Brytyjski rząd podjął decyzję o upaństwowieniu wielkiej huty należącej do kapitału chińskiego.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, brytyjski rząd dzięki specjalnej ustawie dokonał nacjonalizacji przedsiębiorstwa British Steel, która po prywatyzacji i kolejnych zmianach własnościowych należała w ostatnim czasie do chińskiej grupy kapitałowej Jingye.
Rząd Wielkiej Brytanii dokonał upaństwowienia przedsiębiorstwa, motywując to ochroną interesu narodowego. Do British Steel należy ostatnia duża działająca w Wielkiej Brytanii huta w Scunthorpe. Od kilku miesięcy chiński właściciel planował jej zamknięcie, motywując to wysokimi kosztami energii oraz zapaścią na europejskim rynku stali. Gdyby zakład został zamknięty, w Wielkiej Brytanii nie wytwarzano by stali pierwotnej na potrzeby budownictwa, kolei, przemysłu samochodowego, zbrojeniówki itp.
Peter Kyle, minister ds. biznesu, mówi, że gdyby huta została zamknięta, „bylibyśmy zdani na łaskę międzynarodowych rynków i dostaw zza granicy, jeśli chodzi o wyroby wykorzystywane przez naszą kolej i budownictwo”. Z kolei premier Keir Starmer dodawał: „British Steel jest częścią tkanki naszego kraju i jednym z filarów przemysłowej siły Brytanii”, a decyzja o nacjonalizacji „zabezpiecza przyszłość produkcji stali w Zjednoczonym Królestwie, chroni miejsca pracy wymagające wysokich kwalifikacji i zachowuje kluczową dla państwa zdolność”.
W obliczu gróźb wygaszenia wielkich pieców w hucie w Scunthorpe, rząd Wielkiej Brytanii nakłaniał chińskiego właściciela, aby sprzedał zakład innemu przedsiębiorstwu. Nie było jednak chętnych. W związku z tym podjęto decyzję o nacjonalizacji. Dokonano jej na mocy specjalnej ustawy, przyjętej w środę. Decyzja spotkała się z krytyką ze strony chińskich władz i zapowiedzią ubiegania się o odszkodowania.
Huta w Scunthorpe zatrudnia 2700 osób.
Falę krytyki wywołał pomysł likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych.
Jak informuje Portal Samorządowy, Unia Uzdrowisk Polskich sprzeciwia się planom Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ministerstwo chce od początku roku 2027 zlikwidować Domy Wczasów Dziecięcych.
Unia Uzdrowisk Polskich wystosowała apel do MEN. Zwraca w nim uwagę na szkodliwość planowanej decyzji i brak do niej merytorycznych podstaw – ministerstwo twierdzi, że pobyt w takich placówkach koliduje z procesem dydaktycznym. Faktyczną przesłanką decyzji ministerialnych są „oszczędności budżetowe”: 30 milionów złotych na wstępie, a później po 9 milionów przez okres 10 lat.
Decyzja o likwidacji placówek wywołała falę krytyki. Grzegorz Cichy, prezes Unii Miasteczek Polskich i burmistrz Proszowic, twierdzi, że kilkudniowe pobyty w Domach Wczasów Dziecięcych to „szansa zwłaszcza dla dzieci z mniejszych ośrodków, które rzadziej wyjeżdżają na wczasy, mają więcej obowiązków domowych albo dalej do morza czy do atrakcyjnych miejsc w górach”. Obecny system dofinansowania tych wyjazdów sprawia, że są one znacznie tańsze od oferty komercyjnej, a mogą z nich korzystać także dzieci najuboższe oraz placówki szkolne z niewielkich niezamożnych miejscowości.
Unia Uzdrowisk Polskich apeluje do resortu edukacji o odstąpienie od planowanej likwidacji placówek. W Polsce działają 24 domy wczasów dziecięcych – 10 publicznych oraz 14 niepublicznych. Większość z nich powstała w latach 50. i 60.
Wczoraj rolnicy protestowali przeciwko lekceważeniu narastających problemów branży.
Jak informuje portal Interia Biznes, we wtorek organizacje rolnicze zorganizowały protest pod siedzibą Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Uważają, że sytuacja ich branży jest fatalna i domagają się działań i wsparcia od rządu.
Protestujący akcentowali różne palące problemy sektor rolnego w Polsce. Ich zdaniem kondycja finansowa gospodarstw rolnych jest kiepska. Adrian Wawrzyniak, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych mówi portalowi Interia Biznes: „W Polsce dzisiaj gospodarstwa rodzinne są na skraju bankructwa. Ta sytuacja jest spowodowana m.in. brakiem odpowiedniej pomocy finansowej ze strony ministerstwa rolnictwa i rządu”. Przypomina on, że w kwietniu rządzący obiecywali wsparcie w kwestii kosztów nawozów i paliwa dla rolników, ale do dzisiaj nic nie zostało zrobione.
Protestujący zwracali uwagę na bardzo niskie ceny skupu produktów rolnych. Damian Murawiec z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników mówi portalowi Interia Biznes: „Mamy dramatycznie niski poziom cen – od około 3,50 do 4 zł za kilogram żywca. To są ceny, które można śmiało porównać do tych sprzed 20 lat”. To samo dotyczy cen pszenicy, która również jest skupowana po stawkach sprzed niemal dwóch dekad.
Wszystko to ma miejsce w sytuacji dużego wzrostu kosztów produkcji rolnej. Protestujący akcentowali przede wszystkim znaczny wzrost cen nawozów, który ma miejsce od kilku lat. Innym problemem są obecne koszty paliw, głównie oleju napędowego do maszyn rolniczych. Na kondycji gospodarstw odbijają się także wysokie ceny gazu, który jest wykorzystywany m.in. do ogrzewania pomieszczeń gospodarczych, w suszarniach płodów rolnych itp.
Innym z problemów jest coraz większy napływ produktów rolnych z innych krajów. Protestujący zwracali uwagę na luki i rozregulowanie systemu importu płodów rolnych, głównie z Niemiec i Holandii. Adam Wawrzyniak powiedział Interii Biznes: „Polska staje się pewnego rodzaju śmietnikiem Europy dla produktów, które za granicą powinny być wycofywane lub utylizowane. Te warzywa trafiają do Polski, są przepakowywane w paczkowniach, a następnie sprzedawane w dużych sieciach handlowych. W tym samym czasie polski ziemniak i polskie warzywa, świeżo zebrane z pól naszych rolników, nie mają zbytu”. Na to nakłada się dominacja sieci handlowych: „Rolnik za wyprodukowanie młodego ziemniaka otrzymuje 25-30 groszy, podczas gdy na półkach sklepowych kupujemy go za około 3 zł za kilogram. Dotyczy to wszystkich warzyw i owoców, które jako rolnicy dostarczamy. Domagamy się od Ministerstwa Rolnictwa, aby relacje na linii markety, przetwórcy i rolnicy zostały w odpowiedni sposób uregulowane”.
Protestujący zwracali uwagę na kiepską sytuację finansową gospodarstw rolnych i bierność rządu w tej sprawie. Wskazywali, że przekłada się to także na inne branże. Wiele inwestycji w rolnictwie zostało wstrzymanych. Stagnacja panuje także na rynku maszyn rolniczych, a brak popytu ze strony rolników przekłada się na problemy producentów.
Kolejna fala likwidacji miejsc pracy w Łodzi i okolicy.
Jak informuje portal Tułódź.pl, przez Łódź i okoliczne miejscowości przetacza się kolejna fala zwolnień grupowych. Obejmuje ona przeróżne branże. Część firm zwolni nawet ponad 100 osób, a tylko w formule zwolnień grupowych żegna się z pracą już lub wkrótce ponad 700 osób.
Zwolnienia grupowe w ostatnim czasie zgłosiły następujące firmy: polski oddział Compal Europe – naprawa i serwis komputerów – 68 osób do zwolnienia; OSDW Azymut – handel hurtowy książkami i podobnymi produktami – 81 osób; Altor – budowa dróg i autostrad – 93 osoby; DesleeClama Poland z branży tekstylnej – 27 osób; Truvant Europe – produkcja opakowań – 121 osób; Stretto – branża programowania – 44 osoby; Harman Connected Services Poland z podobnej branży – 26 osób; HRP Grants – edukacja pozaszkolna – 30 osób; Janis – przemysł włókienniczy – 68 osób; Marel Shared Services Center – usługi doradcze – 66 osób; Ideal Europe – produkcja rowerów i wózków inwalidzkich – 30 osób.
Te zwolnienia już trwają lub zostaną zrealizowane najpóźniej do końca sierpnia.