Rozprawa z liberalnym kapitalizmem

nr 4/2011 |

Faszyzm zawdzięczamy liberalnemu kapitalizmowi. Rynek to dzieło świadomej i często gwałtownej ingerencji państwa, nie zaś spontanicznych sił. Transformacja systemowa jest nierzadko tożsama ze społeczną katastrofą. To jedne z ciekawszych tez Karla Polanyiego, którego słynną książkę „Wielka transformacja” wreszcie wydano w Polsce.

Węgierski filozof i prawnik zawarł w swym dziele przenikliwą analizę narodzin i upadku XIX-wiecznej cywilizacji opartej na ideach Adama Smitha i doktrynie wolnego rynku. Jednak książka ta nie powinna być traktowana tylko jako rys historyczny, choć została napisana w latach 40. XX w. Stanowiąc bezkompromisową krytykę liberalizmu gospodarczego, jest wciąż aktualna i przydatna m.in. w obecnych debatach wokół kryzysu gospodarczego. Dostarcza bowiem solidnych argumentów do dyskusji nad kondycją systemu ekonomicznego, który po roku 1989 zawojował cały świat.

Polanyi rozpoczyna rozważania od tezy, że idea samoregulującego się rynku jest skrajną utopią. Aby to udowodnić, trzeba się cofnąć do kolebki kapitalizmu – XVIII-wiecznej Anglii. Do tego czasu na wsi powszechna była wspólna własność ziemi. Dopiero boom na przemysł wełniany, który wymagał wielkich obszarów dla wypasu owiec i związana z tym żądza zysku, spowodowały rugowanie chłopów z ziemi w procesie zwanym grodzeniem (enclosure). Rolnicy pozbawieni podstaw egzystencji zostali zmuszeni do migracji do miast, gdzie zatrudniali się jako niskopłatni robotnicy w wielkich fabrykach.

Miasta przemysłowe Anglii stały się siedzibą stłoczonych, zdesperowanych ludzi, żyjących i pracujących w warunkach uwłaczających godności. Rzeczywistość tych miast powodowała, że ludzie ze wsi ulegali demoralizacji, rodziny rozpadały się, a przemysł na wielką skalę niszczył środowisko naturalne.Nie bez przyczyny, jak pisze autor, robotnicy postrzegali fabrykę jako miejsce tortur i poniżenia. Tak dokonała się pierwsza transformacja w historii – powstanie rynku pracy.Nie obyło się to bez znaczącej interwencji państwa. Aby mogły zostać przeprowadzone grodzenia, wprowadziło ono prawo prywatnej własności ziemi, a sukcesy kupców wspierało cłami, premiami eksportowymi czy subwencjonowaniem pracy przez zasiłki. Wolny rynek nigdy by nie powstał, gdyby sprawy pozostawiono ich własnemu biegowi. Gospodarka leseferystyczna (wolnorynkowa) była produktem celowego działania państwa.

W tamtych czasach powszechnie uważano, że tania siła robocza umożliwia rozwój produkcji, bo kto, jeśli nie zdesperowani ubodzy, zaciągałby się do pracy w fabryce, na statki czy szedł na wojnę. Twierdzono ponadto, że robotnik pracujący ponad siły i bezustannie poniewierany, porzuci wszelkie próby stowarzyszania się z ludźmi w podobnym położeniu: tylko taki człowiek nie próbowałby przerwać stanu osobistej niewoli. A wszystko to udawało się osiągnąć groźbą kary najwyższej: bicza głodu. Jak wiadomo, z głodu człowiek zrobi wszystko. Polanyi przyrównuje sytuację robotników angielskich do Murzynów w koloniach, z których w wyniku niewolnictwa uczyniono „ludzkie śmieci”. Angielscy robotnicy stali się Murzynami we własnym kraju.

W tym momencie obrońcy liberalizmu zwykli przytaczać argument, że przecież przez całe XIX stulecie płace i liczba ludności rosły, a ceny żywności spadały. Próbują w ten sposób sugerować, że piekło wczesnego kapitalizmu nigdy nie istniało, a zwykli robotnicy nie tylko nie byli wyzyskiwani, lecz stali się beneficjentem przemian. Opierając się na ogólnie przyjętych miernikach ekonomicznego dobrobytu, liberałowie pomijają fakt, że przemiany poskutkowały ruiną rolnictwa, wielkimi migracjami ze wsi do miast, niszczącymi tkankę społeczną, a także wysoką umieralnością pozbawionych wszelkiej ochrony socjalnej robotników. Polanyi wskazuje, że związana z tą transformacją społeczna katastrofa musi być rozpatrywana jako szerokie zjawisko kulturowe, a nie ekonomiczne. Dlatego też nie może być po prostu mierzona wskaźnikami ekonomicznymi.

Podobną katastrofę można zaobserwować w koloniach pod panowaniem wielkich mocarstw. W czasach przedkolonialnych rządziły plemiona, których system gospodarczy opierał się na motywacjach nie mających charakteru ekonomicznego. Najwyższym dobrem była ochrona grupy i utrzymywanie więzi społecznych, a wspólna praca na rzecz ogółu przynosiła tak znaczny prestiż, że inne zachowania po prostu się nie opłacały. Innymi zaletami tego ustroju była sprawiedliwa redystrybucja dochodu wśród wszystkich członków społeczności. Zbiorowości te nie znały ubóstwa, gdyż ktokolwiek potrzebował pomocy, otrzymywał ją bezwarunkowo. System ekonomiczny był tylko wypadkową organizacji społecznej, nie dominował nad ludźmi.

Kolonialni najeźdźcy unicestwiali te osiągnięcia, niszcząc całe podbite cywilizacje i ich systemy ekonomiczne. Narzędziami kolonialnej przemocy było albo bezpośrednie użycie siły, albo masowe przekupywanie władz. Umożliwiło to transformację pierwotnych społeczeństw zgodnie z celami kolonizatorów w postaci gwałtownej, narzuconej z zewnątrz zmiany, która była obca naturze społeczeństwa i jego normalnemu funkcjonowaniu. Dlatego, jak utrzymuje Polanyi, handel zagraniczny więcej ma wspólnego z podbojem i wojną niż z pokojem i zasadą dwustronności.

Polanyi wskazuje, że spotkanie kultur w dobie kolonializmu okazało się niekorzystne dla słabszego podmiotu, który reprezentowała kultura pierwotna, nie nastawiona na podbój tak, jak Zachód. Jakkolwiek podbój ekonomiczny może być narzędziem destrukcji, to przyczyną kulturowej dezintegracji stało się dopiero zniszczenie instytucji, które organizowały życie społeczne przegranego. Skutkiem utraty tradycyjnych instytucji jest utrata wzorców, a przez to szacunku do własnej kultury. Natomiast dostęp do kultury i instytucji białych kolonizatorów był dla tubylców zamknięty z powodu rasistowskich uprzedzeń. Jak podkreśla Polanyi, dotyczyło to nie tylko jednej klasy czy grupy społecznej, ale i całych narodów. Później podobny los spotkał angielskich robotników – ich własna cywilizacja zwróciła się przeciwko nim. Dlatego Polanyi utrzymuje, że udoskonalenia i postęp cywilizacyjny są z reguły osiągane dzięki oczekiwaniom bogatych i wyłączności ich korzyści, kosztem rażącej destabilizacji społecznej.

Autor „Wielkiej transformacji” zauważa, że system wolnorynkowy dąży do uzyskania pełnej kontroli nad siłą roboczą, a co za tym idzie nad psychiczną i moralną istotą człowieka. Wysuwa wniosek, że liberalizm posługuje się zubożonym i wyrywkowym modelem natury człowieka, gdy zgodnie ze Smithowskim twierdzeniem głosi, iż ludzie kierują się głównie żądzą zysku. To zbyt wąskie rozumienie interesu prowadzić musi do spaczonej wizji historii społecznej i politycznej. Polanyi twierdzi, że człowiek jako istota społeczna jest w swej naturze niezmienny, zmieniają się tylko warunki życia. Dlatego według niego osoba ludzka w relacjach społecznych nie dąży w pierwszej kolejności do ochrony indywidualnego interesu ekonomicznego, lecz stara się wzmacniać pozycję społeczną – dobra materialne są tylko środkiem do tego celu. Innymi słowy, człowiekowi bardziej zależy na zdobyciu społecznego uznania i prestiżu niż na gromadzeniu majątku. Polanyi nazywa liberalną obsesją wiarę, że tylko czysto finansowe interesy są skutecznym bodźcem do działania.

Kolejną liberalną obsesją jest idea stworzenia Jednego Wielkiego Rynku, który połączy wszystkie rynki w jedną całość. Aby to zrealizować, powstała koncepcja utowarowienia pracy i ziemi, które dotąd nie podlegały transakcjom kupna i sprzedaży. Polanyi twierdzi, że sprowadzanie ziemi tylko do funkcji ekonomicznej jest rażącym nadużyciem i ignoruje związane z nią inne wartości. Ziemia bowiem nadaje życiu ludzkiemu stabilność, jest miejscem, gdzie osiadamy i budujemy dom, a więc daje poczucie fizycznego bezpieczeństwa i terytorialny charakter suwerenności. Komercjalizację ziemi i przejęcie czerpanych z niej dochodów wymusiła rewolucja industrialna w celu zapewnienia wyżywienia rosnącej populacji miast, zaspokojenia potrzeb rozbudowującego się przemysłu, który lokował na niej nowe fabryki i czerpał surowce naturalne. Uzyskiwaną w ten sposób nadwyżkę produkcyjną eksportowano do innych, najczęściej słabszych ekonomicznie krajów. Zalewano ich rynki subsydiowaną żywnością i towarami, które przyczyniały się do spadku cen, niszcząc rodzimą produkcję. Z tego względu chłopstwo stało się bastionem oporu przeciw postępującemu uprzemysłowieniu, a związki zawodowe robotników, które popierały niskie ceny żywności, okopały się na pozycji antyagrarnych.

Utowarowienie pracy, a więc człowieka, który żyje ze sprzedaży pracy własnych rąk, spowodowało uprzedmiotowienie osoby ludzkiej. Oddzielenie pracy od innych rodzajów aktywności człowieka miało na celu zastąpienie starych form egzystencji nową formą organizacji społecznej – indywidualistyczną i zatomizowaną. W tradycyjnym rozumieniu nie da się bowiem rozdzielić ziemi i pracy. Praca to część aktywności życiowej człowieka, ziemia to część przyrody, a życie i przyroda stanowią nierozerwalną całość.

Kolejną obsesję liberałowie mają na punkcie wolności. Odrzucają takie, nie oparte na umowach instytucje społeczne, jak więzy pokrewieństwa, sąsiedztwa czy zawodu. Zgodnie z liberalną wiarą w nieingerencję, wymagały one od jednostki posłuszeństwa, a zatem ograniczały wolność. Liberalizm opiera gospodarkę na formalnych umowach, które utożsamiane są z wolnością. Nie zajmuje się on jednak kwestią, że takie efekty uboczne powstania rynku, jak bezrobocie i ubóstwo, to rażące ograniczenia wolności. Zamiast tego, postuluje oparcie społeczeństwa tylko na woli człowieka. Zgodnie bowiem z filozofią liberałów, władza i przymus są złe, a wolność wymaga, żeby zniknęły. Jednak dla Polanyiego oczywistym pozostawał fakt, że funkcjonowanie społeczeństwa nie jest możliwe bez władzy i przemocy. Autor argumentuje, że planowanie i kontrola nie muszą być zaprzeczeniem wolności. Natomiast to właśnie blokowanie przez liberałów wszelkich prób regulacji rynku, tworzenia przepisów i kontroli sprawiło, że zwycięstwo faszystów stało się nieuniknione.

Wielki Kryzys przełomu lat 20. i 30. miał tę moc stwórczą, że na gruzach dawnego porządku narodziły się lub zyskały siłę odmienne idee organizacji społeczeństwa i gospodarki. Były nimi socjalizm, faszyzm i keynesowski Nowy Ład. Wszystkie te doktryny łączyło odrzucenie zasad leseferyzmu, w którym upatrywano przyczyny załamania społeczno-gospodarczego. Były one odpowiedzią na impas, jaki pojawił się w strukturach społeczeństwa i gospodarki już w latach 20. i groził paraliżem tej ostatniej. Sporne kwestie między interesami wielkiego przemysłu oraz partiami robotniczymi i socjaldemokratycznymi, które wtedy w Europie prawie wszędzie miały udział we władzy, okazały się bowiem nie do rozwiązania. Ten węzeł gordyjski przeciął dopiero faszyzm, który jak pisze Polanyi, był reformą gospodarki rynkowej za cenę wyplenienia wszystkich instytucji demokratycznych w gospodarce i polityce. Według niego faszyzm, tak samo jak socjalizm, był głęboko zakorzeniony w społeczeństwie, które odmówiło funkcjonowania. Stał się ruchem skierowanym zarówno przeciw konserwatyzmowi, jak i socjalizmowi. Wedle autora, przyczyn pojawienia się faszyzmu nie należy przypisywać zjawiskom lokalnym, mentalności narodowej czy uwarunkowaniom historycznym. Genezą narodzin faszyzmu była niekontrolowana ekspansja liberalnego kapitalizmu i jej porażka, zakończona Wielkim Kryzysem.

Polanyi utrzymuje, że załamanie się XIX-wiecznej cywilizacji opartej na wolnym rynku to wynik nie ataku zewnętrznych czy wewnętrznych barbarzyńców, lecz działań podjętych przez społeczeństwo. Broniło się ono przed samounicestwieniem przez skutki działalności rynku. Okazało się, że nienaturalnym wypaczeniem jest opieranie gospodarki i społeczeństwa tylko na zasadzie interesu jednostek. Autor argumentuje, iż jedynie kontrolowana cywilizacja przemysłowa nie doprowadzi do zniszczenia człowieka. Proces ten nazywa Polanyi odbudową swojego domostwa po stuleciu ślepego postępu. Według niego, załamanie się wolnorynkowego ładu nie oznacza zagłady, choć wielu ją wieściło. Polanyi patrzy z optymizmem w przyszłość, pisząc, że cywilizacja przemysłowa będzie trwała dalej, natomiast utopijny eksperyment samoregulującego się rynku pozostanie tylko wspomnieniem. Prognozuje także, iż charakterystycznymi dla najbliższej „nowej” przyszłości cechami będą współpraca międzynarodowa pomiędzy zaprzyjaźnionymi krajami oraz wprowadzenie regulacji rynków przez państwa. Węgierski uczony jakby przewidział epokę, gdyż książka została opublikowana, kiedy zwycięski pochód keynesizmu dopiero się rozpoczynał.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, cywilizację XIX-wieczną możemy uznać za pierwsze stadium globalizacji. Polanyi utrzymuje, że wielkiej różnorodności, która stanowi pochodną nieskończonej liczby ludzkich osobowości, towarzyszyła w tej epoce zastanawiająca jednolitość rozwiązań instytucjonalnych. Podobne problemy trapiły też europejskie społeczeństwa. W sferze wewnątrzpaństwowej bolesnym napięciem pozostawała przede wszystkim kwestia bezrobocia i konflikty o charakterze klasowym. W sferze międzynarodowej natomiast były to problemy bilansu płatniczego i „nacisku na waluty” oraz imperialna rywalizacja. Polanyi twierdzi, iż duże bezrobocie oznacza słabość państwa i fakt ten będzie powodował, że inne kraje nie będą respektować należnych mu praw próbując narzucić mu zewnętrzną kontrolę całkowicie niszcząc jego aspiracje narodowe. Uważa on zatem, że wśród najważniejszych regulacji prawnych powinno się znajdować prawo jednostki do pracy w godnych warunkach.

Tymczasem liberałowie traktują państwo jako anachronizm, a kwestię suwerenności narodowej postrzegają jako kwintesencję zaściankowego myślenia. Są więc ślepi na fenomen państwa. Źródła kryzysu i upadku cywilizacji XIX-wiecznej tkwią według Polanyiego w utopijnych dążeniach liberalizmu gospodarczego do stworzenia samoregulującego się systemu rynkowego i próbie budowy cywilizacji opartej na żądzy zysku. Możemy odczytać to jako ciekawą analogię także i dzisiaj, w dobie kryzysu gospodarczego. Ponownie doktryna liberalna, we współczesnym wydaniu neoliberalnym, próbowała narzucić światu logikę wolnorynkową i podporządkować jej wszystkie dziedziny życia. System ten poniósł porażkę, gdyż okazał się niestabilny, podatny na załamania, a także działający na szkodę społeczeństwa. Okazało się też, że rośnie społeczny opór przeciwko neoliberalizmowi, a ludzie w obliczu zagrożenia negatywnymi skutkami wolnego rynku potrafią się organizować w celu obrony swoich interesów. Mimo częstego poczucia braku nadziei na zmianę panujących stosunków społeczno-gospodarczych, warto pamiętać o przesłaniu Polanyiego, że tempo zmian zdecydowanie zależy od nas samych. Dlatego jego książka może być odczytywana nie tylko jako wnikliwa krytyka doktryny wolnego rynku, ale też jako zachęta do działania. W trakcie lektury zdamy sobie ponadto sprawę, że każdy system ma czas swego powstania, rozkwitu i upadku, ale żaden nie trwa wiecznie. Zwłaszcza jeśli jest systemem niesprawiedliwego nieładu, jak współczesny neoliberalizm.

Karl Polanyi, Wielka transformacja, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011, tłum. Maria Zawadzka.

Dorota Janiszewska

(ur. 1984) – politolog, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i doktorantka w Szkole Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pracuje nad doktoratem „Społeczna gospodarka rynkowa jako koncepcja polityki gospodarczej w procesie transformacji Polski”. Stypendystka Fundacji Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość, DAAD, Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Prezesa Rady Ministrów. Członkini Polskiego Towarzystwa Demograficznego Oddział w Gdańsku. W roku 2011/2012 przebywa na stypendium im. Johannesa Raua w Duesseldorfie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>