Zapowiedziano kolejne zwolnienia grupowe w „reformowanej” publicznej spółce.
Jak informuje Kolejowy Portal, władze PKP Cargo planują kolejne zwolnienia grupowe oraz zmiany na niekorzyść pracowników w systemie wynagradzania. To kolejny etap „reform” prowadzonych w firmie przez władze z nadania obecnego rządu.
O planowanych zwolnieniach (na razie nie ujawniono ich skali) i zmianie zasad wynagradzania przedstawiciele związków zawodowych w PKP Cargo zostali poinformowani podczas spotkania z „reformatorami” spółki. Związkowcy domagali się przyspieszenia prac nad Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy, określającym jasno zasady zatrudnienia i wynagradzania. Poprzedni układ został wypowiedziany przez „reformatorów”, a prace nad nowym są prowadzone od miesięcy bez efektów.
Związkowców poinformowano, że do końca roku 2026 nastąpi kolejna fala zwolnień grupowych, zmaleć mają także wydatki na wynagrodzenia. Władze spółki oznajmiły także, iż projektowany nowy układ zbiorowy zatrudnienia, wynegocjowany przez związkowców już pod koniec czerwca, jest „zbyt kosztowny”.
Po spotkaniu związkowcy wystosowali do władz spółki stanowisko, w którym czytamy m.in., że „Zakładowe organizacje związkowe […] wyrażają stanowczy protest wobec bierności i braku dialogu społecznego ze strony organów zarządzających spółką w obliczu trwającego postępowania sanacyjnego oraz narastającego niezadowolenia pracowników spółki”. Domagają się szybkiego podpisania zbiorowego układu pracy. Apelują także o odblokowanie około 20 mln zł z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, które powinny być przeznaczone na potrzeby pracowników, a firma finansuje z nich, wbrew prawu, m.in. działalność bieżącą. Podkreślają, że spółka w I półroczu 2026 wypracowała zysk netto w wysokości 117,8 mln zł oraz uzyskała 26,4 mln zł netto ze sprzedaży lokomotyw. Przypominają też, że zatrudnienie w spółce w ramach „reform” już zostało zmniejszone o ponad 7000 etatów.
PKP Cargo ma obecnie około 26-27% udziału w krajowym rynku kolejowych przewozów towarowych. W momencie rozpoczynania „reform” wynosił on około 31%.
Lokalne spółdzielcze sklepy tworzą sojusz z prywatnym kapitałem.
Jak informuje Portal Spożywczy, trwają zaawansowane prace nad utworzeniem spółki, w skład której mają wejść Polska Grupa Supermarketów, właściciel sieci Top Market, z grupą lokalnych spółdzielni z Małopolski i woj. świętokrzyskiego. Celem porozumienia ma być lepsze wykorzystanie potencjału tych podmiotów, szczególnie w zakresie konkurowania z wielkimi zagranicznymi sieciami handlowymi. Wniosek w sprawie powołania nowego podmiotu trafił już Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który musi zatwierdzić taką inicjatywę.
W efekcie porozumienia Polska Grupa Supermarketów zyskałaby nowych partnerów swojej działalności hurtowej. Mogłaby zatem u producentów zyskać dalsze rabaty związane z wielkością zamówień. Z kolei lokalne podmioty spółdzielcze otrzymałyby dostęp do tańszych produktów i mogłyby oferować tańsze zakupy przy zwiększeniu zysków ze sprzedaży.
W skład porozumienia mają wejść oprócz PGS lokalne niezależne spółdzielnie działające pod szyldem Społem – z Buska-Zdroju, Olkusza, Nowego Sącza, Nowej Huty, a także Spółdzielnia Handlowa Jubilat oraz prywatna spółka handlowa Podwawelska.
Zakład do likwidacji, a cała załoga do zwolnienia.
Jak informuje portal Dla Handlu, zapadła decyzja o likwidacji zakładu meblarskiego Maripol w Kobylnicy pod Słupskiem. Zakład zajmował się produkcją mebli tapicerowanych. Spółka Maripol Meble jest własnością ponadnarodowej spółki Polipol. Zakład w Kobylnicy działa w obecnej formule od roku 2018, ale na bazie wcześniejszego zakładu meblarskiego i jego załogi.
Władze spółki podjęły decyzje o likwidacji produkcji i zwolnieniu całej załogi. Pracę ma stracić 259 osób. Zwolnienia grupowe zostały już zgłoszone do Powiatowego Urzędu Pracy w Słupsku.
Niemal 500 osób straci pracę w zamykanej fabryce oświetlenia samochodowego.
Jak informuje portal Next Gazeta.pl, syndyk masy upadłościowej zdecydował o zamknięciu fabryki oświetlenia samochodowego (głównie żarówek halogenowych) w Pabianicach. Do końca roku pracę straci cała załoga – 474 osoby.
Zakład działał od ponad 100 lat. Po prywatyzacji po przełomie ustrojowym został przejęty przez koncern Philips, pod którego marką działał następnie przez wiele lat.
Przed kilkoma laty zakład został sprzedany spółce Ultinon Motion Poland, która należy do amerykańskiej grupy kapitałowej First Brands. Zakład przynosił zyski, ale został doprowadzony do upadłości wskutek problemów finansowych amerykańskiego właściciela. W USA ogłoszono jego upadłość. W Polsce syndyk masy upadłościowej poszukiwał dla zakładu nowego inwestora, ale półroczne wysiłki nie przyniosły rezultatów.
Stale rosnący import z Chin zagraża istnieniu polskich zakładów i miejsc pracy.
Jak informuje „Rzeczpospolita” na podstawie najnowszych danych Eurostatu i APPLiA Polska, do krajów unijnych trafiło od początku roku aż o ponad 12% więcej sprzętu AGD z Chin niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie w analogicznym okresie o 0,8%, czyli ponad 9 milionów sztuk, spadł import urządzeń AGD z Polski na rynek unijny.
Chińscy i inni azjatyccy producenci mają już ponad 38% unijnego rynku urządzeń AGD i udział ten stale rośnie. W tym czasie polski udział spada i wynosi już tylko 13,2%. Cierpią na tym również producenci z innych krajów UE. W zaledwie 5 lat produkcja dużych urządzeń AGD w Europie zmalała o 22%.
Zagraża to istnieniu zakładów i miejsc pracy. Producenci AGD z Polski zwracają uwagę, że chińska produkcja eksportowa jest mocno wspierana ze środków publicznych przez tamtejsze władze. Chińczyków nie obowiązują także analogiczne wymogi i koszty dotyczące emisji dwutlenku węgla przy produkcji AGD. Unia Europejska pracuje nad stosownymi opłatami mającymi wyrównać te koszty, ale planuje objąć nimi tylko pralki, lodówki oraz suszarki do ubrań, czyli niespełna połowę polskiej produkcji dużych urządzeń AGD. Branża domaga się objęcia regulacjami i opłatami także sprzętu o dużej zawartości stali i aluminium, m.in. zmywarek do naczyń, piekarników i kuchni, okapów oraz płyt kuchennych.
Branża AGD w Polsce zatrudnia ponad 100 000 osób.
Kto zarządza spółką, która ma wydać miliardy złotych na pociągi?
Pociągi za miliardy, spółka z kapitałem 5 tys. zł. Po ponad czterech miesiącach rząd nie odpowiedział posłowi Moskalowi, kto i na jakich zasadach kieruje taborową spółką CPK.
Ponad cztery miesiące czekał poseł Michał Moskal (PiS) na odpowiedź w sprawie spółki Port Polska.KDP, która ma kupić od 80 do nawet 128 pociągów dla Kolei Dużych Prędkości i połączeń z nowym lotniskiem. Odpowiedź Pełnomocnika Rządu ds. CPK Piotra Malepszaka nie zawiera ani jednego nazwiska członka władz spółki, ani kwoty planowanego dokapitalizowania. Potwierdza natomiast, że planowane przetargi nie są dotąd objęte osłoną antykorupcyjną, że spółka nie zakłada wspólnego przedsięwzięcia z producentami taboru, w tym z polskimi, i że szuka prywatnego inwestora finansowego.
Interpelacja nr 17740, skierowana do Ministra Infrastruktury Dariusza Klimczaka (PSL), wpłynęła do Sejmu 15 czerwca 2026 r. Odpowiedź, podpisaną przez Pełnomocnika Rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego Piotra Malepszaka, sporządzono 23 października 2026 r. Od złożenia interpelacji do udzielenia odpowiedzi minęło 130 dni. Regulamin Sejmu przewiduje na odpowiedź 21 dni od otrzymania interpelacji przez adresata. Nawet uwzględniając czas potrzebny na przekazanie pisma, termin ten został przekroczony kilkukrotnie.
Poseł pytał o imienny skład organów spółki i daty powołania, o wynagrodzenia członków zarządu i rady nadzorczej, o to, czy przeprowadzono konkurs, oraz o kryteria wyboru tych osób. Resort ograniczył się do informacji, że zarząd jest jednoosobowy, rada nadzorcza liczy trzy osoby, a jej członkowie uzyskali pozytywną opinię Rady do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa. Według odpowiedzi prezes i członkowie rady nadzorczej dotychczas nie pobierali wynagrodzenia. Odpowiedź pomija pytania o konkurs, kryteria wyboru, oświadczenia o braku konfliktu interesów, łączenie funkcji w spółkach Grupy PKP oraz o to, czy spółka podlega ustawie o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami.
Brakujące nazwiska są jawne w Krajowym Rejestrze Sądowym. Z odpisu pełnego KRS wynika, że Port Polska.KDP to dawna spółka CL160 sp. z o.o., zarejestrowana 16 października 2025 r., której jedynym wspólnikiem była Kancelaria Prawna Crido Baran i Wspólnicy. Przejście wszystkich udziałów na CPK, a także zmianę nazwy, zarządu, siedziby i umowy spółki ujawniono w rejestrze wpisem z 12 marca 2026 r. CPK nie założyło więc spółki taborowej, tylko nabyło gotową spółkę. Prezesem zarządu jest Przemysław Zaremba. Do rady nadzorczej weszli Piotr Piechowicz, Robert Kuczyński i Dariusz Okolski, przy czym radę wpisano do rejestru dopiero 22 września 2026 r., ponad pół roku po ujawnieniu zmiany właściciela. W spółce nie ustanowiono prokurentów. Jej siedzibą jest adres centrali CPK przy Alejach Jerozolimskich 142B w Warszawie.
– „Pytałem ministerstwo o rzecz najprostszą: kto zarządza spółką, która ma wydać miliardy złotych na pociągi. Po ponad czterech miesiącach nie dostałem ani jednego nazwiska, choć wszystkie są w Krajowym Rejestrze Sądowym. To nie jest tajemnica państwowa, lecz lekceważenie kontroli poselskiej” – mówi poseł Michał Moskal. – „Nie wiemy, czy był konkurs, kto i na jakiej podstawie wybrał te osoby ani ile będą zarabiać. Tak nie wygląda transparentność, o której ten rząd tyle mówił”.
Spółka ma 5 tys. zł kapitału zakładowego i, jak przyznaje resort, nie zatrudnia obecnie pracowników. Ma zostać dokapitalizowana środkami ze sprzedaży skarbowych papierów wartościowych przekazanych CPK przez Ministra Finansów, w ramach zadania „Zapewnienie taboru dla KDP”. Decyzje o wysokości, harmonogramie i strukturze dokapitalizowania są według odpowiedzi wciąż „w toku”, a roczny koszt działalności ma być „adekwatny do skali realizowanego przedsięwzięcia”. Resort nie podał szacowanej wartości programu. Tymczasem w czerwcu PAP informowała, że wartość przedsięwzięcia, obejmującego pool taborowy i centrum utrzymania, ma wynieść ok. 10,1 mld zł do 2035 r., z czego około 1,74 mld zł ma pochodzić z emisji obligacji, a reszta z finansowania komercyjnego.
Najwięcej obaw budzi sytuacja polskiego przemysłu. W interpelacji poseł przypomniał, że w przetargu PKP Intercity na pociągi dużej prędkości krajowi producenci nie spełniają samodzielnie warunków udziału i muszą szukać partnerów zagranicznych, a 9 czerwca 2026 r. Newag wypowiedział porozumienie z Siemens Mobility. Skutek jest już znany: według komunikatu PKP Intercity z 25 czerwca 2026 r. wnioski złożyło czterech wykonawców, Newaga nie ma wśród nich, a Pesa startuje jako członek konsorcjum, którego liderem jest Hitachi Rail STS. Resort odpowiada, że „intencją” spółki taborowej jest szeroki dostęp do przetargów, a udział krajowy ma być promowany przez dwa odrębne postępowania, kryteria oceny ofert oraz „zachęcanie do współpracy i tworzenia konsorcjów” z udziałem producentów krajowych. To w praktyce ten sam model, który już raz zepchnął polskie fabryki do roli partnerów zagranicznych koncernów. Jednocześnie odpowiedź potwierdza, że spółka nie zakłada wspólnego przedsięwzięcia (joint venture) z producentami taboru, o które poseł pytał w interpelacji. Resort zapowiada stosowanie wszystkich mechanizmów preferencji krajowych dopuszczalnych prawem Unii Europejskiej, ale nie wymienia żadnego. Jedynym konkretnym zobowiązaniem jest lokalizacja centrum utrzymania taboru w Polsce. Spółka nie dysponuje też szczegółową analizą, jaka część wartości zamówień trafi do polskich firm.
– „Rząd deklaruje wspieranie polskiego przemysłu, a jedyny konkretny instrument, czyli wspólne przedsięwzięcie z krajowymi producentami, właśnie odłożył na półkę. Zamiast tego słyszymy, że Pesa, Newag i Cegielski mają szukać sobie partnerów za granicą. Fabryki pociągów w Polsce nie potrzebują zachęt do konsorcjów, tylko warunków przetargów, w których mogą startować samodzielnie” – podkreśla poseł Moskal.
Postępowania spółki nie są dotąd objęte osłoną antykorupcyjną, a spółka dopiero zamierza o nią wystąpić. Resort tłumaczy, że zgodnie z Wytycznymi Prezesa Rady Ministrów wniosek składa się nie później niż 30 dni przed formalnym rozpoczęciem przygotowań do przedsięwzięcia i że spółka wystąpi o osłonę „w terminie”. Tymczasem przygotowania trwają od miesięcy: w maju 2026 r. Port Polska.KDP rozesłała do producentów zapytania o informację (RFI), opłacalność modelu wynajmu zweryfikował zewnętrzny doradca przy pracach nad biznesplanem, a resort opisuje już założenia przyszłych warunków udziału w przetargach. Poseł pytał wprost, czy osłona obejmie etap kształtowania tych warunków, bo to on budzi kontrowersje. Na to pytanie odpowiedzi nie ma. Nie ma jej również na pytanie o osłonę przetargu PKP Intercity na pociągi o prędkości 320 km/h.
Odpowiedź nie wyjaśnia także, co spółka właściwie ma kupić. Według „Rynku Kolejowego” w RFI z maja 2026 r. spółka zapowiadała zakup 40, a z opcją nawet 60 składów dużej prędkości (co najmniej 320 km/h), oraz 40, a z opcją nawet 68 pociągów Aero- i RegioExpress (co najmniej 200 km/h). Jeszcze w czerwcu PAP informowała, że spółka kupi pociągi dużej prędkości oraz pociągi Aero- i RegioExpress. Tymczasem w odpowiedzi jako „główny cel” spółki wskazano zakup „regionalnego taboru pasażerskiego”. Równolegle PKP Intercity prowadzi własny przetarg na 20 pociągów o prędkości 320 km/h z opcją na kolejne 35. Wspólne postępowanie obu państwowych spółek resort uznał za niemożliwe ze względu na „uwarunkowania formalnoprawne i biznesowe”, nie wskazując, jakie. W odpowiedzi znalazło się przy tym stwierdzenie o liniach kolejowych „budowanych przez Spółkę Taborową”, choć spółka ta żadnych linii nie buduje.
Nowym wątkiem jest prywatny kapitał. Resort potwierdza, że spółka szuka inwestora „o charakterze stricte finansowym”. Według PAP CPK rozesłało już potencjalnym partnerom finansowym tzw. teaser inwestycyjny, a przy pozyskiwaniu finansowania kapitałowego doradza firma EY. Odpowiedź nie mówi jednak, kto miałby zostać inwestorem, jaki udział mógłby objąć ani na jakich warunkach. Nie wiadomo też, czy ktokolwiek chce wynajmować pociągi z poolu. Spółka prowadzi „dialog z potencjalnymi użytkownikami taboru”, ale nie ujawnia ani ustaleń, ani warunków finansowych. Resort nie potwierdził, by PKP Intercity czy Polregio zadeklarowały gotowość najmu.
– „Mamy spółkę przejętą od kancelarii prawnej, z kapitałem 5 tys. zł, bez pracowników i z siedzibą pod adresem CPK, która ma obracać miliardami złotych, szukać prywatnego inwestora i przygotowywać przetargi bez osłony antykorupcyjnej. Na pytania o ludzi, pieniądze i zasady rząd odpowiada ogólnikami. Będę domagał się uzupełnienia odpowiedzi, bo chodzi o publiczne pieniądze i o przyszłość polskiego przemysłu kolejowego” – zapowiada poseł Michał Moskal.
Projekt przyszłorocznego budżetu zakłada znaczne zmniejszenie środków na wsparcie osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin.
Jak informują środowiska osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów, projekt przyszłorocznego budżetu zakłada względem nakładów z 2026 roku zmniejszenie o 75% dotacji z budżetu państwa dla PFRON. Niższe o niemal 224 mln zł mają być rok do roku środki na programy asystencji osobistej, a o 75,2% niższe środki na programy opieki wytchnieniowej.
Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami twierdzi, że takie zmiany oznaczają:
– brak środków na kolejny rok dla ok. 550 projektów i 90 placówek bądź cięcia we wszystkich realizowanych projektach PFRON-u sięgające 20%,
– brak pieniędzy na 3,7 mln godzin rocznej pracy asystenckiej.
Komisja Polityki Społecznej i Rodziny w dniu 22 października pozytywnie zaopiniowała projekt ustawy budżetowej na kolejny rok w zakresie ograniczenia finansowania usług dla osób z niepełnosprawnościami. Zrobiła tak mimo krytycznych uwag strony społecznej, czyli organizacji zrzeszających osoby z niepełnosprawnościami i ich opiekunów. Ich stanowisko mówi, że nie zgadzają się, aby:
– dotacja z budżetu państwa do PFRON w 2027 r. była niższa o ok. 75% niż w roku 2026 (czyli o ponad 488,4 mln zł),
– środki na programy resortowe w Funduszu Solidarnościowym były w 2027 r. zmniejszone w stosunku do roku 2026 o ok. 486,8 mln zł (tj. o ok. 24%), w tym środki na programy asystencji osobistej były niższe rok do roku o ponad 223,8 mln zł, a środki na programy opieki wytchnieniowej były w 2027 r. niższe od tegorocznych o ok. 218,3 mln zł (tj. aż o 75,2%).
Fabryka zamknięta przez niemiecki kapitał wznowi produkcję po przejęciu przez Polaków.
Jak informuje portal Nowiny.pl, potwierdziły się wcześniejsze pogłoski o tym, że zlikwidowana fabryka niemieckiego koncernu Henkel w Raciborzu zostanie przejęta przez polski kapitał i wznowi produkcję.
Zakład produkcyjny koncernu Henkel działał w Raciborzu od roku 1991 na bazie sprywatyzowanego majątku dawnej Polleny. W listopadzie 2025 władze koncernu zdecydowały o likwidacji zakładu i zwolnieniu całej załogi. Pracę straciło wówczas 159 osób.
W sierpniu 2026 pojawiły się informacje, że zakupem zakładu i wznowieniem produkcji jest zainteresowany polski kapitał – firma Świt Property z Częstochowy. Po uzyskaniu zgody od Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów transakcję sfinalizowano 29 października. Polscy właściciele zamierzają wznowić produkcję proszków do prania – prawdopodobnie już na początku roku 2027. Firma Świt działa od roku 1994. Wytwarza proszki i inne substancje piorące oraz inne produkty kosmetyczno-czyszczące na rynki polski i zagraniczny, w tym dla sieci dyskontów w Polsce. Dotychczas jej główne zaplecze produkcyjne stanowił zakład w Halinowie, ale zakup dawnej fabryki i linii produkcyjnych Henkla znacznie zwiększy jej możliwości.
Strajkowali pracownicy dużej firmy transportowej.
Jak informuje „Kurier Poranny”, dzisiaj odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy pracowników firmy Adampol w jej oddziale w Zaściankach koło Białegostoku. Załoga porzuciła pracę i domagała się poprawy warunków zatrudnienia.
W firmie z branży logistycznej i spedycyjnej trwa od roku spór zbiorowy. Pracownicy domagają się podwyżek płac i innych zmian w warunkach zatrudniania. Ich zdaniem przyrostowi obowiązków i wymagań nie towarzyszą podwyżki płac. W dodatku zasady wynagradzania, premiowania i potrąceń są niejasne, co nie pozwala oszacować wysokości najbliższej pensji. Mają także być zmuszani do pracy w systemie akordowym, co jest nielegalne w tej formule zatrudnienia. Skarżą się na wywieranie presji na skracanie czas ich odpoczynku, nawet po długich, wielodniowych kursach samochodem po całej Europie.
Pracownicy twierdzą, że warunki zatrudnienia bardzo się pogorszyły, gdy firma o polskim kapitale została sprzedana koncernowi z kapitałami chińskim i koreańskim. Domagają się zmian. Po bezowocnych oczekiwaniach i negocjacjach podjęli dzisiaj strajk ostrzegawczy – przez dwie godziny nie pracowali, lecz pikietowali siedzibę firmy. Zapowiadają kolejne działania tego typu.
Firma działa od 35 lat, ma 14 oddziałów w Europie i zatrudnia 1300 osób.
Duży bank przeprowadzi kolejną, już trzecią redukcję zatrudnienia.
Jak informuje Interia Biznes, kolejną falę zwolnień prowadzi Nordea Bank. To już trzecia fala zwolnień w tym roku. Tym razem łódzki oddział tej grupy bankowej zwalnia 32 osoby. 15 z nich już zostało zwolnionych.
Obecna redukcja zatrudnienia jest już trzecią w tym roku. W styczniu zwolniono 106 pracowników z oddziałów w Łodzi, Warszawie i Katowicach. Z kolei w czerwcu pracę w firmie straciły 43 osoby. W sumie zwolnienia objęły więc ponad 180 zatrudnionych. Co gorsza, może to nie być koniec zwolnień. Krążące w firmie pogłoski mówią o tym, że z jednego z działów mogą zostać zwolnione w pierwszym kwartale 2027 roku kolejne 30 osób.
Na decyzje narzekają osoby, które zachowały pracę. Są obciążane obowiązkami zwolnionych osób i sfrustrowane nadmiarem obowiązków. Nie przekłada się na to na wzrost ich płac.
Duża sieć jubilerska szykanuje za wstąpienie do związku zawodowego.
Jak informuje poznańska edycja „Gazety Wyborczej”, znana sieć sprzedaży wyrobów jubilerskich Apart szykanuje osoby, które założyły w firmie struktury związku zawodowego „Solidarność” lub tylko wyrażały zainteresowanie przystąpieniem do związku.
W sierpniu pracownicy kilkudziesięciu salonów Apart otrzymali informację o obniżeniu im dodatku z tytułu prowizji sprzedażowej. Uznali wówczas, że powinni założyć struktury związku zawodowego, który broniłby ich praw przed arbitralnymi decyzjami szefostwa firmy. Kontaktowali się w tym celu na zamkniętej facebookowej grupie dyskusyjnej. Dzień przed spotkaniem założycielskim związku inicjator całej akcji został zwolniony z pracy. O sprawie poinformował policje, prokuraturę i Państwową Inspekcję Pracy.
Działanie zarządu firmy miało na celu zastraszenie chętnych na przystąpienie do związku zawodowego. Nie udało się w efekcie tego stworzyć struktury zakładowej. Kilka osób zapisało się jednak do międzyzakładowej struktury „Solidarności” z siedzibą w Nowym Targu. Organizacja zgodnie z prawem zawiadomiła kierownictwo firmy o tym, że obejmuje pracowników spółki swoim działaniem.
W odpowiedzi firma stosuje kruczki prawne i formalne, aby uniknąć potwierdzenia działania organizacji związkowej, np. nie odbiera stosownej korespondencji. W październiku zwolniono z pracy kolejne osoby działające w związku oraz takie, które o to tylko podejrzewano – jedna z nich straciła pracę po ponad 20 latach zatrudnienia w Aparcie. Sprawę komplikuje fakt, że część tych osób, nieświadomych swoich praw i wezwanych nagle przez szefostwo, podpisało rozwiązanie umów o pracę za porozumieniem stron.
Kilkoro zwolnionych skierowało sprawę do sądu. Polskie prawo zabrania represjonowania za przynależność do związków zawodowych. Sprawą zajęła się także prokuratura w Poznaniu.
Wielki koncern przeprowadzi zwolnienia grupowe.
Polski oddział koncernu Nokia zamierza przeprowadzić zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić około 250 osób. Zwolnienia mają się odbyć głównie w Centrum Technologii we Wrocławiu. Zagrożone są jednak także miejsca pracy w oddziałach w Bydgoszczy, Krakowie i Warszawie. Koncern zatrudnia w Polsce około 7000 osób, z czego w oddziale wrocławskim zatrudniono około 5000 osób.
Redukcja zatrudnienia jest częścią działań koncernu w wielu krajach. Polska jest pod względem skali zwolnień druga – w Finlandii ma stracić zatrudnienie o kilkanaście osób więcej, a w Rumunii o kilkanaście mniej. Łącznie zwolnionych z pracy w Nokii ma zostać 1100 osób.
Zastrzeżenia wobec sposobu działania w Polsce ma związek zawodowy Związkowa Alternatywa działająca w Nokii. Związkowcy twierdzą, że wbrew wymogom prawa nie zostali poinformowani o zwolnieniach grupowych i zasadach ich przeprowadzania.
Kaufland przegrał ze związkowcem, którego nękał pozwami.
Przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy odniósł całkowite zwycięstwo w bataliach sądowych z wielką korporacją – właścicielem m.in. sieci handlowej Kaufland! Sąd Okręgowy wydał dzisiaj prawomocny wyrok uniewinniający, nie dopatrując się w działaniach lidera związkowego żadnych znamion przestępstwa. To kolejna ważna wygrana w obronie praw pracowniczych.
Kaufland Polska Markety sp. z o.o. sp. j. skierowała prywatny akt oskarżenia przeciwko Wojciechowi Jendrusiakowi – przewodniczącemu handlowych struktur związku zawodowego Konfederacja Pracy. Kaufland próbował uciszyć go za publiczne nagłaśnianie nieprawidłowości na Facebooku.
Czego domagał się Kaufland? Spółka oskarżała szefa OPZZ Konfederacji Pracy w Handlu o pomawianie jej m.in. o to, że:
Kaufland stosuje mobbing i zastraszanie wobec pracowników, wywiera na nich presję oraz narusza ich dobra osobiste;
prowadzi redukcję zatrudnienia i przeciąża pracowników pracą;
utrudnia działalność związkową oraz działalność społecznej inspekcji pracy;
utrudnia korzystanie z urlopu wypoczynkowego;
wprowadza złą atmosferę w zakładzie pracy;
dokonuje bezprawnych zwolnień;
jej przedstawiciele wykazują brak szacunku do pracowników;
rozwiązała umowę o pracę z Jolantą Żołnierczyk z powodu prowadzenia przez nią działalności związkowej i podejmowania działań na rzecz pracowników.
Za głośne i bezkompromisowe poruszanie tych problemów niemiecka sieć handlowa wytoczyła proces. Sprawa właśnie zakończyła się jednak pełnym i prawomocnym uniewinnieniem!
Bezzasadne pozywanie działaczy związkowych to brudna praktyka korporacyjna. To klasyczny mechanizm SLAPP – wykorzystywanie postępowań sądowych do generowania kosztów, pochłaniania energii i odciągania liderów od tego, co najważniejsze: walki o prawa ludzi pracy. Kiedy związkowiec musi walczyć o przetrwanie w sądzie, cel korporacji zostaje osiągnięty. Tyle że tym razem ten plan legł w gruzach.
Przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu udowodnił, że związek zawodowy nie służy do milczenia, przypatrywania się i braw na cześć pracodawców. Związek jest od reagowania, interweniowania i twardej walki o godne warunki. Pomysł zastraszania nie zadziałał. Kierownictwo i struktur nie da się złamać pozwami. Związkowcy zapowiadają dalsze bezwzględne punktowanie nieprawidłowości – nie tylko w Kauflandzie, ale także w Biedronce, Lidlu, Dino i innych sieciach handlowych.
Protest i okupacja siedziby kopalni Bogdanka.
26 października związkowcy zajęli salę konferencyjną w siedzibie Lubelskiego Węgla „Bogdanka” S.A. Protestują przeciwko lekceważeniu postulatów pracowniczych i brakowi rozmów z osobami uprawnionymi do podejmowania wiążących decyzji. Głównym żądaniem jest zabezpieczenie załogi na czas transformacji energetycznej.
Związkowcy zarzucają zarządowi błędne planowanie przyszłości kopalni i przerzucanie kosztów tych decyzji na pracowników. Załoga od dwóch lat nie otrzymuje podwyżek. Według związkowców spółka nie zrealizowała także porozumień płacowych na lata 2025–2026, tłumacząc to niewykonaniem planu produkcyjnego. Protestujący wskazują przy tym na nierówne traktowanie pracowników i zarządu, który – ich zdaniem – nie zakwestionował informacji o pobraniu pełnego wynagrodzenia za 2025 rok.
Związkowcy oczekują przyjazdu przedstawicieli właściwego ministerstwa i rozpoczęcia negocjacji z osobami mającymi kompetencje do zawierania porozumień. Domagają się konkretnych źródeł finansowania proponowanych rozwiązań oraz szczegółowego planu funkcjonowania Bogdanki w okresie transformacji. Chcą także gwarancji zatrudnienia, uczciwego traktowania i ochrony załogi przed skutkami błędnych decyzji zarządzających.
Pracownicy nie zgłaszają się do dobrowolnej pracy produkcyjnej w dni wolne. Praca ta ma istotne znaczenie dla realizacji planu produkcyjnego kopalni. Związkowcy kwestionują system organizowania weekendowej pracy z udziałem podmiotu zewnętrznego, wskazując na możliwe obchodzenie ograniczeń wynikających z prawa pracy. Podkreślają, że rezygnacja z dobrowolnych dodatkowych zmian nie oznacza porzucenia obowiązków, lecz odmowę pracy, do której nie są zobowiązani.
Jeśli postulaty nadal będą ignorowane, protest może zostać zaostrzony. Wśród rozważanych działań wymieniana jest blokada torów i wstrzymanie wywozu węgla z Bogdanki. Celem protestu jest zwrócenie uwagi na znaczenie krajowego wydobycia, bezpieczeństwo gospodarcze regionu oraz społeczne koszty transformacji energetycznej. Związkowcy podkreślają, że oczekują nie obietnic, lecz konkretnych decyzji, finansowych gwarancji i planu zapewniającego kopalni stabilne funkcjonowanie. Nie ma zgody na to, by pracownicy płacili za błędy zarządzających ani ponosili koszty transformacji bez odpowiedzialności za jej skutki społeczne.
Duży zakład zwolni wielu pracowników w niewielkim mieście.
Jak informuje portal Tysol.pl, duże zwolnienia zapowiedziało szefostwo zakładu Hutchinson 2 w Żywcu. To firma z sektora automotive, zajmująca się wytwarzaniem gumowych i plastikowych elementów do samochodów różnych marek. W Polsce posiada 7 zakładów, z czego dwa ulokowane są w Żywcu. Właścicielem całości jest francuski koncern TotalEnergies.
15 października związkowcy z „Solidarności” zostali poinformowani przez władze firmy o planowanych zwolnieniach grupowych. Decyzja jest motywowana spadkiem zamówień i ogólną sytuacją na rynku motoryzacyjnym.
Zwolnienia mają objąć 170 osób z zakładu nr 2 w Żywcu. Planowane jest przeprowadzenie ich w trzech turach. Pierwsze osoby stracą pracę już 12 listopada, a proces zwolnień miałby się zakończyć w czerwcu 2027. Najpierw na bruk trafić ma 90 osób, później 50, a na końcu ostatnich 30 z planowanych do zwolnienia.
W 2025 roku pracę w żywieckich zakładach tej samej firmy straciło 91 osób, a w zakładzie w Bielsku-Białej – 80 zatrudnionych.
Minister Infrastruktury Klimczak obiecywał wspólny bilet w 2027 roku – resort przesuwa go nawet na 2034 rok.
Wspólny bilet na pociągi, autobusy i komunikację miejską miał być gotowy około 2027 roku – tak zapowiadał minister infrastruktury Dariusz Klimczak w 2024 r. i powtarzał w 2025 r. Z odpowiedzi resortu na interpelację posła Michała Moskala (PiS) wynika, że ministerstwo przesunęło termin na lata 2031–2034, porzuciło zapowiedziany w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej przetarg na analizę, od której miała zacząć się budowa systemu. Z projektu wspólnego biletu został jedynie projekt ustawy o ulgach, którego rząd nie wpisał nawet do swojego planu prac.
Ogólnopolski Bilet Zintegrowany miał rozwiązać problem dobrze znany każdemu, kto dojeżdża z mniejszej miejscowości: jedna podróż – kilka biletów, kilku przewoźników i kilka osobnych rozkładów jazdy. Idea była prosta: jeden bilet na całą trasę, niezależnie od tego, czy jedziemy pociągiem PKP Intercity, pociągiem regionalnym, autobusem czy tramwajem. Wspólny bilet był jedną z obietnic wyborczych partii tworzących obecną koalicję. W marcu 2024 r. minister infrastruktury Dariusz Klimczak zapowiedział w TVP Info: „około roku 2027 będziemy mieli wspólny bilet”. We wrześniu 2025 r. ponownie wskazał ten termin: „Chciałbym, aby w 2027 roku funkcjonował jeden zintegrowany bilet”.
Odpowiedź z 19 października 2026 r., podpisana z upoważnienia ministra przez wiceministra Piotra Malepszaka, rozwiewa te nadzieje. Resort pisze wprost, że „zmiany koncepcyjne” spowodowały przesunięcie zakładanej perspektywy na lata 2031–2034. To od czterech do siedmiu lat później, niż obiecywał minister – poza obecną kadencją Sejmu i w dużej części także poza następną. Ministerstwo nie odpowiedziało, kiedy i kto podjął tę decyzję.
Najbardziej wymowny jest los tzw. studium wykonalności. To szczegółowa analiza, od której zaczyna się budowę każdego dużego systemu: ma odpowiedzieć, jak bilet będzie działał, kto nim zarządza, jak przewoźnicy podzielą się pieniędzmi z jego sprzedaży i ile całość będzie kosztować. W kwietniu 2025 r. ministerstwo ogłosiło w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej zamiar zamówienia takiej analizy wraz z projektem technicznym systemu. Wartość zamówienia oszacowano na 4,39 mln zł netto, projekt miał być współfinansowany ze środków unijnych z programu FEnIKS, a ogłoszenie przetargu zaplanowano na 30 czerwca 2025 r. Przetargu nie ogłoszono nigdy. Jeszcze w lipcu 2025 r. resort zapewniał w odpowiedzi na wcześniejszą interpelację posła Moskala, że opracowuje dokumentację potrzebną do ogłoszenia przetargu. Dziś przyznaje, że odstąpił od zlecenia studium, powołując się na „ograniczony czas wydatkowania środków publicznych na ten cel”. Tyle że ten czas ministerstwo straciło samo – przez ponad rok nie ogłosiło przetargu, który samo zapowiedziało. Resort dodaje też, że prace, na których chce się teraz skupić, nie kwalifikują się do wsparcia z programu FEnIKS.
Pierwszym etapem projektu, jak zapowiadało ministerstwo w 2025 r., miał być wspólny cennik na pociągi dalekobieżne i regionalne, czyli jeden bilet honorowany przez różnych przewoźników kolejowych. Według odpowiedzi resortu nie został wdrożony, a nowego terminu nie podano. Co więcej, ministerstwo przyznaje, że projekt został „przeformułowany na przedsięwzięcie o charakterze regulacyjnym”. W praktyce oznacza to, że zamiast budowy systemu biletowego resort zajmie się przede wszystkim porządkowaniem ulg ustawowych – zniżek przysługujących m.in. uczniom, studentom, emerytom, osobom z niepełnosprawnościami czy kombatantom. Problem w tym, że i ta praca stoi w miejscu. Projekt zmian w ulgach miał trafić do konsultacji w drugiej połowie 2025 r. W czerwcu 2026 r. ministerstwo przyznało w odpowiedzi na inną interpelację posła Moskala, że projekt nie został nawet wpisany do wykazu prac rządu, a w październiku potwierdza, że od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Niewiele wiadomo też o pracach zespołu, który minister powołał do realizacji projektu wspólnego biletu w lutym 2025 r. Przez ponad półtora roku przygotował on dwa sprawozdania – za pierwszy i drugi kwartał 2025 r. Ministerstwo nie podało, ile razy zespół się zebrał ani kto w nim zasiada. Nie udostępniło też sprawozdań, wskazując jedynie, że nie ma obowiązku publikowania ich w Biuletynie Informacji Publicznej.
Dużą część odpowiedzi resort poświęca krytyce weta Prezydenta RP Karola Nawrockiego z 19 sierpnia 2026 r. do nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. To jednak próba przerzucenia odpowiedzialności. Przetarg na analizę miał zostać ogłoszony ponad rok przed wetem. Wśród rozwiązań zawetowanej ustawy, które wylicza sam resort, nie ma wspólnego biletu, a ministerstwo samo przyznaje, że do jego wprowadzenia potrzebny jest dopiero planowany, odrębny pakiet przepisów. Jednocześnie resort deklaruje, że nie przygotowuje nowego projektu nowelizacji tej ustawy, a jedynie „planuje” powołanie zespołu eksperckiego. Ministerstwo obwinia weto także za to, że rozkłady jazdy wciąż są publikowane w różnych formatach i w rozproszonych miejscach, przez co trudno znaleźć połączenie z przesiadką z autobusu na pociąg. W tej samej odpowiedzi sam jednak przypomina, że obowiązek stosowania cyfrowych standardów danych o rozkładach nakładają już przepisy unijne. Mimo to nie wie, ilu przewoźników autobusowych przygotowuje rozkłady w tym standardzie, bo takich danych nie zbierał, a rządowe narzędzie pomagające w cyfryzacji rozkładów ma ruszyć dopiero na początku 2028 r.
Na znaczną część z dwudziestu pytań posła ministerstwo nie odpowiedziało wcale. Nie przedstawiło harmonogramu prac ani informacji o konsultacjach z samorządami, przewoźnikami i organizacjami pasażerów – to pytanie pozostało bez odpowiedzi już po raz drugi. Nie wskazało, kto po wecie ma organizować i finansować autobusy dowożące pasażerów do stacji kolejowych, ani czy zadba o przedłużenie porozumienia o wzajemnym honorowaniu biletów w województwie pomorskim, które wygasa 12 grudnia 2026 r. Tymczasem, jak przyznaje sam resort, problem wykluczenia komunikacyjnego dotyczy 27 proc. mieszkańców Polski, czyli 10,1 mln osób. Dotyka on przede wszystkim mieszkańców mniejszych miejscowości.
– „Wspólny bilet to porażka ministra Dariusza Klimczaka. Dwukrotnie obiecywał go Polakom na 2027 rok, a dziś jego resort na piśmie przyznaje, że przesuwa sprawę na lata 2031–2034. Ministerstwo porzuciło przetarg, który samo zapowiedziało w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej, a z projektu biletu został jedynie projekt ustawy o ulgach, którego rząd nie wpisał nawet do swojego planu prac. To nie jest przesunięcie, czy obsuwa terminu, tylko wycofanie się z obietnicy. Za Ministerstwo Infrastruktury odpowiadają politycy PSL z ministrem Klimczakiem, wiceprezesem tej partii, na czele” – mówi poseł Michał Moskal (PiS).
Pracownice MOPS-u w mieście wojewódzkim domagają się podwyżek płac.
Jak informuje portal Tysol.pl, pracownice Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Katowicach oczekują wyższych pensji.
„Solidarność” zrzeszająca pracownice katowickiego MOPS-u złożyła na ręce prezydenta Katowic Miasta Krupy 120 listów z żądaniem podwyżek płac. Chcą, aby nakłady z miejskiego budżetu na działalność MOPS wzrosły o tyle, aby możliwe były miesięczne podwyżki płac o 1000 zł brutto.
Związkowcy twierdzą, że obecne pensje są żałośnie niskie. Mają one niewiele przekraczać płace minimalne. Pracownicy uważają, że są one nieadekwatne do kosztów życia, szczególnie w dużym mieście. Przypominają, że praca w MOPS-ie nie tylko jest trudna i wymaga wszechstronnych umiejętności, ale także może być wykonywana wyłącznie przez osoby z wyższym wykształceniem kierunkowym.
Złożone na ręce prezydenta miasta 120 listów z żądaniem podwyżek to znaczy odsetek ogółu zatrudnionych w katowickim MOPS-ie, które załoga liczy około 500 osób.
Rząd obcina nakłady na leczenie stomatologiczne w ramach NFZ.
Jak informuje portal Infodent24.pl, plan finansowy Narodowego Funduszu Zdrowia na bieżący rok pokazuje malejące nakłady na opiekę dentystyczną. Choć były one niskie już na początku roku, to korekta wydatków z września 2026 jeszcze je obniżyła.
Udział wydatków na stomatologię w budżecie NFZ w bieżącym roku wynosi zaledwie 2% całości nakładów. To mniej niż w latach 2024 i 2025, gdy wynosił on odpowiednio 2,06% oraz 2,4%. Obecny odsetek jest ponad dwukrotnie mniejszy niż w roku 2008. Maleją także wydatki kwotowe: w roku 2025 było to 4,4 mld złotych, a w roku 2026 już tylko 4,27 mld. W dodatku koszty usług – materiałów, robocizny – wzrosły i stawki są wyższe, więc spadek nakładów jest realnie jeszcze większy, co oznacza niższą dostępność usług i malejącą skalę nieodpłatnej opieki stomatologicznej świadczonej w ramach NFZ.
Mniejsze nakłady publiczne na leczenie stomatologiczne skutkują dużą skalą rezygnacji gabinetów dentystycznych z realizowania kontraktów zleconych przez NFZ. W roku 2019 było ich około 7000, a obecnie już tylko około 5000.
Kolejne 150 osób straci pracę w hucie.
Jak informuje portal zawiercianska.pl, w zakładzie CMC Poland (dawna Huta Zawiercie) przeprowadzone zostaną zwolnienia grupowe. Stosowną informację otrzymały już związki zawodowe w celu przeprowadzenia negocjacji wymaganych polskim prawem. Negocjacje mają się zakończyć do 4 listopada.
Zwolnienia mają objąć w sumie 150 osób. Część pracowników będzie mogła skorzystać z Programu Dobrowolnych Odejść. Wypowiedzenia zostaną wręczone w grudniu i styczniu. Pracę stracą osoby z wielu działów przedsiębiorstwa.
CMC Poland jesienią ubiegłego roku także zwolniła 150 osób.
Pracownice stawiły opór i władze miasta wycofały się z prywatyzacji usług opiekuńczych.
Jak informuje portal Bielsko.info, władze Bielska-Białej zdecydowały się wycofać z zamiarów prywatyzacji i outsourcingu usług opiekuńczych. Władze miasta zamierzały przenieść usługi opiekuńcze z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej do sektora „pozarządowego”. Pracownice MOPS świadczące od lat opiekę nad osobami chorymi, niesamodzielnymi, starszymi itp. obawiały się utraty zatrudnienia lub znacznego pogorszenia warunków pracy. Problem miał dotyczyć nawet 50 osób. Zamiast wyspecjalizowanego działu MOPS opiekę nad osobami starszymi, chorymi i niesamodzielnymi świadczyć miał podmiot zewnętrzny, wyłoniony w przetargu. Pracownice MOPS, choć obiecywano im zatrudnienie w podmiocie, który wygra przetarg, obawiały się obniżki płac, braku pewności długofalowego zatrudnienia, braku premii i dodatków gwarantowanych dotychczas przez MOPS itp.
Ich protesty przeciwko zmianie sposobu świadczenia opieki wsparły m.in. związki zawodowe Inicjatywa Pracownicza i „Solidarność” oraz regionalne struktury partii Razem. 14 października, po nagłośnieniu problemu w mediach, z przedstawicielkami protestujących spotkał się prezydent Bielska-Białej. Zadeklarował on, że władze miasta odstępują od pomysłów przeniesienia usług opiekuńczych do podmiotów zewnętrznych. Będą one świadczone przez pracownice MOPS na dotychczasowych zasadach.
Wielki koncern piwowarski przeprowadzi zwolnienia grupowe.
Jak informuje portal Dla Handlu, jeden z największych producentów piwa w Polsce, Kompania Piwowarska, ogłosił zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych.
Decyzja ma być odpowiedzią na malejącą produkcję i sprzedaż piwa globalnie, w tym w Polsce. Kompania Piwowarska należy do największego na świecie producenta piwa – Asahi. Jej udział w polskim rynku sprzedaży piwa wynosi około 32 procent. Ze względu na malejący zbyt władze firmy zapowiedziały, że w bieżącym miesiącu zwolnią z pracy 60 osób.
Odlewnia zwalnia niemal całą załogę.
Jak informuje Radio Olsztyn, właściciele odlewni Elzamech w Elblągu poinformowali o zamiarach zwolnienia niemal całej załogi tego zakładu. O planach zwolnień został już poinformowany powiatowy urząd pracy. Zwolnienia mają nastąpić do końca lutego 2027 r.
Pracę ma stracić prawie cała załoga – 58 spośród 64 zatrudnionych. Taka decyzja oznacza koniec zakładu w jego obecnej formie. Odlewnia Elzamech istnieje od roku 1994, a powstała na bazie i po prywatyzacji Zakładów Mechanicznych Zamech, utworzonych w roku 1946. W lipcu 2026 władze firmy złożyły do sądu wniosek o ogłoszenie upadłości.
W ostatnich latach firma miała coraz niższą rentowność, a głównym jej problemem stały się szybko rosnące koszty energii. Prezes zakładu Edward Krasiński powiedział serwisowi portel.pl: „To jest branża energochłonna. Koszty produkcji wynikają z wysokich cen energii elektrycznej, gazów technicznych oraz opłat środowiskowych. Ceny energii w Polsce są jednymi z najwyższych, co powoduje, że nasze oferty nie są tak konkurencyjne jak firm z krajów azjatyckich”.
Wielka grupa handlowa szykuje kolejne zwolnienia.
Jak informuje portal Dla Handlu, Makro Cash and Carry zaplanowało kolejną falę zwolnień pracowników. Etaty mają stracić zarówno osoby zatrudnione w obsłudze hurtowych hal sprzedaży, jak i pracownicy biurowi z Centrum Wsparcia Biznesu. W sumie z pracą ma się pożegnać około 250 osób.
To kolejna fala zwolnień w firmie. W ubiegłym roku Makro zlikwidowało cztery hale – w Rybniku, Słupsku, Toruniu i Zabrzu. Zatrudnienie straciło w efekcie tego około 400 osób.
Polski oddział Makro przynosi od dwóch lat duże, wielomilionowe straty.
Zaostrza się konflikt związkowców z zarządem firmy.
Jak informuje portal bielsko.biala.pl, w zakładach TI Poland rozpoczęła się akcja protestacyjna. Działająca w tej firmie „Solidarność” na razie oflagowała zakłady i wywiesiła transparenty na dwóch zakładach w Bielsku-Białej oraz jednym w Wieprzu. Zapowiada dalsze i ostrzejsze działania, jeśli szefostwo nie spełni oczekiwań pracowników. Przedstawiciele „Solidarności” mówi portalowi bielsko.biala.pl: „Zaczynamy akcję protestacyjną. To jest początek, zaczynamy od oflagowania. W dalszych etapach jeśli dyrekcja nie zmieni zdania – zrobimy pikietę. Nie przyniesie rezultatu, to zrobimy strajk ostrzegawczy. Jeśli nie będzie rezultatu, to zrobimy referendum w sprawie strajku generalnego”.
TI Poland działa w sektorze motoryzacyjnym i zajmuje się produkcją metalowych przewodów hamulcowych i paliwowych, pomp i modułów pomp paliwa oraz montażem zbiorników paliwa. Dostarcza komponenty dla aut takich marek i producentów, jak Mercedes, BMW, Volkswagen i Stellantis W zakładach TI Poland trwa spór płacowy. Związkowcy domagają się podwyżek płac, które rosną powoli i nie odzwierciedlają wzrostu kosztów życia.
Polskie zakłady koncernu zatrudniają w sumie ponad 1700 osób. W ubiegłym roku wygenerowały ponad 62 miliony czystego zysku.
Zagrożony jest los zakładu i całej załogi.
Jak informuje portal Dla Handlu, sąd wpisał do akt wniosek właścicieli zakładu Fameg w Radomsku o ogłoszenie upadłości. Ważą się losy całej firmy i jej załogi. Fameg to jeden z największych w Europie producentów drewnianych krzeseł giętych. Działa od XIX wieku. Zatrudnia ponad 500 osób.
Poważne kłopoty firmy zaczęły się w 2024 roku. Zanotowała ona wtedy duże, kilkunastomilionowe zadłużenie. Firma ogłosiła proces restrukturyzacyjny zawarła ugodę z wierzycielami. Jednym z elementów restrukturyzacji były zwolnienia grupowe, które jesienią 2024 objęły 69 osób.
Pod koniec września 2026 władze spółki złożyły do sądu wniosek o ogłoszenie upadłości. Został on zatwierdzony przez sąd. Zagrożone jest fizyczne istnienie zakładu oraz miejsca pracy całej ponad półtysięcznej załogi.
Okręgowy Inspektor Pracy w Warszawie przeprowadzi kontrolę w spółce WARS, kontrolowanej przez państwo i obsługującej pociągi PKP Intercity. To efekt interwencji poselskiej Michała Moskala (PiS). Na koniec 2025 r. WARS miał 754 pracowników na umowach o pracę i 1 387 osób na umowach zlecenia – zleceniobiorcy stanowili więc prawie dwie trzecie osób, z którymi spółka bezpośrednio zawarła umowy. Z odpowiedzi Państwowej Inspekcji Pracy wynika zarazem, że spółki Grupy PKP nie zostały objęte planem kontroli na 2026 r. w zakresie kwalifikacji umów cywilnoprawnych.
Poseł Moskal zwrócił się do Głównego Inspektora Pracy 25 sierpnia 2026 r., wnosząc o kontrolę w centrali WARS i we wszystkich oddziałach spółki. Chodziło o sprawdzenie, czy osoby zatrudniane na umowach zlecenia – przede wszystkim przy sprzątaniu pociągów – nie wykonują w rzeczywistości pracy w warunkach właściwych dla umowy o pracę. W odpowiedzi z 18 września 2026 r. zastępca Głównego Inspektora Pracy Jarosław Leśniewski poinformował, że wystąpienie przekazano Okręgowemu Inspektorowi Pracy w Warszawie w celu przeprowadzenia kontroli. O jej wynikach i zastosowanych środkach prawnych poseł ma zostać poinformowany niezwłocznie po zakończeniu postępowania.
WARS prowadzi gastronomię w wagonach restauracyjnych i barowych oraz obsługę wagonów sypialnych w pociągach PKP Intercity, a od 2018 r. także sprząta tabor kolejowy. 50,02 proc. akcji spółki należy do PKP Intercity, a 49,98 proc. do Skarbu Państwa. Według sprawozdania zarządu za 2025 r. na koniec roku WARS miał 754 pracowników na umowach o pracę oraz 1 387 osób na umowach zlecenia. Około 88 proc. zleceń dotyczyło sprzątania pociągów PKP Intercity – to ok. 1,2 tys. osób. Dla porównania na etatowych stanowiskach robotniczych spółka miała wtedy 384 osoby. Na jedną osobę na etatowym stanowisku robotniczym przypadały więc ponad trzy osoby sprzątające na zleceniu.
Do tego dochodzą kolejne formy pozaetatowe. Spółka korzystała z pracy ok. 177 osób osadzonych, zatrudnianych na podstawie porozumienia ze Służbą Więzienną, oraz ok. 239 osób miesięcznie z agencji pracy tymczasowej. Wagony gastronomiczne obsługiwały w modelu franczyzowym 82 podmioty zatrudniające ok. 700 osób. Łącznie WARS deklaruje ok. 3,26 tys. miejsc pracy – umowę o pracę z samą spółką ma z tego niespełna co czwarta osoba. Wszystkie tabele struktury zatrudnienia w sprawozdaniu zarządu obejmują przy tym wyłącznie 754 etatowców.
Usługi sprzątania – przede wszystkim pociągów – nie są działalnością poboczną. W 2025 r. przyniosły 176,8 mln zł, czyli 51,7 proc. przychodów spółki ze sprzedaży, przy wzroście o blisko 32 proc. rok do roku. Na rzecz PKP Intercity spółka świadczy je od grudnia 2018 r., a obowiązujące umowy sięgają końca 2026 r. Sama spółka pisze w sprawozdaniu o szkoleniach dla 105 mistrzów i brygadzistów odpowiedzialnych za stacjonarne sprzątanie taboru, o „rekrutacji pracowników” i „procesie wdrożenia pracownika”, a także o przedstawionej w 2025 r. „propozycji nowej formy zatrudnienia na stanowiskach osób sprzątających”. Stała praca, w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę, pod nadzorem jej kadry – to cechy, które Kodeks pracy wiąże z umową o pracę. Czy w WARS są spełnione, oceni teraz inspekcja.
– „Rząd przeprowadził reformę Inspekcji Pracy pod hasłem walki z umowami śmieciowymi i wpisał ją do KPO. Skoro tak, powinien świecić przykładem tam, gdzie sam jest właścicielem. Tymczasem w państwowej spółce, która sprząta pociągi PKP Intercity, na koniec ubiegłego roku prawie dwie trzecie osób zatrudnionych bezpośrednio pracowało na zleceniach, a inspekcja od 2021 r. zaglądała tam wyłącznie po skargach i wypadkach. Ludzie, którzy na co dzień sprzątają wagony, zyskają na umowie o pracę płatny urlop, chorobowe, dodatki i stabilność zatrudnienia. Ustawa daje pracodawcom czas do lipca 2027 r. na dobrowolne uporządkowanie umów bez kary – WARS powinien z tego skorzystać, zanim zrobi to za niego inspekcja. WARS to dopiero początek. Wystąpię do Inspekcji Pracy o sprawdzenie, jak zatrudniają pozostałe spółki Skarbu Państwa oraz agencje i instytucje podległe rządowi” – zapowiada poseł Michał Moskal.
Poseł zapowiada, że po otrzymaniu wyników kontroli poinformuje o nich opinię publiczną. Interwencja w sprawie WARS otwiera serię wystąpień do Państwowej Inspekcji Pracy dotyczących sposobu zatrudniania w spółkach Skarbu Państwa oraz w agencjach i instytucjach podległych rządowi.
Studenci przekonują, że trwałym rozwiązaniem problemu dostępności tanich posiłków jest budowa publicznych stołówek.
Od początku roku akademickiego 2026/2027 działa pilotażowy program dopłat do posiłków. Władze Uniwersytetu Jagiellońskiego przedstawiają go jako rozwiązanie odpowiadające na problemy studentów, pomijając przy tym szereg ograniczeń tego systemu.
Program obejmuje wyłącznie studentów studiów stacjonarnych. Oznacza to, że osoby, które są zmuszone płacić za studia, nie otrzymują w jego ramach żadnego wsparcia. Co więcej, student kupujący posiłek musi najpierw zapłacić pełną cenę, a zwrot otrzymuje dopiero w kolejnym miesiącu. Dla najbiedniejszych studentów, dla których studiowanie wiąże się z ciągłym wiązaniem końca z końcem, oznacza to konieczność oczekiwania na zwrot przez cały okres rozliczeniowy.
Program wiąże się również z dodatkowymi obowiązkami po stronie studentów. Muszą oni podać szereg danych potrzebnych do otrzymania zwrotu, a otrzymane dopłaty rozliczać w ramach PIT-u. Udział w programie wymaga polskiej rezydencji podatkowej, numeru PESEL, podania danych do celów podatkowych oraz rachunku bankowego. Obecny program pozostawia natomiast przygotowanie posiłków, ich dostępność i ofertę przedsiębiorcom. Sam regulamin programu zastrzega, że UJ nie gwarantuje dostępności określonych dań, jadłospisu, godzin działania ani ciągłości świadczenia usług przez operatorów.
Program obejmuje także tylko osiem lokalizacji: siedem znajduje się na Kampusie 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jedna na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych. Dla osób studiujących na wydziałach na Starym Mieście program w praktyce nic nie zmienia, ponieważ nie obejmuje żadnych punktów gastronomicznych w tej części miasta.
Jak wskazują studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej, najważniejszy problem dotyczy jednak outsourcingu i jego konsekwencji. Program dopłat nadal opiera się na gastronomii prowadzonej przez prywatnych przedsiębiorców. UJ ustalił cenę pełnego zestawu objętego programem na 32 złote. Tymczasem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych, gdzie w wyniku działań studentów doszło do zmiany ajenta i obniżenia ceny zestawu obiadowego do 26 złotych, wraz z uruchomieniem pilotażu zwykła cena zestawu wzrosła do 29 złotych. Zestaw objęty dopłatą wyceniono natomiast na 32 złote. Oznacza to, że 3 złote z publicznej dopłaty pokrywają wyłącznie różnicę między zwykłą ceną posiłku a ceną ustaloną na potrzeby programu i trafiają bezpośrednio do prywatnego operatora.
Zdaniem studentów konstrukcja programu umożliwiła operatorowi podniesienie ceny i zwiększenie przychodu. Ich zdaniem jest to konsekwencja rozwiązania, w którym uczelnia nie kontroluje kosztów przygotowania posiłków ani polityki cenowej operatorów. Zamiast rozwijać własne stołówki i tworzyć trwałą infrastrukturę gastronomiczną, publiczne pieniądze trafiają w ten sposób do prywatnych przedsiębiorców.
Jak mówi jeden ze studentów zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej: „Istnienie takich lokali zależne jest od osiąganego zysku i w każdej chwili właściciele mogą zdecydować o ich zamknięciu. Program, mimo że teraz wydaje się jakimś wsparciem, nie stanowi właściwego rozwiązania. Potrzebujemy trwałego i stabilnego rozwiązania na lata. Właściwym rozwiązaniem takiego problemu jest prowadzenie przez uniwersytety publicznych stołówek. Ceny w nich nie są zależne od rynku, a o istnieniu lokali nie decyduje komercyjny biznes”.
Jak wskazuje inna studentka, rektor zadeklarował, że utworzenie jednej stołówki jest możliwe do 2027 roku, a dwóch kolejnych do 2030 roku. Skoro jest to w możliwościach uniwersytetu, oczekujemy realizacji tej deklaracji.
Temat niedostępności tanich posiłków na Uniwersytecie Jagiellońskim pojawił się w wyniku protestów studentów i studentek z Inicjatywy Pracowniczej. Podczas rozmów z władzami UJ wskazywali oni, że program dopłat jest rozwiązaniem tymczasowym i nie stanowi właściwej odpowiedzi uniwersytetu na żądania społeczności akademickiej. Ich zdaniem trwałym rozwiązaniem problemu jest rozwój publicznej infrastruktury socjalnej, w tym własnych stołówek.
Studenci zapowiadają kontynuację działań. 14.10 o godz. 12:00 pod WBBiB będą rozdawać społeczności studenckiej darmowe posiłki podczas akcji „Nie dla prywatyzacji, tak dla stołówki”, podczas której będą podkreślać, że trwałym rozwiązaniem problemu dostępności tanich posiłków jest budowa publicznych stołówek.
Pracownicy zakładu z sektora automotive walczą o wyższe zarobki.
Jak informuje „Gazeta Lubuska” zaostrza się sytuacja w zakładzie Valmet Automotive w Żarach. Tamtejsi pracownicy, reprezentowani przez „Solidarność”, domagają się wyższych wynagrodzeń.
Od kilku miesięcy trwa w zakładzie spór zbiorowy związkowców z zarządem. Negocjacje prowadzono wiosną i latem, ale władze firmy nie przystały na żądania związkowców. Domagali się oni podwyżek płac o 569 złotych brutto, a w trakcie negocjacji ustąpili i zeszli do kwoty 400 zł brutto i z przesunięciem podwyżek od lipca zamiast od stycznia. Jednak nawet ta kwota nie spotkała się z aprobatą zarządu.
W styczniu władze firmy wprowadziły bez konsultacji z kimkolwiek podwyżkę w wysokości 3%. Zdaniem związkowców jest to zaledwie wyrównanie inflacyjne i nie załatwia sprawy niskich płac w firmie. Znaczna część 360-osobowej załogi zarabia płacę minimalną lub niewiele więcej. Pracownicy oczekują podwyższenia zarobków.
Wkrótce kolejna runda negocjacji. Jeśli nie przyniosą one rezultatu, kolejne przewidziane prawem kroki to strajk ostrzegawczy i referendum strajkowe, a w przypadku jego powodzenia – strajk w zakładzie.
W Hucie Stalowa Wola odbył się protest przeciwko nierównościom płacowym.
Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, przed Oddziałem I Huty Stalowa Wola odbył się protest pracowników przeciwko wieloletnim nierównościom płacowym i socjalnym oraz nieprzystąpieniu zarządu do negocjacji treści porozumienia w związku z planowanym włączeniem Oddziału I do spółki macierzystej HSW S.A., należącej do Grupy Kapitałowej Polskiej Grupy Zbrojeniowej.
Pracownicy Oddziału I przez kolejne, niezależne od nich zmiany właścicielskie wykonywali pracę w tym samym miejscu, przy tych samych maszynach i na rzecz tego samego majątku produkcyjnego, który dziś stanowi własność Skarbu Państwa. Mimo powrotu zakładu w 2023 roku do państwowej HSW nadal byli jednak traktowani gorzej niż pozostali pracownicy grupy kapitałowej, co nosi znamiona dyskryminacji płacowej.
Według ustaleń związku zawodowego OZZ IP przy Hucie Stalowa Wola różnice w zarobkach sięgają nawet 40–50 proc. Pracownicy Oddziału I są również pozbawieni dodatkowych świadczeń przysługujących pozostałej części załogi, między innymi premii kwartalnych, rekompensaty z tytułu karty hutnika czy nagród jubileuszowych.
Planowane na 1 października formalne włączenie Oddziału I do spółki macierzystej powinno zakończyć trwający od lat podział załogi. Tymczasem przedstawione pracownikom porozumienie nie zawiera wiążących gwarancji zatrudnienia, zachowania stanowisk ani rzeczywistego wyrównania wynagrodzeń, świadczeń i warunków pracy. Nie zabezpiecza również przed zwolnieniami, degradacją stanowisk czy niekorzystnymi zmianami zaszeregowania.
Kilkadziesiąt osób zebrało się przed Oddziałem I przy ulicy Grabskiego, a następnie przeszło pod główną siedzibę HSW S.A. Podczas przemarszu skandowano między innymi: „Jedna praca – jedna płaca!”, „Dość dzielenia pracowników!”, „Negocjacje tu i teraz!”. Po dotarciu pod siedzibę dyrekcji przedstawiciel zarządu zaprosił pracowników na spotkanie. Rozmowa trwała kilkanaście minut i okazała się kolejną próbą uciszenia pracowników. Zamiast negocjacji nad konkretnymi postulatami usłyszeli oni, że ich spełnienie nie jest możliwe. Pojawiły się również pretensje o nagłośnienie sytuacji w mediach.
W odpowiedzi na brak woli podjęcia dialogu związkowcy wręczyli zarządowi wezwanie do rozpoczęcia faktycznego dialogu. Zarząd ma na to 14 dni. Jeśli do rozmów nie dojdzie, związek będzie podejmował kolejne kroki.
Domagamy się równego traktowania pracowników wykonujących taką samą pracę w jednym zakładzie. Huta Stalowa Wola była budowana przez pokolenia pracowników i jest jednym z najważniejszych zakładów przemysłowych w regionie. Oczekujemy rozmów prowadzonych w dobrej wierze, z udziałem reprezentacji pracowników, z możliwością uzgodnienia wiążących gwarancji. Wzywamy zarząd HSW S.A. do niezwłocznego rozpoczęcia rzeczywistych negocjacji z pracownikami!
W czerwcu 2026 r. do stacji docelowej na czas dotarło zaledwie 58 proc. pociągów PKP Intercity, a w lipcu – 59 proc. Oznacza to, że w czerwcu i lipcu spóźniały się ponad cztery na dziesięć pociągów narodowego przewoźnika. Jednocześnie Ministerstwo Infrastruktury przyznało, że do dziś nie nałożyło na PKP Intercity kar umownych za pierwsze miesiące 2026 r. – choć jeszcze wiosną przekonywało, że to właśnie kary są wystarczającą sankcją. Takie informacje wynikają z odpowiedzi resortu na interpelację nr 19305 posła Michała Moskala.
Odpowiedź, podpisaną 25 września 2026 r. przez wiceministra infrastruktury Piotra Malepszaka, poseł Moskal otrzymał po tym, jak zapytał resort o skutki utrzymującego się załamania punktualności narodowego przewoźnika. Dane przekazane przez ministerstwo są jednoznaczne: punktualność wszystkich pociągów PKP Intercity na przybyciu wyniosła w kwietniu 77,5 proc., w maju 69,1 proc., w czerwcu 58 proc., a w lipcu 59 proc. Dla porównania – według Urzędu Transportu Kolejowego w czerwcu 2025 r. było to 75,5 proc., a w lipcu 2025 r. 72,8 proc. Rok do roku wynik czerwcowy pogorszył się o ponad 17 punktów procentowych, a lipcowy o blisko 14 punktów.
To kontynuacja fatalnego pierwszego półrocza. Według danych UTK w I kwartale 2026 r. punktualność PKP Intercity wyniosła 64,3 proc. wobec 78,9 proc. rok wcześniej, a w II kwartale 68,2 proc. wobec 80,6 proc. Oba wyniki są wyraźnie gorsze niż w analogicznych kwartałach lat 2024 i 2025, gdy w II kwartale na czas dojeżdżało ponad 80 proc. pociągów. W ciągu kilku miesięcy przewoźnik zaprzepaścił wyniki osiągane w poprzednich latach.
Najpoważniejsza informacja dotyczy kar. Ministerstwo napisało wprost: „Kary za pierwsze miesiące 2026 r. nie zostały jeszcze nałożone, a kwestia ta jest przedmiotem analizy”. Styczeń 2026 r. – miesiąc, w którym na czas dojechała zaledwie nieco ponad połowa pociągów – zakończył się osiem miesięcy temu. Tymczasem w odpowiedzi na wcześniejszą interpelację posła Moskala (nr 15745) resort odrzucał potrzebę zaostrzenia nadzoru, twierdząc, że „sankcje w postaci kar umownych są wystarczające”. Dziś okazuje się, że sankcja, na której ministerstwo oparło cały nadzór nad przewoźnikiem, za pierwsze miesiące 2026 r. po prostu nie została zastosowana. W najnowszej odpowiedzi resort określa kary jako „bardzo dotkliwe” – nie wskazując jednak żadnej kwoty.
W odpowiedzi ministerstwo przedstawiło natomiast pełny taryfikator kar za punktualność w umowie o świadczenie usług publicznych. Za każdy miesiąc, w którym punktualność z winy przewoźnika spadnie poniżej 92 proc., kara wynosi 199 836 zł – osobno dla odjazdów i przyjazdów. Kara jest sztywna: przewoźnik płaci tyle samo przy punktualności 91,9 proc., co przy 71 proc. Z wyliczeń biura poselskiego, opartych na stawkach i wskaźnikach podanych przez resort, wynika, że nawet po nałożeniu podstawowa część kar za całe pierwsze półrocze wyniosłaby ok. 1,4 mln zł (nie licząc kar za poszczególne pociągi, których liczby ministerstwo nie podało). To ok. jedna tysięczna rekompensaty, jaką PKP Intercity otrzymuje z budżetu państwa za ten okres – w 2026 r. rekompensata wynosi 2,76 mld zł.
Resort tłumaczy, że karom podlega wyłącznie tzw. punktualność kwalifikowana, liczona tylko z przyczyn leżących po stronie przewoźnika – z pominięciem przyczyn po stronie zarządcy infrastruktury oraz przyczyn zewnętrznych, takich jak ekstremalne warunki pogodowe czy opóźnienia przejmowane z zagranicy. Jednak nawet ten złagodzony wskaźnik wypada dla PKP Intercity kompromitująco. Z tabel ministerstwa wynika, że punktualność kwalifikowana na przybyciu nie osiągnęła umownego progu 92 proc. w żadnym miesiącu pierwszego półrocza 2026 r. W styczniu wyniosła 71,5 proc., a w czerwcu 72,8 proc. Oznacza to, że w czerwcu ponad co czwarty pociąg objęty umową PSC spóźnił się z przyczyn leżących wyłącznie po stronie samej spółki. Ministerstwo podsumowuje te wyniki stwierdzeniem, że punktualność na przybyciu wynosiła „co najmniej prawie 80%” – co jest sprzeczne z danymi miesięcznymi z tej samej odpowiedzi.
Odpowiedź obala również często powtarzaną narrację, że za opóźnienia odpowiadają przede wszystkim remonty i stan torów. Według danych przekazanych przez resort w pierwszym półroczu 2026 r. PKP Intercity odpowiadało za ponad 330 tys. minut opóźnień pociągów objętych umową PSC, podczas gdy zarządca infrastruktury PKP Polskie Linie Kolejowe – za niespełna 87 tys. minut. Przewoźnik wygenerował zatem niemal czterokrotnie więcej opóźnień niż zarządca torów.
„Pasażerowie płacą za bilety i tracą czas stojąc na peronach, podatnicy płacą miliardy złotych rekompensaty dla PKP IC, a przewoźnik za pierwsze miesiące tego roku nie zapłacił jeszcze ani złotówki kary. Ministerstwo Infrastruktury pół roku temu zapewniało mnie, że kary z umowy PSC wystarczą. Dziś przyznaje, że ich nie nałożyło. To nie jest nadzór, to jest jego pozorowanie. Będę konsekwentnie domagał się jawności kar, konkretnych działań naprawczych i rozliczenia odpowiedzialnych za ten stan rzeczy” – mówi poseł Michał Moskal.
Wielka korporacja przenosi etaty z Polski do Indii.
Jak informuje portal epoznan.pl, wielka korporacja spożywcza Mars zamierza zamknąć swój oddział w Poznaniu.
Pracownicy poznańskiego centrum rozliczeniowo-finansowego koncernu Mars zostali poinformowani o planach likwidacji tego oddziału. Oznacza to, że około 100 straci pracę. Część z nich otrzyma propozycję przenosin do oddziału w Warszawie, ale zasadnicza część etatów ma trafić do Indii.
Oddział ma zostać zlikwidowany do końca roku. Nieoficjalne informacje mówią, że na otarcie łez zwalniani pracownicy mają otrzymać równowartość miesięcznej pensji za każdy rok przepracowany w Mars Global Services oddział Poznań.
„Nowy Obywatel” objął patronatem medialnym ciekawą imprezę.
3 października, Warszawa
Pałac Arcybiskupów Warszawskich, ul. Miodowa 17/19
WSTĘP WOLNY
KONIECZNA REJESTRACJA. Link do rejestracji:
https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSfmkUVGkWqJOv8rMTWlO4BJ1YM10r-qSPEjRZFFNxW8q23KLQ/viewform
Konferencja CREATIO CONTINUA VIII
WIEŻA BABEL VS. NOWE JERUZALEM
CZY SZTUCZNA INTELIGENCJA MOŻE BYĆ ZBAWIONA?
„Sztuczna inteligencja jest już środowiskiem, w którym żyjemy, i siłą, z którą musimy się zmierzyć” – napisał Leon XIV w swoim pierwszym wielkim tekście, „Magnifica humanitas”
Jakiej „ekologii ludzkiej” potrzebujemy, żeby nowe środowisko technologiczne wspierało rozum, wzmacniało wolną wolę i karmiło duszę – zamiast je wyczerpywać?
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
PLAN KONFERENCJI*
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
8:00–9:00
BRIEFING PRASOWY wraz z oprowadzaniem po wystawie “Piękno tej ziemi”
9:00–9:10
OTWARCIE KONFERENCJI
abp dr Adrian Galbas SAC
Arcybiskup Metropolita Warszawski
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
9:10–9:50
WYKŁAD
„Magnifica humanitas: list miłosny do ludzkości”
prof. Luigino Bruni
Doradca ekonomiczny Benedykta XVI i Dyrektor Naukowy papieskiego programu „Ekonomia Franciszka”.
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
9:50–10:15
ROZMOWA
Luigino Bruni w rozmowie z dr Bogną Konior
„Czy Kościół ma odpowiedź na wstrząs technologiczny?”
dr Bogna Konior – New York University Shanghai / Kijów [TBC]
Adiunktka teorii mediów na NYU Shanghai, badaczka nowych technologii, wojny i teologii, pracująca na styku Europy, Ukrainy i Chin.
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
10:15–11:30
PANEL I
„Znaki czasu w dobie rewolucji: technologiczne możliwości, a ludzka kruchość”
Partner merytoryczny: Klub Jagielloński
prof. dr hab. Piotr Sankowski
Dyrektor Instytutu Badawczego IDEAS, współzałożyciel MIM Solutions, członek Rady Przyszłości oraz panelu naukowego ONZ ds. AI.
prof. Marta Kołodziejska
Analityczka DeLab UW, badaczka religii, nowych mediów i mediatyzacji duchowości.
Sebastian Wijas
Menedżer projektów Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, specjalista analityki systemowo-biznesowej i komunikacji strategicznej.
Moderacja: Przemysław Batorski – Klub Jagielloński
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
11:30–11:45
PRZERWA KAWOWA
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
11:45–12:45
WARSZTAT
„Teologia stosowana: Projektowanie person agentów AI w świetle tradycji mistycznej”
dr Bogna Konior – New York University Shanghai / Kijów
Adiunktka teorii mediów na NYU Shanghai, badaczka nowych technologii, wojny i teologii, pracująca na styku Europy, Ukrainy i Chin.
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
12:45–13:45
PRZERWA OBIADOWA
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
13:45–14:45
PANEL II
„Magnifica humanitas: geopolityczny wyścig potęg, a nowe formy ubóstwa”
Partner merytoryczny: Nowa Konfederacja
prof. Andrzej Zybertowicz
Socjolog, doradca społeczny prezydentów RP: Lecha Kaczyńskiego (2008–2010), Andrzeja Dudy (2015–2025) i Karola Nawrockiego. Autor m.in. „AI Eksploracja”.
Robert Kuraszkiewicz
Jeden z założycieli Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, przedsiębiorca, menedżer, ekspert ds. geopolityki.
Maciej Mróz
Doktor teologii i informatyk, autor doktoratu o etyce AI, zawodowo rozwijający systemy AI w globalnej korporacji finansowej z listy Fortune 500.
Moderacja: Jarema Piekutowski, Nowa Konfederacja
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
14:45–15:30
„Gnostycki kalwinizm Doliny Krzemowej vs. jezuicka cybernetyka Magnifica humanitas”
dr Ryan Haecker (Metaxis Institute, Teksas)
Teolog, autor dysertacji „Odbudowa Rozumu. Teologia Logiki Orygenesa z Aleksandrii”, obronionej na Uniwersytecie Cambridge pod kierunkiem Rowana Williamsa i nagrodzonej Rome Prize Fellowship Akademii Amerykańskiej w Rzymie. Obecnie pracuje nad projektem poświęconym „jezuickiej cybernetyce” jako alternatywie dla gnostyckiego transhumanizmu dominującego w Dolinie Krzemowej.
dr hab. Michał Krzykawski, prof. Uniwersytetu Śląskiego
Filozof, kierownik Centrum Badań Krytycznych nad Technologiami UŚ, redaktor m.in. “Konieczna bifurkacja, Nie ma alternatywy” (wraz z B. Stieglerem), koordynator programu „The MAKERS”.
Moderacja: dr Mateusz Piotrowski – Centrum Reform i Solidarności (d. Pacjent Europa)
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
15:30–16:30
PANEL III
„Dusza, wolna wola i techno-niewolnictwo”
Partner merytoryczny: Nowy Ład
dr Piotr Graczyk
Filozof Instytutu Kultury UJ, laureat Nagrody im. Barbary Skargi, autor m.in. „Maska i oko”.
dr Grzegorz Lewicki
Prognostyk, ekspert nowych technologii, filozof i publicysta Akademii Sztuki Wojennej, autor „Geopolityki technologii”.
Marek Popielarski
Doktor prawa związany z Nowym Ładem, zajmuje się filozofią polityki XX wieku, a zwłaszcza myślą Erica Voegelina.
Moderacja: Adrian Kochan – Nowy Ład
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
16:30–16:45
PRZERWA KAWOWA
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
16:45–18:00
PANEL IV
„Czy technologia zastąpi nam sumienie?”
Partner merytoryczny: Więź
Jacek Dukaj
Pisarz i futurolog, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej, Nagrody Kościelskich i wielokrotny laureat Nagrody Zajdla.
Sylwia Czubkowska
Dziennikarka specjalizująca się w cyfryzacji i nowych technologiach, współtwórczyni podcastu „Techstorie” TOK FM.
ks. dr Grzegorz Strzelczyk
Teolog, adiunkt Uniwersytetu Śląskiego, specjalista teologii systematycznej i chrystologii.
Moderacja: Jakub Synowiec – Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
18:00–18:15
PRZERWA KAWOWA
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
18:15–19:00
PANEL V
„Praca, uwaga, kontemplacja. Co może nam zabrać Sztuczna Inteligencja i jak to odzyskać?”
Partner merytoryczny: Magazyn Kontakt
Aleksandra Wójtowicz
Analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ds. nowych technologii, cyfryzacji, cyberbezpieczeństwa oraz dezinformacji.
Joe Allen [TBC]
Lider ruchu Humans First, autor książki „Mroczny Eon. Transhumanizm i wojna przeciw ludzkości”.
Moderacja: Adam Michał Ostrowski – Magazyn Kontakt
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
19:00–19:30
PANEL ZAMKNIĘCIA
‘Czy Duch może zawładnąć AI?’
“Musimy w maksymalnym możliwym stopniu zaszczepiać w tworzonych przez nas systemach Sztucznej Inteligencji wartości i zdolność do trafnego osądu, tak aby mogły współtworzyć etyczny ekosystem, w którym człowiek łatwiej wsłuchuje się we własne sumienie, a modelom AI potrafi wyznaczać właściwe granice.” – napisał papież Leon.
Jakiego kształtowania naszego rozumu, duszy i sumienia – jakiej duchowej siły – potrzebujemy, by słowa te nie pozostały tylko pobożnymi życzeniami w czasach, AGI (Uogólniona Sztuczna Inteligencja) – staje się nową bronią w wyścigu między ziemskimi mocarstwami.
dr Lamar Reece (Los Angeles)
Teolog, twórca Conscience IQ, programu formacji liderów, który wykorzystuje AI jako narzędzie depolaryzacji i formacji sumienia liderów świeckich i duchownych.
Jerome C. Glenn (Waszyngton, D.C.)
Członek Klubu Rzymskiego, CEO The Millennium Project. W czasie zimnej wojny uczestniczył w pracach nad SALT II, przyczyniając się do zakazu rozmieszczenia przez ZSRR systemu FOBS. Członek Niezależnego Panelu Wysokiego Szczebla ds. AGI (Uogólnionej Sztucznej Inteligencji) przy ONZ.
Moderacja: dr Mateusz Piotrowski – Centrum Reform i Solidarności (d. Pacjent Europa)
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
WSPÓŁORGANIZATORZY
Polska z Natury
PARTNERZY MERYTORYCZNI
Centrum Reform i Solidarności
(d. Stowarzyszenie Pacjent Europa)
Klub Jagielloński
Kwartalnik „Więź”
Magazyn Kontakt
Nowa Konfederacja
Nowy Ład
PATRONAT HONOROWY
J.E. Arcybiskup Metropolita Warszawski Adrian Galbas SAC
Plan konferencji może ulec modyfikacjom.
Prawomocny wyrok za łamanie praw pracowniczych.
Dobre wieści przynoszą związkowcy z organizacji Inicjatywa Pracownicza. Napisali oni między innymi:
Dyrektor fabryki Jeremias z prawomocnym wyrokiem. Zatrudnił łamistrajków i nie wpuszczał na zakład społecznego inspektora pracy.
Dwa ważne zwycięstwa dla Inicjatywy Pracowniczej w fabryce kominów Jeremias w Gnieźnie. Sąd poinformował dzisiaj, że dyrektor zarządzający Marcin Mróz został prawomocnie ukarany po tym, gdy zdecydował się wycofać sprzeciw od wyroku nakazowego. Wyrok wiąże się z głośnym strajkiem w tej fabryce latem 2025 roku. Strajk ten, ostatecznie wygrany przez związek, szefostwo torpedowało nielegalnymi metodami. W tym czasie firma korzystała z doradztwa kancelarii prawnej PCS Paruch.
Dyrektor dopuścił się dwóch czynów zabronionych. Po pierwsze zatrudnił pracowników tymczasowych na stanowiskach uczestników strajku w jego trakcie. Zatrudnianie łamistrajków jest nielegalne. Ponadto podczas kontroli PIP zabronił wejść na zakład zakładowemu społecznemu inspektorowi pracy Mariuszowi Piotrowskiemu. Tym samym naruszył ustawę o społecznej inspekcji pracy.
Wraz z akceptacją winy dyrektora załamuje się sądowa strategia skrajnego napięcia, do której firmę Jeremias skłania doradzająca jej kancelaria PCS Paruch. Kancelaria ta działa w podobny sposób w innych zakładach pracy, ostatnio w Dino, wcześniej w Amazon. Strategia napięcia polega na bojkotowaniu przepisów prawa pracy, udawaniu że związek nie istnieje, że spór zbiorowy czy strajk jest nielegalny. PCS Paruch testuje w ten sposób powagę sądów i państwa w kwestii obrony pracowników. Zalewanie związkowców sprawami sądowymi ma zniechęcić ich do działalności związkowej i ostatecznie zmusić do rezygnacji. PCS buduje piramidę absurdalnych spraw by skłonić związkowców do ugody. Mamy przepraszać za to, że w ogóle pomyśleliśmy o zrzeszeniu się w związku zawodowym.
Jeśli jednak związek jest nieugięty, piramida absurdalnych spraw nieuchronnie zaczyna się rozpadać. W efekcie, rozjeżdżają się interesy właścicieli zakładu pracy i kancelarii prawnej. Okazuje się, że prawnicy bezcelowo doją na potęgę budżet zakładu, a właściciele nie zyskują nic, sami tylko otrzymują kolejne wyroki i nakazy zapłaty. W innej firmie która płaciła krocie PCS za atakowanie związkowców, załamany brakiem efektów właściciel po latach przyznał naszemu związkowi: „mogłem dać ludziom”…
W tym samym dniu IP odniosło drugie zwycięstwo w Jeremias. Sąd pracy nakazał spółce zapłatę dokładnie 66 900 zł na rzecz zwolnionego z pracy Mariusza Piotrowskiego w ramach egzekucji. Od kilkunastu miesięcy dyrekcja nie dopuszcza go do pracy na stanowisku spawacza i nie wpuszcza go na teren zakładu. Sąd zastosował przepisy o egzekucji w ramach zabezpieczenia naszego żądania przywrócenia Mariusza do pracy.
Obecne wyroki sądów to jasny przekaz dla dyrekcji Jeremias i innych w Polsce korzystających z kancelarii podobnych do PCS. Jeśli pracodawca nie chce negocjować ze związkiem by osiągnąć godne porozumienie, woli uprawiać dialog pięści z nosem i płacić miliony kancelariom prawnym, to ostatecznie sam na tym traci.
Niestety, firmie w niszczeniu związków w Polsce pomaga także rząd. Skazany prawomocnie prezes może nadal liczyć na miliony dopłat z państwowego funduszu w celu przenoszenia produkcji do więzienia. Już dziś w pobliskim ZK Gębarzewo państwo stworzyło dla Jeremias dwie fabryki z niewolną siłą roboczą, a dotacje do wypłat dla więźniów biją rekordy z każdym rokiem. Z wypłat skazanych finansuje się też kolejne prywatne fabryki w więzieniach w Polsce.
Wraz ze wzrostem zatrudnienia w Zakładzie Karnym, spółka Jeremias zwolniła tej zimy wielu pracowników w fabryce w Gnieźnie. Pomoc państwa dla prywatnych biznesów nie może być bezwarunkowa. Inicjatywa Pracownicza żąda od ministra sprawiedliwości wprowadzenia jasnych zasad: zero dotacji w firmach zwalczających związki. Państwo nie może też dopłatami zachęcać prywatne firmy do zwolnień. Nasza walka trwa, a kolejne zwycięstwa dodają nam wiary że sprawiedliwość społeczna jest możliwa.
Duża drukarnia zwalnia niemal całą załogę.
Jak informuje łódzki dodatek „Gazety Wyborczej”, w Łodzi mają miejsce duże zwolnienia z pracy. W Drukarni Prasowej S.A. zapowiedziano zwolnienie niemal całej załogi – 90 osób.
Zakład istnieje od roku 1946, a pod obecną nazwą od prywatyzacji w roku 1991. Zajmował się m.in. drukiem wielu dużych gazet. W ubiegłym roku zakład zanotował niemal 3 miliony strat. Pod koniec sierpnia do urzędu pracy zgłoszono zamiar zwolnienia 90 osób ze stuosobowej załogi.
Tereny zakładu przy Alei Piłsudskiego są już traktowane jako miejsce inwestycji deweloperskich.
W jednym z zakładów rozpoczął się spór zbiorowy związkowców z zarządem.
Jak informuje Portal Samorządowy, w Zakładzie Utylizacji Odpadów w Szczecinie ruszył spór zbiorowy. „Solidarność” działająca w firmie domaga się podwyżek płac i zmiany zasad premiowania.
Związkowcy domagają się podwyżek płac o 600 złotych brutto miesięcznie oraz zmiany zasad wypłacania premii i dodatków do pensji zasadniczej. Swoje postulaty zgłosili już w styczniu, ale do dzisiaj nie doczekali się ich realizacji, a nawet poważnego zainteresowania ze strony władz firmy. Spór zbiorowy ma być zatem narzędziem zmuszenia szefostwa do realizacji postulatów związkowych.
W przypadku niepowodzenia negocjacji spór zbiorowy zakłada jako kolejne etapy wymagane prawem referendum strajkowe, a w przypadku jego powodzenia – strajk. W ZUO Szczecin pracuje obecnie około 150 osób i jeśli ponad połowa z nich weźmie udział w referendum i zagłosuje za strajkiem, związkowcy będą mieli mandat formalnoprawny i społeczny do zatrzymania pracy.
Związkowcy twierdzą także, iż średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwie, którym władze firmy epatują w mediach, nie ma nic wspólnego z wysokością zarobków szeregowych pracowników, a średnia jest windowana przez płace szefostwa firmy i personelu kierowniczego.
Pracownice MOPS obawiają się utraty pracy.
Jak informuje portal bielsko.biala.pl, w Bielsku-Białej wielkie obawy wzbudziły plany władz miasta. Zamierzają one przenieść usługi opiekuńcze z MOPS do sektora „pozarządowego”. Pracownice MOPS świadczące od lat opiekę nad osobami chorymi, niesamodzielnymi, starszymi itp. obawiają się utraty zatrudnienia. Problem może dotyczyć nawet 50 osób.
Władze Bielska-Białej chcą, aby usługi opiekuńcze świadczone były przez organizacje pozarządowe wyłonione w przetargu. W mieście mówi się nawet o planach sprywatyzowania tych usług. Oba scenariusze mają oznaczać, że zamiast wyspecjalizowanego działu MOPS opiekę świadczyć miałby podmiot zewnętrzny. Pracownice MOPS obawiają się utraty zatrudnienia, a w „najlepszym” razie znacznego pogorszenia warunków zatrudnienia przy tak odpowiedzialnej pracy, jak opieka nad osobami niesamodzielnymi.
Nowe zasady miałyby obowiązać od 1 czerwca 2027 po wyłonieniu w przetargu usługodawcy zewnętrznego. Władze miasta twierdzą, że pracownice MOPS nie stracą zatrudnienia, lecz zostaną przeniesione z gwarancją pracy do nowego podmiotu. Pracownice jednak obawiają się pogorszenia warunków pracy: obniżki płac, braku pewności długofalowego zatrudnienia, braku premii i dodatków gwarantowanych dotychczas przez MOPS itp. Władze miasta wskazują na pozytywne doświadczenia z przekazywaniem tego rodzaju usług podmiotom zewnętrznym, ale jest to oczywisty sposób liberałów na oszczędności finansowe i na unikanie odpowiedzialności za świadczone usługi.
Lokalne struktury związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza deklarują wsparcie dla pracownic MOPS. Związkowcy piszą w swoim apelu:
„Inicjatywa Pracownicza Podbeskidzie wyraża pełne poparcie dla pracownic Działu Usług Opiekuńczych MOPS w Bielsku-Białej, które walczą o swoje miejsca pracy i sprzeciwiają się przekazaniu usług opiekuńczych podmiotom zewnętrznym.
Te kobiety od lat wykonują niezwykle ważną pracę. Każdego dnia wspierają osoby starsze, chore, z niepełnosprawnościami i niesamodzielne. Budują relacje z podopiecznymi i zapewniają im pomoc, której nie da się sprowadzić do tabeli kosztów.
Nie zgadzamy się na to, by wieloletnie doświadczenie pracownic zostało zlekceważone, a publiczne usługi były wyprowadzane poza MOPS bez rzetelnego dialogu z załogą.
Przekazanie usług opiekuńczych podmiotom zewnętrznym oznacza realne pytania o przyszłość zatrudnienia, stabilność pracy oraz jakość i ciągłość opieki nad mieszkańcami Bielska-Białej.
Domagamy się:
• ochrony miejsc pracy i praw pracowniczych,
• dialogu z pracownicami i ich przedstawicielkami,
• przejrzystości w podejmowaniu decyzji,
• traktowania usług opiekuńczych jako odpowiedzialności publicznej, a nie wyłącznie kwestii organizacyjnej,
• ponownej weryfikacji zasadności tej decyzji.
Nie ma dobrej opieki bez szacunku dla osób, które ją świadczą!”.
Zwolnienia całej załogi i koniec zakładu po 130 latach.
Jak informuje portal Bankier.pl, kończy działalność Odlewnia Cema-Mystal w Myszkowie. Nie udała się sanacja przedsiębiorstwa i w obliczu braku nadziei na trwałą rentowność zostanie ono zlikwidowane. Oznacza to koniec zakładu, którego początki sięgają roku 1882. Wówczas w Myszkowie bracia Brauretz założyli w tym miejscu przedsiębiorstwo metalurgiczne. Firma była stale rozwijana, a w okresie PRL rozbudowano tu zakład i wytwarzano odlewy staliwne i żeliwne na wielką skalę, zatrudniając 4500 osób. Po zmianie ustrojowej przedsiębiorstwo stale ograniczało skalę działań. W roku 2010 na jego bazie powstała Cema-Mystal. Właśnie kończy ona działalność.
Wiosną 2026 w obliczu zadłużenia zakładu rozpoczęto formalne postępowanie sanacyjne. Choć firma w tym okresie była rentowna, to stale malała jej zyskowność, nie dając szans na spłatę zadłużenia i nie gwarantując, że w przyszłości uda się finansować bieżące potrzeby. Zapadła więc decyzja o likwidacji przedsiębiorstwa w jego obecnej formie.
Pracę straci cała załoga, licząca 70 osób. Już otrzymali trzymiesięczne wypowiedzenia. Zanim stracą pracę wraz z końcem roku, będą systematycznie wygaszali produkcję i porządkowali zakład. Zadłużenie firmy wynosi 12 milionów złotych. Majątek wyceniono na 19 milionów złotych i poszukiwany będzie albo kupiec całości, albo chętni na zakup poszczególnych budynków, gruntów i urządzeń przedsiębiorstwa.
Związkowcy domagają się podwyżek płac w wielkim koncernie medialnym.
Jak informuje portal Wirtualne Media, komisja związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza w koncernie Ringier Axel Springer Polska domaga się podwyżek płac.
W zależności od kategorii zaszeregowania związkowcy oczekują podwyżek płac zasadniczych od 5 do 10%. Wzrosnąć miałaby także pensja osób określanych w strukturze firmy jako specjaliści – i wynosić co najmniej 8500 zł brutto.
Związkowcy wskazują, że w ubiegłym roku pensje szefostwa polskiej struktury koncernu wzrosły o 13,6%.
Jeden z najbardziej znanych polskich start upów zwolni 20% załogi.
Jak informuje portal Puls HR, duże zwolnienia zapowiedział start up Booksy. To jedna z najbardziej znanych polskich firm tego rodzaju. Prowadzi ona platformę pośredniczącą w rezerwowaniu online wizyt w usługowych punktach kosmetycznych i podobnych: u fryzjerów, barberów, kosmetyczek, masaży itp., a firmom ułatwia zarządzanie i planowanie wizyt klientów. Obecnie z jej usług ma korzystać około 350 tysięcy podmiotów w kraju i zagranicą.
Szefostwo firmy zapowiedziało zwolnienie około 20% załogi. Oznacza to utratę pracy przez około 200 osób. Przyczyną zwolnień mają być większe inwestycje i wdrażanie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji i automatyzacji.
Wielki koncern zwolni ponad 500 pracowników.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa na podstawie ustaleń portalu epoznan.pl, koncern farmaceutyczny GSK zamierza zwolnić ponad 500 osób zatrudnionych w dziale IT w oddziale w Poznaniu.
Koncern ogłosił trzyletni program „uproszczenia działalności GSK oraz skoncentrowania zasobów”. Za tym frazesem kryje się m.in. zamiar redukcji zatrudnienia o ponad 500 osób załogi działu IT w poznańskim oddziale firmy. Ich praca ma zostać przeniesiona do Indii.
O zamiarze zwolnień została już poinformowana działająca w firmie komisja związkowa „Solidarności”. Zapowiada ona, że będzie chciała dla zwalnianych wynegocjować jak najlepsze warunki odpraw, przekraczające minimum wymagane przez prawo pracy.
Związek zawodowy zapowiada referendum strajkowe w wielkiej sieci handlowej.
Jak informuje portal Tysol.pl, fiaskiem zakończyła się ostatnia runda negocjacji prowadzonych przez „Solidarność” z szefostwem sieci Biedronka w ramach sporu zbiorowego. Mimo udziału mediatora z ministerstwa pracy, rozmowy zakończyły się bez efektów. Związek zawodowy zapowiada referendum strajkowe.
Spór zbiorowy związkowców z władzami Biedronki trwa od lutego. Obejmuje on etapy wymagane przez polskie prawo, w tym kilka rund negocjacji i mediacji. Ostatnia z takich rund nie przyniosła rezultatów. Gabriela Kaim, przewodnicząca „Solidarności” w Biedronce, powiedziała przed kilkoma dniami: „Spotkanie trwało około pół godziny. Po raz kolejny okazało się, że pracodawca nie ma zamiaru rozmawiać o naszych postulatach, mimo że my byliśmy gotowi do kompromisu w wielu kwestiach. Kontynuowanie negocjacji w takiej formule jest niemożliwe, dlatego jesteśmy zmuszeni do przeprowadzenia referendum strajkowego”.
Związkowcy domagają się podwyżek płac, wprowadzenia premii frekwencyjnej dla grup pracowników, którzy dzisiaj są pozbawieni tego elementu wynagrodzenia, zwiększenia liczby pracowników w sklepach sieci, skrócenia godzin pracy maksymalnie do godz. 22.00. Zarząd sieci handlowej odmawia zrealizowania tych postulatów.
Kolejnym przewidzianym przez prawo etapem sporu zbiorowego jest referendum strajkowe. Aby mogło dojść do legalnego strajku musi ono mieć frekwencję ponad 50% zatrudnionych, a większość z nich musi opowiedzieć się za strajkiem.
Szefowa „Solidarności” w sieci Biedronka zapowiedziała, że terminy i inne szczegóły referendum strajkowego zostaną ogłoszone wkrótce.
Porozumienie kończy spór zbiorowy i podnosi pensje.
Jak informuje Kolejowy Portal, Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych w Polsce podpisał porozumienie z szefostwem firmy Arriva RP. Kończy ono trwający dwa miesiące spór zbiorowy.
Na mocy porozumienia wynagrodzenia zasadnicze wzrosną najpierw o 500 zł od 1 października, a następnie o 400 zł od 1 stycznia. Wobec faktu, że w styczniu 2026 roku podwyżka wyniosła 425 zł, w ciągu roku płace wzrosną o 1325 zł brutto. Podwyżki otrzymają wszyscy pracownicy spółki oprócz kadry menedżerskiej i kierowniczej.
Innym zapisem porozumienia jest wprowadzenie od 1 października jednomiesięcznego okresu rozliczeniowego.
Oznacza to, że związkowcy osiągnęli wszystkie postulaty przedstawione w momencie rozpoczęcia sporu zbiorowego.
Związek Miast Polskich apeluje do rządu o znaczne zwiększenie nakładów na budownictwo komunalne.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, Związek Miast Polskich wystosował do rządu apel o znaczne zwiększenie nakładów na budowę mieszkań komunalnych. Organizacja uważa, że planowane przez nakłady w wysokości 1,1 mld euro na lata 2028-2034 to o wiele za mało. Domaga się, aby z funduszy europejskich wydzielić na ten okres na budownictwo komunalne i socjalne co najmniej kwotę 8 miliardów euro, z naciskiem na inwestycje w średnich i małych miastach.
Proponowana przez rząd kwota jest zdaniem przedstawicieli władz miast o wiele za mała. – „Środki na budownictwo mieszkaniowe w Polsce rosną, ale badania, które zostały przeprowadzone na podstawie poprzednich lat pokazują, że zdecydowana większość środków zostaje ulokowana w dużych miejscowościach” – mówi prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński. Mniejsze samorządy mają ograniczone możliwości nakładów na takie cele, co oznacza duże niedobory mieszkań dostępnych cenowo. To z kolei przekłada się na wyludnianie się takich miast.
Prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej mówi: „Polska jest jednym z krajów Unii Europejskiej o najmniejszych zasobach mieszkaniowych, a 30 proc. osób mieszka w przeludnionych mieszkaniach”. Obecne nakłady pozwalają na budowę 6-10 tysięcy mieszkań komunalnych w całym kraju. Tymczasem potrzeby wynoszą kilkadziesiąt tysięcy rocznie, jeśli mielibyśmy zaoferować nowy zasób przyzwoitej jakości oraz zastępowanie nim lokali starych, o niskim standardzie.
Burmistrz Pułtuska Beata Jóźwiak zwraca uwagę, że mieszkania komunalne są potrzebne nie tylko dla uboższych mieszkańców, których nie stać na rynkowe stawki za zakup lokalu. Nowe mieszkania pozwoliłyby prowadzić samorządom politykę przyciągania mieszkańców wykonujących zawody, w których zaznaczają się już obecnie znaczne niedobory kadrowe.
Sekretarz Związku Miast Polskich Marek Wójcik mówi: „Chcemy preferować budownictwo tańsze, budownictwo komunalne, odbudowywać zasoby publiczne”.
Sukcesem zakończył się długi spór zbiorowy pracowników z szefostwem firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, sukcesem zakończył się spór zbiorowy w zakładzie Swiss Krono Sp. z o.o. w Żarach. Udało się wynegocjować jednorazowe nagrody oraz przyszłoroczne podwyżki płac.
Spór w zakładzie z branży drzewnej prowadziła „Solidarność”. Rozpoczął się on 21 stycznia w odpowiedzi na decyzję władz firmy, że w roku 2026 nie będzie żadnych podwyżek płac. Oznaczało to, że w obliczu inflacji i wzrostu kosztów życia pracownicy de facto zbiednieją.
Kolejne etapy sporu zbiorowego obejmowały negocjacje z szefostwem firmy. Ostatecznie pod koniec sierpnia udało się osiągnąć porozumienie. Na jego mocy do końca roku każdy pracownik otrzyma jednorazowy dodatek w wysokości 450 zł brutto. Natomiast od 1 maja 2027 wynagrodzenia zasadnicze wzrosną o 3,5%, przy czym nie mniej niż o 270 zł brutto i nie więcej niż 500 zł brutto.
Choć podwyżki nie są wysokie, można je uznać za sukces, gdyż sytuacja w branży drzewnej jest obecnie bardzo trudna i wiele innych zakładów nie podnosi pensji wcale oraz prowadzi redukcję zatrudnienia.
Znana firma zwalnia kilkaset osób.
Jak informuje portal Lublin 112, duże redukcje zatrudnienia właśnie odbywają się w zakładzie firmy Cersanit w Krasnymstawie.
Pogłoski o planowanych zwolnieniach krążyły wśród pracowników zakładu od pewnego czasu. Teraz mamy ich potwierdzenie. Powiatowy Urząd Pracy w Krasnymstawie opublikował 27 sierpnia komunikat skierowany do zwalnianych z Cersanitu, deklarując wsparcie dla nich przy poszukiwaniu nowej pracy.
Choć w komunikacie i innych oficjalnych źródłach nie podano liczby zwalnianych, jedna z pracownic mówi portalowi, że chodzi o około 200 osób. Miały one w środę otrzymać wypowiedzenia z pracy. Jeśli ta liczba zostanie potwierdzona, oznaczała będzie ona zwolnienie aż jednej czwartej całej załogi zakładu.
Podobne wieści napływają z innych zakładów Cersanitu. W sumie zwalniają one 487 osób. Pracę stracą także zatrudnieni w Starachowicach, Opocznie, Radomiu oraz Wałbrzychu. Firma motywuje decyzję spadkiem popytu na jej produkty oraz rosnącymi kosztami energii i surowców. Łącznie pracę traci prawie 10% ogółu zatrudnionych.
Zakład z sektora automotive zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, po długich tygodniach niepewności, oczekiwania i pogłosek pracownicy firmy Grammer w Sosnowcu otrzymali fatalne informacje. Ich zakład zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona do innego z zakładów tej formy – w Bielsku-Białej.
Pierwsze pogłoski o likwidacji zakładu pojawiły się wczesną wiosną. Przez długi czas nie było jednak konkretów. Pracownicy żyli w niepewności. Teraz otrzymali najgorsze wieści z możliwych. Początkowe pogłoski mówiły o likwidacji tylko działu montażu, a bez zmian miały funkcjonować dział wtrysku i lakiernia. Teraz dowiedzieli się, że wszystkie te działy zostaną w listopadzie i grudniu przeniesione do Bielska-Białej, a w czerwcu 2027 zakład w Sosnowcu ulegnie całkowitej likwidacji.
Firma Grammer zaczynała jako niemiecka spółka, ale w 2017 stała się częścią japońskiego podmiotu Ningbo Jifeng. Zajmuje się ona produkcją materiałów na potrzeby branży motoryzacyjnej. Wytwarza m.in. fotele samochodowe oraz podłokietniki, konsole środkowe, zagłówki do aut różnych marek.
Sosnowiecki zakład zatrudnia około 300 osób. Część z nich otrzyma możliwość pracy w Bielsku-Białej. Czas dojazdu i powrotu do nowej lokalizacji to dla większości pracowników z Sosnowca i okolicy około 3 godzin dziennie.
Kolejna fala zwolnień grupowych w krakowskim oddziale korporacji.
Jak informuje portal lovekrakow.pl, w krakowski oddziale korporacji HSBC rozpoczęto kolejne zwolnienia grupowe. To już kolejna taka fala w tej firmie.
HSBC to firma z sektora wsparcia usług finansowo-bankowych. W Krakowie posiada wielkie centrum operacyjne, które zatrudniało około 5000 osób. W latach 2025-2026 przeprowadziło dwie fale restrukturyzacji. Pracę straciło w efekcie niemal 600 osób. Część tych miejsc pracy przeniesiono do Indii.
Teraz nastąpiła kolejna fala zwolnień. HSBC pod koniec sierpnia rozwiązało umowy o pracę z kolejnymi 134 osobami. Są to przedstawiciele różnych działów, w tym osoby o długim stażu zatrudnienia.
Mieszkańcy lokali komunalnych ze wsparciem partii Razem walczą o swoje prawa.
W Częstochowie 131 zasiedlonych lokali komunalnych znalazło się w miejskim programie jako przeznaczone do wyłączenia z zasobu. Mieszkańcy wraz z częstochowskimi strukturami partii Razem chcą zmienić tę decyzję. Pod obywatelskim projektem uchwały zebrano już 312 podpisów – więcej niż wymagane minimum 300. Zbiórka trwa, a celem jest co najmniej 500 podpisów.
W środę, 26 sierpnia, przed Urzędem Miasta Częstochowy odbyła się konferencja prasowa poświęcona sytuacji mieszkańców budynków ujętych w „Wieloletnim programie gospodarowania mieszkaniowym zasobem Gminy Miasta Częstochowy na lata 2026-2030”. Obowiązujący program obejmuje 22 pozycje, w których znajduje się łącznie 131 zasiedlonych lokali mieszkalnych przewidzianych do wyłączenia z miejskiego zasobu. W odpowiedzi okręg częstochowski partii Razem wraz z mieszkańcami przygotował obywatelski projekt zmiany programu.
Inicjatywa nie zakłada, że każdy budynek należy zachować bez względu na jego stan techniczny. Jej podstawowym celem jest zastąpienie zbiorczego przeznaczenia budynków do trwałego wyłączenia zasadą indywidualnego określania przyszłości każdego z nich. Do czasu ewentualnej zmiany Programu dotyczącej konkretnego budynku przyjmowany byłby kierunek polegający na nieprzeznaczaniu go do trwałego wyłączenia z zasobu. Każdy przypadek miałby być oceniany indywidualnie – z uwzględnieniem stanu technicznego, zakresu koniecznych prac, możliwości remontu, modernizacji lub przebudowy, kosztów różnych wariantów, możliwości pozyskania finansowania zewnętrznego, wpływu relokacji na miejski zasób mieszkaniowy, sytuacji mieszkańców itp.
„Nie twierdzimy, że żadnego budynku nigdy nie można wyłączyć. Chcemy odwrócić kolejność. Najpierw rzeczywista ocena stanu budynku, możliwość remontu, konkretne warianty i ich koszty, sytuacja mieszkańców oraz odpowiedź na pytanie, co miasto chce później zrobić z nieruchomością. Dopiero później decyzja o przyszłości konkretnego adresu” – podkreślają inicjatorzy.
Podczas konferencji szczególnie mocno wybrzmiał głos mieszkańców. Dla osób objętych planami miasta nie jest to spór o tabelę w wieloletnim programie, lecz o domy, w których część z nich mieszka od kilkudziesięciu lat. Mieszkańcy zwracali uwagę, że o planach dotyczących ich budynków dowiedzieli się już po przyjęciu uchwały przez Radę Miasta. „Radni przegłosowali to bez naszej wiedzy. Głosują za naszymi plecami i każą nam się wyprowadzić. Może my będziemy kazali radnym się wyprowadzić ze swoich mieszkań” – mówiła jedna z mieszkanek.
Duża część osób objętych planami relokacji to osoby starsze. – „Większość z nas to ludzie starsi, często schorowani. Przez lata wkładaliśmy własne pieniądze w te mieszkania, bo to są nasze domy. I teraz mamy dostać inne mieszkanie i znowu wszystko robić od początku? Ile razy jeszcze mamy się dorabiać?” – mówiła mieszkanka jednego z budynków.
Jak podkreślali lokatorzy, problemem jest również to, że wielu z nich przez lata inwestowało własne środki w remont mieszkań należących do miasta. – „Gdyby ktoś nam kilka lat temu powiedział, że te budynki mogą być przeznaczone do wyłączenia, ludzie nie wkładaliby kolejnych pieniędzy w remonty. A my dowiadujemy się o tym po fakcie” – mówiła jedna z uczestniczek konferencji. Inna mieszkanka podsumowała: „Nas niech po prostu zostawią w spokoju. Mieszkamy tyle lat, tyle pieniędzy poszło w remont i co teraz? Mamy iść gdzieś indziej i znowu remontować?”. Mieszkańcy zwracali również uwagę, że dla osób mających po 70 czy 80 lat sama przeprowadzka, organizacja remontu kolejnego lokalu i ponoszenie nowych wydatków mogą być ogromnym obciążeniem.
Sprawa 131 mieszkań ma również znaczenie dla osób, które nie mieszkają w budynkach objętych programem. Według najnowszych dostępnych danych miasta na koniec 2025 r. na najem lokalu z mieszkaniowego zasobu Częstochowy oczekiwało 860 osób. Jeżeli w przypadku konkretnego budynku dojdzie do trwałego wyłączenia, a przepisy wymagają zapewnienia mieszkańcom lokali zamiennych, mieszkania wykorzystane na relokację nie mogą jednocześnie trafić do kolejnych osób oczekujących na lokal komunalny. Dotyczy to zarówno lokali zwalnianych w istniejącym zasobie, jak i nowych mieszkań oddawanych do użytkowania. Problem pokazuje również sama prognoza miasta. W połowie 2025 r. mieszkaniowy zasób Częstochowy liczył 7555 lokali, podczas gdy na 2030 r. miasto prognozuje 7537 lokali. Oznacza to, że według obecnego Programu na koniec jego obowiązywania zasób ma być nieco mniejszy niż w punkcie wyjścia.
– „Budowanie nowych mieszkań nie wystarczy, jeżeli w tym samym czasie likwidujemy istniejące. Wtedy część nowego budownictwa jedynie zasypuje dziurę, którą sami tworzymy. Przy setkach osób oczekujących na lokal Częstochowa powinna zwiększać zasób netto, a nie tylko zastępować jedne mieszkania drugimi” – podkreślają inicjatorzy. – „Jeżeli likwidujemy 20 mieszkań i przenosimy 20 rodzin do innych lokali komunalnych, nie wystarczy policzyć ceny wyburzenia starego budynku. Trzeba też uwzględnić, że 20 innych mieszkań zostało wykorzystanych na relokację i nie trafiło do osób czekających w kolejce. To realny koszt takiej decyzji” – wskazuje Daniel Jeziak z partii Razem.
Po niespełna czterech latach istnienia likwidowany jest zakład produkcyjny.
Jak informuje portal Money.pl, Grupa Erbud podjęła decyzję o zakończeniu działania swojej spółki zależnej MOD21. W Ostaszewie pod Toruniem zajmuje się ona budownictwem modułowym. Zakład produkcyjny wytwarzał domy modułowe, przeznaczone do szybkiego montażu z gotowych elementów.
Zakład w Ostaszewie ma zostać wygaszony. Oznacza to utratę zatrudnienia przez 130 osób. Zakład otwarto w listopadzie 2022. Władze firmy motywują decyzję zmianą uwarunkowań gospodarczych wskutek m.in. pogorszenia koniunktury w Niemczech i tamtejszych zamian związanych z dofinansowaniem budownictwa modułowego.
Zamknięcie zakładu i likwidacja setek miejsc pracy na północy Polski.
Jak informuje portal Dla Handlu, duńska firma Espersen zamierza zlikwidować swój zakład w Koszalinie. Firma jest jednym z największych przetwórców ryb i owoców morza w Europie.
Zakład w Koszalinie zatrudnia 650 osób. Stopniowo cały ma zostać zlikwidowany. Przed kilkoma laty przeniesiono do niego produkcję z likwidowanego zakładu tej samej firmy w Kłajpedzie. Teraz koszalińska przetwórnia ma podzielić jej los.
Decyzja o likwidacji zakładu jest motywowana wzrostem kosztów działania oraz trudnościami z dostępem do odpowiedniej ilości surowca, głównie dorsza, z powodu limitów połowowych na Morzu Północnym.
W pierwszej fazie likwidacji pracę ma stracić 300 osób. Wypowiedzenia z pracy mają dostać wkrótce. Kolejne fazy likwidacji przedsiębiorstwa mają pozbawić zatrudnienia całą 650-osobową załogę.
Część działalności koszalińskiego zakładu ma trafić do przetwórni w Wietnamie. Firma Espersen zarobiła w ubiegłym roku na czysto równowartość 112 milionów złotych.
Państwowa Inspekcja Pracy zgłosiła sieć handlową do prokuratury.
Jak informuje Puls Biznesu, Państwowa Inspekcja Pracy skierowała do prokuratury zawiadomienie w sprawie poczynań sieci handlowej Stokrotka. To efekt sporu szefostwa sieci ze związkowcami oraz kontroli PIP w placówkach tej sieci, należącej do kapitału litewskiego.
Spór „Solidarności” działającej w sieci Stokrotka z szefostwem firmy trwa od wielu miesięcy. Oprócz żądań podwyżek płac, związkowcy domagają się zwiększenia obsady sklepów. Ich zdaniem personel jest o wiele za mały – zarówno w kontekście obowiązków spadających na barki zatrudnionych, jak i wobec takich naturalnych wakatów w miejscu pracy, jak urlopy czy zwolnienia lekarskie.
Szefostwo sieci od dawna lekceważy te postulaty. W ubiegłym roku „Solidarność” ogłosiła referendum strajkowe, które jednak zakończyło się niepowodzenie ze względu na zbyt niską frekwencję. Związkowcy od początku uważali, że szefostwo sieci celowo na różne sposoby utrudnia pracownikom udział w głosowaniu.
W lipcu, po apelach związkowców i na wniosek Ministerstwa Rodziny, Pracy i Spraw Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy rozpoczęła kontrole w Stokrotce, w tym weszła do centrali w Lublinie w celu analizy wewnętrznych dokumentów firmy m.in. w sprawie podejrzeń związanych z utrudnianiem referendum strajkowego.
Po zakończeniu kontroli PIP zdecydowała się skierować zawiadomienie do prokuratury w sprawie działań szefostwa sieci i objęcia ich dochodzeniem.
Są pierwsze efekty działań kontrolujących „śmieciowe” zatrudnienie.
Jak informuje Business Insider, rezultaty przynoszą pierwsze kontrole Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzane po wprowadzeniu możliwości przekształcania zatrudnienia na umowach śmieciowych w umowy o pracę, gdy zachodziło obchodzenie prawa przez „pracodawców”.
Od 8 lipca do 13 sierpnia PIP przeprowadziła 100 kontroli dotyczących sposobu zatrudniania. W tym samym okresie wpłynęło do niej 690 skarg na zatrudnianie na umowach śmieciowych zamiast na umowach o pracę. W 2025, przed zmianą prawa, przez cały okres styczeń – koniec lipca było takich zgłoszeń tylko 619.
PIP prowadzi 100 kontroli, z czego 35 już zostało zakończonych. Inspektorzy nakazali w przypadku 121 zatrudnionych zawarcie umów o pracę, gdyż realia ich zatrudnienia spełniają wszelkie wymogi pracy etatowej. Oprócz tego ma miejsce dobrowolna zmiana zasad zatrudnienia. PIP otrzymała informacje o 201 przypadkach, w których szefostwo firm zamieniło umowy śmieciowe na umowy o pracę zanim dokonano nakazu takiej zmiany.
Wsparcie na walkę z bezrobociem może być jeszcze niższe.
Jak informuje Portal Samorządowy, w swoim apelu do rządu Związek Powiatów Polskich wyraża zaniepokojenie planami dotyczącymi nakładów na przeciwdziałanie bezrobociu w roku 2027. W swoim stanowisku skierowanym do Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego organizacja ta domaga się debaty dotyczącej nakładów z Funduszu Pracy, mających trafić w roku 2027 na wsparcie w wychodzeniu z bezrobocia. ZPP jest zaniepokojony informacjami przedstawicieli Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, którzy na posiedzeniu Zespołu ds. Ochrony Zdrowia i Polityki Społecznej KWRiST informowali, że minister finansów i gospodarki zalecił resortowi pracy, aby wydatki z Funduszu Pracy były w 2027 takie, jak w bieżącym roku.
ZPP alarmuje, że w przyszłym roku powiatowe urzędy pracy mają wedle wstępnych planów rządu otrzymać tyle samo środków na walkę z bezrobociem, ile dostały w roku 2026. Oznacza to de facto ich ubytek. Po pierwsze bowiem rosną koszty nakładów na rozmaite działania pomagające znaleźć pracę. Po drugie natomiast przybywa bezrobotnych – przypomnijmy, że w ciągu roku przybyło około 80-90 tysięcy osób zarejestrowanych w urzędach pracy.
Organizacja podkreśla w swym apelu także fakt, że nakłady na przeciwdziałanie bezrobociu mają nie wzrosnąć, mimo iż przybywa środków w Funduszu Pracy, mającym finansować m.in. takie działania. Składki te pochodzą z obligatoryjnych potrąceń z pensji pracowników i składek pracodawców, a służyć mają właśnie wsparciu bezrobotnych w znalezieniu zatrudnienia.
ZPP przypomina też, że w roku 2026 r. rząd Tuska już znacznie – o kilkadziesiąt procent – zmniejszył nakłady na ten cel, a wiele urzędów pracy otrzymało środki tak niewielkie, że mocno ograniczyło to możliwości wsparcia bezrobotnych w poszukiwaniu zatrudnienia. Miało to miejsce nawet w wielu powiatach o wysokiej stopie bezrobocia.
Są spore szanse, że polska firma wznowi produkcję w zakładzie zamkniętym przez niemiecki koncern.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, polski producent chemii gospodarczej chce nabyć zamknięty zakład niemieckiego koncernu i wznowić w nim produkcję. Złożył wniosek o zgodę na transakcję do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Polska grupa Świt z siedzibą w Częstochowie jest producentem i dystrybutorem kosmetyków i chemii gospodarczej. Złożyła wniosek w spawie zakupu części dawnych zakładów koncernu Henkel w Raciborzu i zamierza tam wznowić produkcję proszków do prania.
Zakład w Raciborzu to część dawnej publicznej firmy Pollena. Po prywatyzacji jego właścicielem stał się niemiecki koncern Henkel. Przez długi czas prowadził on w tej lokalizacji działalność produkcyjną, wytwarzając m.in. produkty piorące Silan i Persil. Jednak w roku 2025 koncern zdecydował o likwidacji produkcji i przeniesieniu jej do innych zakładów koncernu. Pracę straciło wówczas 160 osób.
Obecnie grupa Świt stara się o odkupienie części obiektów fabrycznych i instalacji produkcyjnych. Zamierza tam prowadzić produkcję proszków do prania. Zgodę na tę decyzję musi wyrazić UOKiK. Na razie nie ma informacji o planowanej skali produkcji i zatrudnienia po przejęciu zakładu przez polskiego właściciela.
Wschodnia Magistrala Kolejowa bez daty budowy, bez pieniędzy i bez Białej Podlaskiej.
Po 97 dniach – przy regulaminowym terminie 21 dni – Ministerstwo Infrastruktury odpowiedziało na interpelację posła Michała Moskala (Prawo i Sprawiedliwość) w sprawie Wschodniej Magistrali Kolejowej. Odpowiedź podsekretarza stanu Piotra Malepszaka z 10 sierpnia 2026 r. potwierdza więcej, niż resort zapewne zamierzał: magistrali nie ma wśród przedsięwzięć priorytetowych do 2035 roku, jej oś poprowadzono przez Siedlce zamiast przez Białą Podlaską, a klasyfikacja unijna wyklucza ją z tegorocznego konkursu CEF. Dokumenty, które pozwoliłyby to zweryfikować, ministerstwo objęło tajemnicą przedsiębiorstwa.
Przypomnijmy, o co toczy się gra. Wschodnia Magistrala Kolejowa, znana też jako Rail Carpatia, to zapowiadany od lat korytarz mający połączyć Białystok, Lublin i Rzeszów – trzy stolice województw Ściany Wschodniej, między którymi dziś jedzie się wolniej niż przed wojną. Jej sercem miała być zupełnie nowa linia nr 631 na odcinku Milanów–Biała Podlaska–Fronołów, ok. 100 km, z czego ok. 75 km w województwie lubelskim. Projekt powstał w programie kolejowym CPK, spółka prowadziła konsultacje społeczne wariantów przebiegu do 10 marca 2020 r., a cztery dni wcześniej dwadzieścia samorządów z powiatów bialskiego, łukowskiego, parczewskiego, lubelskiego i lubartowskiego przyjęło w Radzyniu Podlaskim wspólne stanowisko domagające się jej budowy. Biała Podlaska to dziś jedyne byłe miasto wojewódzkie bez szybkiego, bezpośredniego połączenia kolejowego ze swoją stolicą – jedzie się tam okrężnie, przez Łuków.
21 kwietnia 2026 r. pod dworcem w Białej Podlaskiej europoseł Krzysztof Hetman – wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i prezes lubelskich struktur partii – wraz z posłem Wiesławem Różyńskim, wicewojewodą lubelskim Andrzejem Majem, radnymi sejmiku oraz starostami bialskim i parczewskim zapowiedział wystąpienie do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka o rozpoczęcie prac koncepcyjnych i ujęcie magistrali w Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Nazywał ją wtedy „fantastycznym projektem” i mówił o „szczególnym momencie” w związku z nowym budżetem UE.
Z odpowiedzi na interpelację posła Moskala dowiadujemy się, jak potoczyła się ta korespondencja. Wniosek wpłynął do resortu 27 kwietnia. Odpowiedź resortu z 18 maja wymienia dokładnie te odcinki, o które chodziło wnioskodawcom – Fronołów–Biała Podlaska–Milanów, Milanów–Lublin i Lublin–Stalowa Wola – i stwierdza, że „na tym etapie nie jest możliwe wskazanie konkretnego przebiegu planowanych połączeń ani zakresu rozbudowy istniejących linii”. Dwadzieścia osiem dni później, 15 czerwca, ministerstwo opublikowało wariant rekomendowany w tzw. Zintegrowanej Sieci Kolejowej.
– „Pan europoseł Hetman dostał czarną polewkę od własnego kolegi partyjnego. Stanął w kwietniu pod dworcem w Białej Podlaskiej, obiecał ludziom wschodnią magistralę przez Białą Podlaską i złożył wniosek do ministra z tej samej partii co jego. Minister Infrastruktury odpisał mu, że nic się nie da powiedzieć, a cztery tygodnie później pokazał plan, w którym tej magistrali w takim kształcie po prostu nie ma. Dwóch wiceprezesów PSL, jedna partia, a efekt taki, że mieszkańcy Białej Podlaskiej znowu zostają z niczym” – ironizuje poseł Moskal.
Najważniejszy fragment całej odpowiedzi dotyczy priorytetów. Resort pisze, że w perspektywie do 2035 r. do priorytetowej realizacji wskazano linię „Y” oraz inwestycje PKP PLK, w tym projekt Podłęże–Piekiełko i zadania z Programu Kolej+. Magistrala Wschodnia w tym wyliczeniu się nie pojawia – jest planowana, jak czytamy, dopiero „w pełnym horyzoncie realizacji”. Ministerstwo nie podaje przy tym ani jednej daty: ani rozpoczęcia robót, ani ich zakończenia, ani nawet terminu skierowania do uzgodnień rozporządzenia Rady Ministrów, które ma nadać ZSK moc prawną.
Równie wymowny jest opis jej przebiegu. Ministerstwo wyjaśnia, że najszybsze połączenie Lublin–Białystok powstanie dzięki nowej linii z Lublina prowadzonej na północ, odbudowanej linii Siedlce–Sokołów Podlaski–Małkinia Górna oraz korytarzowi Rail Baltica – „z węzłem pośrednim w Siedlcach”. Białej Podlaskiej w tym opisie nie ma ani razu. Potwierdzają to liczby opublikowane przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny, działającą dziś pod nazwą Port Polska: przejazd Lublin–Białystok ma zajmować 130 minut, Lublin–Warszawa 60 minut, a Biała Podlaska–Lublin – 95 minut. Innymi słowy z Lublina szybciej dojedziemy do Warszawy niż do Białej Podlaskiej, a dojazd do Białej Podlaskiej pochłonie niemal trzy czwarte czasu potrzebnego na dotarcie do znacznie dalszego Białegostoku. – „Niech każdy sam zestawi te liczby. Sto trzydzieści minut z Lublina do Białegostoku i dziewięćdziesiąt pięć minut z Lublina do Białej Podlaskiej, która leży po drodze. To się nie spina – chyba że Biała Podlaska po drodze nie leży. I dokładnie tak jest w tym planie: wschodnia magistrala skręca w Siedlcach” – mówi poseł Moskal.
Samo ministerstwo przyznaje to zresztą wprost, choć oględnie: różnice względem pierwotnych założeń programu kolejowego CPK z lat 2020–2023 „dotyczą sposobu trasowania, a nie zasadniczego celu ani funkcjonalności tego korytarza”. Nazwa została, trasa się przesunęła. Sprawdzić tego do końca nie sposób, bo rekomendacje Rady Naukowej Zintegrowanej Sieci Kolejowej dotyczące linii nr 631, a także raporty z Regionalnych Paneli Eksperckich, które odbyły się w Lublinie, resort uznał za tajemnicę przedsiębiorstwa spółki CPK i odmówił ich udostępnienia, powołując ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Posłowi zaproponowano wgląd w siedzibie spółki w Warszawie, po uprzednim uzgodnieniu terminu – bez prawa do kopii. Poseł Moskal komentuje: „Zintegrowaną Sieć Kolejową zamówiło Ministerstwo Infrastruktury, opracowała ją spółka Skarbu Państwa, a jej rekomendacje mają być podstawą rozporządzenia Rady Ministrów – czyli dokumentu, który stanie się prawem. I akurat ten fragment, który odpowiada na pytanie, czy skreślono przebieg linii kolejowej przez Białą Podlaską, jest tajemnicą handlową. Mam jechać do Warszawy, żeby na to popatrzeć i nie zrobić kopii. Trudno o lepszy dowód, że jest co ukrywać”.
Odpowiedź rozwiewa też złudzenia co do unijnych pieniędzy, o których mówił europoseł Hetman w kwietniu w Białej Podlaskiej. Resort informuje, że przy rewizji sieci TEN-T zakończonej w czerwcu 2024 r. Wschodnia Magistrala Kolejowa – na odcinku Białystok, Biała Podlaska, Lublin, Rzeszów – została wprawdzie ujęta w Europejskim Korytarzu Transportowym Morze Bałtyckie–Morze Czarne–Morze Egejskie, ale w warstwie sieci bazowej rozszerzonej, z terminem osiągnięcia wymaganych parametrów dopiero w 2040 r. Konsekwencję resort infrastruktury formułuje sam: realizacja przedsięwzięć na tym odcinku „nie wpisuje się obecnie w priorytety konkursu CEF Transport 2026”. A konkurs ten, ogłoszony 18 czerwca, jest ostatnim w całej perspektywie 2021–2027, z ograniczonym budżetem, przeznaczonym co do zasady dla projektów na sieci bazowej, kończonych do końca 2030 r.
Nie lepiej wygląda wątek obronny. Poseł Moskal pytał, czy magistrala może zostać sfinansowana z instrumentów mobilności wojskowej, w tym z SAFE. Resort odpowiada, że wobec weta Prezydenta RP do ustawy o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE „środki te nie stanowią funduszy przeznaczonych na realizację inwestycji kolejowych”. Ministerstwo przemilcza jednak, że jeszcze przed wetem, w puli SAFE przewidzianej na infrastrukturę, znalazły się cztery zadania – dwa kolejowe i dwa drogowe – a wszystkie dotyczyły kierunków niemieckiego, czeskiego i litewskiego. Na kierunku ukraińskim, czyli na Lubelszczyźnie, nie było żadnego. Odpowiedź nie wspomina też ani słowem o programie zastępczym dla budowy infrastruktury transportowej o charakterze obronnym, o którym minister Klimczak mówił publicznie w maju.
Poseł Moskal zapowiada wystąpienie do Marszałka Sejmu w trybie art. 193 ust. 3 Regulaminu Sejmu o zażądanie od ministra infrastruktury dodatkowych wyjaśnień. Chce w nim uzyskać odpowiedzi na cztery pytania zamknięte: czy linia nr 631 znajduje się w wariancie rekomendowanym ZSK, czy Biała Podlaska leży na osi najszybszego połączenia Lublin–Białystok, oraz które konkretnie nowe linie składają się na deklarowane 320 km nowych torów w województwie lubelskim.
Otrzymali wypowiedzenia z pracy, lecz nie otrzymali należnych pensji.
Jak informuje „Gazeta Pomorska”, kilkudziesięciu pracowników firmy Form-Plast w Bydgoszczy znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. Nie otrzymali należnych wynagrodzeń.
Firma Form-Plast została założona w roku 1978. Wytwarzała plastikowe detale za pomocą wtryskarek. Pod koniec roku 2024 jej kondycja finansowa była na tyle kiepska, że rozpoczęto proces restrukturyzacji zadłużenia i próby porozumienia się z wierzycielami. Działania te nie przyniosły oczekiwanych skutków i 29 maja 2026 Sąd Rejonowy w Bydgoszczy ogłosił upadłość zakładu. Wyznaczył też syndyka masy upadłości przedsiębiorstwa.
Kilkudziesięciu zatrudnionym wręczono wówczas wypowiedzenia. Część z nich wysłano także na tzw. postojowe lub na zaległe urlopy. Jednak nikt z nich nie otrzymał do dzisiaj wynagrodzeń za maj i innych należnych środków. Czekają na to już trzy miesiące i wielu z nich ma fatalną sytuację finansową.
Syndyk masy upadłościowej bardzo lakonicznie poinformował czekających na zaległe pensje o wystąpieniu do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (składają się na niego głównie potrącenia z pensji zatrudnionych), ale póki co nie otrzymali oni żadnych środków.
Sąd Najwyższy uznał, że sprzeczny z prawem jest handel w niedzielę pod przykrywką „klubu czytelnika”.
Jak informuje portal Dla Handlu, nowy wyrok Sądu Najwyższego piętnuje obchodzenie prawa o zakazie handlu w niedziele w sklepach wielkopowierzchniowych i opartych na najemnej pracy osób niebędących właścicielami sklepu.
Sąd Najwyższy uchylił wyroki sądów niższych instancji w sprawie obchodzenia prawa przez właściciela supermarketu z polski południowo-wschodniej. Pod pretekstem uruchomienia „Klubu czytelnika” prowadził on handel w niedziele w placówce wielkopowierzchniowej i zatrudniającej personel najemny. Gdy został ukarany przez Państwową Inspekcję Pracy za ten proceder, odwołał się do sądu, twierdząc, że placówka prowadzi „klub czytelnika” i zajmuje się m.in. działalnością kulturalną, która jest dozwolona w niedziele.
Sąd rejonowy w Kolbuszowej, a następnie sąd okręgowy w Tarnobrzegu uchyliły decyzję PIP i uznały, że przedsiębiorca działał zgodnie z prawem. Prokurator Generalny wniósł o wydanie orzeczenia przez Sąd Najwyższy. Ten natomiast zakwestionował wcześnejsze orzeczenia.
Wyrok SN mówi, że placówki handlu wielkopowierzchniowego nie mogą omijać zakazu handlu w niedziele za pomocą tworzenia takich podmiotów jak „klub czytelników” i podobne. Gdy głównym przedmiotem aktywności firmy i całego miejsca jest działalność handlowa, nie dotyczy takich podmiotów zapis o ustawowych wyjątkach dla placówek kulturalnych, które przy okazji działania w niedziele mogą też dodatkowo pełnić funkcje handlowe. Wyjątki zapisane w ustawie o zakazie niedzielnego handlu mają dotyczyć wyłącznie podmiotów funkcjonujących w miejscach, gdzie rzeczywiście w niedziele prowadzona jest działalność kulturalna, oświatowa, sportowa, turystyczna lub wypoczynkowa.
Związek zawodowy organizuje protest przeciwko działaniom dewelopera zagrażającym miejscom pracy.
Jak informuje portal Bielsko-Biała Nasze Miasto wkrótce odbędzie się protest w obronie miejsc pracy w firmach działających na terenie byłych zakładów Fiata w Bielsku-Białej. Akcję organizuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który uważa, że nowy właściciel terenu prowadzi działania wymierzone w kontynuację produkcji w tej lokalizacji.
Wielki zakład koncernu Fiat działał w tym miejscu do roku 2024, gdy został zlikwidowany. Teren nabyła firma dewelopersko-inwestycyjna DL Invest Group. Zamierza na nim zbudować m.in. wielkie centrum danych, przeciwko któremu protestuje część mieszkańców miasta i okolicy. Na terenie działają inne firmy, które niegdyś kooperowały z zakładami Fiata. Choć nowy nabywca deklarował chęć współpracy z nimi i podtrzymania produkcji, nowe działania wzbudziły niepokój związkowców.
Nieoczekiwanie, bez zapowiedzi i konsultacji, dotychczas darmowe parkingi dla pracowników firm działających na tym terenie, zostały zamienione w płatne – stawka dzienna to 20 zł. Oznacza to, że każdy z pracowników musi się liczyć z wydatkiem dodatkowych 400 zł miesięcznie. Przy obecnych zarobkach w działających tu firmach z branży automotive oznacza to duże wydatki i stawia pod znakiem zapytania sens takiej pracy. Działacze Inicjatywy Pracowniczej twierdzą, że takie działania mogą stanowić przymiarki do pozbycia się dotychczasowej produkcji z tego terenu.
Związkowcy z Komisji Międzyzakładowej podbeskidzkich struktur Inicjatywy Pracowniczej organizują protest w dniu 24 sierpnia pod bramą numer 2 dawnych zakładów Fiata. Magdalena Madzia z tego związku mówi: „Żądamy od spółki DL-Invest wycofania się z uruchomienia planowanych opłat oraz oczekujemy włączenia się Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej w mediacje w sprawie utrzymania obecnych miejsc pracy. Pracownicy wychodzą na ulicę przeciwko haraczowi za parking. Utrudnianie działalności gospodarczej, podwyżki czynszów, haracz dla pracowników 400 zł na miesiąc za postawienie auta na terenie parkingu pracowniczego, zwijanie się firm po przejęciu terenu przez patodewelopera DL Invest to codzienność po przejęciu terenu od Fiata”.
Zakład o ponad 150-letniej tradycji jest bliski upadku.
Jak informuje portal Katowice Dziś, zagrożone jest dalsze istnienie Fabryki Elementów Złącznych w Siemianowicach Śląskich. Zakład został postawiony w stan likwidacji i lada moment mogą rozpocząć się zwolnienia całej załogi. Oznaczałoby to kres przedsiębiorstwa, którego korzenie sięgają roku 1868.
Obecny zakład ma początki w manufakturze Wilhelma Fitznera, która wytwarzała śruby, nity, nakrętki itp. Z czasem zakład rozrastał się, a produkował m.in. dla górnictwa, budownictwa i przemysłu maszynowego. Był jednym z największych przedsiębiorstw w Siemianowicach, w okresie PRL zatrudniał nawet 2000 osób. W roku 1999 został sprywatyzowany.
Pod koniec roku 2024 pojawiły się pierwsze niepokojące sygnały o kondycji firmy. Ruszyła wyprzedaż maszyn i urządzeń. Poprzedni właściciel sprzedał zakład Towarzystwu Finansowemu Silesia. Zamiast poprawy sytuacji doszło jednak do jej pogorszenia. W lipcu 2026 roku Fabrykę Elementów Złącznych postawiono w stan likwidacji.
Poszukiwany jest inwestor branżowy, mogący utrzymać produkcję i zatrudnienie. W momencie ogłoszenia stanu likwidacji zakład zatrudniał 60 osób, w tym część w wieku przedemerytalnym. Jako główna przyczyna problemów wskazywany jest duży wzrost cen energii. Jej koszty to około jednej trzeciej ogółu wydatków zakładu. Mimo programów wsparcia dla firm energochłonnych, branża metalowa nie została nimi objęta.
Wielki koncern został ukarany za nadużywanie przewagi wobec rolników.
Jak informuje Portal spożywczy, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów interweniował w sprawie działań koncernu Bunge Polska. To krajowy oddział jednego z największych w skali świata koncernów agrospożywczych, wyspecjalizowanych przede wszystkim w produkcji tłuszczów roślinnych. W Polsce jest on właścicielem m.in. marki Olej Kujawski.
Koncern stosował niewłaściwe praktyki wobec polskich producentów rolnych. UOKiK przyjrzał się temu, jakie kontrakty zawiera koncern z polskimi dostawcami surowców do produkcji olejów. Zakwestionowano zapisy tych umów. Wielki biznes w całości przerzucał na dostawców ryzyko związane z nieprzewidzianymi zdarzeniami, np. pogodowymi, i nakładał na nich kary za niewywiązanie się z umów w takim przypadku. UOKiK uznał, że oznacza to nadużycie dominującej pozycji rynkowej przez koncern i wykorzystanie swojej przewagi względem niewielkich podmiotów, w dodatku w sferze, na którą nie mają oni wpływu.
„Producenci rolni są szczególnie wrażliwymi uczestnikami rynku. Specyfika ich działalności sprawia, że są narażeni na skutki zdarzeń niezależnych od nich, takich jak ekstremalne zjawiska pogodowe. Dlatego przedsiębiorcy nie mogą kształtować umów w sposób, który pozbawia rolników możliwości zwolnienia się z odpowiedzialności za niewykonanie umowy w tych okolicznościach. Działania, które podejmujemy na rynku rolno-spożywczym, służą nie tylko ochronie jego słabszych uczestników. Są także elementem wspierania bezpieczeństwa żywnościowego Polski” – stwierdza prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Decyzja UOKiK była możliwa na mocy wprowadzonej w 2021 roku ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej. Koncern Bunge przez lata, także po wprowadzeniu ustawy, stosował takie praktyki wobec dostawców płodów rolnych, przerzucając na nich całe ryzyko związane ze zjawiskami typu klęski żywiołowe.
Po interwencji UOKiK koncern zawnioskował o dobrowolne poddanie się karze oraz zmienił zapisy umów z kontrahentami. Kara wyniosła niemal 4,3 mln złotych, a przypadku braku współpracy ze strony koncernu byłaby znacznie wyższa.
Podwyżka płacy minimalnej w przyszłym roku będzie bardzo niska, a właściwie fikcyjna.
Rząd liberalno-lewicowy podjął ostateczną decyzję w sprawie płacy minimalnej w roku 2027. Jej wzrost jest czysto teoretyczny. Minimalna pensja wyniesie od 1 stycznia 2027 roku 4950 zł brutto. To wzrost o 144 zł brutto. Godzinowa stawka minimalna na umowach śmieciowych rośnie natomiast o 90 groszy i wyniesie 32,3 zł brutto. Procentowo płaca minimalna rośnie o 3% rok do roku.
Inflacja prognozowana na rok 2027 wynosi wedle analityków od 2 do 3,3%, a i to jedynie przy założeniu, że nie będą miały miejsce żadne czynniki inflacjogenne, np. trwałe wzrosty cen paliwa itp. Oznacza to, że płaca minimalna, dotycząca około 2,5 mln najgorzej zarabiających, będzie stała w miejscu. Zbiednieją oni także względem lepiej zarabiających, bo szacowany średni wzrost płac w roku 2027 ma wynieść około 6%.
Podejmując decyzję o wzroście płacy minimalnej rząd liberalno-lewicowy całkowicie zlekceważył stanowisko związków zawodowych. Domagały się one wspólnie, aby wzrost płacy minimalnej był o 250 zł brutto większy, co pozwoliłoby poprawić sytuację najmniej zarabiających.
Zakład do likwidacji, cała załoga bez pracy.
Jak informują portale dts24.pl i limanowa.in, zapadła decyzja o likwidacji Spółdzielni Pracy Meblomet w Mszanie Dolnej. Cała załoga straci pracę, majątek firmy zostaje wystawiony na licytację i tak kończy się ponad 70-letnia historia zakładu.
Firma powstała w roku 1953 w Krakowie, a trzy lata później przeniesiono ją do Mszany Dolnej. Zakład wytwarzał głównie metalowe elementy do produkcji mebli. Po przełomie ustrojowym zmniejszył zatrudnienie, ale udało mu się przetrwać. Wytwarzał m.in. elementy do produktów sieci Ikea.
W ostatnich latach mocno podupadł, głównie wskutek drastycznego wzrostu kosztów energii i cen surowców po napaści Rosji na Ukrainę. Wzrost kosztów produkcji przełożył się na wyższe ceny finalnych wyrobów, a to poskutkowało utratą części zamówień na rzecz producentów z tańszych krajów. Mimo to firmie udało się znaleźć nowe nisze rynkowe. Produkowała m.in. wyposażenie siłowni zewnętrznych, placów zabaw, stojaki rowerowe, metalowe konstrukcje ławek miejskich, ogrodzenia, a nawet stelaże urządzeń medycznych itp.
Restrukturyzacja zakładu wydawała się przynosić efekty. Jeszcze jesienią 2025 pozyskano nowy pakiet zamówień i prowadzono rekrutację pracowników. Niestety obecnie zapowiedziano likwidację firmy z powodu trwałej nierentowności, wywołanej m.in. stałym spadkiem zamówień na elementy do produkcji mebli z powodu stale kurczącej się skali ich produkcji w Polsce.
Pracę straci cała załoga – około 50 osób. O procedurze zwolnień grupowych powiadomiono już Powiatowy Urząd Pracy. Biurowiec, halę produkcyjną, magazyny i teren zakładu wystawiono na licytację. Stopa bezrobocia w powiecie limanowskim wynosiła przed tymi zwolnieniami 7,3%.
Sąd uznał, że zwolnienie lidera związkowego w publicznej spółce było bezprawne.
Jak informuje portal Tysol.pl, sąd w Katowicach uznał, że zwolnienie dwóch działaczy „Solidarności” w PKP Cargo odbyło się niezgodnie z prawem. Wśród zwolnionych był Henryk Grymel, wiceprzewodniczący struktur związku w PKP Cargo – Henryk Grymel, w przeszłości lider struktur „Solidarności” w całej branży kolejowej. Grymel został zwolniony z wieloaspektowym naruszeniem prawa – zarówno jako osoba objęta ochroną prawną jako lider struktur związku zawodowego, jak i w kresie ochrony przedemerytalnej, bowiem do osiągnięcia wieku emerytalnego brakowało mu dwóch miesięcy.
Sąd nakazał wypłacenie zwolnionym odszkodowań. Proces trwał niemal dwa lata. Henryk Grymel oraz inni pracownicy spółki zostali zwolnieni w okresie od lipca do września 2024 roku w ramach „restrukturyzacji” prowadzonej przez ówczesnego szefa PKP Cargo z nadania rządu Tuska – Marcina Wojewódkę, znanego z ultraliberalnych metod w firmach, którymi zarządzał.
Zwolnienia objęły wówczas 27% załogi PKP Cargo, czyli 3665 osób. Zarówno zwalniani, jak i sąd zwrócili uwagę, że w pierwszej kolejności były one wymierzone w pracowników zrzeszonych w „Solidarności”, bez uwzględniania przesłanek merytorycznych. Paweł Szczepańczyk, radca prawny śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, powiedział po wyroku: „Sędzia wskazała, że kryterium doboru do zwolnienia było dyskryminacyjne i odnosiło się do jego działalności związkowej, a osobą, która wskazała go do zwolnienia, był najprawdopodobniej prezes Marcin Wojewódka”.
Udział PKP Cargo w rynku kolejowych przewozów towarowych wynosił przed „reformami” 27,4% wedle stanu na maj 2026. Na koniec roku 2023 było to 31,35%.
Przed urzędem miasta protestowali związkowcy domagający się poprawy sytuacji pracowników.
Jak informuje portal ctmyslowice.pl, przed urzędem miasta Mysłowice protestowali związkowcy zrzeszeni w organizacji WZZ Sierpień ’80. Byli to głównie pracownicy Zakładu Oczyszczania Miasta wspierani przez delegacje związkowców z innych okolicznych zakładów.
Kilkadziesiąt osób domagało się poprawy sytuacji płacowej i godnego traktowania zatrudnionych. Związkowcy twierdzą, że zarząd spółki miejskiej lekceważy pracowników i ich postulaty. Zaapelowali do władz miasta o interwencję w tej sprawie.
Struktury związku zawodowego Sierpień ’80 powstały w Zakładzie Oczyszczania Miasta wiosną 2025 roku. Związek od tamtej pory pozostaje w sporze z szefostwem firmy. Uważają oni, że spółka, która generuje duże przychody, w niewielkim stopniu dba o płace i warunki zatrudnienia szeregowych pracowników. Domagają się wzrostu płac o 800 zł dla pracowników fizycznych i o 500 zł dla pracowników administracyjnych. Uważają także, iż działalność związkowa jest utrudniana i domagają się zaprzestania takich praktyk. Zwracają także uwagę na złe warunki sanitarne w siedzibie firmy.
Związkowcy w przeddzień akcji protestacyjnej skierowali do prokuratury i Państwowej Inspekcji Pracy podejrzenie przestępstwa polegającego na utrudnianiu działalności związkowej – m.in. szykanowania związkowców, wywierania nacisków w celu wystąpienia ze związku itp.
Maleją w Polsce produkcja i eksport AGD z powodu presji chińskiej konkurencji.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, narasta problem ekspansji w Europie produktów AGD z Chin. Tracą na tym m.in. polscy producenci, których skala wytwórczości maleje, podobnie jak eksport na rynki krajów unijnych.
Eksport produktów AGD z polskich zakładów na rynki krajów unijnych zmalał pod względem wartości spadł o 10% w roku 2025. W tym czasie eksport do Europy AGD wytworzonego w Chinach wzrósł o 7%. Maleje także rentowność produkcji w Polsce – chińska konkurencja sprawia, że producenci muszą obniżać ceny. Nie jest to jednak konkurencja uczciwa: chińskie firmy nie muszą przestrzegać wielu europejskich norm dotyczących np. ochrony środowiska czy zasad zatrudniania.
Nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Europy maleje produkcja AGD – są to w skali roku kilkuprocentowe spadki w większości produktów z tego sektora. Już niemal każdy co drugi produkt AGD w Europie pochodzi z importu z krajów pozaeuropejskich, głównie z Chin.
Przedstawiciele branży alarmują, że taka tendencja zagraża istnieniu fabryk i mocy produkcyjnych w Europie i że w przypadku braku przeciwdziałania zaczną się likwidacje zakładów i miejsc pracy.
Sąd uznał, że zwolnienie z pracy działaczki związkowej było niezgodne z prawem.
Jak informuje bielska edycja „Gazety Wyborczej”, 21 lipca sąd wydał wyrok, w którym stwierdza, że bezprawne było zwolnienie z pracy przez sieć Kaufland działaczki związkowej Jolanty Żołnierczyk.
Pani Jolanta przez 9 lat pracowała w sklepie sieci Kaufland w Żywcu. Zaangażowała się w aktywność związkową i podjęła szereg działań. Między innymi zgłosiła do Państwowej Inspekcji Pracy fakt dyskryminacji płacowej kobiet, które wracają do pracy w tej sieci po urlopie macierzyńskim. Po powrocie do pracy otrzymywały one pensje takiej samej wysokości jak przed urlopem macierzyńskim, choć płace reszty załogi wzrosły w tym czasie. Jolanta Żołnierczyk nagłośniła takie praktyki sieci stosowane w całej Polsce.
Problem dotyczył co najmniej 200 pracownic. Państwowa Inspekcja Pracy po zbadaniu sprawy nakazała zaprzestania dyskryminacji płacowej matki powracających z urlopów macierzyńskich.
Kaufland zwolnił z pracy Jolantę Żołnierczyk w trybie dyscyplinarnym. Działaczka skierowała sprawę do sądu pracy, a ten nakazał dalsze jej zatrudnianie do czasu wyroku sądu – stało się to na mocy przepisów wprowadzonych latem 2023 roku przez rząd Prawa i Sprawiedliwości w celu ochrony działaczy związkowych przed zwalnianiem ich z pracy i pozbawianiem środków do życia.
Przedwczoraj sąd uznał, że zwolnienie Jolanty Żołnierczyk było bezprawne. Wyrok nie jest prawomocny, Kaufland może się od niego odwołać do wyższej instancji, ale wciąż musi zatrudniać działaczkę związku zawodowego Konfederacja Pracy.
Związkowcy wywalczyli podwyżki po kilkumiesięcznym sporze z szefostwem.
Jak informuje Radio Bielsko, zakończono spór zbiorowy w zakładzie T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach z sektora automotive. Podpisano porozumienie między związkowcami a szefostwem firmy – na jego mocy zatrudnieni otrzymają podwyżki płac.
Spór toczył się od kilku miesięcy. Pracowników reprezentował związek zawodowy „Solidarność”. Działania te były odpowiedzią na stanowisko zarządu firmy, który nie przewidywał żadnych podwyżek w roku 2026. Wskutek działań związkowców podwyżki zostaną jednak przyznane.
Od 1 lipca podwyżki pensji zasadniczych wyniosą 250 zł brutto. Zwiększone zostaną także dodatki stażowe, czyli osoby pracujące w zakładzie najdłużej, otrzymają większe płace.
Rząd liberałów szykuje rzeź opieki reumatologicznej.
Jak informuje portal Termedia.pl, nowe plany rządu liberałów zakładają prawdziwą rzeź szpitalnych oddziałów reumatologicznych. Przyjęte nowe kryteria kwalifikacji do finansowania przez NFZ są skonstruowane tak, że z obecnych 74 oddziałów reumatologii pozostałoby zaledwie 13. Środowiska lekarskie biją na alarm.
Ministerstwo Zdrowia przedstawiło 14 lipca tzw. nowy komponent mapy potrzeb zdrowotnych 2022–2026 dotyczący schematu zabezpieczenia opieki szpitalnej. Ma on być podstawą kolejnej „reformy” sieci szpitali i opieki zdrowotnej. Plany rządu liberałów oznaczają drastyczną likwidację oddziałów szpitalnych w zakresie reumatologii.
Jeśli przyjęte kryteria wejdą w życie, w całej Polsce pozostanie zaledwie 13 oddziałów reumatologicznych. Oznacza to likwidację ok. 80% takich placówek. Pacjenci z Pomorza oraz województw na wschodzie kraju zostaliby całkowicie pozbawieni takiej opieki nie tylko w swojej okolicy, ale wręcz w całych regionach.
Taki byłby efekt nowych kryteriów pozwalających na istnienie i finansowanie oddziałów reumatologicznych. Nowe kryteria obejmują m.in. co najmniej 1000 hospitalizacji rocznie z rozpoznaniem głównym związanym z chorobami zapalnymi; co najmniej 300 hospitalizacji rocznie związanych z chorobami układowymi tkanki łącznej; realizacja programów lekowych – dla co najmniej 120 pacjentów – w zakresie reumatologii, obejmujących m.in. reumatoidalne zapalenie stawów, młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa; co najmniej 120 pacjentów objętych wybranymi programami lekowymi w zakresie reumatologii.
Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku reumatologii dziecięcej. Wedle nowych kryteriów na dalsze działanie mogłoby liczyć tylko 10 oddziałów w całym kraju, gdyż tutaj roczny limit minimum pacjentów ustalono na 400 osób.
Środowisko reumatologów jest oburzone takimi planami. Dało temu wyraz 15 lipca na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Reumatycznych. Jego zdaniem kryterium 1000 hospitalizacji rocznie jest całkowicie absurdalne i znacznie większe niż w przypadku innych chorób, w tym takich o podobnym natężeniu w polskiej populacji.
Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego, prof. Magdalena Krajewska-Włodarczyk, mówi: „Jeśli nowe kryteria byłyby podstawą przy planowaniu zmian w szpitalnictwie, to reumatologia w północnej Polsce i na ścianie wschodniej po prostu przestanie funkcjonować. Na Pomorzu zostanie tylko jeden oddział szpitalny. Województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie zostaną całkowicie pozbawione szpitalnego zaplecza reumatologicznego. Pacjenci po prostu nie trafią do ośrodków, które mogłyby ich leczyć. Chory z Giżycka nie będzie przyjeżdżać co miesiąc do Warszawy po to, by dostać dożylny wlew leku. To niemożliwe”.
Brytyjski rząd podjął decyzję o upaństwowieniu wielkiej huty należącej do kapitału chińskiego.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, brytyjski rząd dzięki specjalnej ustawie dokonał nacjonalizacji przedsiębiorstwa British Steel, która po prywatyzacji i kolejnych zmianach własnościowych należała w ostatnim czasie do chińskiej grupy kapitałowej Jingye.
Rząd Wielkiej Brytanii dokonał upaństwowienia przedsiębiorstwa, motywując to ochroną interesu narodowego. Do British Steel należy ostatnia duża działająca w Wielkiej Brytanii huta w Scunthorpe. Od kilku miesięcy chiński właściciel planował jej zamknięcie, motywując to wysokimi kosztami energii oraz zapaścią na europejskim rynku stali. Gdyby zakład został zamknięty, w Wielkiej Brytanii nie wytwarzano by stali pierwotnej na potrzeby budownictwa, kolei, przemysłu samochodowego, zbrojeniówki itp.
Peter Kyle, minister ds. biznesu, mówi, że gdyby huta została zamknięta, „bylibyśmy zdani na łaskę międzynarodowych rynków i dostaw zza granicy, jeśli chodzi o wyroby wykorzystywane przez naszą kolej i budownictwo”. Z kolei premier Keir Starmer dodawał: „British Steel jest częścią tkanki naszego kraju i jednym z filarów przemysłowej siły Brytanii”, a decyzja o nacjonalizacji „zabezpiecza przyszłość produkcji stali w Zjednoczonym Królestwie, chroni miejsca pracy wymagające wysokich kwalifikacji i zachowuje kluczową dla państwa zdolność”.
W obliczu gróźb wygaszenia wielkich pieców w hucie w Scunthorpe, rząd Wielkiej Brytanii nakłaniał chińskiego właściciela, aby sprzedał zakład innemu przedsiębiorstwu. Nie było jednak chętnych. W związku z tym podjęto decyzję o nacjonalizacji. Dokonano jej na mocy specjalnej ustawy, przyjętej w środę. Decyzja spotkała się z krytyką ze strony chińskich władz i zapowiedzią ubiegania się o odszkodowania.
Huta w Scunthorpe zatrudnia 2700 osób.
Falę krytyki wywołał pomysł likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych.
Jak informuje Portal Samorządowy, Unia Uzdrowisk Polskich sprzeciwia się planom Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ministerstwo chce od początku roku 2027 zlikwidować Domy Wczasów Dziecięcych.
Unia Uzdrowisk Polskich wystosowała apel do MEN. Zwraca w nim uwagę na szkodliwość planowanej decyzji i brak do niej merytorycznych podstaw – ministerstwo twierdzi, że pobyt w takich placówkach koliduje z procesem dydaktycznym. Faktyczną przesłanką decyzji ministerialnych są „oszczędności budżetowe”: 30 milionów złotych na wstępie, a później po 9 milionów przez okres 10 lat.
Decyzja o likwidacji placówek wywołała falę krytyki. Grzegorz Cichy, prezes Unii Miasteczek Polskich i burmistrz Proszowic, twierdzi, że kilkudniowe pobyty w Domach Wczasów Dziecięcych to „szansa zwłaszcza dla dzieci z mniejszych ośrodków, które rzadziej wyjeżdżają na wczasy, mają więcej obowiązków domowych albo dalej do morza czy do atrakcyjnych miejsc w górach”. Obecny system dofinansowania tych wyjazdów sprawia, że są one znacznie tańsze od oferty komercyjnej, a mogą z nich korzystać także dzieci najuboższe oraz placówki szkolne z niewielkich niezamożnych miejscowości.
Unia Uzdrowisk Polskich apeluje do resortu edukacji o odstąpienie od planowanej likwidacji placówek. W Polsce działają 24 domy wczasów dziecięcych – 10 publicznych oraz 14 niepublicznych. Większość z nich powstała w latach 50. i 60.
Wczoraj rolnicy protestowali przeciwko lekceważeniu narastających problemów branży.
Jak informuje portal Interia Biznes, we wtorek organizacje rolnicze zorganizowały protest pod siedzibą Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Uważają, że sytuacja ich branży jest fatalna i domagają się działań i wsparcia od rządu.
Protestujący akcentowali różne palące problemy sektor rolnego w Polsce. Ich zdaniem kondycja finansowa gospodarstw rolnych jest kiepska. Adrian Wawrzyniak, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych mówi portalowi Interia Biznes: „W Polsce dzisiaj gospodarstwa rodzinne są na skraju bankructwa. Ta sytuacja jest spowodowana m.in. brakiem odpowiedniej pomocy finansowej ze strony ministerstwa rolnictwa i rządu”. Przypomina on, że w kwietniu rządzący obiecywali wsparcie w kwestii kosztów nawozów i paliwa dla rolników, ale do dzisiaj nic nie zostało zrobione.
Protestujący zwracali uwagę na bardzo niskie ceny skupu produktów rolnych. Damian Murawiec z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników mówi portalowi Interia Biznes: „Mamy dramatycznie niski poziom cen – od około 3,50 do 4 zł za kilogram żywca. To są ceny, które można śmiało porównać do tych sprzed 20 lat”. To samo dotyczy cen pszenicy, która również jest skupowana po stawkach sprzed niemal dwóch dekad.
Wszystko to ma miejsce w sytuacji dużego wzrostu kosztów produkcji rolnej. Protestujący akcentowali przede wszystkim znaczny wzrost cen nawozów, który ma miejsce od kilku lat. Innym problemem są obecne koszty paliw, głównie oleju napędowego do maszyn rolniczych. Na kondycji gospodarstw odbijają się także wysokie ceny gazu, który jest wykorzystywany m.in. do ogrzewania pomieszczeń gospodarczych, w suszarniach płodów rolnych itp.
Innym z problemów jest coraz większy napływ produktów rolnych z innych krajów. Protestujący zwracali uwagę na luki i rozregulowanie systemu importu płodów rolnych, głównie z Niemiec i Holandii. Adam Wawrzyniak powiedział Interii Biznes: „Polska staje się pewnego rodzaju śmietnikiem Europy dla produktów, które za granicą powinny być wycofywane lub utylizowane. Te warzywa trafiają do Polski, są przepakowywane w paczkowniach, a następnie sprzedawane w dużych sieciach handlowych. W tym samym czasie polski ziemniak i polskie warzywa, świeżo zebrane z pól naszych rolników, nie mają zbytu”. Na to nakłada się dominacja sieci handlowych: „Rolnik za wyprodukowanie młodego ziemniaka otrzymuje 25-30 groszy, podczas gdy na półkach sklepowych kupujemy go za około 3 zł za kilogram. Dotyczy to wszystkich warzyw i owoców, które jako rolnicy dostarczamy. Domagamy się od Ministerstwa Rolnictwa, aby relacje na linii markety, przetwórcy i rolnicy zostały w odpowiedni sposób uregulowane”.
Protestujący zwracali uwagę na kiepską sytuację finansową gospodarstw rolnych i bierność rządu w tej sprawie. Wskazywali, że przekłada się to także na inne branże. Wiele inwestycji w rolnictwie zostało wstrzymanych. Stagnacja panuje także na rynku maszyn rolniczych, a brak popytu ze strony rolników przekłada się na problemy producentów.
Kolejna fala likwidacji miejsc pracy w Łodzi i okolicy.
Jak informuje portal Tułódź.pl, przez Łódź i okoliczne miejscowości przetacza się kolejna fala zwolnień grupowych. Obejmuje ona przeróżne branże. Część firm zwolni nawet ponad 100 osób, a tylko w formule zwolnień grupowych żegna się z pracą już lub wkrótce ponad 700 osób.
Zwolnienia grupowe w ostatnim czasie zgłosiły następujące firmy: polski oddział Compal Europe – naprawa i serwis komputerów – 68 osób do zwolnienia; OSDW Azymut – handel hurtowy książkami i podobnymi produktami – 81 osób; Altor – budowa dróg i autostrad – 93 osoby; DesleeClama Poland z branży tekstylnej – 27 osób; Truvant Europe – produkcja opakowań – 121 osób; Stretto – branża programowania – 44 osoby; Harman Connected Services Poland z podobnej branży – 26 osób; HRP Grants – edukacja pozaszkolna – 30 osób; Janis – przemysł włókienniczy – 68 osób; Marel Shared Services Center – usługi doradcze – 66 osób; Ideal Europe – produkcja rowerów i wózków inwalidzkich – 30 osób.
Te zwolnienia już trwają lub zostaną zrealizowane najpóźniej do końca sierpnia.
Narasta fala zwolnień grupowych i maleje liczba ofert pracy w Wielkopolsce.
Jak informuje portal Fakty Kaliskie, w Wielkopolsce odnotowano dwa fatalne wskaźniki obrazujące sytuację na rynku pracy.
Znacznie wzrosła skala zwolnień grupowych. Tylko w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku 2026 firmy działające w województwie zapowiedziały zwolnienia grupowe dotyczące 5000 osób. To o 70% więcej niż w całym roku 2025. Najwięcej zwolnień dotyczy branż handlowej i przemysłu. Największa skala zwolnień grupowych objęła miasto Poznań.
Druga z kiepskich tendencji to liczba ofert pracy. Firmy w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2026 roku zgłosiły ich 10 000. To aż o połowę mniej niż w tym samym okresie roku 2025. W powiatach ostrzeszowskim i poznańskim spadek liczby ofert pracy wyniósł rok do roku 70%. W dodatku aż jedna czwarta ofert to krótkotrwałe i zazwyczaj najniżej płatne etaty dofinansowane przez państwo: staże, prace interwencyjne itp.
Przedstawiciele szpitali powiatowych domagają się przywrócenia dostępności badań.
Jak informuje portal Rynek Zdrowia, Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się przywrócenia nielimitowanych badań. Przypomnijmy, że neoliberalny rząd Tuska przywrócił od 1 kwietnia 2026 roku limity na wiele ważnych badań, w tym pozwalających wcześnie wykryć nowotwory. Badania ponad przyjęte niewielkie limity mają być refundowane dopiero w kolejnym roku i wedle stawek, które czynią to nieopłacalnymi. Oznacza to, że wiele szpitali rezygnuje z badań. Dla pacjentów oznacza to duże ryzyko zdrowotne lub konieczność odpłatnego wykonania badań w sektorze prywatnym.
W stanowisku Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych napisano: „Ograniczanie dostępności porad specjalistycznych to nie oszczędność – to przeniesienie kosztów w czasie i ich zwielokrotnienie”. Organizacja informuje, że po wprowadzeniu limitów i niewielkich stawek za nadwykonania, znacznie wydłużyły się kolejki na badania. Na rezonans magnetyczny czeka się nawet 105 dni, a na kolonoskopię 263 dni.
Związek przekonuje, że zapowiadane przez rząd kolejne „reformy” grożą powtórką takiego scenariusza także w kwestii wizyt specjalistycznych, obejmując tym razem szerszą grupę chorych przewlekle – kardiologicznych, diabetologicznych, neurologicznych, pulmonologicznych i reumatologicznych. Autorzy apelu uważają, że takie pomysły nie poskutkują oszczędnościami budżetowymi, lecz większymi wydatkami – choroby wykryte później, będą droższe w leczeniu, a w „bonusie” otrzymamy cierpienie i dodatkowe zgony pacjentów.
Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się m.in. rozliczania nadwykonań co miesiąc, a nie w kolejnym roku, gdyż szpitale nie mają z czego kredytować takich działań. Uważa też, że nadwykonania powinny być płatne wedle standardowej stawki, a nie obniżonej, jak obecnie. Apelują także o zniesienie limitów na badania endoskopijne i diagnostykę obrazową, gdyż limity zagrażają zdrowiu i życiu pacjentów.
Wczoraj odbył się strajk w publicznym zakładzie.
Jak informuje Radio Wrocław, wczoraj miał miejsce dwugodzinny strajk ostrzegawczy w Instytucie Elektrotechniki „Łukasiewicz” – Departamencie Doświadczalno-Produkcyjnym w Międzylesiu. To publiczne przedsiębiorstwo wytwarza izolatory dla przemysłu energetycznego i kolei. To największy taki producent w Polsce. Jest jednym z największych pracodawców na Ziemi Kłodzkiej i największym w gminie Międzylesie – zatrudnia około 140 osób.
Strajk ostrzegawczy to kolejny etap trwającego sporu w przedsiębiorstwie. Pracownicy i związkowcy domagają się podwyżek płac oraz poprawy warunków zatrudnienia. Chcą podwyżek płac o 600 zł – ich obecne płace ledwo przekraczają pensję minimalną, także w przypadku najbardziej doświadczonych pracowników o wieloletnim stażu pracy w zakładzie. Ale spór nie dotyczy tylko pensji. Pracownicy skarżą się na warunki zatrudnienia – wyeksploatowane i stare maszyny, brak wydajnej wentylacji, temperatury sięgające w hali latem nawet 30 stopni itp.
Dotychczasowe negocjacje nie przyniosły efektów. Przedstawiciele zarządu zakładu twierdzą, że nie posiadają środków na oczekiwane podwyżki i proponują śladowe wzrosty pensji. Negocjacje z udziałem rządowego mediatora zaplanowano na 14 lipca. Związkowcy zapowiadają, że jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie, kolejnym działaniem może być bezterminowy strajk generalny.
We wczorajszym strajku ostrzegawczym wzięła udział niemal cała załoga zakładu zrzeszona w związkach zawodowych „Solidarność” i „Sierpień ‘80”.
Duży zakład w niewielkim mieście zwalnia niemal połowę załogi.
Jak informuje portal Business Insider, szefostwo walcowni metali „Dziedzice” w Czechowicach-Dziedzicach zapowiedziało wielkie zwolnienia grupowe. Walcownia istnieje od 130 lat, obecnie należy do grupy kapitałowej Boryszew.
Szefostwo spółki zamierza zwolnić 163 pracowników produkcyjnych oraz 37 pracowników administracyjnych. 200 osób planowanych do zwolnienia to niemal połowa załogi wynoszącej obecnie 447 osób. Decyzja jest motywowana przyczynami ekonomicznymi, problemami rynku wyrobów metalowych oraz planowaną reorientacją produkcji.
W fabryce niemieckiego koncernu pracownicy są oburzeni ich traktowaniem.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, pracownicy fabryki niemieckiego koncernu samochodowego MAN w Niepołomicach rozpoczęli przygotowania do sporu zbiorowego. Nie wykluczają nawet strajku. Są oburzeni tym, jak wielkie różnice w wysokości premii dotyczą zakładów w Polsce i w Niemczech.
Premia roczna w niemieckich zakładach MAN-a ma wynieść 1600 euro, czyli niemal 7000 zł. Tymczasem premia roczna w polskim zakładzie to 1500 zł brutto. W niemieckich zakładach nawet uczniowie-praktykanci mają dostać 365 euro, czyli mniej więcej tyle samo, ile najbardziej doświadczeni pracownicy w Polsce. Dzieje się tak pomimo że – jak wskazują związkowcy i pracownicy – efektywność produkcji w Polsce jest wyższa niż w niemieckim zakładzie. W Polsce podczas jednej zmiany wytwarza się 105 ciężarówek, w Niemczech zaledwie 40. Zakład MAN w Niepołomicach jest jednym z największych, najbardziej nowoczesnych i wydajnych ze wszystkich fabryk tego koncernu w skali świata.
Wieści o wysokości premii wywołały oburzenie załogi zakładu. Związkowcy z „Solidarności” zapowiedzieli przygotowania do wszczęcia sporu zbiorowego. Jeśli jego kolejne etapy negocjacyjne nie przyniosą efektów, są gotowi zorganizować strajk. Związkowcy domagają się, aby premia w Polsce wyniosła 5000 złotych.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Intercooler422 – Praca własna, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=170489304
Znikają zakład i 100 miejsc pracy.
Jak informuje portal Radomsko24.pl, w Radomsku rozpoczął się proces kontrolowanej likwidacji spółki Metalurgia SA. Oznacza to koniec zakładu i wszystkich miejsc pracy w nim.
Firma od pewnego czasu znajdowała się w kłopotach finansowych. Nie pomogły działania naprawcze. Spółka zajmowała się produkcją i sprzedażą m.in. drutu ocynkowanego, drutu spawalniczego, drutu ciągnionego oraz wyżarzanego. Główne przyczyny kłopotów finansowych zakładu to malejący popyt w krajach Unii Europejskiej, spowodowany napływem tańszych produktów z Chin, a także rosnące koszty energii.
Likwidacja zakładu oznacza koniec zatrudnienia całej jego załogi, czyli około 100 osób.
Trwa walka związkowców z szefostwem jednej z sieci handlowych, a spór się zaostrza.
Jak informuje portal Dla Handlu, w sieci handlowej Stokrotka zaostrza się konflikt związkowców z szefostwem firmy. Ta sieć, należąca do kapitału litewskiego, jest jedną z największych w Polsce. Ma ok. 1000 sklepów, a zatrudnia 11 500 osób, nie tylko w sklepach, ale także w magazynach i centrach dystrybucyjnych.
Od 2024 roku trwa w sieci spór zbiorowy „Solidarności” z szefostwem firmy. Związkowcy domagają się nie tylko podwyżek płac, ale przede wszystkim zmian organizacyjnych – zwiększenia obsady sklepów. Zdaniem związkowców sieć celowo zredukowała obsadę sklepów do minimum, co skutkuje fatalnymi warunkami pracy, przeciążeniem zatrudnionych, niemożnością korzystania z urlopów itp. Związkowcy twierdzą, że dzieje się tak od roku 2019, gdy sieć została przejęta przez litewską grupę kapitałową Maxima. Ich zdaniem od tamtej pory obsada poszczególnych sklepów została zredukowana o 30-40 procent.
Wskutek działań związkowców w sieci Stokrotka rozpoczęła się właśnie całościowa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Ma ona sprawdzić nie tylko ogólne warunki pracy, ale także to, czy kierownictwo sieci nie utrudniało związkowcom przeprowadzania referendum strajkowego.
OPZZ krytycznie ocenia wzrost skali wypadków przy pracy.
Na stronie internetowej Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych czytamy krytyczną opinię na temat dużego wzrostu skali wypadków przy pracy w I kwartale bieżącego roku. Rok do roku liczba takich zdarzeń wzrosła o 19,3%.
Renata Górna z Wydziału Polityki Społecznej OPZZ napisała: „Dane te potwierdzają, że bezpieczeństwo pracy w Polsce ulega wyraźnemu pogorszeniu, a działania prewencyjne państwa i pracodawców są niewystarczające”.
Dane GUS wskazują, że najbardziej wypadkowe są następujące branże: górnictwo, gospodarka odpadami, ochrona zdrowia. Choć ponad 40% wypadków przy pracy wynika z zachowań pracowników, OPZZ twierdzi, że to nie są błędy pracowników, lecz błędy systemowe wynikające m.in. z przeciążenia, złej organizacji pracy, braku szkoleń, zmęczenia czy psychospołecznych warunków pracy. Zatrudnieni są przeciążeni obowiązkami, w wielu branżach zatrudnienie jest zbyt małe wobec potrzeb, pracodawcy wymuszają zbyt szybkiego tempo pracy itp.
Kończy życie zakład, cała załoga na bruk.
Jak informuje portal Sadeczanin.info, zapadła koszmarna decyzja w sprawie jednego z zakładów działających w Nowym Sączu. Zostanie on zlikwidowany, a cała załoga straci pracę.
Mowa o Nowosądeckiej Fabryce Urządzeń Górniczych „NOWOMAG”. Zakład powstał w 1976 i produkował elementy i urządzenia dla górnictwa i energetyki. W 1992 został sprywatyzowany, a od 2003 wchodził w skład grupy FAMUR. Od pewnego czasu działał pod nazwą GRENOVIA FAMUR NOWOMAG Oddział w Nowym Sączu. W okresie największej świetności zatrudniał ponad 1000 osób.
Właśnie zapadła decyzja o jego likwidacji. Pracę straci cała załoga. Przed podjęciem decyzji o likwidacji pracowało w zakładzie około 300 osób.
Decyzja jest motywowana likwidacją górnictwa w Polsce, co oznacza dla zakładu duży spadek zamówień. Również energetyka znajduje się w kryzysie i zmniejszyła skalę zamówień.
Niedawno na likwidację całego wydziału i zwolnienie 190 osób zdecydowano się w odniesieniu do zakładu Glinik w Gorlicach – należy on do tego samego właściciela, co przedsiębiorstwo w Nowym Sączu. W Gorlicach również zlikwidowana zostanie produkcja na potrzeby górnictwa, a resztki przyszłościowej i rentownej produkcji z obu zakładów zostaną skoncentrowane w jednym z wydziałów firmy w Gorlicach.
Rekordowy długi jest obecnie średni czas poszukiwania pracy.
Jak informuje portal Money.pl, nowe badania przynoszą koszmarne wieści z rynku pracy. 61 edycja Monitora Rynku Pracy, przygotowanego przez Instytut Badawczy Randstad i Instytut Badań Pollster, wykazała, że średni czas szukania pracy w Polsce wyniósł wiosną 2026 aż 4,5 miesiąca.
To najwyższy wynik w historii pomiarów, które odbyły się 61 raz, a są przygotowywane co kwartał. W ciągu 15 minionych lat średni czas poszukiwania pracy nigdy nie był tak długi.
Wynik ten jest nie tylko rekordowy w dziejach pomiarów. On także drastycznie wzrósł w ciągu roku. W pierwszym kwartale 2025 roku wynosił 3,3 miesiąca, czyli 45 dni krócej niż obecnie.
Najgorsza jest sytuacja osób w wieku 50-64 lata. Wśród nich średni czas szukania nowej pracy wynosi 8,7 miesiąca. Tylko w ciągu kwartału jest to wzrost z 7,2 miesiąca.
W tym czasie znacznie zmalał także optymizm Polaków w kwestii poszukiwania pracy. W ciągu pół roku z 83% do 77% spadł odsetek osób uważających, że łatwo będzie znaleźć jakąkolwiek pracę. Natomiast 56% badanych uważa, że w ciągu pół roku znaleźliby pracę podobną lub lepszą od obecnej, gdyby tę ostatnią stracili.
Przed sejmem protestowali dawni franczyzobiorcy Żabki.
Jak informuje Portal Spożywczy, 25 czerwca przed budynkiem sejmu odbył się protest byłych franczyzobiorców Żabki. Protestujący apelowali o ustawowe uporządkowanie reguł działania tej sieci oraz samych zasad franczyzy w Polsce.
Dawni ajenci Żabki zwracali uwagę na to, że sieć utrudnia audyt rozliczeń i dostępu do dokumentów. Od lat są niezadowoleni z tego, w jak niejasny sposób sieć prowadzi rozliczenia z franczyzobiorcami.
Wspiera ich „Solidarność”. Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, mówi, że po wielu dotychczasowych wspólnych działaniach franczyzobiorców i związkowców, obecnie trwają naciski na rząd Tuska w celu wprowadzenia specustawy dotyczącej uregulowania franczyzy (zasada zatrudniania, ochrony pracowników, odprowadzania podatków i składek itp.) oraz zabiegi na forum europejskim w celu ponadkrajowego rozwiązania tego problemu.
Pracownicy Auchan w Polsce dostali żenujące podwyżki.
Jak informuje portal Dla Handlu, pracownicy polskich sklepów sieci Auchan otrzymali podwyżki, które wywołały ich złość, a nie zadowolenie. Zaproponowano im aneksy do umów opiewające na kwoty… 50-60 zł brutto.
Pracownicy Auchan od dawna domagali się podwyżek. Związki zawodowe działające w polskim oddziale sieci żądali podwyżek w wysokości 400-500 zł brutto oraz dodatkowej premii za wyniki poszczególnych sklepów. Płace w Auchan rosły znacznie wolniej niż w innych sieciach, a względem wzrostu kosztów życia mowa była o stagnacji. Na początku roku pracownicy otrzymali informację, że podwyżki będą. „Miało to być minimum 140 zł brutto dla 75% pracowników. W czerwcu okazało się, że podwyżki są rzędu 50-85 zł brutto, a w większości przypadków nie przekraczają 60 zł brutto” – powiedział portalowi Dla Handlu jeden z pracowników sieci. Również premie mają być znacznie niższe od zapowiadanych, a ich zasady sformułowano tak, że zamiast deklarowanych 450 zł brutto większość zatrudnionych otrzyma nie więcej niż 270 zł brutto. Za to ucięte zostały inne benefity, jak premia kwartalna, doładowanie, bony Auchan itp.
W rozmowie z portalem pracownicy narzekają także na niefinansowy aspekt zatrudnienia. Choć przez lata przybyło sklepów sieci, zauważalnie zmniejszono ich obsadę. Oznacza to, że tyle samo lub więcej pracy wykonuje mniejsza liczba osób. Zatrudniane są jedynie osoby z niepełnosprawnościami, których etaty dofinansowuje PFRON.
Obecnie w Polsce działają 253 sklepy tej sieci. To wzrost o 7 placówek od roku 2023. W roku 2020 sieć zatrudniała w Polsce 19233 osoby, a w 2024 już tylko 15630 osób.
Duże zwolnienia na prowincji.
Jak informuje „Gazeta Krakowska”, duże zwolnienia grupowe planuje firma Famur Glinik w Gorlicach. Zostały już one zgłoszone do urzędu pracy. Wszystkie dotyczą osób zatrudnionych w dziale mechanicznym. Wytwarza on m.in. elementy hydrauliczne do maszyn stosowanych w górnictwie.
Likwidacji ma ulec cały wydział. Pracę ma stracić 189 osób.
Firma zajmuje się projektowaniem i produkcją urządzeń dla przemysłu. Zakład jest jednym z największych pracodawców w powiecie gorlickim. To jedne z największych zwolnień w okolicy od wielu lat.
Zwolnienia grupowe w wielkiej korporacji z powodu przenoszenia zadań do Indii.
Jak informuje krakowska Gazeta Wyborcza, wielkie zwolnienia szykują się w polskich strukturach koncernu HSBC. Świadczy on usługi finansowe dla firm w modelu outsourcingu. W polskich strukturach zatrudnia 6000 osób, z czego ogromną większość w Krakowie.
Teraz pracę ma stracić co najmniej 400 Polaków pracujących w krakowskim oddziale. Pracę straciło już 128 z nich. Poprzednie zwolnienia grupowe w firmie miały miejsce zaledwie w marcu. Likwidacja etatów obejmuje całe działy firmy. Część osób traci pracę z powodu AI i automatyzacji pracy, a część wskutek przenoszenia zadań do Indii do nowego oddziału koncernu.
Jutro protest przed jednym z zakładów.
Jak informuje portal Beskidzka24.pl, w czwartek 25 czerwca odbędzie się protest pracowników i związkowców przed zakładem firmy T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach. To firma z sektora automotive.
Protest organizuje „Solidarność” ze struktur ponadzakładowych działających w tej branży. Grzegorz Maślanka, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” FCA Poland, powiedział portalowi beskidzka24.pl: „O podjęcie rozmów w sprawie zbiorowej podwyżki wynagrodzeń wystąpiliśmy jeszcze w ubiegłym roku. Od lutego jesteśmy w płacowym sporze zbiorowym, jednak wciąż daleko do porozumienia akceptowanego przez załogę. Nasze niezadowolenie dotyczy również warunków i organizacji pracy. Szczególne rozgoryczenie wywołało zaplanowanie w czerwcu roboczych sobót, czyli sześciodniowych tygodni pracy, zwiększających obciążenie pracą oraz utrudniających właściwą regenerację sił”.
Jeśli kolejne protesty i negocjacje nie przyniosą efektów, związkowcy rozważają podjęcie strajku.
Duży bank zapowiada zwolnienia grupowe.
Jak informuje portal Bankier.pl, zwolnienia grupowe zapowiedział Velo Bank. Szefostwo banku przedstawia ten proces jako kolejny etap działań po przejęciu banku Citi Handlowy – jego części detalicznej.
O planowanych zwolnieniach grupa bankowa poinformowała już właściwy urząd pracy oraz związki zawodowe. Wiadomo już, że zwalniani otrzymają jedynie odprawy wynikające z regulacji kodeksu pracy.
Nie podano dotychczas skali planowanych zwolnień. Wiadomo jednak, że obejmie ona co najmniej kilkadziesiąt osób.
Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do strajku.
Jak informuje portal Tysol.pl, w zakładzie mięsnym Agryf w Szczecinie coraz większe jest prawdopodobieństwo strajku. Zakłady należą do giganta branży mięsnej Animex Foods.
Fiaskiem zakończyło się 18 czerwca spotkanie związkowców z zarządem firmy przy udziale mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Pracownicy zakładu opowiedzieli się natomiast w referendum strajkowym za przerwaniem pracy w przypadku niespełnienia ich oczekiwań finansowych.
Zarząd zakładu nie zgodził się na podwyżki oczekiwane przez związkowców. Stało się tak mimo iż związkowcy z „Solidarności” i OPZZ zaproponowali różne warianty podwyżek, w tym rozłożenie ich na raty.
W zakładzie przeprowadzono referendum strajkowe. Wymagana prawem frekwencja została znacznie przekroczona – udział w głosowaniu wzięło 67% zatrudnionych. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziało się 94,4% uczestników głosowania. Jeszcze wyższy odsetek – 94,8% – stwierdził w głosowaniu, że nie jest usatysfakcjonowany poziomem podwyżek oferowanym przez zarząd firmy.
Strajk ostrzegawczy ma odbyć się 25 czerwca i potrwać półtora godziny. Na 23 czerwca zaplanowano spotkanie ostatniej szansy z zarządem firmy. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, kolejnym krokiem może być strajk oznaczający całkowite bezterminowe zaprzestanie pracy w zakładzie.
Jak informuje portal Puls HR, nowe dane z gospodarki przynoszą złe wieści w kwestii pracy i płacy.
Nowe dane GUS mówią, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających 9 osób lub więcej) w maju 2026 r. wyniosło 9173,24 zł brutto. Oznacza to spadek o 357 zł wobec kwietnia. Takie wahanie byłoby zrozumiałe, bo w kwietniu wypłaca się corocznie więcej premii i podobnych dodatkowych świadczeń. Jednak rok do roku wzrost płac wyniósł w maju 5,8%, jednak analitycy spodziewali się wzrostu na poziomie 6,2%. Spadek poniżej poziomu 6% miał już miejsce w kwietniu i oznacza spore wyhamowanie wzrostu płac w roku 2026. Jest on najniższy od ponad 5 lat. Równie mizernie wygląda wzrost płac na tle inflacji – choć jest ona niska, to realne pensje wzrosły w maju 2026 o zaledwie 2,6% w ujęciu rocznym.
Kiepskie są także dane GUS dotyczące zatrudnienia w maju 2026 w sektorze przedsiębiorstw. Mówią one, że zatrudnienie w tym sektorze zmalało w ciągu roku o 0,9%. To już szósty z rzędu miesiąc spadków zatrudnienia w tym sektorze. Tylko w ciągu miesiąca ubyło 9000 etatów.
Kolejny raz pracownicy czekają na zaległe pensje.
Jak informuje Radio Bielsko, fatalnie wygląda sytuacja pracowników zakładu Andoria w Andrychowie. Kolejny raz czekają oni na zaległe wynagrodzenia.
Andoria to wytwórnia silników wysokoprężnych. Od roku 2025 ma ona kłopoty finansowe. Maleje produkcja, a pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń. W chwili obecnej czekają wciąż na wypłaty za maj. Jednak podobne sytuacje miały miejsce w ubiegłym roku. Latem pensje wypłacano w ratach, nawet siedmiu kolejnych. We wrześniu dwukrotnie wstrzymano produkcję z powodu braku zamówień. Firma nie odprowadza należnych składek i podatków. W zakładzie trwa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy.
Władze firmy nie kryją, że sytuacja jest trudna. Twierdzą, że starają się o pozyskanie inwestora branżowego. Problem zaległych płac i zagrożonych miejsc pracy dotyczy 280 osób.
Zamiast zwolnień grupowych – dużo niewielkich zwolnień.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, sytuacja na rynku pracy nie polepsza się, a redukcja etatów przybiera nową postać. O ile obecnie nie widać podobnej fali zwolnień grupowych jak wcześniej, o tyle znacząco wzrosła skala zwolnień indywidualnych.
W pierwszych czterech miesiącach 2026 w urzędach pracy zarejestrowało się niemal 163 000, które straciły zatrudnienie z przyczyn leżących po stronie zakładu pracy. To rok do roku wzrost skali zjawiska aż o 11 proc. „Rzeczpospolita” informuje, że podobny trend zauważyła branża HR. Firma LHH, która analizuje zjawisko, informuje, że w okresie styczeń-maj w 2026 rok do roku wzrosła o 12% liczba osób objętych programami wsparcia dla zwalnianych. To oznacza nowy rekord – już rok 2025 był pod tym względem najgorszy od lat.
W Kielcach rozpoczął się protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta.
Związek Zawodowy Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach rozpoczął protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta. Związkowcy informują: W związku z dotychczasowym brakiem reakcji władz miasta i ZTM na nasze wielokrotne pisma, jak również kontynuowanie działań szkodzących spółce, mając na względzie dobro przedsiębiorstwa MPK Kielce, a tym samym ochronę 600 miejsc pracy, Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach – skupiający 80 procent załogi MPK – jednogłośnie podjął decyzję o ogłoszeniu akcji protestacyjnej w dn. 16.06.2026 r. W ramach protestu w tym dniu zostanie odpowiednio oflagowany i oznaczony zakład oraz będą podejmowane inne działania zmierzające do obrony spółki, w tym niedopuszczenia do jej upadłości.
Ze względu na trwającą od kilku lat całkowitą blokadę medialną spółki w mediach prosimy o śledzenie naszych portali, które są wiarygodnym źródłem informacji o MPK. W tych miejscach będziemy informować o działaniach podejmowanych w ramach prowadzonego protestu. Zachęcamy również do lektury nowego numeru „Pasażera”, który jest już dostępny na naszej stronie internetowej i w autobusach komunikacji miejskiej. Są tam obszernie wyjaśnione przyczyny naszego protestu i kolejnej walki o utrzymanie miejsc pracy.
Poniżej przedstawiamy nasze postulaty. Domagamy się:
Bezwzględnego przestrzegania podpisanego w 2007 roku porozumienia ze spółką, w tym w szczególności punktu dotyczącego prowadzenia dialogu, właściwego wykorzystania środków unijnych jako wsparcia dla spółki oraz respektowania opartej na tym porozumieniu umowy kupna sprzedaży i umowy spółki. My jako sygnatariusze porozumienia, realizujemy i wypełniamy je w 100 procentach, dlatego mamy prawo domagać się tego samego od miasta. […]
Zrekompensowania spółce kosztów poniesionych w związku z obniżeniem przez rząd stawki VAT z 23 na 8 procent poprzez podpisane odpowiedniego aneksu dotyczącego sposobu waloryzacji stawki, co przewiduje paragraf 11 zawartej w 2018 roku umowy między MPK a ZTM. Spółka obecnie z tego tytułu traci kilkaset tysięcy złotych miesięcznie.
Powołania specjalnego zespołu z złożonego z przedstawicieli wszystkich klubów w Radzie Miasta, który przeprowadzi kompleksową finansową kontrolę w MPK, KASP i ZTM. Nie mamy bowiem i nigdy nie mieliśmy niczego do ukrycia – to miasto blokowało audyt w spółce i to wówczas, gdy miało przedstawiciela w radzie nadzorczej, przez co firma straciła miliony złotych.
Natychmiastowego wstrzymania decyzji o budowie nowej bazy – przynajmniej do czasu wypracowania optymalnego rozwiązania, również mając na względzie, że przez najbliższych 6 lat na terenie tej zajezdni nie będą mogły parkować nowo zakupione przez miasto i wprowadzone do ruchu 24 autobusy elektryczne, co będzie generowało dodatkowe koszty dla miasta oraz kieleckich podatników. Nie godzimy się na to, żeby wykorzystywać środki publiczne do szkodzenia spółce, w której miasto ma udziały. Jesteśmy firmą dobrze zarządzaną, konkurencyjną i prowadzącą szeroko zakrojone inwestycje, ale nawet my nie jesteśmy w stanie konkurować ze środkami publicznymi, które miały zgodnie z zawartym porozumieniem i założeniami KPO trafiać do przedsiębiorstw ponoszących straty z tytułu wprowadzonego lockdownu. Wyjaśnienia wymaga także to, dlaczego w ostatnim przetargu zmieniono zasady finansowania kilometrów dojazdowych, przez co ukryto przed kieleckim podatnikiem bardzo duże koszty związane z kilometrami dojazdowymi do bazy. Dziwnym trafem na takiej operacji traci kielecki podatnik, ale korzysta konkurencja, która ma zajezdnię kilkakrotnie dalej usytuowaną niż MPK. W tym kontekście absurdalne wydają się wcześniejsze wypowiedzi władz miasta o tym, że nie ma znaczenia, w którym miejscu znajduje się baza, bo i tak to przewoźnik ponosi koszty.
Zaprzestania działań dyskredytujących spółkę, mieszania się w wewnętrzne sprawy przedsiębiorstwa i oskarżania nas o to, że chcemy respektować zapisy umowy. Domagamy się też zaniechania szkalowania spółki poprzez jednostronny przekaz medialny oparty na kłamstwach i insynuacjach, jak również służący zaprzyjaźnionym portalom do hejtowania przedstawicieli spółki. Ten scenariusz został wymyślony i wprowadzony w 2021 roku i jest kontynuowany do chwili obecnej. Służy on odwróceniu uwagi mieszkańców Kielc od politycznych działań szkodzących spółce i miastu – oraz ich usprawiedliwianiu.
Traktowania MPK Kielce na zasadach partnerskich, a co za tym idzie zaprzestania cenzury medialnej, umożliwienia uczestniczenia w debatach dotyczących przedsiębiorstwa, zorganizowania debaty publicznej służącej wyjaśnieniu spraw zaistniałych w ostatnich latach i jednostronnych zarzutów kierowanych przeciwko MPK.
Wyjaśnienia, dlaczego mimo że miasto w dn. 27.08.2021 r. na walnym zgromadzeniu udziałowców opowiedziało się za przeprowadzeniem audytu w spółce, następnie blokowało go poprzez podejmowanie działań sprzecznych z obowiązującymi przepisami prawa, co przyczyniło się do poniesienia przez spółkę ogromnych strat finansowych.
Odstąpienia od naliczania kar za średni wiek taboru. Skoro miasto odstąpiło od ukarania innego przewoźnika w kwocie około 1,5 miliona złotych za nieterminowe przystąpienie do realizacji zadania w określonym terminie, a w nowym kontrakcie przejmuje na siebie ryzyko wzrostu cen energii, aby nie obciążać nim zewnętrznego operatora, tym bardziej powinno uwzględnić nadzwyczajne okoliczności, które dotknęły MPK podczas realizacji kontraktu inwestycyjnego. Pandemia COVID-19, lockdowny i ograniczenia pracy przewozowej były zdarzeniami niemożliwymi do przewidzenia i pozbawiły spółkę wielomilionowych przychodów. Dodatkowo miasto przerzucało setki tysięcy kilometrów pomiędzy kontraktami, co wiązało się z obniżeniem dochodów rzędu wielu milionów złotych w kontrakcie inwestycyjnym oraz doprowadziło do wyłączenia z ruchu 5 autobusów typu MIG. Stosowanie kar z pominięciem tych faktów jest przejawem nierównego traktowania przewoźników.
Zaprzestania politycznego blokowania scalenia działek przy ulicy Jagiellońskiej, z których zyski ze sprzedaży spółka planowała przeznaczyć na inwestycje.
Jeśli miasto lekceważy i notorycznie łamie podpisane porozumienia, uzgodnienia i umowy, a także nie zamierza zaprzestać wykorzystywania środków publicznych do celów szkodzących finansom MPK Kielce, żądamy wykupienia udziałów w spółce i wzięcia za nią odpowiedzialności. Nie ma naszej zgody na to, aby udziałowiec, jakim jest miasto, wykorzystywał środki publiczne do szkodzenia spółce, łamał podpisane umowy i porozumienia, korzystając z uprzywilejowanej pozycji organizatora transportu. Bieżąca polityka nie może doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa z 75-letnimi tradycjami oraz zniszczyć dorobek, który załoga własnym wysiłkiem i wyrzeczeniami wypracowuje od niemal 20 lat.
Szybki przyrost zatrudnienia na umowach śmieciowych.
Jak informuje portal Puls HR, dane GUS dotyczące końca roku 2025 obrazują duży wzrost zatrudnienia na umowach śmieciowych. Wedle stanu na 31 grudnia aż 1 500 000 osób w Polsce pracowało wyłącznie w oparciu o umowy zlecenia i podobne pozakodeksowe formy zatrudnienia. Oznacza to w ciągu roku wzrost o niemal 5%.
Najwięcej takich umów jest w sektorze administrowanie i działalność wspierająca. Obejmuje ona m.in. działalność agencji zatrudnienia i pośrednictwa pracy. Oznacza to zwykłe umowy śmieciowe dla pracowników firm, które korzystają z zatrudniania za pośrednictwem agencji. W ten sposób pracowało 326 000 osób w Polsce. Kolejnymi najbardziej uśmieciowionymi branżami są handel oraz naprawa pojazdów samochodowych.
Najbardziej uśmieciowione pod względem liczbowym są rynki pracy w regionie warszawskim stołecznym (201 000 osób) i śląskim (174 000), a najmniej osób pracuje w ten sposób w świętokrzyskim (30 000) i opolskim (31 400).
W dużym zakładzie odbędzie się strajk.
Jak informuje portal Tysol.pl, przygotowywany jest strajk w Zakładach Mięsnych Agryf w Szczecinie. Od dłuższego czasu zakładowe struktury „Solidarności” prowadzą spór zbiorowy z władzami firmy. Domagają się podwyżek płac i motywują to m.in. dobrą kondycją finansową i zyskami zakładu.
Póki co zarząd firmy odmawia spełnienia żądań pracowniczych. W związku z tym dzisiaj i jutro prowadzone jest w zakładzie referendum strajkowe. W czwartek ma się odbyć kolejna tura negocjacji związkowców z zarządem w sprawie podwyżek.
Gdy władze firmy nie pójdą na ustępstwa, na 25 czerwca planowany jest dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Towarzyszyła mu będzie pikieta przed siedzibą władz firmy.
Kiepskie tendencje zachodzą w sferze zatrudnienia i płac.
Jak informuje portal Dla Handlu, kiepskie wieści płyną z polskiej gospodarki w nowej analizie Centrum Analitycznego Gremi Personal. Opracowało ono m.in. National Employment Index. W I kwartale 2026 roku wyniósł on 50 punktów, co oznacza poziom neutralny.
Kryją się za tym jednak liczne złe tendencje. W I kwartale 2026 roku zatrudnienie spadło w całej polskiej gospodarce rok do roku o 51,3 tys. osób, co oznacza spadek o 0,76%. Najwięcej etatów ubyło w branży motoryzacyjnej (3,4% w ciągu roku) i w meblarskiej (3,2%).
Z kolei deklarowane zwolnienia grupowe wzrosły o 25% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2025. Firmy zgłosiły chęć zwolnienia w procedurze zbiorowej ponad 11 300 osób.
Źle wygląda także kwestia wynagrodzeń. Wzrosły one co prawda rok do roku o 6,3%. Jednak jest to wzrost najniższy od 5 lat. W latach 2023-2024 średnie podwyżki płac były dwucyfrowe. Szokuje informacja, że aż 68% firm całkowicie zablokowało jakiekolwiek podwyżki, a wręcz pojawiły się niewidziane od dawna przypadki obniżania płac.
We wrześniu w wielkiej sieci handlowej odbędzie się strajk generalny.
Jak informuje Business Insider, związkowcy w sieci handlowej Dino ogłosili, że we wrześniu odbędzie się strajk generalny. Ma on przybrać postać całkowitego i bezterminowego zaprzestania pracy. Taka decyzja to pokłosie fiaska kilkumiesięcznych prób nakłonienia szefostwa firmy do spełnienia oczekiwań pracowników.
Przed kilkoma miesiącami w Dino Polska powstały struktury związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy. Wcześniej struktury tego związku powstały m.in. w Biedronce, Kauflandzie, Rossmannie i Aldim.
Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.
OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy, a niedawno trzydniowy protest pod siedzibą firmy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy władz Dino Polska. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.
Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.
Najnowsza decyzja związkowców to ogłoszenie pogotowia strajkowego i zapowiedź zorganizowania strajku generalnego we wrześniu. Związkowcy napisali: „Wczoraj zapadła decyzja, że Strajk Generalny odbędzie się we wrześniu. Aktualnie wprowadziliśmy pogotowie strajkowe i będą kontynuowane inne formy protestu, o których będzie głośno! Zapadła też decyzja o utworzeniu Funduszu Strajkowego”. Do września będzie też trwała kampania informacyjna skierowana do klientów sieci oraz pracowników Dino.
Działacze OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiadają także: „Przygotowujemy obecnie ogromną dokumentację dotyczącą masowego łamania przepisów prawa przez Dino i będziemy kierować ją do Prokuratury Krajowej”.
Producenci mąki, cukru, oleju rzepakowego, nabiału i wędlin apelują o uregulowanie promocji w wielkich sieciach.
Jak informuje Portal Spożywczy, do ministra rolnictwa trafił apel przygotowany wspólnie przez duże ogólnopolskie organizacje branżowe producentów mąki, cukru, oleju rzepakowego, masła i nabiału oraz mięsa i wędlin. Apelują one o ustawowe uregulowanie zasad promocji w sieciach handlowych. Uważają, że wojna handlowa między wielkimi sieciami dewastuje rynek handlu spożywczego w Polsce.
Adam Stępień, Dyrektor Generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, mówi Portalowi Spożywczemu: „Łatwo dostrzec po gazetkach promocyjnych największych sieci sklepów, że na rynku oleju rzepakowego coś jest nie tak. Ceny detaliczne, za które oferowany jest olej będący praktycznie w już ciągłej niemal promocji, nie są w żaden sposób skorelowane z realną wartością ekonomiczną łańcucha dostaw, co oczywiście musi odbijać się na opłacalności jego produkcji. Jesteśmy niestety typowym przykładem strategicznego grania na rynku naszym produktem żeby przyciągnąć do siebie konsumentów. Finalnie i on na tym nie zyskuje, bo odpowiednie przychody dystrybutorów kompensują inne towary, które nabył przy okazji tej samej wizyty w sklepie”.
Z kolei Tomasz Parzybut, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, mówi: „Produkty mięsne są wykorzystywane jako narzędzie do przyciągania klientów do sklepów, a ich ceny bywają obniżane nawet o 50 proc. w stosunku do poziomów rynkowych. Żaden lokalny sklep mięsny nie jest w stanie konkurować z taką polityką cenową. To nie jest zwykła walka o klienta, a mechanizm, który prowadzi do wypierania mniejszych uczestników rynku. Najpierw znikają rodzinne sklepy mięsne, które od pokoleń budowały lokalny handel. Następnie problemy dotykają zakładów mięsnych, które tracą odbiorców i możliwości sprzedaży swoich wyrobów. W efekcie konsumenci tracą dostęp do lokalnych produktów”.
Sygnatariusze apelu do ministra zwracają uwagę, że praktyki sieci handlowych docelowo zagrażają producentom żywności, dostawcom surowców (rolnikom, hodowcom), mniejszym podmiotom handlowym, a ostatecznie także konsumentom.
Michał Gawryszczak, Dyrektor Biura Związku Producentów Cukru w Polsce, dodaje: „W wielu krajach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy, obowiązują regulacje ograniczające sprzedaż towarów poniżej kosztów zakupu lub wykorzystywanie agresywnych promocji, które mogą zaburzać konkurencję na rynku. Rozwiązania te mają chronić zarówno producentów, jak i mniejszych detalistów przed praktykami prowadzącymi do wojny cenowej i wypychania konkurencji z rynku. Uważamy, że podobne mechanizmy powinny zostać rozważone również w Polsce, aby zapewnić uczciwe warunki funkcjonowania wszystkim uczestnikom rynku oraz długoterminową stabilność sektora handlu detalicznego”.
Kilka firm jest podejrzewanych o zmowę w celu oferowania pracownikom jak najniższych płac.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za zgodą sądu i przy wsparciu policji dokonał przeszukań w siedzibach pięciu przedsiębiorstw z powiatu bolesławieckiego i Wrocławia: Toyota Boshoku Poland, Toyota Boshoku Europe, Bader Polska, Gerresheimer Bolesławiec oraz Hoerbiger Automotive.
Działania podjęto na podstawie podejrzenia, że wspomniane przedsiębiorstwa zawarły zmowę w celu zaniżania wynagrodzeń. Zdaniem UOKiK istnieje podejrzenie, że firmy te – wszystkie z sektora produkcji i prowadzące działalność w niewielkiej odległości – zmówiły się przeciwko pracownikom. Zmowa miała obejmować oferowane stawki wynagrodzeń i benefity pozapłacowe, aby były one podobne w tych przedsiębiorstwach. Dodatkowo firmy miały się porozumieć w celu niezatrudniania osób, które wcześniej pracowały w którejś z nich. Takie działania skazywały pracowników na akceptowanie oferowanych stawek, zmniejszały ich pole manewru przy wyborze pracy oraz utrudniały jej zmianę. Dla uczestników zmowy były z kolei korzystne finansowo i pozwalały do minimum zmniejszyć konkurowanie o pracowników.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny mówi mediom: „Przedsiębiorcy działający na lokalnym rynku mają dostęp do tej samej puli pracowników i rywalizują o nich. Dlatego wspólne ustalenia, które mają uniemożliwić lub utrudnić zmianę pracodawcy, stanowią ograniczenie konkurencji. Jest to szczególnie szkodliwe dla lokalnych społeczności, ponieważ nie pozwala na zmianę miejsca pracy, niezależnie od posiadanych lub podnoszonych kwalifikacji”.
Za udział w zmowie grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu firmy, a menedżerowie biorący udział w zmowie mogą zostać ukarani grzywną do 2 milionów złotych.
Związkowcy jednej z sieci handlowych walczą o zwiększenie obsady sklepów.
Jak informuje portal Tysol.pl, w sieci „Stokrotka” (kapitał litewski) doszło do kolejnej odsłony konfliktu związkowców z „Solidarności” z szefostwem firmy. Od kilku miesięcy trwa tam spór zbiorowy. Oprócz postulatów podwyżek płac związkowcy domagają się także zwiększenia personelu sklepów – ich zdaniem obecna obsada jest mizerna, skutkuje przeciążeniem zatrudnionych, a także niemożnością brania urlopów w terminach dogodnych dla pracowników.
Związkowcy przygotowali petycję do władz sieci. Napisali w niej m.in.: „Trudno nam zaakceptować redukcję personelu i nieprzedłużanie umów sprawdzonym pracownikom, podczas gdy wyraźnie brakuje rąk do pracy. Jako konsumenci, od których zależą zyski Państwa firmy, apelujemy o zwiększenie liczby personelu na zmianach oraz wstrzymanie redukcji doświadczonej załogi. My, niżej podpisani Mieszkańcy i Klienci Stokrotki wyrażamy głębokie zaniepokojenie spadkiem komfortu zakupów w naszym sklepie. Drastyczne zmniejszenie liczby personelu bezpośrednio uderza w nas – kupujących: ogromne kolejki przy kasach tradycyjnych i ladach; wymuszanie korzystania z kas samoobsługowych; skrajnie przemęczeni pracownicy, którzy fizycznie nie są w stanie rozładować kolejek; redukowanie doświadczonej kadry odbija się na jakości obsługi i płynności zakupów. Powyższe sprawia, że zakupy stają się uciążliwe”.
Związkowcy rozpoczęli zbieranie pod petycją podpisów klientów sklepów sieci „Stokrotka”. Tylko w jednym ze sklepów w Lublinie zebrali ich w cztery godziny 460. Podczas trzydniowej akcji zebrano tamże niemal 1600 podpisów. Akcja ma być wkrótce rozszerzona na inne sklepy sieci, także w innych miastach.
Ponad pół miliona miejsc pracy w UE jest zagrożonych likwidacją.
Jak informuje portal Money.pl za materiałami portalu Politico, Komisja Europejska przedstawi wkrótce raport wskazujący na poważne zagrożenie dla miejsc pracy w krajach UE. Raport zawiera prognozy mówiące, że likwidacja może wkrótce objąć 560 000 miejsc pracy. Przyczynami są wysokie ceny energii, zmiany w przemyśle i transformacja energetyczno-klimatyczna. Portal Politico stwierdza: „Kraje UE narażone są w najbliższych latach na masową utratę miejsc pracy, ponieważ wysokie koszty energii, restrukturyzacja przemysłu i transformacja ekologiczna negatywnie wpływają na gospodarkę – ma ostrzec Komisja Europejska”.
560 tysięcy miejsc pracy w krajach UE może być zagrożonych tylko w roku 2026, nie licząc kolejnych lat. Głównymi czynnikami ryzyka są koszty energii rosnące wraz z „transformacją energetyczną” oraz konkurencyjna presja Chin. Do sektorów najbardziej zagrożonych utratą miejsc pracy należą wedle raportu KE budownictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny i transport.
W dłuższej perspektywie tylko w sektorze motoryzacyjnym może być zagrożonych 600 000 etatów. Konkurencja chińska zagraża także „zielonemu przemysłowi” i oznacza ryzyko utraty w Europie 85 000 miejsc pracy w produkcji baterii i akumulatorów oraz około 60 000 w sektorze wytwarzania paneli słonecznych.
Dotychczasowe szacunki unijne prognozowały na koniec roku bezrobocie w wysokości 5,9% dla całej Wspólnoty. Szacunki te już zostały podniesione do 6%.