Lewica bez mitu

·

Lewica bez mitu

·

Niemal każdego dnia lewicowe portale internetowe donoszą o pikiecie, która odbyła się gdzieś w Polsce. Zazwyczaj w tego typu akcjach uczestniczy „prawie” lub „około” 20-50 osób, wywodzących się z bardzo wielu organizacji – i tu następuje litania nazw partii i sformalizowanych bądź niesformalizowanych stowarzyszeń o profilu proanimalistycznym, ekologicznym, lokatorskim, związkowym, anarchofeministycznym, demokratyczno-socjalistycznym, pro-choice’owym, mniejszości seksualnych itd. Lista „ruchów jednej sprawy”, złożonych zazwyczaj z kilku tych samych osób, wydaje się nie mieć końca. Odruchowa krytyka nadmiernego rozdrobnienia ideowej lewicy i nawoływanie do zjednoczenia w jednym bycie politycznym nie wyczerpuje jednak sedna problemu. Zdaje się on tkwić bowiem głębiej, u samego sedna – przyswojonych przez gros działaczy lewicowych – „nowatorskich” teorii z Zachodu.

Rzeczone nowatorstwo nad wyraz często okazuje się chimerą. Wiele z tez propagowanych na lewej stronie sceny politycznej w ciągu ostatnich dwóch dekad mogło odkrywczymi wydać się jedynie temu, kto nie zapoznał się z dorobkiem i tradycjami polskiej lewicy. Z drugiej strony spora część tego, czym zachłystują się rozmaici „kawiorowi” rewolucjoniści, jest stopniowo odkładana do lamusa w wielu częściach świata. Kategorie kulturowe, które – ku uciesze liberałów – od kontrkulturowego boomu lat 70. XX w. dominowały w narracji wielu lewicowych myślicieli, w obliczu powrotu ostrych tarć ekonomicznych do państw „Pierwszego Świata” ustępują stopniowo miejsca zachwytowi nad radykalnymi koncepcjami ekonomicznymi.

Jednak widmo postmodernizmu wciąż straszy. Rodzimi lewicowcy nadal wydają się być utwierdzeni w zeszłowiecznych teoriach o zaniku wielkich narracji z powodu ich nieprzystawalności do coraz szybciej różnicującego się świata. To właśnie najpewniej mniej lub bardziej świadome przywiązanie do tej tezy powoduje tak silne ideowe rozdrobnienie lewicowych formacji. Najwyraźniej wbrew twierdzeniu, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni, współcześni lewicowcy poszybowali bardzo daleko od tez ojców „naukowego socjalizmu”. Marks i Engels wszak wszystkie zjawiska i problemy lokowali w ekonomicznym, klasowym kontekście.

Nie chodzi bynajmniej o mechaniczne powielanie wniosków popularnego duetu czy powtarzanie poczynionych przez nich uproszczeń i schematyzacji. Karkołomne wysiłki radzieckich naukowców, próbujących odnaleźć feudalne fazy rozwoju w społecznościach pozaeuropejskich, albo próby wyjaśnienia zjawiska Holokaustu przy pomijaniu jego kulturowego podłoża, skazały dostatecznie wiele nazwisk na śmieszność i zapomnienie. Przeciwnie więc – wszelkie zjawiska należy postrzegać w ich swoistości i złożoności, lecz i totalne ich oderwanie z szerszego kontekstu przynieść musi częściowe zamglenie obrazu. Przekładając te uwagi o charakterze raczej metodologicznym na grunt polityczny wypada uznać, że wygenerowanym przez lewicę narracjom zdecydowanie potrzeba spoiwa. Funkcjonowanie grup „jednej sprawy” natomiast niebezpiecznie alienuje dane problemy, nawet przy dogłębnym ich rozumieniu.

Znamienny jest przykład ruchu walczącego o tolerancję dla homoseksualistów. Bez wątpienia lewicowa narracja w tej kwestii częstokroć okazuje się bogatsza i pełniejsza od – nierzadko spłycających zjawisko – konserwatywnej czy liberalnej. O ile bowiem konsekwentny konserwatysta na wieść o operującej w danym mieście grupie, która utrudnia życie lesbijce, zażąda zdecydowanej postawy policji i procesu sądowego dla szykanujących, o ile liberał będzie się domagał aktywniejszej roli systemu edukacji w promowaniu tolerancji, o tyle wreszcie lewicowiec winien przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że to nie preferencje seksualne są przyczyną codziennych problemów.

Mityczna „cywilizacja śmierci”, przed którą tak często przestrzega kościół, to wszak efemeryda. Przy bliższym zetknięciu z np. holenderską rzeczywistością skonstatować należy, że nawet pozostałości po welfare state mają dużo bardziej wymierny wpływ na ochronę życia, niż wszelkie obostrzenia w sferze obyczajowej. Aktywny tryb życia (np. dojazd rowerem do pracy), stosunkowo długie urlopy (zarówno coroczne, jak i macierzyńskie), szereg zabezpieczeń społecznych oraz wysoki poziom ochrony środowiska – wszystko to ma większe przełożenie na wyższe standardy etyczne i znacznie mniejsze obszary patologii, niż wszelkiego typu „zakazy pedałowania”. Lekcji tej jednak nie odrobili zarówno bojownicy o tolerancję, jak i ich zacietrzewieni przeciwnicy.

Nie dziwi zatem, że w obliczu tak silnego rozdrobnienia lewicowych ruchów społecznych pod względem poruszanej tematyki, polityczny przekaz lewicy w ogólności jest słabo czytelny. Trudno znaleźć choćby jedno większe przedsięwzięcie w ostatnich latach, które spotkałoby się z aprobatą wszystkich ugrupowań reprezentujących tę stronę sceny politycznej. Choćby przed zeszłorocznym Świętem Niepodległości, obok działań Porozumienia 11 listopada, które chciało „blokować faszystów”, pojawiło się kilka odmiennych punktów widzenia. Lewica patriotyczna wskazała na obecność wykluczonych w szeregach uczestników Marszu Niepodległości, Ryszard Bugaj nawoływał do odwiedzenia cmentarza i złożenia hołdu poległym w imię Niepodległości, natomiast część ruchu anarchistycznego zbojkotowała „Kolorową Niepodległą”, nie chcąc brylować u boku Jacka Żakowskiego czy Ryszarda Kalisza.

Tego typu przykładów rozbicia jest dużo więcej – na Paradach Równości pojawia się niespecjalnie wielu związkowców czy przedstawicieli środowisk lokatorskich, a Młodych Socjalistów straszy się policją za przypominanie, że akcja promująca egalitaryzm nie może stanowić tła dla nachalnej promocji znanych osobistości. Niewiele bardziej jednolity był przekaz tegorocznej warszawskiej Manify. Antyklerykalne ostrze demonstracji nie budziło wśród jej uczestników większych kontrowersji; ale już ulotka nawołująca do sprzeciwu wobec planów podniesienia wieku emerytalnego wywołała konfuzję wśród części liberalnych feministek.

W znacznie mniejszym stopniu – w sensie przekazu, a nie podziałów organizacyjnych – nakreślony problem występuje na prawicy. Reprezentujące ją środowiska zasadniczo bez oporów jednoczą się wokół hasła „wielkiej Polski” – zazwyczaj już bezprzymiotnikowej, choć rzecz jasna rozmaicie pojmowanej. Owo spoiwo polityczne kryje za sobą nie tylko sprzeciw wobec liberalizacji sfery obyczajowej, który jednoczy wszystkie chyba prawicowe formacje w Polsce, ale i zręczne operowanie hasłami patriotycznymi. Mit „wielkiej Polski” pracuje więc przede wszystkim na polu jednoczenia poszczególnych środowisk wokół wspólnych wrogów, których najprostszym ucieleśnieniami są Platforma Obywatelska i „Gazeta Wyborcza”. To właśnie jednolity program negatywny sprawił, że obok siebie mogą maszerować senatorowie z Prawa i Sprawiedliwości, prawicowi libertarianie, narodowi radykałowie, neopoganie, a nawet grupki pogrobowców Adolfa Hitlera.

„Wielka Polska” jest więc użytecznym konstruktem politycznym, gdyż – choć bliżej niedookreślona – budzi emocje. Tymczasem hasła o tolerancji nie porwą do walki lokatorów z ulicy Stolarskiej w Poznaniu, których największym zmartwieniem jest obrona zajmowanego mieszkania przed „czyścicielem” kamienic. Jednak powiew najostrzejszego nawet ekonomicznego huraganu nie zawsze musi powodować konwersję lokatorów na lewą stronę. Zapadające w pamięć były słowa wypowiedziane przez lokatorkę w podeszłym wieku podczas poznańskiej demonstracji Chleba Zamiast Igrzysk, która – nawiązując do zmagań z kamienicznikami – przywołała fragment „Roty”. Słowa, iż „Twierdzą nam będzie każdy próg” wprawiły w zakłopotanie niejednego anarchistę.

Ruch społecznego sprzeciwu wobec niedemokratycznej dystrybucji ogromnych środków pieniężnych na Euro 2012 miał wszakże pozytywne cechy, które wyróżniały go na tle innych lewicowych inicjatyw. Nie była to akcja skupiona na jednej tylko sprawie, co nadawało jej formułę na tyle szeroką, że skłaniającą do poparcia zarówno „prawicowego” Andrzeja Gwiazdę, jak i „lewackiego” Romana Kurkiewicza. Mimo to partycypujący w koalicji Chleba Zamiast Igrzysk nie wytworzyli większych politycznych emocji wśród jej adherentów, w związku z czym nie mieli specjalnych szans w starciu z wszechobecnym poruszeniem piłkarskim. I choć próby wygenerowania „mitu” wokół tej inicjatywy wybrzmiewały gdzieś w czeluściach Internetu (jak np. rzucające się w oczy porównanie poznańskiego czerwca 2012 do poznańskiego czerwca ‘56), to zupełnie nie znalazły one przełożenia wśród haseł głoszonych w czasie demonstracji.

Lewica, niemalże chełpiąc się swą merytorycznością i „chłodnością” zdroworozsądkowego przekazu, zapomniała najwyraźniej o tym, na co przed wielu laty starał się zwrócić uwagę Georges Sorel. Ten francuski teoretyk, wyklęty przez dużą część środowisk lewicowych za niejednoznaczne i poplątane wybory polityczne, trafnie wskazywał, że proletariatowi do efektywnej walki potrzeba przede wszystkim mitu, który wyzwalałby emocje i generował postawy. Lewica polska „od zawsze” operowała takimi mitami. Na początku swej drogi, kiedy to – wbrew lojalistycznej prawicy – stała na czele walk narodowowyzwoleńczych, przyciągała wizjami wolnej, republikańskiej Polski. W wiek XX weszła ona co prawda podzielona na tych, którzy marzyli o „rewolucji światowej” i tych, którym śniła się „Polska ludowa”, jednak mimo owego pęknięcia (niesymetrycznego – przewagę zachowali ci drudzy) oba mity były stosunkowo czytelne. Obecnie są one rzecz jasna do szpiku skompromitowane i politycznie dysfunkcyjne, acz zdecydowanie niewyeksploatowanym (oraz niezrealizowanym) jest program pierwszej „Solidarności”, dążącej do powołania „samorządnej Rzeczpospolitej”. Ukuty z tej skały mit oddawałby zarówno sprzeciw demokratycznej lewicy wobec komunistycznych imperiów, jak i szedł w sukurs – nomen omen – „mitycznej” niechęci Polaka do władzy, która trzyma go za twarz. W dobie dyktatu ekonomii nad polityką taki demokratyczny, dostosowany do miejscowych realiów zwrot mógłby przynieść obfite żniwo.

Piotr Kuligowski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie