stolicy Dolnego Śląska „tylko” 300. Czas kwalifikacji na terapię zajęciową może trwać nawet dziewięć miesięcy.
● Aby ominąć kolejkę, można wybrać placówkę prywatną. Godzina terapii indywidualnej to koszt nawet 220-260 zł. Wysokość zasiłku pielęgnacyjnego to niecałe… 216 zł.
● W Warszawie, w placówkach publicznych pracuje mniej niż 10 kardiologów dziecięcych specjalizujących się we wrodzonych wadach serca. Za mało w stosunku do potrzeb, ale w Toruniu jest ich 2. Problem jest także z innymi specjalizacjami.
● 70% rodziców pytanych przez fundację czeka co najmniej 3 miesiące na wizytę u specjalisty. 2/3 przyznaje, że brak terminu wizyty lub brak koordynacji pogorszył sytuację zdrowotną dziecka.
Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami?
Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami to praca na cały etat przez całą dobę. Z zerowym wynagrodzeniem, za to wymagająca stuprocentowego poświęcenia. Dzień wyznaczają godziny podawania leków, rehabilitacji, wizyt u specjalistów i reagowania na nagłe pogorszenia stanu zdrowia. Nie dziwi więc, że bardzo często oznacza konieczność rezygnacji z pracy zawodowej lub jej znaczącego ograniczenia, przynajmniej jednego z rodziców. Z danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że zdecydowana większość osób pobierających świadczenie pielęgnacyjne to rodzice, którzy wycofali się z rynku pracy, by sprawować stałą opiekę nad dzieckiem. – „Chcąc zapewnić córce odpowiednią opiekę, musiałam zrezygnować z pracy. Żyjemy z jednej pensji, nasza pięcioosobowa rodzina. Nie jest w stanie zapewnić wszystkiego, więc każdy dzień to stres, liczenie pieniędzy. I są te ciągłe wyrzuty sumienia, bo przecież jest jeszcze siostra bliźniaczka Łucji i nasz starszy syn. Nie ma mowy o tym, żeby zapewnić im możliwość uczestniczenia w jakiś dodatkowych zajęciach, kupić coś ładnego. Żyją w cieniu swojej siostry” – mówi Barbara Kacprzak, mama ośmioletniej Łucji cierpiącej na padaczkę i afazję (zaburzenie mowy i rozumienia języka, które pojawia się na skutek uszkodzenia mózgu), podopiecznej Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci.
Tak swoją codzienność opisuje Kornelia Wilk, mama sześcioletniego Tomka, podopiecznego Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci, który urodził się z poważną wadą serca pod postacią wrodzonego zwężenia lewego ujścia tętniczego: „Od ponad roku jestem samotną mamą trzech chłopców, z czego dwójka to dzieci z niepełnosprawnościami. Opieka nad nimi to ogromne wyzwanie. Jednak nasze życie jest podporządkowane głównie najmłodszemu, Tomkowi. Wizyty lekarskie to praktycznie codzienność. Co kilka miesięcy jesteśmy w szpitalu na badaniach kontrolnych, żeby sprawdzić, czy wszystko jest okej. Syn przeszedł dwie operacje kardiologiczne, a kolejne dwie są jeszcze planowane w niedalekiej przyszłości. Codziennie również rehabilitujemy Tomka, bo ma problem z napięciem mięśniowym przez operacje. To wszystko wymaga ode mnie logistyki na najwyższym poziomie. Na każdą wizytę czy turnus zabieram całą trójkę, bo nie zawsze ma kto zostać z chłopcami. Staram się godzić opiekę nad dziećmi z pracą. Obecnie pracuję, ale z tym nie zawsze jest łatwo, bo nie każdy pracodawca jest wyrozumiały. Czasem jest tak, że w ciągu dnia trzeba wyjść z pracy, bo dziecko mnie potrzebuje”.
Co ważne, nie chodzi po prostu o stałą obecność przy chorym dziecku, ale o zapewnienie specjalistycznej opieki. Rodzice muszą w przyspieszonym tempie zdobyć umiejętności posiadane przez ratowników medycznych czy pielęgniarki, nauczyć się podstaw farmakologii, rehabilitacji oraz procedur postępowania w sytuacjach kryzysowych. Równolegle śledzą zmiany w prawie, pilnują terminów kolejnych wizyt i każdego dnia szukają środków finansowych na leczenie. Świadczenia, na które mogą liczyć od państwa, są kroplą w morzu potrzeb.
Walka z systemem jak z wiatrakami
Zasiłek pielęgnacyjny, świadczenie mające pokryć część wydatków związanych z zapewnieniem opieki dziecku z niepełnosprawnościami lub przewlekle choremu, wynosi obecnie 215,84 zł miesięcznie. Świadczenie opiekuńcze to 3287 zł miesięcznie. Mimo podwyższenia tej kwoty w ostatnim czasie, w praktyce rzadko rekompensuje utratę dochodu i nie pokrywa kosztów intensywnej rehabilitacji, prywatnych wizyt lekarskich czy dojazdów do ośrodków specjalistycznych. Świadczenie otrzymują rodzice, którzy rezygnują z pracy lub jej nie podejmują, aby opiekować się dzieckiem. – „Jedna godzina jednej terapii to wydatek 200-300 zł. Łucja potrzebuje nawet 5 godzin zajęć w tygodniu, by można było mówić o ciągłości leczenia. Potrzebuje pomocy neurologopedy – kluczowego specjalisty przy afazji. Jest ich w Polsce bardzo niewielu. Trudno się do nich dostać, a ceny wizyt są astronomiczne” – podaje Barbara Kacprzak, mama Łucji.
Z tymi wyzwaniami mierzą się również dziadkowie i babcie. Jedną z nich jest Wanda Wilaszek, dzielna babcia wychowująca sześcioletnią Sabinę w spektrum autyzmu i ze zdiagnozowaną niepełnosprawnością intelektualną: „Sabinka każdego dnia przez pięć godzin uczęszcza do punktu terapeutycznego dla dzieci w spektrum. Miesięczny koszt to 2,5 tys. zł. Oprócz tego ma jeszcze zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym, chodzi na rehabilitację neurologiczną. To wszystko są straszne koszty. Za samą rehabilitację płacimy 3 tys. zł miesięcznie. Od nowego roku godzina rehabilitacji kosztuje 240 zł. W tym momencie z mężem stać mnie na rehabilitację raz w tygodniu, chociaż wiem, że tych spotkań powinno być zdecydowanie więcej, bo widzę, jak Sabince pomagają. Brakuje na wszystko, ale człowiek spod ziemi wykopie, skądś znajdzie pieniądze, żeby dziecko miało”. Zwraca też uwagę na to, jak czasem system opieki zdrowotnej jest bezlitosny dla rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami. Toczą nierówną walkę z biurokracją i limitami na świadczenia: „Sabinie odebrali siódmy punkt orzeczenia o niepełnosprawności i nie wiemy, dlaczego” – komentuje Wanda Wilaszek.
Zapis – wspomniany siódmy punkt, dotyczy potrzeby opieki lub pomocy ze strony innej osoby, określa, czy dziecko: wymaga stałej lub długotrwałej opieki, potrzebuje pomocy w codziennym funkcjonowaniu w stopniu większym niż zdrowe dziecko w tym samym wieku. Dlaczego jest tak ważny dla rodziców wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami? Uprawniają opiekuna do pobierania świadczenia pielęgnacyjnego i jest podstawą do wypłacenia zasiłku pielęgnacyjnego. – „Nie mamy w tej chwili pieniędzy ze świadczeń, które powinny nam przysługiwać ze względu na stan Sabinki i nie wiem dlaczego. Odwołałam się od decyzji, czekamy na kolejną komisję. Jednocześnie Sabince przyznano szósty punkt, gdzie piszą, że wnuczka wymaga rehabilitacji, pomocy, całodobowej opieki, a mnie odesłano do opieki społecznej i placówek państwowych, by zapewnić jej pomoc. Tylko terminy na rehabilitację są tak długie, że gdybym czekała, stan Sabinki mógłby się pogorszyć, a na pewno efekty dotychczasowej pracy zostałyby zaprzepaszczone, chociażby w zakresie mówienia. Kiedyś Sabinka zupełnie nie mówiła, teraz dzięki rehabilitacji i pracy ze specjalistami, jesteśmy w stanie się z nią porozumieć. Ta bezsilność rodzi we mnie złość” – kontynuuje Wanda Wilaszek.
Kornelia Wilk przyznaje, że gdyby nie pomoc Fundacji Espero, nie byłaby w stanie zapewnić odpowiedniej opieki synowi: „Bez zbiórek oraz wpłat z 1,5% podatku, naprawdę ciężko byłoby spiąć domowy budżet. Szczególnie, że jednak większość badań i lekarzy trzeba załatwiać prywatnie, bo po prostu są szybsze terminy, a nie możemy sobie pozwolić, by na wizyty, np. u kardiologa czekać tygodniami”.
Diagnoza to początek
Bezsilność to uczucie doskonale znane rodzicom chorych dzieci, którzy latami czekają na właściwą diagnozę, a każdego dnia walczą o wizyty u specjalistów. – „Łucja ma siostrę, bliźniaczkę. Mamy też starszego syna, więc widziałam, że coś jest nie tak, że rozwój Łucji jest inny. Długo nie było z córką żadnego kontaktu wzrokowego. Zaczęła chodzić, jak miała osiemnaście miesięcy, mówić dopiero mając sześć lat. Nie było diagnozy, nie wiedziałam, gdzie się mamy kierować po pomoc, co robić. Gdyby nie przedszkole, do którego trafiła córka – takie zwykłe, nie terapeutyczne, ale z bardzo dobrą kadrą, to podejrzewam, że do dziś bylibyśmy bez pomocy. Dopiero w przedszkolu nas pokierowali, podpowiedzieli, żeby iść do psychologa, zrobić odpowiednie testy. I tak się zaczęła walka o zdrowie dziecka. Dziś wiem, że straciliśmy kilka lat” – mówi Barbara Kacprzak i zaznacza, że diagnoza to dopiero początek, brakuje holistycznego podejścia do leczenia dzieci przewlekle chorych, z niepełnosprawnościami. – „Łatwo leczy się dzieci zdrowe. Bo jeżeli wiem, że dziecko utyka, to idę do ortopedy. Ale jeżeli widzę, że z moim dzieckiem ewidentnie coś złego się dzieje, jego stan się pogarsza, a pediatra udaje, że nie ma problemu, to gdzie mam się udać? Łucja byłaby dziś w zdecydowanie lepszym stanie, gdy otrzymała właściwą diagnozę i pomoc na czas” – zaznacza Barbara Kacprzak. Z kolei Kornelia Wilk przyznaje: „Najgorzej było na samym początku, po diagnozie. Nie miałam żadnej wiedzy na temat wad serca, a musiałam podejmować szybko decyzję dotyczące leczenia. Doczytywałam w Internecie, lekarze na oddziale sporo mi mówili, ale wiedziałam, że jak tylko wyjdziemy z synem ze szpitala, zostanę ze wszystkim sama. Oprócz tego, że miałam umówioną kontrolę na kolejną wizytę, to tak naprawdę nie wiedziałam, co dalej”.
Zdani na siebie
Historia Aleksandry Jeleńczak, mamy ośmioletniej Zuzi pokazuje, że przez wady w systemie rodzice dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami są zmuszeni do szukania pomocy na własną rękę. Poświęcają mnóstwo czasu, by się dokształcać w tematach medycznych. Spędzają długie godziny w sieci, wynajdują kolejne terapie – łapią się wszystkiego, co może pomóc ich dzieciom. A co na to system? Karze takich rodziców. – „Moja córka, Zuzia jest w spektrum autyzmu, do tego dochodzą problemy metaboliczne, anomalie budowy krtani, przede wszystkim ma zespół Coffina-Sirisa. To rzadka wada genetyczna, która wpływa na rozwój mózgu i całego organizmu. W przypadku Zuzi jest związana z uszkodzeniem genu SOX4. Dzieci z takim rozpoznaniem żyje ok. 40 na całym świecie. Przy tak rzadkich chorobach rodzic nie jest wysłuchany i nie jest traktowany serio. W rozmowach z lekarzami specjalistami jestem często odbierana jako ta najmądrzejsza na świecie. A ja tylko staram się tłumaczyć, z czym zmaga się na co dzień moje dziecko. Poświęciłam mnóstwo czasu i energii, by w ogóle dowiedzieć się, o co chodzi, jakie są rokowania. Prawda jest taka, że jest dosłownie kilku lekarzy, którzy traktują jak partnera medycznego w walce o zdrowie i życie mojego dziecka. Jestem samotną mamą i lekarze też nie zawsze rozumieją moją sytuację. Nie jestem w stanie się rozdwoić i załatwiać kilku spraw jednocześnie” – mówi Aleksandra Jeleńczak.
Rodzice z miast wojewódzkich czy większych ośrodków miejskich i tak są w lepszej sytuacji – chociaż zderzają z długimi terminami wizyt u lekarzy specjalistów, mają do nich ułatwiony dostęp. W wielu regionach Polski brakuje kardiologów dziecięcych, neurologów czy rehabilitantów. Rodzice zmuszeni są do częstych podróży po całym kraju, co generuje dodatkowe koszty i zabiera czas, który mogliby poświęcić dziecku.
Rodzina w cieniu choroby
Z czasem pojawia się zmęczenie, izolacja społeczna i wypalenie. Badania organizacji pacjenckich wskazują, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami znacznie częściej doświadczają objawów depresji i chronicznego stresu, a jednocześnie mają ograniczony dostęp do systemowej pomocy psychologicznej. – „Czasami jak jest naprawdę ciężko, to usiądę sobie w kąciku i po cichu sobie popłaczę. Wtedy mi lepiej. Czasami człowiek w pewnych momentach jest bezsilny. Mam już 62 lata i czasami myślę, co będzie, jak zabraknie mnie i męża. Kto będzie wtedy opiekować się naszą wnuczką? Mieszkamy w starej, przedwojennej kamienicy. Ogrzewanie kosztuje bardzo dużo i nie są to warunki do wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami. Spędzam dużo czasu w Urzędzie Miasta, pytam, czy byłaby możliwość zapewnienia Sabince mieszkania, ale w urzędzie tylko wzruszają ramionami, bo lista oczekujących jest długa. Proszę Boga codziennie, żeby dał mi siłę i zdrowie, żebym jeszcze mogła jak najdłużej się nią opiekować” – uważa Wanda Wilaszek.
Rzecznik potrzebny od zaraz
W Polsce mamy Rzecznika Praw Dziecka, swojego rzecznika mają również pacjenci. A kto dba o prawa rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami? – „Nikt. Rodzice mogą liczyć na wsparcie takich organizacji jak nasza. Brakuje podmiotu, który reprezentowałby rodziców, kluczowych uczestników systemu opieki. Postulujemy powołanie Rzecznika Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami, ponieważ rodzice nie potrzebują zastępstwa w opiece i dbaniu o swoje dzieci, lecz partnera – instytucji, która pomoże im poruszać się po systemie, reagować na bariery” – komentuje Patrycja Rudnicka, Prezes Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci i dodaje: „Rodziny dzieci z niepełnosprawnościami są dziś przeciążone i pozostawione same sobie. System wsparcia jest rozproszony, a przez co rodzice stają się jedynymi koordynatorami całego procesu leczenia. Chcemy, żeby przestali dźwigać wszystko sami: leczenie, szkołę, rehabilitację, świadczenia, odwołania i walkę z instytucjami”.
Na czym miałaby polegać rola rzecznika? Chodzi o powołanie rzecznika, czyli organu, który interweniuje, wymaga odpowiedzi od szpitali, urzędów, monitoruje przestrzeganie i chroni praw rodziców, inicjuje zmiany legislacyjne oraz dba o to, by pomoc była spójna, przewidywalna i dostępna w praktyce. Rzecznik miałby nadzór nad Centralnym Punktem Koordynacji Wsparcia (CPKW) – jedno miejsce kontaktu, które kieruje sprawę dalej, oraz Wojewódzkimi Punktami Koordynacji Wsparcia (WPKW) – punkty, w których rodzina otrzymuje realne wsparcie zespołu, a nie tylko informację. Patrycja Rudnicka zaznacza, że pomysł jest przemyślany i czytelny dla rodziców, został opracowany również o oparciu o konsultacje z rodzicami: „Nasz plan przewiduje sześć kroków. Najpierw rodzic zgłasza się do CPKW, online lub poprzez infolinię. Następnie sprawa trafia do punktu koordynacji wsparcia w danych województwie. Rodzina otrzymuje koordynatora, czyli osobę, która pomaga «przejść przez system»: planuje kroki, pilnuje terminów i wspiera w kontaktach ze szpitalami, klinikami, oraz Indywidualny Plan Wsparcia – IPW. W kolejnym kroku koordynator uruchamia wsparcie prawne i/lub psychologiczne. Z naszych doświadczeń wynika, że wsparcie w pisaniu odwołań, pism w obronie praw rodziców i dziecka oraz w sporach ze szkołą czy instytucjami jest często potrzebne. Nieco mniej niż połowa naszych ankietowanych w ciągu ostatnich dwóch lat przynajmniej raz składała odwołanie od wydanej decyzji. Wsparcie psychologiczne również jest niezbędne, bo gdy choruje dziecko, choruje cała rodzina. W sprawach pilnych uruchamiana jest interwencja. Jeżeli dana instytucja, która ma zająć się leczeniem dziecka, nie współpracuje – sprawa trafia do Rzecznika” – wyjaśnia Patrycja Rudnicka.
Co o pomyśle myślą rodzice i opiekunowie? 90% osób biorących udział w ankiecie Fundacji Espero popiera utworzenie takiej inicjatywy i zaproponowanego przez organizację systemu wsparcia. – „Nie oczekuję po rzeczniku, że uzdrowi Łucję i będzie odpowiedzią na nasze wszystkie problemy. Wystarczy, żeby ktoś udzielał takim rodzicom jak my kluczowych informacji, żeby nie byli sami w momencie diagnozy, żeby dostali wsparcie i wiedzieli, do jakich specjalistów mają się kierować. Żeby to był ktoś, kto będzie mieć czas dla rodziców i będzie im wszystko wyjaśniać. Nierzadko wracamy z wizyty lekarskiej czy szpitala z kolejnymi pytaniami. To, że rodzic wychodzi od lekarza z plikiem dokumentów w ręku, to jeszcze nie oznacza, że rozumie, co jest w nich napisane i jak je wykorzystać. Spędziłam pięć lat w Internecie, na Facebooku, zanim poznałam innych rodziców wychowujących dzieci z afazją i w spektrum autyzmu. To od nich dowiedziałam się, co robić, jak kierować leczeniem mojej córki. Nie chcę, żeby inni rodzice przez to przechodzili. Dzieci takie jak moja córka są świadome swojej inności i niekoniecznie muszą nazywać ją niepełnosprawnością. Potrzebują nie tylko terapii czy rehabilitacji, ale również wsparcia psychologicznego, co są izolowane przez rówieśników. Rzecznik powinien również rozwiązać tę kwestię” – Barbara Kacprzak.
Podobne oczekiwania ma Aleksandra Jeleńczak: „Życzyłabym sobie, aby «nasz» rzecznik nie tylko pomagał trafić do odpowiednich specjalistów, ale również zajął edukacją lekarzy w kontaktach z rodzicami. Muszą wiedzieć, że rodzic w chorobach rzadkich to partner dla lekarza, a nie wróg numer jeden, który utrudnia im pracę. My naprawdę nie oczekujemy cudów, ani tego, że ktoś nas zastąpi w opiece nad dziećmi. Chcemy, żeby cały system był przyjaźniejszy i pomagał w budowaniu relacji rodzic – lekarz. Bez niej pomoc jest niekompletna. Naprawdę pilnie potrzebny jest ktoś, kto dodatkowo skoordynuje pomoc i będzie prawdziwym rzecznikiem” – zaznacza mama. Z kolei Wanda Wilaszek docenia wsparcie psychologiczne, które miałoby być dostępne w ramach Wojewódzkich Punktów Koordynacji Wsparcia: „W Warszawie powstała grupa dla babć z rodzin zastępczych. Można tam iść, wygadać się, tylko nie mam na to czasu i możliwości, bo ktoś musi zostać z Sabinką. A mąż dorabia jeszcze na emeryturze, ma pracę zmianową, więc jestem uzależniona od niego. Jesteśmy zdani sami na siebie. Nie mam do kogo pójść po pomoc i się pożalić. Mogę iść do psychologa, ale taka wizyta kosztuje 300 zł za godzinę. Może Rzecznik Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami by coś zmienił. Przynajmniej miałby kto nas wysłuchać” – zauważa Wanda Wilaszek.
Samorządy krytykują nową wersję rządowego programu mającego przeciwdziałać smogowi.
Jak informuje Portal Samorządowy, wiele krytycznych opinii samorządów lokalnych odnosi się do nowej wersji rządowego programu Czyste Powietrze. Program ma z założenia ograniczać niską emisję i zapewniać przejście na czyste źródła ogrzewania. Po zmianie władzy również ten program spotkały zmiany. Opinie władz lokalnych na ten temat zebrała organizacja Polski Alarm Smogowy.
Samorządy przede wszystkim krytykują długie procedury, zawiłości biurokratyczne i wykluczenie uboższych mieszkańców z nowej wersji programu. Potwierdzają to twarde dane: liczba wniosków o dofinansowanie w przechodzeniu na czyste źródła ogrzewania spadła ponad czterokrotnie. Od 31 marca 2025 do końca ubiegłego roku złożono niespełna 50 tysięcy wniosków o dofinansowanie. Rok wcześniej w analogicznym okresie było to ponad 205 tysięcy wniosków.
W ankiecie Polskiego Alarmu Smogowego przedstawiciele samorządów lokalnych podkreślają przede wszystkim wielomiesięczne procedury, uznaniowość w interpretowaniu regulaminu, zmiany zasad i decyzji – wszystko to w wykonaniu pracowników Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska, którzy odpowiadają za wdrażanie programu. Znacznie wzrosła liczba oczekiwanych dokumentów, wyjaśnień, certyfikatów itp. Zanim zostaną one dostarczone, wstrzymywane są wypłaty środków. Dochodzi nawet do arbitralnego zmniejszania dotacji na prace i wydatki już wykonane wedle wcześniej ustalonych i zatwierdzonych kwot.
Procedury trwają bardzo długo. Przedstawiciele samorządów zwracają uwagę, że nie tylko samo przekazywanie środków, ale także wiele procedur formalnych trwa bardzo długo, np. na sam numer umowy z WFOŚ czeka się całymi miesiącami.
Nowa wersja program ma też wykluczać z niego osoby ubogie. Nie są one w stanie wyłożyć kilkudziesięciu tysięcy złotych, a nawet większych kwot na termomodernizację budynków czy wymianę źródeł ogrzewania, a następnie na długie czekanie na zwrot tych środków. Nie tylko w ubogich, choć najbardziej w nich uderza także koszt kwalifikacji do programu – audyt energetyczny budynku kosztuje 1500-2000 zł, bez gwarancji, że zaowocuje to otrzymaniem dotacji czy choćby zwrotu tych kosztów.
Do nowej wersji programu zniechęcone są także firmy wykonujące prace w ramach dotacji. Długi czas zwrotu środków powoduje, że ubywa firm, które godzą się wykonywać prace w ramach swoich nakładów, które będą zwracane później. Szczególne ubywa firm niewielkich, lokalnych, mających mniejsze zasoby finansowe. Udział pracy robionych w takim modelu zmalał z 50% do 35% ogółu objętych programem. Skutkuje to także tym, że umowy są zawierane z firmami droższymi, co skutkuje większymi wydatkami z budżetu programu.
„Wnioski płynące z analizy ocen programu Czyste Powietrze przez gminy są porażające. Na początku 2024 r. mieliśmy nadzieję, że zapowiedzi premiera Tuska o usprawnieniu programu Czyste Powietrze, szybszej walce ze smogiem i pomocy dla gospodarstw domowych w termomodernizacji domów zostaną zrealizowane. Niestety, jak widzimy po dwóch latach sprawowania rządów, program znajduje się w głębokim kryzysie, a walka ze smogiem mocno wyhamowała. W obecnym tempie cele programu zdefiniowane przez NFOŚ, a więc wymiana 2,5 mln kopciuchów, nie zostaną osiągnięte nawet w ciągu czterdziestu lat” – mówi Andrzej Guła, lider Polskiego Alarmu Smogowego.
Po miesiącach uników zarząd wielkiej sieci handlowej przystępuje do negocjacji ze związkowcami.
Jak informuje Portal Spożywczy, ma wreszcie dojść do spotkania i negocjacji związkowców z zarządem sieci Dino. Przed kilkoma miesiącami w tej sieci handlowej, drugiej największej w Polsce w formacie dyskontowym, powstały struktury związku zawodowego Konfederacja Pracy. Wcześniej działał on już w sieciach Kauflandzie, Biedronce, Aldi i Rossmann, gdzie wielokrotnie podejmował inicjatywy na rzecz pracowników.
Po powstaniu związku w Dino od razu unaoczniło się kilka problemów, dotychczas skrzętnie skrywanych. Okazało się, że sieć nie utworzyła Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych – właściciel sieci oszczędza na tym miliony kosztem pracowników. Pracownicy zrzeszeni w związku dopominają się także poprawy warunków zatrudnienia – krytykują zbyt niskie zatrudnienie i niewielką obsadę sklepów, co skutkuje przeciążeniem pracowników.
W ostatnim czasie głośno zrobiło się o warunkach termicznych w sklepach Dino. Okazało się, że sieć oszczędza nawet w największe mrozy na ogrzewaniu swoich placówek. Zaalarmowana o tym Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła serię kontroli. Inspektorzy potwierdzili naruszenia przepisów BHP m.in. w zakresie temperatury w miejscu pracy.
Po miesiącach unikania spotkań ze związkowcami i ignorowania ich postulatów oraz samej działalności, zarząd sieci Dino zadeklarował wreszcie gotowość do rozmów. Mają one dotyczyć warunków pracy, poziomu wynagrodzeń oraz innych problemów sygnalizowanych przez pracowników. Związkowcy napisali na swoim profilu na Facebooku: „Podczas spotkania będziemy się domagać: podwyżek wynagrodzeń, wprowadzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, zwiększenia zatrudnienia”.
Spotkanie związkowców z zarządem ma się odbyć w ciągu dwóch najbliższych tygodni.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim, PL, EU. – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=91161368