Cyfrowy tłum wychodzi na ulicę

Lato 2014 |

„Rewolucji nie zobaczymy w telewizji” – powiedział Gore Vidal. Zapewne miał rację, choć dziś możemy z dużą dozą pewności dodać: „Bo zobaczymy ją na YouTubie”. Cyfrowy tłum wyrasta na wielki zbiorowy podmiot krajowej i międzynarodowej polityki.

Podobnie jak dawny proletariat, również współcześni pracownicy, w tym zatrudnieni na umowach śmieciowych (prekariat), powoli stają się samoświadomą wspólnotą wartości i interesu, zdolną wytwarzać postulaty, hasła i symbole zrozumiałe dla wszystkich członków. Ponad granicami narodów i podziałami kulturowymi narodziła się nowa kultura: memów, tweetów, smart-mobów. Powstał łatwy do odtworzenia i rozpowszechnienia model wyrażania niezadowolenia i postulowania przemian.

Trudno byłoby sobie wyobrazić Reformację bez wynalezienia druku czy Rewolucję Francuską bez oświeceniowej „Republiki Uczonych”. Podobnie trudne do wyjaśnienia byłyby opisane poniżej przykłady wielkich zrywów społeczno-politycznych, gdyby pozbawić je wątku cyfrowej mobilizacji, uzyskanej dzięki kluczowemu medium, jakim dla pokolenia Y stał się Internet.

Irańskie przebudzenie

Z czym kojarzy się przeciętnie wykształconemu człowiekowi Iran? Zapewne z (kontr)rewolucją islamską 1979 r. Można mieć nadzieję, że także z bogactwem perskiej kultury – słynnym winem, poezją i wynalezionymi tam przecież szachami. Być może jednak współczesna Persja – Iran – kojarzyć się nam będzie z czymś zgoła innym: z kulturą internetową i „rewolucją twitterową”.

Iran był jednym z pierwszych krajów w regionie, w którym można było korzystać z Sieci. Początkowo zjawisko miało bardzo ograniczony zakres, obejmując niemal wyłącznie pracowników akademickich. Nie trzeba było jednak długo czekać, aby młodzi Irańczycy spostrzegli, że globalna sieć może być nieocenionym źródłem informacji i narzędziem ich rozpowszechniania z dala od oczu cenzorów. Do czasu, kiedy władze w Teheranie zauważyły, jaki groźny potencjał tkwi w cyberprzestrzeni, było już za późno – internauci zdążyli się przywiązać do idei wolnego słowa i pluralizmu w Sieci. Na tym polegała jedna z głównych różnic między reżimem irańskim a irackim.

Początkowo cała atrakcja polegała na możliwości zapoznania się z tym, co głoszą zagraniczne ośrodki opiniotwórcze, nad którymi miejscowy reżim nie panował. Z czasem ważniejsze stały się jednak treści tworzone przez samych Irańczyków, dokumentujące ich doświadczenia życia w despotycznie rządzonym państwie. Dodatkową zaletą internetowych środków komunikacji było (niestety fałszywe, jak okazało się później) poczucie anonimowości, zachęcające do szczerych wynurzeń na temat sytuacji w kraju. Szacuje się, że w 2004 r. liczba blogów redagowanych w języku perskim wynosiła kilkadziesiąt tysięcy. Nie wszystkie traktowały wprost o polityce i prawach człowieka, ale w tamtych warunkach nawet strona poświęcona brytyjskiej muzyce, amerykańskim filmom czy francuskiej literaturze posiada polityczny wymiar. W państwie, które jest mniej niż totalitarne, ale więcej niż autorytarne, wszystko staje się polityką.

Prawdziwą próbą sił między reżimowymi mediami a wolną blogosferą była walka o uczczenie przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Szirin Ebadi, bojowniczce o prawa człowieka (szczególnie prawa kobiet), represjonowanej przez teokratów. Oficjalne telewizja, radio i prasa przemilczały wyróżnienie Iranki. Próżnię informacyjną błyskawicznie wypełniły entuzjastyczne doniesienia pisane przez opozycyjnie nastawionych dziennikarzy obywatelskich. Poczytność tych relacji była na tyle znacząca, że w różnych częściach kraju zaczęły się odbywać manifestacje poparcia dla Ebadi – i dla wolnego słowa w Sieci.

Zaskoczone i zaniepokojone rozmiarami zjawiska władze postanowiły dawniejszą opieszałość zastąpić zwielokrotnioną bezwzględnością. Wprowadzono ścisły nadzór nad wszelkimi treściami publikowanymi w Internecie. Drastycznie ograniczono dostęp do zagranicznych stron, na krajowych internautów narzucono zaś obowiązek rejestrowania blogów i portali. Nad prawomyślnością publikowanych tam treści czuwa Ministerstwo Kultury i Przewodnictwa Islamskiego. U szczytu kampanii skierowanej przeciw „cyfrowym dysydentom” rząd zaczął opracowywać nawet projekt „drugiego Internetu”, stworzonego rękami reżimowych inżynierów. Równolegle zadowalano się mniej wymyślnymi metodami represji wolności słowa – jeszcze w 2001 r. rozpoczęła się fala aresztowań blogerów, wielu z nich było torturowanych i zamykanych w więzieniach. Najpopularniejsi z nich, często rekrutujący się spośród zawodowych dziennikarzy, mogli zapłacić kaucję i uciec na Zachód.

Myliłby się jednak ten, kto spisałby rodzącą się cyfrową opozycję na straty. Ich przykład inspiruje – i instruuje – następców. Tych odnaleźć mogliśmy niemało wśród uczestników rewolty z czerwca 2009 r. Tysiące Irańczyków wyszły wtedy na ulice, protestując przeciw sfałszowanym wyborom, które przyniosły reelekcję Mahmuda Ahmadineżada. Bunt rozpoczął się jednak nie na Placu Azadi, lecz w mediach społecznościowych. W szczytowym momencie uczestnicy zdarzeń zamieszczali niemal 4 tys. wpisów na minutę. Wiele z nich zawierało odnośniki do zdjęć i filmów. Cały świat oglądał nakręconą amatorsko śmierć 26-letniej studentki filozofii, zastrzelonej 20 czerwca na środku ulicy. Jej twarz pokazały wszystkie największe media na świecie, od Kalifornii po Kioto. Moment, w którym kręci się komórką ludzkie tragedie, to moment, w którym medium i przekaz zlewają się w jedno. Ludzie, którzy tak jak my korzystają z YouTube’a, którzy mają konta w mediach społecznościowych – z nazwiskami, datami urodzin, ulubionymi filmami – nie wydają się już tak odlegli. Widać to dobrze po skali wsparcia wyrażającego się w tweetach czy na fanpage’ach Facebooka, ale także po bardziej wymiernej pomocy, jakiej udzieliła Irańczykom grupa hackerska Anonymous, udostępniając im wskazówki i narzędzia informatyczne pomagające obchodzić cenzurę i unikać dekonspiracji.

Wśród francuskich konserwatystów sprzed stu lat modny był podział na pays légalpays réel. Ten pierwszy to polityczne i kulturowe oblicze kraju kreowane przez rządzących poprzez ustawodawstwo i przymus administracyjny. Ten drugi to obraz rzeczywisty, spontaniczny, oddolny, nie będący produktem żadnej społecznej inżynierii czy propagandy. W tym kontekście Iran „legalny” to kraj urzędowej jednomyślności, religijnej ascezy i powszechnego posłuszeństwa względem rządzącego kleru. Iran „realny” tymczasem to kraj, którego władze wychowały sobie całe pokolenie nienawidzących ich młodych ludzi, mających więcej wiary w demokrację niż w teokrację i przeglądających Internet częściej niż Koran. Prawdziwi Irańczycy, wbrew religijnym i prawnym zakazom, palą papierosy, oglądają „wywrotowe” zachodnie filmy, redagują i czytają blogi. Trzeba pamiętać, że aż 60% mieszkańców tego kraju ma mniej niż 30 lat. Wielu z nich ma krewnych w innych krajach i dobre pojęcie o tym, jak wygląda życie w wolnym państwie. Wszyscy oni doskonale rozumieją się ze swoimi rówieśnikami na Zachodzie. Jeśli zatem chcemy dowiedzieć się czegoś o tym kraju, nie mamy lepszego pasa transmisyjnego niż ich konta na YouTubie, Facebooku czy Instagramie, niż tworzone i komentowane przez nich treści, funkcjonujące nie tyle poza oficjalnym obiegiem, ile przeciw niemu. Do rangi symbolu urasta w tym kontekście tytuł książki poświęconej irańskiej blogosferze, autorstwa Nasrin Alavi – „To my jesteśmy Iranem”.

Bitwa o Twittera

Masowy zryw „arabskiej wiosny” zdołał zapalić także przeciwległy niearabski kraniec „świata muzułmańskiego” – Turcję. Hasła, które podnosili protestujący, były jakby echem tych wykrzykiwanych na placach od Rabatu po Teheran. Wyjątkowość sytuacji w tym kraju polegała jednak na tym, że on jeden przeszedł już przez postępową rewolucję, kiedy to Mustafa Kemal obalił sułtanat i proklamował świecką, demokratyczną republikę. Ludzie, którzy zbierali się na placu Taksim, występowali więc jako obrońcy pewnego ładu i status quo. Mieli gotowy język, którym mogli krytykować władze tęskniące za osmańskimi czasami, mieli symbole, wokół których mogli się jednoczyć.

Młodzi Turcy odkryli na nowo młodoturecki republikanizm, wyrażający się w wierze w suwerenność ludu, laickość i europeizację. Umieli jednocześnie oczyścić go z osadu szowinizmu i nacjonalizmu, które splamiły karty najnowszej historii Turcji opowieściami o pogromach, przesiedleniach i wypędzeniach mniejszości etnicznych. Żądano więcej demokracji, bardziej prospołecznej polityki, przestrzegania zasady rozdziału władz świeckich i religijnych, tak kluczowej dla samoświadomości obywatelskiej dzisiejszych Turków. Wyraziście zarysowały się także postulaty przywrócenia pełnej wolności wypowiedzi w Internecie.

Bezpośrednią przyczyną zrywu była brutalna pacyfikacja obywatelskiego protestu przeciw prywatyzacji jednego z ostatnich zielonych punktów na mapie Stambułu – parku Gezi. Nieproporcjonalna, brutalna reakcja władz poskutkowała zmianą tematu i tonu narodowej debaty. Wówczas nie chodziło już tylko o prymat dobra publicznego nad prywatnym, ale przede wszystkim o prawa obywatelskie. Na to wszystko nałożyły się oskarżenia korupcyjne, sprowadzające się do stwierdzenia, że dzieje prywatyzacji parku Gezi są szemrane, podobnie jak kilkudziesięciu innych tego rodzaju inwestycji w ostatnich latach. Rząd Recepa Erdoğana, jakby celowo dążąc do konfrontacji, mnożył prowokacje: zakazał tradycyjnego przemarszu patriotycznego w Dzień Republiki (29 X), nakazał zdjąć flagę narodową z budynku parlamentu, wreszcie – w geście przypominającym nakaz Philippe’a Pétaina – usunął słowo „republika” z oficjalnej nazwy państwa. Uchwalane błyskawicznie ustawodawstwo obyczajowe uderzało szczególnie mocno w młodzież z zachodniej części kraju i jej liberalny styl życia. Horrendalny wzrost akcyzy równoznaczny był z pełzającą prohibicją („kto pije alkohol, jest alkoholikiem” – by przytoczyć złotą myśl szefa tureckiego rządu), zakazano nawet „publicznego okazywania czułości”.

Przełom maja i czerwca upłynął pod znakiem demonstracji – zrazu pod hasłem solidarności z aresztowanymi i pałowanymi w parku Gezi, później w imię demokratyzacji stosunków politycznych i gospodarczych oraz liberalizacji prawa obyczajowego. Protesty i walki z policją odbywały się w centralnym punkcie stolicy – na placu Taksim. Prawdziwym punktem zbornym demokratycznej opozycji szybko stał się jednak Twitter.

To właśnie za jego pośrednictwem ludzie byli informowani, gdzie gromadzą się protestujący, a gdzie policja. Łatwo można było tam znaleźć przyspieszone kursy: jak zdobyć płyn pomagający łagodzić efekty gazu łzawiącego lub gdzie znaleźć bezpieczne kryjówki przed policją. Szybko stał się on również rozsadnikiem obrazków propagujących hasła antyreżimowe. O kosmopolitycznym i głęboko osadzonym w kulturze internetowej charakterze tych wystąpień świadczy wszechobecność różnego rodzaju memów. I tak – na demonstracjach często przewijał się, parodiujący brytyjskie plakaty propagandowe z okresu II wojny światowej, mem „Keep calm…”. Tablice facebookowe i mury na ulicach pokrywały hasła takie jak „Erdoğan – Winter is Coming”, nawiązujący do serialu „Gra o Tron”. Protestujący często nosili na twarzach maski Guya Fawkesa, spopularyzowane przez film „V jak Vendetta”, a następnie Ruch Occupy. Podobnie jak w przypadku wydarzeń irańskich, media społecznościowe stały się najszybszym i często najpewniejszym źródłem informacji.

Rząd w Ankarze miał i ma nadal pełną świadomość tego, jakim zagrożeniem dla jego władzy jest przełamanie monopolu informacyjnego przez zaradnych internautów, którym asystują zagraniczni haktywiści. Recep Erdoğan w wywiadzie udzielonym Al-Dżazirze wymienił Twitter jako źródło niepokojów i narzędzie rozpowszechniania „najpodlejszych kłamstw”. Intuicyjnie każdy mógł przypuszczać, że te ostre słowa mogą stanowić preludium do zamachu na niezależność tego medium. Odpowiedź władzy była boleśnie typowa dla mentalności szefa tureckiego rządu: administracja zablokowała Twitter, a niedługo później także serwis YouTube.

Tureckie społeczeństwo obeszło blokadę tego samego dnia. Najpierw zareagował sam Twitter, przypominając o możliwości wysyłania tweetów przez SMS-y (marka ma zawarte specjalne umowy z kilkoma tamtejszymi operatorami telefonii komórkowych) – poprzedzenie wiadomości specjalnym kodem pozwala na skojarzenie numeru telefonu z kontem w medium społecznościowym i wysłanie tweeta. Kolejnym krokiem była masowa implementacja programu Tor – najpopularniejszego narzędzia do maskowania IP i lokalizacji komputera. Liczba użytkowników Tora wzrosła w Turcji z 25 tys. do 60 tys. w ciągu kilkudziesięciu godzin. Do użycia na szeroką skalę weszło także hakowanie ustawień nazw domen (DNS), umożliwiające podanie fałszywej lokalizacji urządzenia podłączonego do Sieci. Prosta operacja polegająca na wprowadzeniu kodów 8.8.8.8 lub 8.8.4.4 wystarczyła, by służby rządowe zupełnie utraciły panowanie nad tym, co dzieje się w mediach społecznościowych. Bezpieczne kody DNS można do dziś odnaleźć wymalowane na wielu stambulskich murach.

Wszystkie powyższe techniki przezwyciężania cenzury zaczęto rozpowszechniać metodami partyzanckimi. Oto kilka z nich:

  • Zabawa wspomnianym już memem „Keep calm…”, uzupełniona o logo Twittera wraz z adresem DNS pozwalającym na obejście blokady, niczym wirus udostępniana była w Sieci każdym możliwym sposobem (m.in. przez nadal otwarte kanały społecznościowe).
  • Tworzono także inne memy, np. obrazy stylizowane na wyborczy poster Baracka Obamy, zawierający slogan „Yes, we can”, tutaj przerobiony na „Yes, we ban”.
  • Aby podkreślić swój udział w przełamywaniu blokady i oporze wobec władzy, Turcy umieszczali po swoim nazwisku (na Twitterze, Facebooku, YouTube) litery CT, skrót od Türkiye Cumhuriyeti – Republika Turecka. W ten sposób protestowali także przeciw próbom rugowania republikańskiego, młodotureckiego dziedzictwa swojego kraju.
  • Turecko- i anglojęzyczne strony internetowe szybko wypełniły się instruktażami w rodzaju „Jak możesz pomóc Turkom ominąć cenzurę” (np. na „The Daily Dot”).
  • Oprócz wszechobecnego graffiti, na jednym z bloków zauważono ogromne prześcieradło z charakterystycznym adresem DNS.
  • Błyskawicznie spopularyzowany został hashtag #TwitterisblockedinTurkey.

Jaki był bilans tych przedsięwzięć? Cyfrowy tłum w Turcji pobił rekord wysłanych tweetów, „ćwierkając” przeszło 2,5 miliona razy, co oznaczało wzrost o kilkaset procent w ciągu kilkunastu godzin od nałożenia blokady! Charakterystyczny hashtag #TwitterisblockedinTurkey przepłynął przez cały świat, zwracając wszystkie oczy w stronę Turcji i decyzji premiera Erdoğana. Dwutygodniowe zmagania zakończyły się kapitulacją władz. 4 kwietnia zniesiono zakaz korzystania z Twittera. Dłużej trwał bój o YouTube, który okresowo przywracano i znowu blokowano. Definitywnie dostęp do tego serwisu Turcy odzyskali 9 kwietnia 2014 r. Zajścia te pokazują dobitnie, że w warunkach kryzysu cyfrowy tłum bardzo łatwo zachęcić do wyjścia z sieci na ulice, a za każdym nickiem czy adresem IP kryje się człowiek.

Demokracja internetowa

Błędem byłoby zakładać, że Internet i media społecznościowe mają coś do zaoferowania jedynie jako ersatz tradycyjnych mediów w autorytarnie zarządzanych państwach. Każde społeczeństwo, nawet takie, w którym zdążyły się już zakorzenić demokratyczne i pluralistyczne urządzenia, cierpi czasem na deficyt kontroli społecznej. W Korei Południowej tego rodzaju deficyt był więcej niż zauważalny.

W tym kraju pojęcie postępu zamknięto w bezpiecznych, techniczno-ekonomicznych ramach, sprowadzając je wyłącznie do kolektywnej pracy na rzecz wzrostu PKB. Przyrost jakości życia, swobód obywatelskich i sprawiedliwości społecznej rządząca elita zbywała epitetami: „ideologia”, „demagogia”, „roszczeniowość”. Ponadto nazbyt długo obawiano się, czy swobodne głoszenie tego rodzaju idei nie przysporzy popularności reżimowi z północy. Dziś brzmi to groteskowo, biorąc pod uwagę, że praktyka władzy w tym państwie, powstałym w tym samym roku, kiedy Orwell napisał „Rok 1984”, wygląda, jakby potraktowano tam ostrzegawczą powieść brytyjskiego socjalisty jako podręcznik wzorcowej organizacji państwa i społeczeństwa. Przez dekady jednak argument ten wydawał się na tyle zasadny, że wszystko, co lewicowe, choćby i najjednoznaczniej antykomunistyczne, obłożono prewencyjną anatemą.

Ceną, jaką Południe zapłaciło za prosperity, był więc – początkowo twardy, później coraz łagodniejszy – autorytaryzm. Z każdym pokoleniem malała moc argumentu o potrzebie rywalizowania z żebraczym sąsiadem władanym przez dynastię Kimów. Młodzież, wychowana przez telewizję i Internet w nie mniejszym stopniu niż przez zapracowanych rodziców, z zazdrością patrzyła na hedonizm i indywidualizm zachodniej kultury. Dostrzegała wreszcie, że Korea jest na tyle zamożna, by móc bardziej sprawiedliwie dzielić owoce wspólnej pracy, i na tyle wykształcona, by zrzucić paternalistyczną kuratelę biznesowo-wojskowego establishmentu.

Od śmierci piastującego urząd prezydenta pięć kadencji z rzędu generała Parka Chung-hee, sylwetka typowego kandydata na prezydenta Republiki wyglądała mniej więcej tak: mężczyzna, najczęściej urodzony jeszcze pod japońskim panowaniem, zachowawczy, wywodzący się co najmniej z klasy średniej, absolwent elitarnych szkół, wysoki stopniem wojskowy lub przynajmniej pomazaniec armii, dobrze żyjący z miejscowym establishmentem (tzw. klubem dżentelmenów). Kto przestał spełniać dwa ostatnie warunki, musiał się liczyć z utratą władzy.

Powolna, choć wyraźna demokratyzacja życia politycznego, narastająca od przełomu lat 80. i 90., znalazła swoją kulminację w wyniesieniu na najwyższy urząd w państwie człowieka, który nie spełniał żadnego z wymienionych warunków i którego bojkotowały wszystkie media w wyborach roku 2003. Roh Moo-hyun pochodził z ubogiej rodziny, był praktycznie samoukiem, w latach 60. brał udział w studenckiej rewolcie, zasłynął obroną studentów w procesach politycznych. Wszystko to wyglądało bardzo obiecująco z perspektywy 20- i 30-latków pragnących przemian. Największym atutem Roh był jednak fakt, że nie zlekceważył, w przeciwieństwie do konkurentów, roli Internetu w procesie wyborczym. Korea Południowa jest bardziej online niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Przeciętny czas spędzany dziennie w Sieci przez jednego mieszkańca, odsetek mieszkańców grających w gry komputerowe online, ilość PKB wytwarzana w branży IT – we wszystkich tych statystykach Koreańczycy zajmują pierwsze miejsce. Roh epatował znajomością języka HTML, w którym tworzy się strony WWW. Wywiady z portalami internetowymi traktował nie mniej poważnie niż z wysokonakładowymi dziennikami. Zawsze był na bieżąco z tematami, które były istotne dla internautów, nawet gdy pomijały je media głównego nurtu.

Sposób, w jaki potrafił się wsłuchiwać w rejestry, którymi konkurenci zwyczajnie nie umieli operować, zademonstrował dobitnie przy okazji afery, jaka wybuchła, gdy amerykański wojskowy traktor zabił w nieszczęśliwym wypadku dwie młode Koreanki. Dla większości mediów było to zdarzenie tragiczne, ale politycznie nieistotne. Nie sposób nie wspomnieć, że podobne incydenty koreański establishment tuszował, obawiając się nadwyrężenia relacji z USA. Roh, który śledził falę oburzenia, jaka wezbrała w Sieci, wiedział, że to idealny moment, aby uderzyć. Jednym posunięciem przełamał zmowę milczenia i medialny bojkot własnej osoby. Wygłoszone przez niego wrogie wobec Amerykanów przemówienia zyskały potężny poklask. Wielu Koreańczyków uważało, że ich kraj był zbyt uległy wobec Waszyngtonu i wreszcie znaleźli polityka, który artykułował ten gniew. Wypowiedzi Roh, wiernie rozpowszechniane przez życzliwy mu portal OhmyNews, doprowadziły do największych antyamerykańskich wystąpień w historii Korei Południowej.

Slogan OhmyNews to: „Każdy obywatel jest reporterem”. Ilekroć ich kandydat tracił w sondażach, przeciwdziałali poprzez filmiki viralowe i masowe wysyłanie e-maili, w większości przez samych czytelników. Blogerzy, użytkownicy Facebooka, Twittera i YouTube’a nie pozostawali bowiem bierni. Roh wyrażał ich aspiracje. Chłopak z biednej rodziny, który dzięki własnej pracy doszedł do miejsca, z którego może rzucić wyzwanie tradycyjnym elitom i przetrwać, był dla nich inspiracją. Mieli gotową narrację. Wystarczyło kliknąć „wyślij” lub „udostępnij” – i Robin Hood został królem.

Roh umiał spłacać długi wdzięczności. Jako prezydent-elekt pierwszego wywiadu udzielił właśnie OhmyNews. Koreańskie i światowe gazety pisały o nadchodzącej „sieciokracji” (webocracy). Redakcja serwisu nie ukrywała, że odbiera zwycięstwo Roh jako własne, a ponad wszystko jak zwycięstwo Internetu nad tradycyjnymi mediami i „obywateli Sieci” nad „starymi elitami”. Nie było w tym przesady – ostatecznie kto chciałby podpaść serwisowi, który cieszy się 20 milionami odsłon dziennie w kraju zamieszkałym przez 40 mln ludzi?

Prezydentura Roh Moo-hyuna nie była jednak tak wyjątkowa, a jego władza – tak trwała. Wyniszczany przez konflikty z opozycją, pozbawiony stabilnego zaplecza politycznego, został ostatecznie pogrążony przez aferę korupcyjną, która zdyskredytowała go nawet w oczach wiernych internautów. Okrzyknięty „pierwszym internetowym prezydentem”, Roh popełnił samobójstwo 23 maja 2008 r. Tego samego dnia znaleziono list samobójczy adresowany do najbliższej rodziny. Był to plik tekstowy na dysku twardym osobistego komputera byłego prezydenta.

Cyfrowa nadzieja

Politycy w państwach demokratycznych nauczyli się korzystać z Internetu w celach informacyjnych i propagandowych. Tę samą lekcję w przyspieszonym tempie musiały odrobić ludy krajów zniewolonych. Dzisiejsze rewolucje nie różnią się tak bardzo od tych, które znamy z przeszłości. Przeniosły się one tylko na nowe płaszczyzny, w których przekaz wędruje szybciej i swobodniej, a stosunek sił w kwestii wymiany informacji jest między państwem a społeczeństwem bardziej wyrównany.

Powiada się, że im doskonalsze medium, tym błahszy przekaz. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej tezy mogli tu znaleźć argumenty wspierające ich stanowisko. W swym najgorszym wydaniu kultura internetowa sprzyja przejściu od słowa do obrazka, od idei do memu, od demokracji do ochlokracji.

Sieć, ze swoją ogromną przestrzenią i zaludnieniem, anonimowością i możliwościami, jakie stwarza, przypomina miasto. Ma swoje muzea, biblioteki i galerie – ma także swoje ciemne uliczki i slumsy. Ma wreszcie swoją agorę, na której każdy może zabrać głos. Chcielibyśmy wierzyć, że tak jak wielu straciło zapał do internetowej polityki po lekturze komentarzy na dowolnym polskim portalu, tak przynajmniej część czytających te słowa odzyskała go po zapoznaniu się z historią „twitterowych rewolucji”.

Marcin Giełzak, Bartosz Filip Malinowski

Marcin Giełzak (ur. 1987) – współzałożyciel think tanku WE the CROWD, współorganizator pierwszych w Polsce wydarzeń poświęconych ekonomii współdzielonej – Niekonferencji Innowacji Społeczno-Biznesowych „Zmienia Się!” oraz „OuiShare Europe Tour – Warszawa”, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim.

Bartosz Filip Malinowski (ur. 1987) – współzałożyciel think tanku WE the CROWD, absolwent stosunków międzynarodowych oraz dziennikarstwa na UŁ, student zarządzania – także na UŁ. Racjonalista, humanista, ateista i idealista, szukający właściwych środków do właściwych celów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>