Archiwum kategorii: Opinie

Mit pracowitości

Pracowitość to słowo-wytrych, idealne do tresury każdego, kto ośmiela się podważać istniejący porządek społeczny. Ma uzasadniać istnienie hierarchii społecznej, różnic w posiadaniu czy nierównych wpływów politycznych. Ma wytrącać argumenty z rąk tym będącym na dole, którzy odważyli się powiedzieć tym na górze, że to niesprawiedliwe. Otóż ci na górze najpierw na to zapracowali, czyli wykazali się odpowiednią dozą pracowitości. Ci na dole albo mają to dopiero przed sobą – czyli muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty – albo nie wykazali się należytym samozaparciem i niestety nie będzie im dane wdrapać się na szczyt. Są po prostu zbyt mało pracowici. Pracowitość ma uzasadniać, dlaczego ktoś absurdalnie dużo zarabia, a brak pracowitości uzasadnia, dlaczego ktoś zarabia koszmarnie mało. Jest też słowem-kluczem, które tłumaczy, dlaczego ktoś nie ma „pleców” w społeczeństwie (nie „wychodził” sobie) albo odpowiedniego wykształcenia (nie chciało mu się uczyć). Niewiele zarabiasz, zatem widocznie za mało pracujesz, ewentualnie nieodpowiednio się starasz w pracy i za mało z siebie dajesz. Czytaj więcej

markiewka
dr Tomasz Markiewka

Precz z „populizmem”

Skoro przejawem populizmu ma być zarówno wrogość wobec obcych, jak i pomoc najuboższym, zarówno program Trumpa, jak i program Podemos – by sięgnąć po najsłynniejsze zagraniczne przykłady polityki prawicowej i lewicowej – powstaje proste pytanie: co to słowo właściwie znaczy? Na ile pomaga objaśnić współczesny świat, a na ile zaciemnia sytuację? Przecież wystarczy tylko zerknąć na propozycje Trumpa i Podemos, aby dojrzeć poważne różnice. Trump chce obniżać podatki dla bogaczy, Podemos podwyższać. Trump na każdym kroku pokazuje, że nie obchodzą go prawa kobiet, Podemos jest w tej sprawie bezkompromisowe i żąda pełnego równouprawnienia. Trump idzie na otwartą wojnę z imigrantami, a Podemos swego czasu proponowało, by zlikwidować wszelkie bariery związane z migracją i nadać w Hiszpanii prawa wyborcze każdemu przybyszowi z innego kraju. A jednak dla dużej części mediów i polityków zarówno amerykański prezydent, jak i młoda lewicowa partia są populistami. O co chodzi? Jeśli zrozumiemy tę (neo)liberalną perspektywę, łatwo pojmiemy, dlaczego populistami mogą być nazywane tak skrajnie różne siły polityczne, jak nacjonalistyczny Front Narodowy i lewicowe Podemos albo, by sięgnąć po polski przykład, PiS i Razem. Z punktu widzenia (neo)liberała populistą jest każdy, kto występuje przeciw politycznemu konsensusowi opierającemu się na wolnorynkowym fundamentalizmie. Ten konsensus jest opakowany w piękne idee: otwartość, wolność czy budowanie zjednoczonej Europy. Wszystko to jednak – zdaniem (neo)liberałów – musi być wsparte na wolnym rynku, którego zasady dyktują międzynarodowe korporacje. Osoba, która podważa kapitalizm – albo nawet tylko kapitalizm w jego obecnym kształcie – jawi się jako równie niebezpieczna, co otwarty ksenofob. Czytaj więcej

Kowalowka
Michał Kowalówka

Przekażmy sobie znak niepokoju

Kiedy przywołamy dane statystyczne, zobaczymy, że zdrowie psychiczne w rozwiniętych społeczeństwach jest na coraz niższym poziomie. Pierwszy z brzegu efektowny przykład: na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu lat liczba zaburzeń depresyjnych i lękowych wśród Amerykanów wzrosła o blisko 300%. Stworzono nowe metody badawcze, diagnostyka jest bardziej precyzyjna, a dostęp do państwowej służby zdrowia zwiększył się. W żadnym razie nie można jednak ignorować istnienia problemu: wedle WHO zaledwie jedna trzecia osób cierpiących na zaburzenia psychiczne korzysta z profesjonalnej pomocy. Prognozy Światowej Organizacji Zdrowia przestrzegają, że w 2022 r. depresja będzie na świecie drugim najbardziej kosztownym społecznie schorzeniem, zaraz po chorobach nowotworowych. Znaczące jest, że w Wielkiej Brytanii w latach 1998-2010 przepisywanie leków psychotropowych zwiększało się średnio o 10% rocznie. Na kłopotach z dobrostanem psychicznym można zarobić (i wyspekulować) nieprzyzwoicie duże pieniądze. Płacimy za ubezpieczenia od odpowiedzialności wobec innych, na wypadek kradzieży, zranienia, niepogody czy niedotrzymania kontraktów biznesowych. Gałąź gospodarki oparta na nieufności prosperuje bardzo dobrze. Nawet w roli zasobnego konsumenta jednostka nie może wykazywać nadmiernego zaufania. Ufność wobec towarów spada nie tylko w tym sensie, że ich materialna żywotność wydaje się ciągle zmniejszać. Konsumpcyjna tożsamość, budowana w procesie otaczania się dobrami-symbolami, jest wyjątkowo krucha. Czytaj więcej

Mark Weisbrot
Mark Weisbrot

Sukces lewicy w Ekwadorze

Przykładowi Ekwadoru warto przyjrzeć się również dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo przesadzona jest znaczna część retoryki mówiącej, że „globalizacja” ogranicza decyzje rządów do tych, które uszczęśliwią międzynarodowych inwestorów. Okazuje się, że nawet stosunkowo niewielkie, rozwijające się państwo o średnim dochodzie, może wdrożyć alternatywne rozwiązania polityczne – jeżeli tylko obywatele wybiorą rząd niezależny i wystarczająco odpowiedzialny, aby je zastosować. Wśród osiągnięć dziesięciolecia rządów lewicy w Ekwadorze (2007-2016) widzimy zmniejszenie ubóstwa o 38 procent i zmniejszenie skrajnego ubóstwa o 47 procent. Wydatki na cele socjalne, łącznie z większymi wydatkami na edukację i opiekę zdrowotną (liczone jako odsetek PKB) podwoiły się. Znacznie wzrosło uczestnictwo mieszkańców w wieku lat 17 i młodszych w edukacji, a wydatki na szkolnictwo wyższe (także liczone jako odsetek PKB) stały się najwyższe w Ameryce Łacińskiej. Średni roczny wzrost dochodu na mieszkańca był o wiele wyższy niż w ciągu poprzednich 26 lat (odpowiednio 1,5 i 0,6 procent), poza tym zdecydowanie zmniejszyły się nierówności społeczne. Inwestycje publiczne liczone jako odsetek PKB wzrosły ponad dwukrotnie, czego rezultaty dały się zauważyć pod postacią nowych dróg, szpitali, szkół i dostępu do elektryczności. Czytaj więcej

(Kontr)rewolucja w państwie PiS

Znana teza głosi, że PiS przejął od lewicy elektorat socjalny. Ale to o wiele bardziej skomplikowane. A to z tej prostej przyczyny, że ewentualny prosocjalny elektorat wcale nie oznacza z definicji elektoratu współczesnej lewicy, która w kwestiach emancypacyjnych znacznie wykracza poza postulaty sprzed stulecia. Nawet jeśli przyjmiemy, że lud w Polsce nie jest wcale tak konserwatywny, jak chciałaby prawica, to jest wystarczająco konserwatywny w sferze publicznej, by od dekad wybierać centroprawicę, albo co najwyżej mocno dwuznaczną w sprawach obyczajowych post-PRL-owską socjaldemokrację, a nie na przykład Zielonych. Co więcej, niestety, po kryzysie z przełomu dekad ujawniły się w polskim społeczeństwie głębokie pokłady frustracji, które uskrzydliły neoendeków na ambonach, stadionach i w politycznych gabinetach. Może był kiedyś moment, w którym dało się ulicę zdobyć dla lewicy (bezprzymiotnikowej), ale, jak się wydaje, niesprzyjających okoliczności było całkiem sporo. Zatem nawet socjalny elektorat nie będzie tak łatwy do pozyskania. Dlaczego? Bo jak dotąd, najprozaiczniej w świecie, na skrzyżowaniu między socjalnością a emancypacją kulturowo-polityczną rozchodzą się drogi przynajmniej części prosocjalnego elektoratu i lewicy. I także dlatego lewica, która nie może udawać, że nie słyszy chamskich uwag o emigrantach, wypowiadanych nierzadko wcale nie przy „budce z piwem”, ale w inteligentnych biurowcach przez modnie przystrzyżone korpoosoby, które po robocie kultywują nacjonalistyczne fobie, nie przywita z entuzjazmem wizji politycznego sojuszu z obecnym obozem władzy. Tym bardziej, o czym piszę ze smutkiem, że obrażanie lewicy i mocna dyskredytacja jej postulatów emancypacyjnych, nie tylko tych nazywanych obyczajowymi, ale np. antyprzemocowych i antyseksistowskich, jest po prostu częścią lajfstajlu niemałej części centroprawicy. Choć jest i odwrotnie: to niektórzy ludzie lewicy sądzą, że pogardą dla propisowskiego ludu i elity cokolwiek dla siebie wywalczą w przestrzeni społecznej. Tyle że siły wyborcze i możliwości instytucjonalne rozkładają się obecnie na zdecydowaną niekorzyść lewicy. Ten stan szybko się nie zmieni.
Czytaj więcej

Marcin Malinowski

Co z tą Konstytucją – część 3

Punkt trzeci narzuca ustawie o planowaniu przestrzennym obowiązek brania pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego. Z tego punktu powinno wynikać, że np. planując budowę czy remont drogi należy uwzględnić przejścia dla migrujących zwierząt, a planując zabudowę terenu – brać pod uwagę siedliska zwierząt. Punkt czwarty chroni zasoby naturalne przed prywatyzacją czy presją na ich prywatyzację w przypadku kryzysu finansowego państwa, czyli pozbawienia społeczeństwa możliwości taniego korzystania z natury i jej usług, jak woda pitna czy czyste powietrze. Dokument Komisji Europejskiej na temat obszarów Natura 2000 szacuje, że roczny koszt tworzenia, ochrony i zarządzania obszarami Natura 2000 wynosi w całej Unii Europejskiej około 5,8 miliardów euro, natomiast zyski, w tym jakość usług ekosystemów, to około 200-300 miliardów euro rocznie, generowane np. przez zmniejszanie szkód powodziowych. Ochrona przyrody po prostu opłaca się, podobnie jak czyste powietrze w miastach. Punkt piąty nakłada na niepaństwowych właścicieli ziemi rolnej, lasów czy jezior obowiązek zapewnienia minimalnych norm ochrony przyrody oraz chroni Polaków przed nadmierną koncentracją zasobów naturalnych w prywatnych rękach. Jest to bardzo ważne, gdyż wiele funduszy inwestycyjnych, np. z Chin czy krajów arabskich, masowo wykupuje tereny i zasoby. Konstytucja powinna to uniemożliwić w interesie społecznym i narodowym. Punkt szósty powinien uniemożliwić sejmowi i rządowi traktatową zgodę na międzynarodowy arbitraż w kwestii zasobów naturalnych. Jeśli istniejące umowy o ochronie inwestycji to blokują, odpowiednie zapisy powinny zostać zmienione. Punkt dziesiąty może ukrócić dominację myśliwych. W punkcie jedenastym puszczam wodze fantazji i postuluję, aby obszarom chronionym nadać osobowość prawną oraz stworzyć instytucję Rzecznika Przyrody z prawem do reprezentowania natury przed sądem. Czytaj więcej

Obronność – próba wstępnej oceny nowej ekipy

Przegląd wypada rozpocząć od sztandarowego projektu bieżącej ekipy, stanowiącego najbardziej radykalne i w praktyce jedyne naprawdę znaczące odejście od wcześniej prowadzonej polityki zbrojeniowej, czyli od Wojsk Obrony Terytorialnej. Zamierzenia na bieżący rok obejmują powołanie kolejnych trzech wojewódzkich brygad OT, które dołączą do trzech utworzonych w ubiegłym roku. Powołanie dowództw wojewódzkich stanowi wstęp do formowania rzeczywistych jednostek bojowych – podstawowym szczeblem taktycznym WOT będą powiatowe kompanie. Zabezpieczenie potrzeb tworzonych oddziałów, które mają zwiększyć do 2019 r. liczebność armii o połowę, wiąże się z koniecznością dokonania dość sporych zakupów. Takowe są czynione. Energia, z jaką formowany jest nowy rodzaj wojsk, nie eliminuje jednak żadnej z wątpliwości wiążących się z nimi od samego początku. Najważniejszą jest realna skuteczność lekkiej piechoty – mającej dysponować tylko symboliczną liczbą pojazdów opancerzonych – w potencjalnej konfrontacji z armią rosyjską. Ta ostatnia, dzięki poważnym inwestycjom epoki Putina, nabrała bardzo zrównoważonego charakteru, co uczyniło z niej groźnego przeciwnika, pozbawionego większości wcześniejszych słabości. Odznacza się ona bowiem jednocześnie dużą liczebnością i siłą ognia na każdym szczeblu, w znacznej mierze dzięki przemyślanym modernizacjom potężnych zasobów uzbrojenia postsowieckiego, uzupełnianego przez nowsze wzory, do których dołączyło nowoczesne wyposażenie w zakresach rozpoznania, dowodzenia, łączności i walki elektronicznej oraz poprawa jakości czynnika ludzkiego. Wszystko to każe sceptycznie podchodzić do możliwości, jakie w ewentualnym starciu z Rosją mają nasze ubogo wyposażone, szkolone w ograniczonym wymiarze czasowym jednostki, które być może byłyby realną pomocą w walce z przeciwnikiem słabo zorganizowanym, o przestarzałym wyposażeniu i niskim morale. Czytaj więcej