Nowy Obywatel nr 5(56) - okładka

Grać i walczyć

·

Grać i walczyć

Nie tak dawno skończył się w Polsce burzliwy okres kampanii wyborczej. Większość przedwyborczych debat poświęcona była przede wszystkim sprawom gospodarki. Ku naszemu rozczarowaniu, żadna z dyskusji nawet nie zahaczała o sprawy polityki kulturalnej.

Z wypowiedzi polityków, zarówno opozycji, jak i koalicji rządzącej, wynika, że praca ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego jest oceniana jednoznacznie pozytywnie, o czym świadczy także decyzja premiera o pozostawieniu go na stanowisku. Jeśli już debatuje się o kulturze, to przede wszystkim w kontekście światopoglądowym, gdzie sztuka traktowana jest po macoszemu, jako element wyrażania konkretnych myśli politycznych. Uważamy, że jest to działanie instrumentalne. Naszym zdaniem, brakuje w Polsce ponadpartyjnej debaty o funkcjonowaniu samego systemu polityki kulturalnej i możliwości przyjęcia rozwiązań funkcjonujących na świecie.

Chcielibyśmy zwrócić uwagę na kilka aspektów kultury i edukacji artystycznej w III RP. Będzie to spojrzenie ostre, ale możliwie obiektywne, gdyż łączy nas troska o rodzimą sztukę oraz promowanie w życiu publicznym zasad współpracy i solidaryzmu społecznego, a dzieli miejsce dokonywanych obserwacji (jedno z nas mieszka w Warszawie, drugie patrzy na ten problem z Wiednia) oraz poglądy polityczne (konserwatystka i socjaldemokrata).

Gdy mowa o polskiej edukacji muzycznej, przychodzą na myśl nazwiska wielkich artystów młodego pokolenia, którzy niedawno zrobili międzynarodową karierę: pianiści Rafał Blechacz i Piotr Anderszewski, dyrygenci Krzysztof Urbański i Michał Nestorowicz oraz skrzypaczka Agata Szymczewska. Problem polega jednak na tym, że nie zrobili oni kariery dzięki naszemu szkolnictwu artystycznemu, lecz właściwie wbrew niemu, gdyż sukces zawdzięczają własnej motywacji i silnej woli w dążeniu do celu. To trochę tak, jak w anegdocie przywoływanej przez prof. Krzysztofa Rybińskiego o ojcu, który na 20 lat zamknął syna w piwnicy. Chłopak miał tam jakieś puszki, robił dużo pompek i innych ćwiczeń fizycznych, i tym sposobem wyrósł na silnego i postawnego mężczyznę, zaś ojciec pokazując go znajomym mówił: „Patrzcie, jakiego syna wychowałem”. Wymienieni przez nas artyści, mimo że przez długi czas siedzieli w ciasnej i nieoświetlonej artystycznej piwnicy, tak bardzo chcieli się z niej wydostać, że w końcu, dzięki ciężkiej pracy, zrealizowali marzenia.

Prawdziwym miernikiem jakości polskiego szkolnictwa muzycznego może być jednak raczej to, że od wielu lat Konkurs Chopinowski zdominowany jest przez ekipy pianistów z Dalekiego Wschodu, i że mimo uprzywilejowanej pozycji i przychylności jury, żaden Polak nie dostał się do finału ostatniej edycji międzynarodowego konkursu dyrygenckiego w Białymstoku. Trudno skądinąd się temu dziwić, skoro studenci wydziałów dyrygentury symfoniczno-operowej w Polsce przez cały rok akademicki zamiast orkiestrą, dyrygują dwoma fortepianami, co – jak wyraził się przewodniczący jury konkursu białostockiego, prof. Marek Pijarowski – przypomina kurs prawa jazdy bez samochodu

Są też inne przykłady zaniechań i patologii w dziedzinie kultury. Dopiero niezależne kino dokumentalne – a konkretnie film Sylwestra Latkowskiego „Pub 700” – zwróciło uwagę mediów i środowiska artystycznego na fenomen postaci Leszka Możdżera, który w jakiś czas po emisji poświęconego mu obrazu rozpoczął wreszcie międzynarodową karierę. Inny przykład, zupełnie kuriozalny, nasuwający komiczno-dramatycznie brzmiące pytanie: jak to możliwe, że szefem jednej z większych filharmonii w kraju leżącym w środku Europy, przez ponad 10 lat (aż do grudnia 2011 r.) był hochsztapler, który nie posiada nawet dyplomu studiów wyższych z zakresu uprawianej przez siebie sztuki dyrygenckiej? Kolejny przykład to ciągnąca się od kilku miesięcy żenująca telenowela na temat prób zlikwidowania istniejącego od 1948 r. Chóru Polskiego Radia w Krakowie oraz Polskiej Orkiestry Radiowej. Te informacje i problemy niestety nie przebijają się dostatecznie mocno do dużych mediów, gdzie newsy kulturalne ograniczają się na ogół do darmowej promocji kolejnych arcydzieł filmowych Andrzeja Wajdy czy Jerzego Hoffmana.

Zdecydowanie brakuje spójnego państwowego systemu szkolnictwa muzycznego i edukacji artystycznej, które dbałyby o promocję naszej kultury poza granicami kraju. Nie jest to bynajmniej wizja utopijna i – co najważniejsze – nie trzeba wcale wymyślać wszystkiego od nowa. Na świecie istnieją już sprawdzone, skuteczne rozwiązania, które wystarczy dostosować i przenieść na grunt polski. Ciekawy system, odwołujący się do zasad kooperatyzmu i solidaryzmu społecznego, stworzono w Wenezueli, a nazywa się on El Sistema.

Jest to państwowa organizacja, założona w 1975 r. przez maestro José Antonio Abreu. Ten pianista, kompozytor, dyrygent oraz ekonomista był od momentu rozpoczęcia kształcenia świadom problemów nękających społeczeństwo swego kraju. A są one niebagatelne. W samej stolicy ponad milion dzieci mieszka w slumsach, rocznie popełnianych jest kilkanaście tysięcy zabójstw (głównie na młodych ludziach między 15. a 29. rokiem życia), z których 94% pozostaje bezkarnych (dane wenezuelskiej organizacji pozarządowej Incosec z roku 2009). Kierując się chęcią odmiany losu wenezuelskiej młodzieży oraz wiarą w uszlachetniającą moc muzyki, Abreu stworzył Narodowy System Orkiestr Młodzieżowych i Dziecięcych Wenezueli (FESNOJIV).

Od momentu powstania organizacja stworzyła ponad 60 orkiestr dziecięcych, prawie 200 młodzieżowych, dziesiątki chórów oraz około 180 nucleos, czyli ognisk muzycznych, w których kształci się niemal 350 tys. młodych Wenezuelczyków. Fundusze na ich rozwój początkowo pochodziły od sponsorów wyszukiwanych osobiście przez maestro Abreu. Finansowano z nich zakup instrumentów dla dzieci oraz honoraria dla nauczycieli. Od końca lat 70. fundacja znajduje się pod opieką państwa wenezuelskiego, a obecnie, gdy „System” zyskał światową sławę, z dumą wspierają go takie instytucje, jak UNESCO, OAS czy Inter-American Development Bank, zaś Berliner Philharmonie, Chicago Symphony Orchestra, Chicago Brass i inne zawodowe zespoły organizują kursy mistrzowskie dla uczniów Systemu.

El Sistema wydała tak wybitnych muzyków, jak Gustavo Dudamel i Edicson Ruiz (kontrabasista, w wieku 17 lat został przyjęty do Berliner Philharmonie jako najmłodszy w historii członek tej orkiestry), a jego wizytówką jest Wenezuelska Młodzieżowa Orkiestra im. Simóna Bolívara, której koncerty przyciągają na całym świecie rzesze entuzjastów. Członkami orkiestry są najzdolniejsi wychowankowie El Sistema. Zespół współpracuje z takimi dyrygentami, jak Claudio Abbado, Sir Simon Rattle, Plácido Domingo czy Nikolaus Harnoncourt oraz nagrywa dla prestiżowego wydawnictwa Deutsche Grammophon. Jest to bezwarunkowo najlepsza orkiestra młodzieżowa na świecie, a i wśród zespołów „dorosłych” należy do pierwszej ligi. Energia, którą wyzwalają z siebie na koncertach młodzi muzycy, przenosi się na słuchającą ich publiczność pod każdą szerokością geograficzną. To jedyna orkiestra, na której występach ludzie wstają z miejsc, aby tańczyć!

Sama radość z grania nie stanowi jednak o fenomenie tej orkiestry. Tym fenomenem jest bowiem profesjonalny, wyjątkowy poziom techniczny zespołu, w którym koncertmistrzem może być nawet 13-latek. W swoim repertuarze, oprócz pozycji klasycznych oraz twórczości latynoamerykańskiej, muzycy mają tak wymagające utwory, jak „Sacre du Printemps” I. Strawińskiego czy dzieła symfoniczne D. Szostakowicza. O tym jak ambitne są zamierzenia artystyczne zespołu, najlepiej świadczy fakt, że na luty 2012 r. zaplanowano wykonanie w ciągu jednego tygodnia pięciu symfonii G. Mahlera, w tym nr 8 razem z orkiestrą Los Angeles Philharmonic oraz chórem złożonym z około 1200 młodych Wenezuelczyków, kształconych w El Sistema.

Jak twórcy Systemu osiągają takie rezultaty? Czym edukacja muzyczna młodych Wenezuelczyków różni się od polskiego sposobu kształcenia? Na oficjalnej stronie internetowej organizacji udostępniony jest ogólny zarys metodologii nauczania w El Sistema. Trzon programu stanowi przygotowanie do grania w orkiestrze, która jest duszą społeczeństwa w każdym nucleo. Nawet zajęcia indywidualne są ukierunkowane na naukę gry zespołowej, w przeciwieństwie do solistycznego nastawienia polskich szkół muzycznych.nucleos bardzo ważną rolę odgrywają również chóry oraz zespoły innego rodzaju.

W kształceniu od najmłodszych lat kładzie się nacisk na radość z muzykowania, a przede wszystkim wyzwalanie ekspresji poprzez ruch ciała. Nie ma tu mowy o mnożących się egzaminach, zapisywaniu obecności na zajęciach, niezdrowej rywalizacji podczas konkursów. W przeciwieństwie do sytuacji w polskich szkołach muzycznych, teoria, nauka notacji muzycznej schodzą na drugi plan i są wprowadzane stopniowo, nie krępując radości z uczenia się i tworzenia muzyki. U dzieci kształci się wrażliwość na jakość dźwięku, muzykalność, współpracę w zespole, swobodę podczas prezentacji publicznej oraz technikę gry. Dla nauczycieli w El Sistema istotny jest dobry kontakt z rodzicami uczniów, którzy mogą pomagać swoim dzieciom w codziennym ćwiczeniu, ale przede wszystkim dzielić z nimi radość z uprawiania muzyki.

W 2010 r. odbyły się pierwsze próby przybliżenia polskiemu środowisku muzycznemu zjawiska wenezuelskiego systemu kształcenia muzycznego FESNOJIV (El Sistema). Ambasada Republiki Boliwariańskiej Wenezueli w Polsce zorganizowała w siedzibie Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie pokaz filmu dokumentalnego „Grać i walczyć” (Tocar y Luchar), po którym odbyła się rozmowa z jednym z wychowanków Systemu, altowiolistą Luizem Cordero. Wydarzenie poprzedził koncert Młodzieżowej Orkiestry im. Simóna Bolívara w Teatrze Wielkim, zorganizowany dzięki staraniom Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i osobiście pani prezes Elżbiety Pendereckiej.

El Sistema nie jest ideą zamierzoną dla jednego państwa. Projekt rozpowszechnia się już na całym świecie. Programy edukacji muzycznej inspirowane El Sistema rozwijają się w 25 krajach obu Ameryk, Azji, Afryki, Australii i Europy (Szkocja i Anglia). Jakie są szanse zaszczepienia podobnej idei na gruncie polskim? Czy w ogóle polskie społeczeństwo, polska młodzież chce być „uleczona poprzez muzykę”? Czy nie wystarczy nam dotychczasowy system edukacji muzycznej?

Odpowiedź na dwa ostatnie pytania dają puste sale koncertowe, całkowity zanik domowego „życia muzycznego”, a przede wszystkim zastraszająco niski poziom kultury muzycznej w życiu codziennym, wszędzie – nie wyłączając mediów, wśród których jedynie Program Drugi Polskiego Radia, Radio Classic oraz TVP Kultura umożliwiają kontakt z muzyką klasyczną.

Już z przytoczonych tu przykładów wyraźnie widać, że dotychczasowy system edukacji muzycznej nie jest wystarczający. Funkcjonuje on jeszcze co prawda siłą rozpędu, ale jest mocno przestarzały. Został stworzony na wzór szkolnictwa radzieckiego, co w zestawieniu z obowiązującą w szkołach muzycznych (w polskich realiach często wynaturzoną) relacją mistrz-uczeń, brakiem pieniędzy oraz pomysłów na politykę kulturalną, tworzy tykającą bombę zegarową.

W Polsce nie ma jakiegokolwiek zinstytucjonalizowanego kształcenia muzycznego na etapie przedszkolnym, z wyjątkiem drogich, prywatnych szkół Yamaha, które (jako import z Japonii) zaczęły powstawać u nas na początku lat 90. W szkołach podstawowych i średnich bardzo często nie tylko nie ma chóru, orkiestry czy innego zespołu uczniowskiego (gdy np. w Stanach Zjednoczonych nawet w najgorszym college’u istnieje tzw. marching band, czyli marszowa orkiestra dęta), ale także – z braku pieniędzy – w ogóle zajęć z muzyki. W liceum treści z zakresu historii muzyki włączono w ramy przedmiotu wiedza o kulturze, który prowadzą zwykle plastycy. To wszystko, w połączeniu z brakiem promocji państwowych szkół muzycznych oraz nagminnym zamykaniem domów kultury, świetlic i ognisk muzycznych w wielu mniejszych miejscowościach, prowadzi do upadku rodzimej kultury dźwięku.

Bardzo często nadwiślańscy intelektualiści narzekają na gusta artystyczne młodzieży, która Chopina kojarzy z marką wódki, a z głośników puszcza techno lub disco-polo. Dlaczego młodzi ludzie nie lubią jazzu, tak jak Skandynawowie, lub muzyki klasycznej, jak ludy Dalekiego Wschodu? Problem polega na tym, że dzieci trzeba uczyć słuchać muzyki od najmłodszych lat. Powinni to robić z jednej strony rodzice, z drugiej zaś państwo, którego jednym z zadań jest prowadzenie polityki kulturalnej. Młody Polak powinien wiedzieć nie tylko, kim byli Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i Zbigniew Herbert, ale także znać nazwiska Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego czy Krzysztofa Pendereckiego, ponieważ znają je rówieśnicy z krajów Unii Europejskiej. A co ważniejsze, bardzo często także słuchają tych kompozytorów i potrafią rozpoznać ich dzieła. Gdy zamyka się kolejne ognisko artystyczne w Polsce B, warto zastanowić się nad tym, że właśnie tam mógł rozwijać swój talent niejeden młody człowiek, który – pozbawiony takiej możliwości – zamiast zajęć muzycznych wybierze teraz wiejską dyskotekę.

Nie wiemy, czy El Sistema to jedyny i najlepszy system edukacji artystycznej, ale mamy świadomość tego, że w piramidzie problemów państw wysoko rozwiniętych potrzeby kulturalne mieszkańców zajmują niezwykle ważne miejsce. Państwo, które chce się rozwijać i zajmować poważną pozycję na światowej arenie politycznej, nie może pozwolić sobie na taki stan kultury. Warto więc zainicjować na ten temat debatę, której – mamy nadzieję – ten artykuł stanie się początkiem.

komentarzy