OPINIE

Razem lepiej

W ten sposób rozbiciu ulega coś, co Sennett nazywa trójkątem społecznym. Na jego boki składają się: zasłużone zwierzchnictwo, wzajemny szacunek oraz współpraca w sytuacjach kryzysowych. Elementy te umożliwiały ucywilizowanie pracy, nawet jeżeli sama w sobie była ona trudna. Co istotne, odbywało się to w sposób nieformalny i właściwie bezrefleksyjny. Efekty były jednak odczuwalne, na co wskazywały badania prowadzone przez Sennetta. Niestety chwiejność trójkąta społecznego jest obecnie odczuwalna wśród znacznej części pracowników, szczególnie ogarniętego kryzysem sektora finansowego. „Zrozumieli, jak nikłym szacunkiem darzyli swoich szefów, jak powierzchowne było zaufanie między współpracownikami, a przede wszystkim jak słabe okazały się więzi współpracy, gdy już doszło do katastrofy”. Czytaj więcej

O gospodarkę instytucjami silną

Niektórzy dogmatycy zrównoważonego budżetu lubią argumentować, że nie stać nas na wspieranie grup, którym powiodło się gorzej. Twierdzą, iż jest to „stawianie konia przed wozem”, bo „żeby wydawać, należy najpierw zarobić”. I chociaż w kwestii polityki społecznej wojowniczy dogmatyzm budżetowy jest chybiony, to w jego przesłankach jest zawarte słuszne spostrzeżenie. Nie można posiąść i utrzymać zdobyczy cywilizacji samym tylko żądaniem godnego życia i solidarności. Czytaj więcej

Keoghan
Jim Keoghan

Jak korporacyjny futbol wykończył kluby, które kochaliśmy

W 1990 roku najtańszy bilet na „domowy” mecz Liverpoolu kosztował 4 funty. Po około dwóch dekadach, w 2011 roku, ten sam bilet kosztował 45 funtów. Gdyby ceny w świecie futbolu rosły zgodnie ze stopą inflacji znaną z pozostałych sektorów gospodarki, bilet powinien kosztować 7 funtów. Problem jest równie dramatyczny, jeśli chodzi o karnety sezonowe. W sezonie 1989/1990 najtańszy karnet na Anfield [stadion Liverpoolu] kosztował 60 funtów. I znowu, podążając za stopą inflacji, karnet sezonowy w 2011 r. powinien kosztować 100 funtów. Tymczasem od przeciętnego kibica oczekuje się dziś, że za możliwość oglądania meczów Czerwonych zapłaci 725 funtów. Biorąc pod uwagę fakt, że większość mieszkańców Liverpoolu od 1990 roku nie doświadczyła podwyżek płac nadążających za inflacją oraz że w mieście znajduje się pięć z dziesięciu najbiedniejszych dzielnic w Anglii, nie potrzeba zbyt dużej wyobraźni, aby domyślić się, iż tłumy, które gromadzą się na Anfield w dzień meczu, to najprawdopodobniej bogaci goście spoza miasta. Czytaj więcej

Polska ekonomia absurdu

W Polsce pokutuje mit indywidualnej przedsiębiorczości. Rzekomo to właśnie jej zawdzięczamy rozwój. Prawda jest jednak zupełnie inna. Indywidualna przedsiębiorczość kwitnie najbardziej w najbiedniejszym regionie świata, czyli w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie z reguły kilkadziesiąt procent siły roboczej to „przedsiębiorcy”. W Beninie jest ich nawet około 90%. Tam po prostu każdy coś dłubie, struga, pokątnie sprzedaje, byle tylko przetrwać. Z jakiejś przyczyny ta indywidualna energia nie przekłada się na wzrost gospodarczy, który w Afryce Subsaharyjskiej w zasadzie od lat 70. stoi w miejscu. Krajobraz zastępów mikroprzedsiębiorców i drobnych ciułaczy, wypełniających bazary i sprzedających wszystko co popadnie z rozłożonych łóżek polowych, jest typowy dla krajów zacofanych, w których indywidualnej przedsiębiorczości jest z reguły pod dostatkiem. W krajach rozwiniętych odsetek przedsiębiorców zdecydowanie spada. Najniższy jest m.in. w Norwegii, ale nawet w podobno arcyliberalnych Stanach Zjednoczonych jest on jednocyfrowy. Czytaj więcej

Niech sczezną artyści

Gdyby udało się obłożyć składkami wszystkie takie umowy, system osłony socjalnej mógłby objąć stopniowo całą rzeszę ludzi, którzy teraz zupełnie jej nie mają. Ktoś, kto nie boi się, że w razie utraty pracy znajdzie się po prostu na bruku bez środków do życia, ktoś, kto wie, że w razie choroby uzyska bezpłatną pomoc, a w razie wypadku odszkodowanie, może być w negocjacjach z pracodawcą bardziej hardy, odrzucać najgorsze czy poniżające propozycje pracy, znaleźć oddech na nieco dłuższe poszukiwania. To jest zresztą jedna z przyczyn, dla których wielu pracodawców woli płacić pracownikom więcej, ale zatrudniać ich na śmieciówkach, niż płacić mniej – i zatrudniać na umowę o pracę. Tymczasem trwają akcje pod hasłem „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów” (czy też twórców). Czytaj więcej

Pic. A za picem nic

W Polsce nie jest w dobrym tonie mówić o rozwarstwieniu i konfliktach klasowych. To „komunistyczne wymysły” – liczy się jedność narodowa, którą osiągniemy, gdy tylko zacznie rządzić prawica bardziej prawdziwa od tej mniej prawdziwej. I oczywiście jeszcze bardziej wolnorynkowa, bo tylko wolny rynek odejmie Polakom ból głowy. Niektórym najpewniej razem z głową, ale koszty transformacji są zawsze nieuniknione. Te obecne, bo nad dawnymi można już uronić łezkę: Karol Modzelewski i Marcin Król służą przykładem wzruszeń poniewczasie. Prawa realnego liberalizmu nie różnią się pod tym względem od obowiązujących w realnym socjalizmie: za okres błędów i wypaczeń można bić się w piersi wtedy, gdy dawne ofiary już trafił szlag, a system pracuje nad nowymi. Czytaj więcej

Już jest jutro

Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia. Przez ostatnie ćwierć wieku było ono jedną z największych plag nękających polskie rodziny, a w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie. Czytaj więcej