Bieszczadzka samoobrona zdrowotna

Bieszczadzka samoobrona zdrowotna

Jutro pod Sejmem protest w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie.

28 maja o godzinie 10:00 pod Sejmem odbędzie się protest mieszkańców Bieszczadów w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie, któremu grozi zamknięcie.

Zgromadzeni zebrali prawie 6000 podpisów z apelem do premiera, które na szczycie Połonin umieścili w drewnianej skrzyni, skąd podróżują one do Warszawy, gdzie zostaną wręczone premierowi. Premier podczas kampanii wyborczej obiecywał, że zarówno szpital w Lesku, jak i porodówka w Lesku muszą funkcjonować z uwagi na bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i matek. Jednak porodówka w Lesku została zamknięta pod koniec zeszłego roku, a szpitalowi grozi bankructwo.

Protestujący mieszkańcy i personel szpitala przyjadą do Warszawy wozem taborowym, znanym z Bieszczadzkich scenerii, dodatkowo udekorowanym przez bieszczadzkich artystów i zamierzają wręczyć premierowi podpisy „po bieszczadzku” w zdobionej drewnianej skrzyni, w której zabezpieczyli podpisy.

Protestujący przekonują, że bezpieczeństwo zdrowotne to dla nich kluczowa i podstawowa sprawa, bez której życie w regionie, a także jego rozwój, czy nawet obsługa ruchu turystycznego staną się niemożliwe, dlatego deklarują, że nie opuszczą Warszawy, dopóki nie upewnią się, że premier usłyszał ich głos i zobowiąże się do dotrzymania obietnic złożonych w 2023 roku.

Duszan Augustyn, lider działań na rzecz ocalenia szpitala, mówi: „Zebraliśmy 5677 podpisów z apelem do premiera o uratowanie naszego bieszczadzkiego szpitala. Domagamy się podjęcia specjalnych środków, tak jak w przypadku klęski żywiołowej, które pozwolą na utrzymanie SORu i które zabezpieczą bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, Sanocczyznę i Pogórze Przemyskie. W ledwie dwa tygodnie pod apelem podpisała się prawie jedna piąta dorosłej populacji regionu. Gdybyśmy prowadzili zbiórkę dłużej, bez problemu zebralibyśmy nawet 20 000 podpisów, mówię, to z pełnym przekonaniem, bo na własne oczy widziałem, że prawie każdy przechodzień chętnie podpisywał się pod apelem. My w Bieszczadach doskonale wiemy, że bez szpitala nasz region zacznie wymierać. Już dziś ograniczony dostęp do usług publicznych sprawia, że młodzi ludzie niechętnie tu wracają i coraz rzadziej decydują się osiedlać w Bieszczadach. Jeśli stracimy szpital, stracimy także seniorów i osoby przewlekle chore, które potrzebują stałego dostępu do opieki medycznej. Ucierpi również turystyka, bo wyjazd w góry czy wypoczynek nad jeziorem będzie wiązał się z realnym ryzykiem, że pomoc medyczna nie dotrze na czas. Szpital w Sanoku, do którego prawdopodobnie trafi większość pacjentów z Leska, już teraz jest przeciążony. Szczególnie nocami oraz w sezonie zimowym i turystycznym pacjenci nie mają pewności, czy zostaną przyjęci bez wielogodzinnego oczekiwania. Dlatego zamknięcie SOR-u w Lesku oznacza nie tylko dłuższy dojazd, ale także dłuższe kolejki w szpitalach w Sanoku, Brzozowie, Przemyślu czy Rzeszowie. Premier był w Lesku w 2023 roku podczas kampanii wyborczej i mówił wtedy wyraźnie, że w takich regionach jak Bieszczady musi być zapewniony przynajmniej minimalny dostęp do opieki medycznej. Jeszcze w tym roku przekonywał również, że porodówka w Lesku, mimo zamknięcia z początkiem roku – nadal funkcjonuje. Dlatego jedziemy do Warszawy, przypomnieć obietnice złożone nam podczas kampanii”.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Lowdown – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=63630339

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Trzy dni protestu

Trzy dni protestu

Od poniedziałku do środy trwa protest związkowców pod centralą sieci Dino.

W poniedziałek rozpoczął się protest związkowców pod siedzibą sieci Dino Polska w Krotoszynie. Protest jest organizowany przez związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy i ma zwrócić uwagę na odrzucanie przez firmę postulatów związkowców i na skandaliczne poczynania firmy. Wcześniej ten sam związek organizował m.in. protesty i strajk w Kauflandzie, a jego struktury istnieją także m.in. w Rossmannie i Aldim.

Spór w Dino trwa od kilku miesięcy. Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.

OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy przedstawicieli firmy. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.

Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.

Od poniedziałku do środy trwa protest pod siedzibą Dino Polska w Krotoszynie. Oprócz przedstawicieli OPZZ Konfederacja Pracy pojawili się działacze partii Razem oraz związku zawodowego OZZ Inicjatywa Pracownicza. Ci ostatni relacjonują: „Skandal! Zamiast rozmów, szef Dino nasyła policję na protestujących i próbuje przeganiać związki z terenu firmy powołując się na własność prywatną. Artykuł 25 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych gwarantuje możliwość organizowania akcji protestacyjnych w trakcie sporu. To tylko jeden z ponad tysiąca przykładów naginania prawa przez milionerów w Dino. […] Protest przyjął formę blokady drogi dojazdowej do siedziby Dino. Weszliśmy także do biura firmy, gdzie mieliśmy odbyć rozmowę z zarządem, który został z wyprzedzeniem powiadomiony o dacie i godzinie spotkania. Wcześniej zarząd konsekwentnie unikał wyznaczenia terminu rozmowy, a gdy Konfederacja Pracy zaproponowała termin i zaprosiła do swojej siedziby – żaden z przedstawicieli firmy się nie pojawił. Dziś nie było inaczej. Firma po raz kolejna odmówiła jakiegokolwiek dialogu. Zarząd Dino korzysta w sporze zbiorowym z prawników uznawanych przez Konfederację Pracy za profesjonalnie zajmujących się zwalczaniem związków zawodowych. Ta sama kancelaria zarzuca śmieciowymi aktami oskarżenia związkowców w Amazon czy Jeremias”.

Protest przed siedzibą firmy potrwa do środy do godz. 15. Przybrał on postać pikiety i blokowania dróg.

(zdjęcie w nagłówku tekstu za: https://www.facebook.com/InicjatywaPracownicza)

Zmowa antypracownicza?

Zmowa antypracownicza?

Duża sieć handlowa jest podejrzewana o zaawansowane nadużycia antypracownicze.

Jak informuje portal Puls HR, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów dokonał dzisiaj przeszukań biur polskiego oddziału sieci handlowej Lidl oraz kilku firm transportowych. Za tymi działaniami stoi podejrzenie, że niemiecki koncern wraz z kooperantami praktykował zmowę niekorzystną dla kierowców zatrudnionych w firmach dostawczych.

Według UOKiK istnieje podejrzenie, że sieć handlowa porozumiała się z szefostwem firm przewozowych obsługujących centra dystrybucyjne Lidla, że nie będą one przyjmowały do pracy osób związanych wcześniej z innymi firmami z tego grona. Oznaczało to, że zatrudnieni mieli utrudnioną zmianę miejsca pracy na przykład w celu uzyskania wyższych pensji czy lepszych warunków zatrudnienia. Przeszukania dokumentacji odbyły się nie tylko w Lidlu, ale także w firmach Omega Pilzno w Pilźnie, spółkach z grupy Van Group, Firmie Transportowo-Spedycyjnej Zbigniew Ratajczak w Bogucinie oraz w Dar-Pol Dariusz Kulesza w Ochudnie.

W ramach zmowy Lidl jest podejrzewany o uniemożliwianie kierowcom zatrudnionym wcześniej u danego przewoźnika wjazdu do swoich centrów dystrybucyjnych także wtedy, gdyby zatrudnili się oni u podwykonawców wspomnianych firm. Kierowcy mieli zatem znacznie utrudnioną zmianę miejsca pracy i ograniczony wybór miejsc zatrudnienia. „Zmowy na rynku pracy są nie tylko naganne etycznie – są przede wszystkim nielegalne. W ich wyniku pracownicy nie mogą zmienić miejsca zatrudnienia, a pracodawcy nie muszą poprawiać warunków pracy, np. podwyższać wynagrodzenia czy przyznawać dodatkowych świadczeń” – powiedział portalowi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję jest zagrożony karą do 10% rocznego obrotu firmy. Z kolei osoby decyzyjne, które byłyby odpowiedzialne za zawarcie zmowy, mogą liczyć się z grzywną do wysokości 2 milionów złotych.

Zwolnienia na raty

Zwolnienia na raty

Stopniowo straci pracę nawet 200 osób.

Jak informuje Nowa Trybuna Opolska, redukcję zatrudnienia zaczyna firma Diehl Controls z Namysłowa. Zajmuje się ona projektowaniem i produkcją elementów sterujących do AGD. Zakład produkuje elementy m.in. dla marki Bosch.

Teraz firma zaczyna zwolnienia. Zakład zatrudnia 200 osób i jest największym pracodawcą na Opolszczyźnie. Planuje dużą, choć stopniową redukcję zatrudnienia. Pracę straciło już 60 osób. Docelowo ma ich być 200. Zamiast procedury zwolnień grupowych związki zawodowe wywalczyły plan odejść stopniowo i na warunkach korzystniejszych dla pracowników. Co miesiąc ma odchodzić kolejnych 30 osób i otrzymywać odprawy. Nie zmienia to faktu, że w ciągu pół roku zatrudnienie w zakładzie zmaleje o 20%.

W Namysłowie na początku roku zakończył działalność duży browar, zlikwidowany przez koncern Heineken.