Nowy Ład

·

Nowy Ład

Problem podatkowy jest bezsprzecznie jednym z najważniejszych problemów, którymi się musimy zająć. Również i tu można znaleźć rozwiązanie, jeśli zgodzimy się na zastosowanie metod gospodarki planowej. Jednakowoż nie należy zapominać, że o ile zamierzamy w ogóle cokolwiek podjąć dla zmniejszenia nacisku śruby podatkowej i przeprowadzenia lepszego podziału ciężarów podatkowych, musimy równocześnie szukać rozwiązania i innych problemów państwowych, najściślej z tym związanych i musimy też mieć odwagę zastosowania takiego rozwiązania. /…/

Kwestia podatkowa zmusza nas znowu do zbadania funkcji aparatu rządowego, wynikiem zaś każdego podobnego badania musi być zawarty od A do Z system finansowy. Dlatego w przeważającej części wypadków jest rzeczą zupełnie niemożliwą jakikolwiek szczegół działalności rządu oddzielić od jego kosztów, obojętnie, czy chodzi o przedsięwzięcia faktyczne, czy też planowane.

Nowoczesne państwo musi się zająć gospodarką, niezależnie od tego, czy jest mu to na rękę, czy też nie. Nasza nowoczesna cywilizacja zmusza nas do tego. W dawniejszych czasach na przykład budowaliśmy dom, w tym zaś domu umieszczaliśmy umysłowo chorych spośród nas. Od tej chwili ludność już wcale się o nich nie troszczyła.

Nie czyniliśmy tego nawet z wszystkimi umysłowo chorymi. Tysiące ich żyło rozproszonych po różnych gminach, ukrytych gdzieś w ciemnych komórkach lub na poddaszach. W całym państwie była moc niedorozwiniętych umysłowo dzieci, o które państwo podówczas w ogóle się nie troszczyło. Wtenczas istniały jeszcze więzienia mające po sześćdziesiąt do siedemdziesięciu lat, o celach dwóch metrów długości, siedemdziesięciu pięciu centymetrów szerokości i dwóch metrów wysokości – i jeszcze przed dwudziestu laty uważaliśmy to za rzecz zupełnie w porządku. Ba, zakłady takie jeszcze dziś są w użytku. Przytoczyłem ten przykład dlatego, że dopiero w ostatnich dziesięciu latach stało się w naszej nowoczesnej cywilizacji powszechnym uczucie, iż w administracji naszych zamkniętych zakładów nie stosujemy odpowiednich metod.

W r. 1930 było w stanie Nowy Jork około sześć do siedmiu tysięcy więzień i domów wariatów. Przy tym nie wliczono zakładów rozmaitych hrabstw, miast i gmin. Nowoczesna cywilizacja zmusiła nas do zmiany metod dotychczas stosowanych w tej dziedzinie. Co się tyczy na przykład chorób umysłowych, to znacznie rozszerzyliśmy nasze wiadomości psychiatryczne. Leczymy choroby, które przed dwudziestu laty uchodziły za nieuleczalne. Tempo postępu ciągle wzrastało tak, że w roku 1930 mogliśmy już wyleczyć około dwadzieścia do dwudziestu pięciu procent tych nieszczęśliwych. Jeśli znowu chodzi o więzienia, to ideałem naszym pozostaje dzień, w którym znaczna większość z dziewięćdziesięciu czterech procent wypuszczonych na wolność skazańców, powracających do naszego środowiska, będzie mogła prowadzić przez resztę lat uczciwy tryb życia. /…/

Z konieczności państwo wmieszało się w sprawy, które dla niego dwadzieścia lat temu jako problemy państwowe w ogóle nie istniały – na przykład budowa dróg. Wtenczas mieliśmy plan, na pozór wspaniały plan, który miał kosztować dziesięć lub piętnaście milionów dolarów; plan ten przewidywał budowę wielkich dróg komunikacyjnych z Nowego Jorku do Buffalo, z Albany do Montrealu, a wówczas nie było jeszcze tyle powodów do komunikacji z Montrealem, jak dzisiaj. Dziś są betonowane nie tylko główne arterie ruchu drogowego. Każdy farmer przy każdej bocznej dróżce chce mieć przed bramą swą kawał betonowej ulicy.

Z innego jeszcze powodu wzrosły wydatki państwowe. Wymagania w dziedzinie szkolnictwa stały się wyższe. W roku 1920 stan Nowy Jork uczestniczył w wydatkach na szkolnictwo sumą dziesięciu milionów dolarów, dziś wynoszą te zapomogi przeszło sto milionów dolarów. Prawie jedna trzecia wszystkich wydatków rządu stanu przypada na wychowanie. Polityka ta jest może błędna, odpowiada ona jednak myśli nowoczesnej i nie sądzę, aby ktoś mógł zaproponować jakąś inną drogę, która by nie była bezwzględnie reakcyjna.

Obok szeregu wzrastających wad organizacyjnych, które wymieniłem /…/ istnieją jeszcze inne bardzo ważne przyczyny powiększenia się wydatków państwowych. /…/

Bardzo ważny wpływ wywarła opinia publiczna na ogólne koszta departamentu dobra publicznego. Pieniądze dla tego departamentu wynosiły w r. 1922 dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Przez długie lata utrzymywał się budżet prawie na tym samym poziomie. W roku 1932 jednak wzrósł on nagle do sumy dziewięciu milionów stu tysięcy dolarów, prawie wyłącznie na podstawie nowych ustaw o ubezpieczeniu na starość, które włożyły na państwo nowe obowiązki.

Czy stan sobie życzy zaoszczędzić rocznie osiem milionów dolarów przez to, że wstrzyma swoje dodatki do pensji starczych, i znowu przeniesie pełną odpowiedzialność za dobrobyt starców bez środków do życia na gminy miejskie i hrabstwa i powróci w tej dziedzinie do stanu z roku 1922?

Weźmy stanowy departament pracy. Robotnicy wiedzą, że za pośrednictwem tego departamentu mogą oni otrzymać pracę. Jeszcze w roku 1931 departament ten zapośredniczył przeszło sto tysięcy placówek pracy. Kupiec i fabrykant w stanie Nowy Jork wiedzieli, że jest to placówka, która reguluje kwestie sporne między nimi i ich pracownikami i że proponuje im szczególne ulepszenia, które mają lub muszą wprowadzić dla ochrony zdrowia i bezpieczeństwa zatrudnionych u siebie robotników. Agenci tego departamentu skontrolowali w roku 1931 więcej aniżeli osiemset pięćdziesiąt tysięcy przypadków działalności zakładów fabrycznych i przedsiębiorstw biurowych.

Ta placówka stanowa w codziennej pracy usiłuje uchronić robotnika przed wyzyskiem, wprowadzić w życie zakaz pracy małoletnich, zapewnić ochronę pracy fabrycznej kobiet, uskutecznić opiekę nad robotnikami w razie nieszczęśliwego wypadku, aby nie stali się ciężarami gminy i zapobiec katastrofom takim, jak wielki pożar w roku 1911, podczas którego straciło życie sto czterdzieści siedem osób. To jest właśnie z ludzkiego stanowiska ta dziedzina działalności, którą mamy rozpatrzyć pod kątem widzenia kosztów.

Administracja departamentu kosztowała w r. 1931 trzy miliony trzysta tysięcy dolarów, a więc o milion siedemset tysięcy więcej aniżeli kosztowała dziesięć lat temu, czyli więcej niż podwójnie. Co było przyczyną tego wzrostu i czy był on rozsądny? Czy należy politykę, której on jest wynikiem, obalić, aby podatki zmalały?

W najszerszym pojęciu odpowiedź na te pytania zależy od stanowiska, jakie się chce zająć. Filozofowie dziewiętnastego stulecia przywiązywali do myśli, że rząd ma uznać i przejąć daleko sięgające zobowiązania socjalne, małą albo nawet żadną wagę. Przyłączając się do tego wąskiego punktu widzenia, można bardzo śmiało uważać departament pracy jako niewłaściwe urządzenie, nie bacząc na to, że jego działalność na niwie społecznej może być tak bardzo nawet użyteczna.

Z drugiej strony jednak można się też przyłączyć do owego poglądu o obowiązkach rządu, który niewielu słowami, a tak dobrze sformułował delegowany wolnego państwa irlandzkiego na Imperialnej Brytyjskiej Konferencji Gospodarczej w Ottawie. Określił on cel nowoczesnego państwa, jako stworzenie takich warunków gospodarczych, które możliwie największej ilości ludzi pozwalają na prowadzenie spokojnego i wygodnego życia. Przyłączając się znowu do tego poglądu można łatwo dojść do przekonania, że nasz departament pracy nie za wiele, lecz za mało wydaje. /…/

Chciałbym jeszcze w kilku zdaniach poruszyć działalność departamentu zdrowia /…/. Koszta jego stanowią nieznaczną część ogólnych kosztów aparatu państwowego, wzrosły jednak szybko, ponieważ zakres działania stale się rozszerzał, a kontakt jego z życiem ludności stawał się coraz żywszy i serdeczniejszy. Nikt wszakże nie może zarzucić coś idei, że zdrowa ludność jest najcenniejszym skarbem, jaki państwo posiada, bardziej wartościowym i ważnym, aniżeli bogactwo materialne. /…/ Ten wzrost kosztów należy na ogół przypisać rozwojowi, który nastąpił dopiero przed kilku laty, kiedy to doszliśmy do przekonania, że zdrowie narodu da się nabyć za pieniądze. Wiemy, że za pewną określoną sumę możemy zakupić dla ogółu ludności wyższą ochronę przed pewnymi chorobami, jak malarią, żółtą febrą, tyfusem i nawet gruźlicą.

Zwalczanie śmiertelności dzieci i poparcie higieny dziecka kosztowało jeszcze przed dziesięciu laty tylko dwadzieścia trzy tysiące dolarów. W roku 1931 koszta te wzrosły siedmiokrotnie. W ciągu tego okresu czasu śmiertelność dzieci niezwykle spadła i chociażby po części można to przypisać naszej działalności. W roku 1915 na każde tysiąc niemowląt umierało sto przed osiągnięciem pierwszego roku życia. W roku 1922 było ich już według tego samego rachunku tylko siedemdziesiąt, w roku zaś 1930 tylko pięćdziesiąt dziewięć. Gdyby stopień śmiertelności z roku 1915 pozostał ten sam, musiałoby w roku 1930 w ciągu jednego roku umrzeć dziewięć tysięcy niemowląt więcej. Czy państwo ma zaoszczędzić sto czterdzieści cztery tysiące dolarów przez to, że ograniczy ono opiekę nad macierzyństwem i niemowlęciem do zakresu z roku 1922? /…/

Wzrost kosztowności aparatu rządowego przysparza nam coraz więcej trosk. Ciężary bowiem podatkowe tak szybko przybierają na wadze, że wielu obawia się, że mogą się one jeszcze za ich życia stać całkowicie nie do zniesienia. Już dzisiaj ich ciężar wpływa na całe nasze życie w daleko sięgającej mierze. Ale pominąwszy już wszystkie te ekstrawagancje i nie bacząc na wszelkie wady organizacyjne i marnotrawstwa, nie możemy wszakże zaprzeczyć, że wzrost kosztów ogólnych w znacznym stopniu wypływa z nowego pojęcia państwa, które dąży do wyższego rodzaju szczęścia i bezpieczeństwa dla całego narodu.

Urządzenia państwowe będące do dyspozycji przeciętnego obywatela znacznie się zwiększyły. /…/ W rzeczywistości chodzi o kwestię, czy mamy dopuścić do tego, aby nasze trudności gospodarcze i nasza niezdolność organizacyjna skrzyżowały się ze zdrowym i koniecznym rozwojem naszej cywilizacji. Moim zdaniem, muszą nam właśnie nasze cele społeczne dodać bodźca do rozprawienia się z tymi problemami.

Szczególnie dwa plany socjalno-polityczne, wysuwające się teraz właśnie na plan pierwszy, dotyczą całego zasięgu naszej dzisiejszej i przyszłej cywilizacji amerykańskiej. Dziewięćdziesiąt procent naszych obywateli – wszyscy ci, którzy pracować muszą i nie żyją z inwestowanego kapitału – troszczy się ryzykiem bezrobocia (nawet w tym wypadku, gdy jeszcze mają pracę) i możliwością, że na starość będą skazani na pomoc obcych. Dotychczas opinia publiczna nie starała się o rozwiązanie tego problemu; po pierwsze dlatego, że jako młode państwo mieliśmy do dyspozycji nietknięte rezerwy bogactw, po drugie, że nauki społeczne znajdują się jeszcze w powijakach i do niedawna głód, bieda i nędza w szczególnej mierze, traktowane były jako konieczne i nieodzowne zło.

Należy koniecznie dokonać małego przeglądu obecnego stanu rzeczy, abyśmy to, co mamy zamiar usunąć, widzieli przed sobą czarno na białym! Musimy przy tym wyjść ze stanowiska ogólnonarodowego, ponieważ każdy poszczególny stan związkowy i każda okolica kraju znajdują się wobec tego samego problemu i pod wpływem warunków panujących również w każdym innym stanie i okolicy kraju. Pewien przypadek z roku 1929 dostarcza tu dobrego przykładu. Gdy przemysł samochodowy w Detroit zwolnił ze swych tamtejszych zakładów kilkadziesiąt tysięcy robotników, przybyło czterdzieści tysięcy tych robotników do stanu Nowy Jork w poszukiwaniu pracy – wędrówka masowa przez prawie jedną trzecią kontynentu. Dziś, gdy kraj jest tak dalece uprzemysłowiony, zamknięcie dziesięciu procent zakładów przemysłowych w każdej gminie, staje się już bardzo widoczne.

Sama przez się staje się jasną absurdalność nowej teorii gospodarczej, sugerowanej narodowi w latach 1928 i 1929, że mimo wszystkich nauk dziejów możliwy jest wzrost produkcji w nieskończoność, dopóki tylko płace są dostatecznie wysokie i propaganda sprzedaży, zapewniająca zbyt wytworów, uprawiana jest z wielkim naciskiem i rozmachem. Gdy każdy ma pracę i dobrze zarabia, może on wszystko nabyć i za wszystko zapłacić. Gdyby więc każda rodzina w Stanach Zjednoczonych posiadała w r. 1930 jeden samochód i jeden aparat radiowy, musiałaby ona w r. 1940 koniecznie mieć dwa auta i dwa radioaparaty, w 1950 – trzy – dawniejszą teorię punktu nasycenia usunięto zupełnie w kąt. Że jednak nie pojęto starego prawa podaży i popytu, było już zbrodnią. Do tego jeszcze przyłączyła się smutna gra wysokich urzędników państwowych i kierowników kół finansjery, żonglujących cyframi, aby celowo przesłonić wymowę faktów. Jeżeli w bardzo wielu gałęziach przemysłu na każdych stu zatrudnionych od dwunastu do piętnastu nie ma pracy, to nie odpowiada to ani prawdzie ani też celowi rzeczy, kiedy się im mówi, że stopień zatrudnienia faktycznie jest znowu normalny – obojętnie, czy jakieś tam przyczyny czysto psychologiczne mogą stać na przeszkodzie w zbycie produktów. W istocie rzecz się ma w ten sposób, że znajdujemy się na przełomie nowego okresu gospodarczego i że produkcja w przeważającej ilości wypadków prześcignęła konsumpcję. Do tego kryzysu domowego [krajowego] przyłączył się jeszcze olbrzymi spadek naszego wywozu [eksportu]. Dla zbadania bliższych przyczyn tych zjawisk, nie ma tu oczywiście miejsca.

W dalszym ciągu musimy wziąć pod uwagę skutki najbardziej nowoczesnych metod fabrykacji i zbytu. Tak zwana racjonalizacja doprowadziła do tego, że granica starości przy zastosowaniu pracy ludzkiej nie leży już pomiędzy sześćdziesiątym piątym rokiem życia a siedemdziesiątym, lecz spadła do czterdziestu pięciu, pięćdziesięciu lat. Coraz większa liczba wielkich przedsiębiorstw, acz praktyka ta na szczęście nie jest jeszcze powszechnie stosowana, przyjmowała ostatnio już tylko młodych ludzi, przy zmniejszaniu [zatrudnienia] zaś tych przedsiębiorstw wyrzucano na bruk przede wszystkim starszych pracowników. Oznacza to, że problem zaopatrzenia na starość, który jeszcze kilka lat temu za powszechną zgodą zaczynał się dopiero z siedemdziesiątym rokiem życia, dziś już dotyczy tysięcy ludzi z rozpoczęciem lat pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu. Nigdy może nie będziemy w stanie stwierdzić, do jakiego stopnia przemianę tę należy przypisać katastrofom ostatnich paru lat; jednakowoż nie zmienia to ani na jotę prawdopodobieństwa, że również nadal musimy się liczyć z podobnym rozwojem.

Jeśli teraz zbierzemy oznaki obecnej sytuacji, tedy znajdziemy się wobec bardzo skomplikowanego problemu – przy którym bezrobocie i nędza na starość coraz ściślej wiążą się ze sobą tak, że nie należy zapominać o jednym, jeśli się chce zwalczać drugie; przedsięwzięcia więc zaradcze rządu winny być zorganizowane na podstawie naukowych ekonomicznych rozważań, a nie ograniczać się do bezplanowej akcji filantropii społecznej lub dorywczych wybuchów histerii politycznej.

Sądząc po przeszłości i teraźniejszości, zawsze będzie u nas istniało bezrobocie – na przemian, odpowiednio do każdorazowego cyklu koniunktur gospodarczych. W różnych dziedzinach gospodarczych i w różnych gałęziach przemysłu poszukuje się pewnych środków i metod dla częściowego przynajmniej wyrównania dolnej i górnej krzywej rozwoju gospodarczego. Tak na przykład rozwój bardzo wyraźnie biegnie w kierunku pięciodniowego tygodnia pracy. Oznacza to przyjmowanie nowych robotników lub przynajmniej mniej redukcji [zatrudnienia]. W tym samym kierunku porusza się również dążenie do skrócenia dnia pracy w ogóle.

Następnie mamy liczne dążenia do bardziej planowego podziału pracy. Tak zwany system Cincinnati, który zapewnia robotnikowi pewien określony okres pracy, powiedzmy czterdzieści osiem tygodni do roku, na który go się właśnie przyjmuje. Ręka w rękę za tymi dążeniami idą system Krümpera, współpraca pomiędzy różnorodnymi gałęziami przemysłu i przyspieszenie tempa budownictwa publicznego oraz prywatnego w czasach kryzysów.

Jest to niewątpliwie piękną rzeczą, że właściwie we wszystkich stanach związkowych rządy pojęły powagę położenia i przedsięwzięły pewne środki zaradcze. Tak na przykład ja, jako gubernator, otrzymałem w r. 1930 od parlamentu stanu Nowy Jork dziewięćdziesiąt milionów na roboty publiczne, dwadzieścia milionów więcej aniżeli w roku poprzednim. Również gminy miejskie i hrabstwa przyczyniły się w tym kierunku, składając sumę czterokrotnie przewyższającą zapomogi dotychczasowe. Wszystko to jednak są tylko środki tymczasowe, na które w przyszłości liczyć nie można, ponieważ zadłużenie rządów lokalnych wzrasta w groźnej i może nawet niebezpiecznej mierze.

W niektórych częściach kraju chwycono się środków o wiele trwalszych i bardziej wytrzymałych. Tak na przykład w Nowym Jorku ustanowiona przeze mnie komisja, składająca się z czterech przedsiębiorców, jednego przywódcy robotników i stanowego komisarza przemysłu weszła w narady z koncernami przemysłowymi na zasadzie podjęcia ściślejszej planowości wewnątrz samych gałęzi przemysłu celem lepszego ustabilizowania stopnia zatrudnienia. Przy tych wszystkich jednakże próbach i planach wciąż ujawnia się brak podkładu statystycznego. Wiedzieliśmy na przykład dość dokładnie, jak wielka była ilość zatrudnionych, liczbę bezrobotnych natomiast znaliśmy tylko zupełnie powierzchownie. Tu powstaje bezpośrednia potrzeba akcji organizacyjnej ze strony rządu i sfer prywatnych dla poznania prawdziwego wymiaru bezrobocia. Wyjaśnienia wysokich placówek urzędowych w Waszyngtonie zostały zdyskredytowane – a przecież jasnym jest, że naród ma prawo poznać prawdziwe oblicze stanu faktycznego bezrobocia.

Poza tym należy liczyć się z następującym faktem. Dla wielkiego przedsiębiorcy, który w normalnych czasach układa sobie plan wytwórczości z góry na lat kilka jest planowość rzeczą doskonałą, natomiast dla drobnego przedsiębiorcy lub kupca, mającego do czynienia li tylko z jednym gatunkiem towarów są metody planowo-gospodarcze mniej do przyjęcia.

Wnioski nasze są również tutaj jasne. Troskliwa planowość, skrócenie dnia roboczego, dokładniejsze statystyki, roboty publiczne i z tuzin innych paliatyw będą w stanie w przyszłości, szczególnie w czasach kryzysu, zmniejszyć bezrobocie. Jednakowoż to wszystko razem nawet, nie będzie w stanie bezrobocia usunąć. Również w przyszłości będziemy może przeżywali ciężkie czasy, również w przyszłości będziemy zmuszeni przejść dłuższe okresy, które z roku na rok nasuną nam nowe trudności, bądź polityczne, bądź gospodarcze. Jak dawniej, będziemy nadal narażeni na „przypadkowe” wahanie stopnia zatrudnienia, jakie nieraz przeżywaliśmy; na przykład zmiany mody, które doprowadziły do zastąpienia materiałów bawełnianych przez jedwab sztuczny i kryzys teatru, spowodowany wprowadzeniem filmu, szczególnie zaś filmu dźwiękowego. Dalej, mogą powstać nowe wynalazki, które dadzą się porównać ze zjawieniem się samochodu i możemy stracić również dalsze rynki zagraniczne. Jedne z tych zmian dadzą się już przewidzieć, inne jeszcze nie. Nie można ich inaczej oczekiwać, aniżeli przez pewną określoną formę ubezpieczenia od bezrobocia.

Nieuniknienie zmierzamy do ubezpieczenia od bezrobocia tak, jak niegdyś byliśmy zmuszeni wprowadzić odszkodowanie [od] nieszczęśliwych wypadków i tak, jak obecnie wznosimy gmach ubezpieczenia społecznego na starość.

Wypadków bezrobocia, niezawinionych przez robotników, jest dziewięćdziesiąt procent. Inne narody i rządy przystąpiły już do zastosowania różnych systemów, zapewniających robotnikowi pewną pomoc na wypadek bezrobocia. Dlaczego my, w czterdziestu ośmiu stanach Związku, mielibyśmy się obawiać podjęcia tego zadania?

Przy tym musimy się oczywiście uchronić przed dwoma niebezpieczeństwami. Ubezpieczenia od bezrobocia nie wolno przypadkowo lub pod jakimkolwiek pozorem uczynić jedynie tylko instytucją dobroczynności, prowadzącą do lenistwa i przeczącą własnym swym celom. Tworząc system ubezpieczenia od bezrobocia musimy wytknąć stałą i nieprzesuwalną granicę dla tych, którzy wahają się w przyjęciu proponowanej im pracy oraz znaleźć możliwości takiego ukształtowania zatrudnienia, aby nikt dłużej aniżeli dwa lub trzy miesiące w jednym ciągu nie pozostawał bez pracy. Drugie niebezpieczeństwo tkwi w naturalnej skłonności do pokrywania kosztów ubezpieczenia z bieżących dochodów rządu. Jest jasnym, że ubezpieczenie od bezrobocia musi się oprzeć na zasadzie kas ubezpieczeniowych i że sami robotnicy winni uiszczać składki ubezpieczeniowe. Dobrze przemyślany system ubezpieczenia bezrobotnych, jeśli ma odpowiadać naszym ideałom, musi być samowystarczalny. A jest on bez wątpienia do osiągnięcia.

Propozycje, poczynione z początkiem roku 1930 przez międzystanową komisję ubezpieczenia od bezrobocia w sprawozdaniu wystosowanym do zwołanej przeze mnie konferencji gubernatorów, zasługują na to, aby jak najszybciej obrócono je w czyn. /…/ Opracowany przez nią plan cechuje się rozsądkiem i zawiera szereg troskliwie przemyślanych zabezpieczeń na różne możliwe wypadki. Uwzględnia on nieregularność charakteru działalności przemysłowej, zachęca przedsiębiorcę do bardziej planowej regulacji tej działalności i utwierdza moralność i poczucie własnej godności robotnika, tak wielce przez obywatela państwa demokratycznego cenione przymioty. /…/

Stanom proponuje się przedsięwzięcie natychmiastowych kroków celem rozbudowy sieci publicznego pośrednictwa pracy, ponieważ żaden system ubezpieczenia bezrobotnych słusznie nie spełniłby swego zadania, gdyby nie istniało dobrze zorganizowane i dobrze prowadzone pośrednictwo pracy.

Komisja bezrobocia winna popierać współpracę poszczególnych przedsiębiorstw i gałęzi przemysłu, ponieważ pojedyncze przedsiębiorstwo nie jest w stanie przedsięwziąć skutecznych środków zaradczych dla osiągnięcia bardziej stałych stosunków zatrudnienia.

Sprawozdanie wspomina o dwóch przyczynach, które dały asumpt do zaproponowania obowiązkowej składki przedsiębiorcy. Przede wszystkim naszym zdaniem robotnik nie powinien być zmuszony do dalszego obcinania sobie swego zarobku wskutek uiszczania składek na rzecz funduszu rezerwowego, następnie zaś finansowe zobowiązanie przedsiębiorcy ustanowione w planie będzie dla niego stałym bodźcem do przeciwdziałania bezrobociu w granicach jego własnych możliwości. /…/

Fakt, że w stanie Nowy Jork plany ubezpieczenia na starość zyskują już wyraźne kontury, coraz bardziej zakorzeniają się w ustawach i mimo trudności finansowych, spowodowanych kryzysem, stają się rzeczywistością, daje mi tę pewność, że na polu socjalno-polityczno również nadal będziemy robili postępy. Zdumiewająca jest ta głęboka przemiana myśli, jaka dokonała się w stosunkowo nieznacznym czasie w umysłach ludzkich – jeszcze dwadzieścia lat temu poglądy na zadania państwa, wyznawane obecnie przez niektórych z nas, wzbudziłyby ogólny śmiech lub może nawet obawę.

Dziś nie trzeba zbyt wiele argumentów, aby dowieść, że ubezpieczenie na starość logicznie i w sposób nieunikniony związane jest z całością problemu bezrobocia i że w tej kwestii da się rzeczywiście coś zrobić. Każdy wie, że starzy ludzie z chwilą tylko, gdy nie potrafią się utrzymać pracą swych rąk, zasilają szeregi bezrobotnych tak, jak gdyby zostali zredukowani wskutek zastoju w przemyśle. Jedyną różnicą jest to, że ich zwolnienie nie jest zjawiskiem przejściowym, lecz trwałym.

Do problemów tych nie można oczywiście inaczej podejść aniżeli częściowo i to z pewnych stron. Tak na przykład ustawa o ubezpieczeniu na starość, wydana w r. 1930 w stanie Nowy Jork była tylko drobnym krokiem na drodze do rozwiązania tego problemu w całości. Nowa zaś ustawa odnosi się tylko do mężczyzn i kobiet mających lat siedemdziesiąt i więcej, ale opiera się na słusznym założeniu, że na dłuższą metę jest rzeczą tańszą, i przyjemniejszą dla pobierających zapomogi, jeśli spędzają resztę swego żywota w swoich własnych domach, nie zaś w domu starców.

komentarzy