Ziemia dla chłopów

Jesień 2012 |

Zwolennicy wielkiej własności ziemskiej usiłują tedy przekonać opinię publiczną, że chłopi gospodarują gorzej od ziemian i że uprawa na małych parcelach jest mniej wydajną niż na wielkich obszarach. Czy byliby jednak w stanie dowieść, że ta zła gospodarka chłopska musi trwać wiecznie? Że nie będzie mogła nigdy stać się dobrą, a nawet świetną i podnieść swej wydajności do największych możliwych granic? Bo tylko w takim wypadku niski poziom gospodarki chłopskiej mógłby decydować o zmianie kierunku naszej polityki rolnej, o zaniechaniu parcelacji, a nawet o uchwaleniu nowej ustawy rolnej, mającej na widoku ochronę i tworzenie jak największych warsztatów rolniczych. Niestety, zapał, z jakim udowadnia się słabą wydajność gospodarstw chłopskich, zdaje się świadczyć o takim właśnie głębokim przeświadczeniu ziemian, że ta słaba wydajność jest rzeczą nie do usunięcia. Że chłop nigdy nie będzie mógł dorównać wysokością plonu wielkim folwarkom, że zatem przesuwanie stanu posiadania na jego korzyść grozi zubożeniem kraju, ogłodzeniem miast, niemożnością wyżywienia armii, a także wyżywienia społeczeństwa na wypadek wojny.

Wyobraźmy sobie jednak, że pewnego pięknego poranka reforma rolna okazuje się snem. Parcelacji więcej się nie prowadzi. Stosunki zarówno własnościowe, jak ludnościowe na wsi ustalają się według stanu rzeczy z czasów, dajmy na to, od 1921 do 1931 roku. Cóż by się wtedy okazało?

Według Małego Rocznika Statystycznego Polska liczyła w r. 1921, okrągło biorąc – 3 miliony 200 tysięcy drobnych gospodarstw chłopskich i… 19 tysięcy gospodarstw folwarcznych. Na każde 100 gospodarstw mieliśmy wtedy 99,4% gospodarstw drobnych i średnich, a 0,6% gospodarstw wielkich. Stosunek powierzchni użytków rolnych, posiadanych przez te gospodarstwa był, oczywiście, zupełnie inny niż wzajemny stosunek ich liczby. Trzy miliony gospodarstw chłopskich posiadało 19 000 000 ha użytków rolnych, zaś 19 tysięcy wielkich majątków posiadało ich około 6 000 000 ha (bez lasów, których wielka własność posiadała wg tego samego źródła w r. 1921 około 4 000 000 ha). Ale nawet i przy tym stosunku już wtedy większość ziemi ornej należała w Polsce do chłopów. W ciągu następnych dziesięciu lat, tj. w okresie wykonywania reformy rolnej, stosunek ten zmienił się jeszcze bardziej na korzyść gospodarstw włościańskich. Prof. Wł. Grabski oblicza, że w r. 1931 wielka własność posiadała 4 547 700 ha, zaś drobna – 21 046 000 ha użytków rolnych. Jesteśmy zatem już dziś – tak jak zresztą w pewnym sensie byliśmy zawsze – krajem nie tylko rolniczym, ale i w znacznej mierze chłopskim, pomimo żeśmy się przez wieki rządzili tak, jakby chłopa między nami nie było, i do dziś rządzimy się tak, jakby on był niewygodną pozycją, której wartość trzeba koniecznie pomniejszać i lekceważyć.

A teraz ludność. Mały Rocznik Statystyczny podaje, że w r. 1931 było w Polsce 23 119 000 ludności wiejskiej. Po odliczeniu znikomej liczby ziemian i kilku milionów Ukraińców i Białorusinów, i jeśli zważymy, że ludność miejska jest w znacznej części niepolska, możemy śmiało powiedzieć, że z górą dwie trzecie Polaków – to chłopi, właściciele drobnych gospodarstw oraz proletariat i półproletariat rolny. Jesteśmy więc nie tylko krajem, ale w jeszcze większym stopniu narodem chłopskim.

Kto zatem powiada, że chłop nie jest w stanie wyżywić Polski, ten mówi, że Polska w ogóle nie jest w stanie wyżywić się – więc istnieć.

Kto powiada, że chłop nie jest w stanie sprostać zadaniom obrony państwa, ten mówi, że naród polski nie jest w stanie obronić się przed napaścią.

Kto twierdzi, że zamożność, aprowizacja i bezpieczeństwo kraju winny zależeć głównie od stanu i obszaru wielkich majątków ziemskich, ten mówi, że byt narodu i państwa powinien się wspierać na świetności kilkunastu tysięcy rodzin, posiadających zaledwie piątą część użytków rolnych i stanowiących znikomy ułamek odsetka obywateli. Byłoby to niby wsparcie olbrzymiego gmachu na wątłej zapałce, choćby ta zapałka i ze szczerego była złota. Rzecz możliwa dziś już tylko w majaczeniach gorączki.

Szerzenie więc tak namiętne poglądu o nieodwołalnej niższości gospodarstw chłopskich jest najbardziej defetystyczną koncepcją, jaką Polska od swego zmartwychwstania wydała. Jest zaszczepianiem największej niewiary w Polskę i naród polski, jaka kiedykolwiek zrodziła się w naszej łatwej do poddawania się złym natręctwom umysłowości. Pogląd ów jest również jedną jeszcze niekonsekwencją myśli ziemiańskiej, gdyż prowadzi nieuchronnie do idei zniesienia w ogóle indywidualnej gospodarki rolnej. Toteż znajduje on, nieoczekiwane zapewne przez ziemian, poparcie w tych sferach lewicowych, które w kolektywizacji drobnych gospodarstw widzą jedyny sposób dźwignięcia naszego rolnictwa na wyższy szczebel rozwoju. […]

W Czechosłowacji stosunek ilości wielkich gospodarstw (ponad 100 ha) do małych i średnich jest jeszcze bardziej niż u nas na niekorzyść wielkiej własności, zwłaszcza pod względem powierzchni folwarków, znacznie przez tamtejszą reformę rolną okrojonej. Przy tym ilość gospodarstw najmniejszych, tj. liczących do 5 ha, jest w Czechosłowacji cokolwiek wyższa niż u nas i wynosi 72% ogólnej liczby gospodarstw, gdy u nas 71%.

W Niemczech stosunki własnościowe są mniej więcej takie jak w Polsce, z tą różnicą, że gospodarstwa najmniejsze (do 5 ha) wynoszą tam aż 77% ogólnej liczby gospodarstw.

Holandia pod względem własności rolnej nie posiada stosunków całkiem zdrowych, ponieważ część jej drobnych rolników uprawia grunty dzierżawione od wielkich właścicieli. Jednakże jako typ gospodarki wszechwładnie panujący mamy tam bardziej niż gdziekolwiek indziej gospodarstwo drobne. Folwarków o typie pracy właściwym wielkiej własności mamy w Holandii tylko 0,1%, a zajmują one zaledwie 1,5% ogólnej powierzchni gruntów (u nas 27% gruntów ornych, w Niemczech 20%, w Czechach 13%). Przy czym gospodarstwa najmniejsze również przeważają tam nad innymi rodzajami drobnych gospodarstw (66% ogólnej liczby).

Szwajcaria jest krajem prawie wyłącznie drobnej chłopskiej własności. W Szwecji, Finlandii, Danii proces rozdrobnienia wielkiej własności na korzyść chłopskich gospodarstw (z przewagą średnich) jest znacznie dalej posunięty niż u nas.

A czyż możemy o wszystkich wymienionych tu krajach powiedzieć, że są zacofane lub upadające pod względem kultury rolniczej? Całkiem przeciwnie. Są to kraje najwyższej ze znanych dotąd i wciąż wzmagającej się wydajności wszystkich ziemiopłodów, najwyższej też kultury i chłopskiej, i ogólnej. Bez przesady można powiedzieć, że im bardziej który z nich jest chłopski, tym jest zamożniejszy i kulturalniejszy. Holandia osiągnęła w dodatku przepiękne rezultaty pracy chłopskiej na gruntach sławnych ze swej wyjątkowej nieurodzajności. Nie od rzeczy też będzie zauważyć, że są to wszystko, jak dotąd, kraje najmocniej ugruntowanego pokoju społecznego. I nie bez głębszego znaczenia jest fakt, że właśnie typowy kraj wielkiej własności i przysłowiowej nędzy chłopa, jakim była zawsze Hiszpania, stał się widownią najokrutniejszej wojny domowej.

Jeśli na wysoki poziom rolnictwa chłopskich krajów zachodniej Europy miały wpływ uboczne, pozarolnicze warunki, to byłoby również wielkim pesymizmem i wielką rezygnacją z naszych społecznych i gospodarczych uzdolnień, gdybyśmy twierdzili, że te odpowiednie warunki u nas w żaden sposób nie mogą się pojawić, czy też zostać stworzone. Zwłaszcza gdy jednym z tych warunków jest spółdzielczość rolnicza, dla której rozwoju brak tylko większego rozpowszechnienia się oświaty wśród włościan. Spółdzielczość – o której mówiliśmy już pod kątem zatrudnienia nadmiaru ludności wiejskiej – jest prócz tego konieczną nadbudową, bez której drobne gospodarstwa nie mogą należycie prosperować, przy której natomiast, zachowując wszystkie właściwe sobie zalety, zyskują ponadto wszystkie atuty wielkiego przedsięwzięcia aż do możności stosowania motoryzacji włącznie. Nasze sfery ziemiańskie, a tym bardziej sympatyzująca z nimi prasa, mają słabe i mocno zaściankowe pojęcie o spółdzielczości rolniczej, nic więc dziwnego, że nie dostrzegają przewrotowego znaczenia tej potężnej dźwigni gospodarczo-społecznej, która gdzie indziej w stosunkowo niedługim czasie postawiła drobną własność na świetnym poziomie i wyprowadziła jej produkty na rynki światowe. Znaczenia tego ziemiaństwo nie dostrzega nawet wtedy, kiedy tu i ówdzie bierze w przedsięwzięciach spółdzielczych udział. Jeszcze większą niewiedzę pod tym względem przejawia ogół inteligencji miejskiej, która o spółdzielczości ledwie coś niecoś mętnie słyszała i, powtarzając na wiarę twierdzenie o niższości chłopskich gospodarstw, nie zdaje sobie sprawy, jak wiele już istnieje na świecie sposobów przeobrażenia tej niższości w najdoskonalszą wyższość. […]

Wróćmy jednak do tych słabych plonów na gospodarstwach włościańskich. I zobaczmy z jakimi to plonami, z jaką wydajnością porównywa się je tak namiętnie. Czyż wydajność naszych wielkich folwarków może w istocie komu zaimponować? Zdaje mi się, że w porównaniu z krajami dobrze gospodarującymi nasze plony rolnicze są tak samo zbyt niskie u wielkiej własności, jak u małej. Można bez obawy pomyłki zaryzykować twierdzenie, że wydajność naszych wielkich folwarków jest niższa niż wydajność gospodarstw chłopskich w tych krajach, gdzie rolnictwo stoi na właściwym poziomie. Weźmy dla przykładu buraki cukrowe jako produkt stanowiący u nas (na skutek cukrowniczej polityki uprzywilejowań) prawie monopol większej własności. Buraki chłopskie tak dalece nie wpływają tu na cyfry statystyki, że Mały Rocznik Statystyczny podaje jako przeciętny zbiór z hektara większej własności 215 kwintali z hektara i jako przeciętny zbiór ze wszystkich gospodarstw Polski tę samą cyfrę 215 kwintali z hektara. Otóż Niemcy mają zbiór z hektara 292 kwintali, Belgia – 306 q, Dania – 310 q, Szwecja – 337 q, Szwajcaria – 349 q, Holandia – 372 q z hektara. Co do Holandii zwłaszcza i Szwajcarii możemy na pewno powiedzieć, że nie wielkie, lecz drobne gospodarstwa przyczyniają się tam do tak wysokiego zbioru buraków z hektara. Pszenicy wielka własność produkuje u nas 13 q z hektara, zaś Holandia 28,8 q. […] Gdybyśmy rozporządzali odpowiednimi cyframi, zapewne powiedziałyby nam one to samo i o innych ziemiopłodach. Toteż drobni rolnicy wymienionych tu krajów przysłuchiwaliby się z największym zdziwieniem niepojętej dla nich obronie tezy o niższości małych gospodarstw. Nie mogliby zrozumieć ani celu, ani pobudek upierania się przy tej tezie i doszliby w końcu do bardzo zasmucających wniosków o naszym zdrowym rozsądku.

Ziemianie nasi potrafią się czasem przyznawać do niskiego stanu swej gospodarki w porównaniu z innymi krajami. Ale to tylko wtedy, gdy może to im posłużyć jako dowód, że jeśli oni źle stoją, to gospodarka chłopska tym bardziej nie może nigdy osiągnąć świetnych wyników. Trudno sobie wyobrazić – pisze na ten temat jeden z publicystów „Gazety Rolniczej” – aby małorolny, a nawet 10-hektarowy gospodarz mógł swemu inwentarzowi dać te warunki, jakie z wielkim wysiłkiem daje mu większa własność – z miernym, jak świadczą rynki zagraniczne, wynikiem. Otóż w wielu krajach nie tylko sobie te doskonałe warunki hodowli i uprawy chłopskiej wyobrażano, ale je w całej pełni urzeczywistniano.

Laik, czytający gazety i słyszący ciągle o większej wydajności folwarków i o słabym plonie gospodarstw chłopskich, wyobraża sobie zapewne jakieś niebotyczne różnice, myśli, że skoro się taki alarm o to podnosi, to wydajność chłopska jest może, kto wie, o połowę mniejsza niż dworska. Tymczasem niezawodny Rocznik Statystyczny powiada nam, że różnice te są dość znikome. W r. 1935 gospodarstwa drobne i średnie (do 50 ha) produkowały z hektara 11,1 q pszenicy, zaś gospodarstwa wielkie – 13 q. Żyta: małe – 11,2 q, wielkie – 13,1 q. Jęczmienia: małe – 11,6 q, wielkie 14,1 q. Owsa: małe – 11,4 q, wielkie – 12,8 q. Ziemniaków: małe – 114 q, wielkie – 118 q. Buraków: małe – 195 q, wielkie – 215 q. Różnice więc wynoszą dla zbóż 1,9 do 2,5 kwintala, dla okopowych – 4 do 20 kwintali z hektara.

A teraz chciejmy zauważyć, jaki, mówiąc dzisiejszym językiem, start mają ci dwaj „zawodnicy”, tak mało stosunkowo różniący się między sobą plonami z hektara. Z jednej strony ziemianie, rozporządzający wiedzą rolniczą, znacznymi środkami, udoskonalonymi narzędziami i maszynami, mający możność stosować najwłaściwsze nawozy sztuczne i w ogóle najlepsze sposoby uprawy. Posiadający też na ogół ziemie zmeliorowane i wyższej klasy, ponieważ mieli zawsze, jak wiemy, nieograniczoną prawie swobodę wybierania sobie gruntów. Z drugiej strony chłop – w przeważającej większości niedostatecznie oświecony, prawie nieużywający nawozów sztucznych, rzadko stosujący nowsze metody upraw, niemający kapitału nakładowego, posługujący się często prymitywnymi narzędziami, mający zazwyczaj ziemie gorsze i niezmeliorowane. Jeśli będąc postawionym w o tyle gorsze warunki, chłop różni się tak niewiele wydajnością z hektara od ziemianina, to jakże nie dojść do przekonania, że przy jakim takim rozwoju oświaty i organizacji z łatwością dogoniłby i prześcignął dzisiejsze plony wielkiej własności.

Że w odpowiednich i sprzyjających warunkach (do których należy i życzliwość społeczeństwa dla tej sprawy) ten wzrost wydajności nie daje na siebie czekać, to widać snadnie po gospodarce krajów, gdzie reforma rolna była nie chroniczną chorobą, ale szybką i skuteczną operacją. Należą do nich między innymi Łotwa, Estonia i Litwa. Inż. Zygmunt Chmielewski w „Czasopiśmie Spółdzielni Rolniczych”, nr 20/1936 r., powiada między innymi, że na Litwie po przeprowadzeniu reformy rolnej wydajność gruntów chłopskich wzrosła od 12 do 52%. Jeszcze bardziej podniosła się hodowla.

W ostatnich czasach prof. Wł. Grabski („Parcelacja wobec struktury, koniunktury i chwili dziejowej Polski”) podważył mocno ów i bez tego problematyczny „dogmat” o niższości drobnych gospodarstw, stwierdzanej na podstawie plonów z hektara. Dowodzi on, że dla oceny gospodarczego znaczenia większej i mniejszej własności należy badać, który typ własności potrafi więcej wygospodarować nie z obsiewanej, ale z posiadanej przestrzeni. Przyjąwszy to założenie prof. Grabski zastosował nową metodę statystyczną, za pomocą której wykazał przejrzyście, że wielka własność daje we wszystkich głównych ziemiopłodach, oprócz buraków i jęczmienia, plony niższe z hektara niż własność chłopska. Inaczej mówiąc, że na jednostkę posiadanych obszarów drobna własność obsiewa i obsadza większy procent powierzchni, a folwarki – mniejszy. Stąd wniosek, że jeśliby nawet, po przeprowadzeniu daleko idącej parcelacji, wydajność z chłopskiego hektara nie podniosła się od razu wydatnie, to bardziej drobiazgowe i pełne wykorzystanie nabytej przestrzeni nadrobiłoby z nawiązką niedobór, mogący powstać z cokolwiek mniejszej na razie plenności. […]

Wyższość gospodarstwa chłopskiego w wywodach prof. Wł. Grabskiego uderza jeszcze bardziej, gdy zestawia on cyfry dotyczące hodowli. Te cyfry mówią zresztą same za siebie i przy użyciu jakichkolwiek metod statystycznych nikt nigdy nie kwestionował rozległych możliwości, jakimi drobna własność góruje w tej dziedzinie nad wielką. […] Prof. Wł. Grabskiemu starano się odpowiadać i rzeczowo, a przynajmniej z pozorami rzeczowości. Pisano więc, że choć odsetek niebranej pod uprawę zbóż głównych i okopowych przestrzeni jest u ziemian większy, to w zamian zużywają oni wszystkie pozostałe obszary na kultury specjalnie cenne, takie jak sady, ogrody, rośliny oleiste czy nasienne. Zaś co do hodowli zauważano, że choć chłop góruje liczbą inwentarza nad ziemianinem, ale jakość tej hodowli jest niska. Podkreślano między innymi, że chłop nigdy nie sprosta zadaniom dostarczenia państwu konia remontowego (wojskowego).

Jeśli jednak weźmiemy do rąk to prawdziwe enfant terrible – Mały Rocznik Statystyczny, zobaczymy w nim rzeczy następujące. Sady i ogrody zajmują w Polsce 552 000 hektarów obszaru. Żadnych innych danych Rocznik Statystyczny co do tej gałęzi gospodarstwa narodowego nie podaje. Musimy sobie pomóc tym, co wiadomo „z życia”. Sad i ogród istnieją przy każdym polskim dworze, niekiedy mają wcale pokaźne rozmiary. U chłopów do niedawna tylko w województwach południowo-wschodnich i zachodnich można było zauważyć sadki przy każdej prawie chacie. Na olbrzymiej części pozostałych obszarów, z wyjątkiem śliwkowego pobrzeża Wisły, sławna dzika grusza była prawie jedyną przedstawicielką wiejskiego „sadownictwa”. Hodowla jarzyn i warzyw jeszcze mniej była wśród włościan rozpowszechniona.

Możliwe zatem, że w tej dziedzinie ziemiaństwo górowało niepomiernie nad chłopem i że stosunkowy obszar wziętych pod sady i ogrody gruntów był na jednostkę posiadanej powierzchni większy u ziemian niż u chłopów. Cóż z tego jednak wynika? Że nasze ziemiaństwo znało się wybornie na smakach warzyw i owoców, co nawet już Rej ślicznie przekazał literaturze. Poza tym jednak ta część wytwórczości rolnej nie była nigdy należycie wciągnięta w ogólny obrót naszego gospodarstwa. Dziś jest już lepiej pod tym względem. Znam nawet piękny majątek, w którym znaczna część obszaru zamieniona została na iście amerykańskie plantacje jabłek, prowadzone według wszelkich zasad nauki ogrodniczej. Ileż jednak mamy w Polsce takich wyjątków? Na ogół pod względem roli, jaką w handlu może odgrywać warzywnictwo i owocarstwo, stoimy bodaj czy nie na ostatnim miejscu w świecie. Brak danych statystycznych z tej dziedziny jest chyba dość wymownym wskaźnikiem znikomości tych kultur. I choć ziemianie mogą i powinni wiele tu jeszcze zrobić, zdaje się, że zmienić radykalnie taki stan rzeczy będzie mógł tylko chłop. W moich ostatnich wędrówkach po wsi mazowieckiej zdumiewał mnie pęd, z jakim chłopi masowo rzucają się dziś do sadownictwa. W każdej z chat, w których zdarzyło mi się gościć, można już było swobodnie mówić o renetach, landsberskich i kronselskich, o pięknej z Boskop, antonówkach, kosztelach i nawet koksach. Warzywnictwo też już zaczyna między włościaństwem kiełkować. […]

Co do jakości hodowli chłopskiej, to w samej rzeczy pozostawia ona niemal wszystko do życzenia. Zarówno pod względem samego inwentarza, jak i produktów od niego pochodzących. Ale czyż z tego może wypływać co innego, jak tylko wniosek o konieczności wielkiej ofiarnej pracy i państwa, i całego społeczeństwa, nie wyłączając ziemian, aby zmienić ten opłakany stan rzeczy? Że ogólne polepszenie bytu chłopskiego, spółdzielczość i oświata mogą tu cudów dokonać, to, powtarzam raz jeszcze, rzecz więcej niźli pewna. Wszak już przed wojną angielskie miasta nie chciały spożywać innych jaj, bekonów i masła niż pochodzące z chłopskich kooperatyw duńskich – a pisząca te słowa kupowała wówczas w Brukseli jaja z kooperatyw fińskich i… syberyjskich. […]

Przejdźmy z kolei do kwestii gospodarstwa chłopskiego wobec zadań wyżywienia miast i zaopatrzenia armii. Niestety, nie znam statystyki, która by wyliczała, ile produktów spożywają nasze miasta z większej, a ile z mniejszej własności. Nikogo to może nigdy nie interesowało, bo wartością małych gospodarstw zaczęliśmy się poważnie zajmować dopiero w najostatniejszych czasach. Na podstawie jednak tego, co już wiemy, trudno przypuszczać, aby drobna własność, produkująca w cyfrach absolutnych przeważającą ilość artykułów pierwszej potrzeby, nie miała sporego znaczenia w aprowizacji miast, nawet jeżeli odrzucimy te gospodarstwa, które na razie zaledwie same ze swych płodów mogą wyżyć i nic prawie na rynku nie sprzedają. Pomijając dostawy z dalszych stron przez pośredników, każdy mieszkaniec miast wie dobrze, jaką rolę odgrywają chłopi podmiejscy w dostawie mnóstwa produktów bezpośrednio do domów. Oczywiście, że i organizacja tego zbytu jest żadna i jakość tych produktów najczęściej kiepska. Wybredniejsze podniebienia, bardziej wymagające żołądki i lepiej zaopatrzone kieszenie poszukują też specjalnie produktów z wielkiej własności. Ale i takiej ludności w miastach, i takich produktów na rynku jest chyba (poza zbożem) szczupła mniejszość. Ta wyborowa ziemiańska produkcja to luksus, który nie może być miarą sądów o wyżywieniu miast, chociaż u nas właśnie takie rzeczy bywają miarą sądów.

A teraz armia. Bardzo możliwe, że to wojsko właśnie przede wszystkim pochłania produkcję wielkiej własności i że jest mu wygodniej aprowizować się w dużych majątkach. Lecz armia jest dla narodu, a nie naród dla armii. Armia, mimo jej bezwarunkowej konieczności, szczytnych zadań, wspaniałych zalet i miłości, jaką budzi, nie może być wyłącznym ideałem życia narodu w tym znaczeniu, aby dla niej wolno było rezygnować z reform wymaganych przez nieodparte konieczności gospodarczo-społeczne. Jeżeli dobro, a nawet byt narodu i państwa żądają oparcia gospodarki rolnej o drobną własność, to armia, ta – jak się ciągle podkreśla – najlepiej obywatelsko wychowana część społeczeństwa, niewątpliwie dostosowuje swoje metody aprowizacyjne do tych wymagań dobra narodowego.

Armia bowiem nie jest stworzona do tego, żeby bronić samej siebie, ani żeby bronić pomyślności kilkudziesięciu tysięcy rodzin, lecz aby bronić dobra całego narodu. Gdy o to dobro nie zadbamy, to i bronić w końcu nie będzie czego.

Posługiwanie się rzekomym interesem armii w walce z reformą rolną uchybia zarówno poczuciu obywatelskiemu wojska, jak rozumowi jego władz gospodarczych. Intendentura wojskowa stoi bez wątpienia daleko bardziej na wysokości swych zadań, niż przypuszczają sfery chcące w nią wmówić to, co dla nich byłoby wygodniejsze. Potrafi ona wypracować takie metody zaopatrywania, które mogą być pogodzone ze stopniowym przeobrażeniem się polskiego ustroju rolnego. Naturalnie – znów to trzeba powtórzyć – najszerszy rozwój spółdzielczości (w danym wypadku spółdzielni zbytu ziemiopłodów) jest i tu koniecznym warunkiem rozwiązania nastręczających się trudności. Dla ułatwienia wojsku aprowizacji z gruntów chłopskich kraj musi pokryć się organizacjami wspólnej sprzedaży płodów rolnictwa. I wojsko może tu bardzo pomóc, bo właśnie pewność otrzymania dostaw do armii mogłaby być doraźnym życiowym bodźcem i dla podniesienia gatunkowości produktów, i dla organizowania ich zbytu.

Ciekawe, że płk. Dżugay, wygłaszając w czerwcu roku ubiegłego przed audytorium ziemiańskim odczyt o rolnictwie w Czechosłowacji, podkreślił bardzo wyraźnie łatwość aprowizacji armii czechosłowackiej właśnie wskutek istnienia spółdzielczości zbytu, zorganizowanej, jak wiadomo, głównie przez włościan tego kraju. Szkoda, że ziemiaństwo nie zapamiętało sobie tego szczegółu o aprowizacji wojska czechosłowackiego, nim zaczęto wdrażać w naszej armii myśli kierowania zainteresowań aprowizacyjnych tylko w stronę wielkiej własności. […]

Zapominamy i o tym, że armia to nie szczupłe grono świetnych oficerów, skoligaconych rodzinnie lub towarzysko ze sferą ziemiańską. Że armia – to siłą rzeczy nade wszystko chłopi, wypełniający już dziś nie tylko szeregi, ale – coraz częściej – i kadry oficerskie. Trudno przypuścić, żeby ta już dziś na wskroś ludowa siła zbrojna nie znalazła w sobie dostatecznego zrozumienia dla najżywotniejszej sprawy narodu, jaką jest wciągnięcie w orbitę ogólnego życia gospodarczego masy chłopskiej. Tej masy chłopskiej, której symboliczną nazwą, zawołaniem, herbem zbiorowym niejako są przecież od dawna dwa słowa: żywią i bronią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>