Jednomandatowe problemy wyborcze

Lato 2014 |

Spór o kształt systemu wyborczego trwa w Polsce nie od dzisiaj. Chociaż największe siły polityczne już nie zaprzątają sobie tym tematem głowy, zmiana ordynacji do Sejmu – na system głosowania większościowego w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) – jest ważnym elementem programów wielu mniejszych ruchów i ugrupowań.

Okręgi jednomandatowe w wyborach do Sejmu są szansą na naprawę państwa. Koniecznym warunkiem jakichkolwiek gruntownych zmian jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami – takie i inne wypowiedzi padają od lat m.in. z ust Pawła Kukiza, znanego muzyka i lidera inicjatywy Zmieleni.pl. Wtóruje mu Przemysław Wipler ze Stowarzyszenia Republikanie oraz inni reprezentanci środowisk konserwatywno-liberalnych. Poparcie dla jednomandatowych okręgów wyrażali także znani działacze samorządowi, m.in. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

O ile motywacje zwolenników JOW-ów są często szlachetne, o tyle proponowane przez nich panaceum na bolączki polskiego systemu demokratycznego to wyraz naiwności. Jak bowiem inaczej nazwać ślepą wiarę w to, że ordynacja większościowa i jednomandatowe okręgi wyborcze, czyli system, w którym mandat poselski w każdym okręgu otrzymuje jeden kandydat (zdobywca najwyższej liczby głosów), jest lekiem na całe zło, a ordynacja proporcjonalna jest tego zła bezpośrednim winowajcą?

Orędownicy JOW-ów na poparcie swoich racji przytaczają często fakt, że postulowany przez nich system stosowany jest w najważniejszych państwach Europy (Wielkiej Brytanii i Francji), najpotężniejszym mocarstwie świata (Stanach Zjednoczonych) oraz najludniejszym kraju demokratycznym (Indiach)1. U nich działa, więc u nas też musi. Bardzo słaba argumentacja.

Ruch Zmieleni.pl szczególnie chętnie powołuje się na przykład brytyjski, gdzie stosowany jest system większości względnej: Jednomandatowe okręgi wyborcze takie jak w Wielkiej Brytanii to najstarszy, najprostszy i sprawdzony w ponad dwustuletniej praktyce system wyborczy – czytamy na ich stronie internetowej. Uczciwość wymaga jednak kilku dopowiedzeń. Po pierwsze, system dwupartyjny pojawił się w Zjednoczonym Królestwie wcześniej niż okręgi jednomandatowe. JOW-y zostały ustanowione w większości okręgów w ramach reformy lat 1884–85, a dopiero w roku 1950 utworzono je w całym kraju. Po drugie, coraz częściej podnoszone są głosy, że systemu, z którym mamy do czynienia w tamtym kraju, nie można już nazywać dwupartyjnym, choćby dlatego że ok. 25 proc. społeczeństwa głosuje w wyborach na którąś z partii trzecich. Najbardziej poszkodowani są Liberalni Demokraci. W wyborach w 1983 r. sojusz Partii Liberalnej i Partii Socjaldemokratycznej uzyskał ok. 25 proc. głosów, co dało mu zaledwie 3,5 proc. mandatów. Mniejsze partie opowiadają się z tego względu za systemem proporcjonalnym. Zwolenników reformy brytyjskiego systemu wyborczego przybywa.

Sympatycy JOW-ów pomijają przede wszystkim fakt, że od przyjętych regulacji prawnych często zdecydowanie ważniejszy jest specyficzny kontekst, w jakim funkcjonują. W tym – kultura polityczna państwa. Ten sam system wyborczy może mieć różne konsekwencje w zależności od otoczenia, w którym został wprowadzony.

Aby skuteczniej zmierzyć się z argumentami zwolenników okręgów jednomandatowych, przyjrzyjmy się kwestii systemów wyborczych w całej jej złożoności.

Wybory do Sejmu. Tło historyczne

Wybory do Sejmu I kadencji z 27 października 1991 r. przeprowadzono na podstawie ordynacji proporcjonalnej. 391 posłów wybierano w okręgach wyborczych z zastosowaniem metody Hare-Niemeyera, uznawanej za najbardziej „proporcjonalny” sposób liczenia głosów, a 69 (15%) z list ogólnopolskich zmodyfikowaną metodą Sainte-Laguë2. Listy ogólnopolskie mogły zgłaszać komitety wyborcze, którym udało się zarejestrować listy w co najmniej pięciu okręgach wyborczych.

Na nieuformowanej jeszcze scenie politycznej przyjęta ordynacja wyborcza doprowadziła do dużego rozdrobnienia systemu partyjnego. Spośród 111 zarejestrowanych komitetów wyborczych mandaty do Sejmu uzyskało aż 29. Najwięcej głosów zdobyły: Unia Demokratyczna (62 mandaty), Sojusz Lewicy Demokratycznej (60 mandatów), Wyborcza Akcja Katolicka (49 mandatów), Polskie Stronnictwo Ludowe (48 mandatów), Konfederacja Polski Niepodległej (46 mandatów), Porozumienie Obywatelskie Centrum (44 mandaty), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37 mandatów), Porozumienie Ludowe (28 mandatów) oraz NSZZ „Solidarność” (27 mandatów). Tych 9 ugrupowań uzyskało łącznie 409 mandatów. Pozostałe 51 przypadło aż 20 różnym komitetom wyborczym.

Wkrótce do wyborów proporcjonalnych wprowadzono progi, co okazało się efektywne – nastąpiła koncentracja głosów i zmniejszenie rozdrobnienia systemu partyjnego (w Sejmie II kadencji obecnych było już tylko 6 ugrupowań). Spory wokół systemu wyborczego były wyraźne już w toku prac nad nową konstytucją3. Wszystkie projekty stanowiły, że wybory do Sejmu są: powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym. Projekty: prezydencki, SLD, PSLUP oraz KPN jako zasadę prawa wyborczego wymieniały także proporcjonalność. Obywatelski Projekt Konstytucji NSZZ „Solidarność” stanowił natomiast: Co najmniej 2/3 ogólnej liczby posłów jest wybieranych w wyborach większościowych z zastrzeżeniem, że w pierwszej turze głosowań dla wyboru potrzebna jest bezwzględna większość ważnie oddanych głosów (art. 60).

Podczas dyskusji w Komisji Konstytucyjnej kwestia proporcjonalności wzbudzała spore kontrowersje. Michał Drozdek, który reprezentował w pracach konstytucyjnych Mariana Krzaklewskiego, krytykował ów zapis, argumentując, że wybory proporcjonalne podtrzymują stan rozdrobnienia partyjnego i oderwanie partii politycznych od zaplecza społecznego. W trakcie drugiego czytania w Zgromadzeniu Narodowym senator Zbigniew Romaszewski i poseł Wojciech Błasiak (związany do dziś z ruchem na rzecz wprowadzenia JOW-ów) zgłosili poprawkę, która przewidywała skreślenie wyrazu „proporcjonalne” z projektu konstytucji. Zbigniew Romaszewski stwierdził, że ordynacje proporcjonalne: […] odbierają wyborcom bezpośredni wpływ na obsadę kadrową parlamentu. […] Albowiem posłowie, na dobrą sprawę, są nominatami swoich kierownictw partyjnych, a nie są wybierani przez wyborców.

Ostatecznie jednak proporcjonalność wyborów do Sejmu została zawarta w Konstytucji RP.

Zarys systemu wyborczego do Sejmu

Sam zapis o proporcjonalności wyborów do Sejmu RP w art. 96 ust. 2 Konstytucji RP nie daje nam rzecz jasna pełnego obrazu systemu wyborczego. O jego ostatecznym kształcie decyduje bowiem wiele czynników. Bardzo istotna jest m.in. wielkość okręgów wyborczych, metoda podziału mandatów, próg ustawowy (lub jego brak). Nie bez znaczenia jest także np. to, czy listy są zamknięte, czy otwarte, tj. czy wybiera się listę partyjną, czy konkretnego kandydata, oraz czy wyborcy oddają tylko jeden głos, czy więcej.

W Polsce w wyborach do Sejmu mamy do czynienia z systemem proporcjonalnym w nierównych pod względem wielkości wielomandatowych okręgach wyborczych4. Terytorium państwa podzielono na 41 okręgów, których wielkość wynosi od 7 do 20 mandatów5. Próg ustawowy wynosi 5 proc. dla pojedynczych partii, 8 proc. dla koalicji wyborczych i jest ustanowiony na poziomie krajowym6. Do obsadzenia jest łącznie 460 mandatów, a ich przydział odbywa się z zastosowaniem metody d’Hondta (jeden ze sposobów podziału mandatów w systemach proporcjonalnych). Każdy wyborca oddaje jeden głos preferencyjny na półotwartą listę – to znaczy głosuje na listę partyjną, wskazując jednocześnie, który kandydat ma mieć pierwszeństwo do objęcia mandatu.

Warto wspomnieć, że w wyborach do Sejmu dwukrotnie użyta została zmodyfikowana metoda Sainte-Laguë: do podziału miejsc na liście krajowej w roku 1991 oraz w wyborach w 2001 r. Arend Lijphart, wybitny znawca systemów wyborczych, wskazuje, że w porównaniu z metodą d’Hondta, która jest korzystna dla dużych partii7, zmodyfikowana formuła Sainte-Laguë jest bardziej proporcjonalna (najbardziej proporcjonalna jest „czysta” metoda Sainte-Laguë)8. Zmiany ordynacji w 2001 r. dokonał – przed wyborami, które miały przynieść zwycięstwo jego przeciwnikom politycznym – rząd koalicji AWS-UW. Jak się okazało, było to posunięcie skuteczne – zamiast ponad 240 mandatów (w przypadku zastosowania metody d’Hondta) sojusz wyborczy SLD-UP przy 41,04 proc. głosów otrzymał 216 mandatów. W 2002 r. powrócono do metody d’Hondta.

Wybór systemu rozdzielania mandatów ma istotne znaczenie polityczne. Dlatego też większość parlamentarna ulega czasem pokusie zmiany dotychczasowych rozwiązań. W 2006 r. nowelizacja ordynacji wyborczej do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw została uchwalona z zaledwie sześciodniowym okresem dostosowawczym. W związku z tymi doświadczeniami Trybunał Konstytucyjny sformułował zasadę, że wszelkie istotne zmiany prawa wyborczego muszą być w przyszłości dokonywane z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem.

System proporcjonalny vs. większościowy

Wszystkie systemy wyborcze można podzielić na dwa podstawowe typy – ordynację większościową i proporcjonalną:

  1. Wybory większościowe mają miejsce, kiedy zwycięża ten kandydat, który otrzymuje większość (absolutną lub względną).
  2. Wybory są proporcjonalne wtedy, kiedy polityczna reprezentacja możliwie najdokładniej odzwierciedla podział głosów między partie9.

Powyższe, często przywoływane definicje są poprawne, ale nie ułatwiają porównywania systemu większościowego i proporcjonalnego. Porównując oba systemy, można brać pod uwagę przykładowo wielkość okręgu wyborczego. Często przyjmuje się, że w systemie wyborów większościowych w okręgu wyborczym wybierany jest tylko jeden poseł, a w systemie wyborów proporcjonalnych więcej niż jeden. Należy jednak pamiętać, że w okręgach dwu- lub trzymandatowych mamy raczej do czynienia z wynikami odległymi od proporcjonalności. Dobrym przykładem są tutaj wybory do polskiego Senatu, w których przed wprowadzeniem JOW-ów (w 2011 r.) funkcjonowały właśnie tego typu okręgi – w każdym województwie wybierano 2 lub 3 senatorów według systemu większościowego. Już wówczas gros mandatów przypadało największym ugrupowaniom (prawidłowość ta utrzymała się również po wprowadzeniu JOW).

Można definiować systemy wyborcze poprzez ich następstwa – np. w odniesieniu do pewnego progu proporcjonalności liczby otrzymanych głosów względem liczby otrzymanych mandatów. Należy jednak pamiętać, że stopień proporcjonalności, który uzyskują systemy wyborcze, zależy też od kilku zewnętrznych czynników, np. stopnia sfragmentaryzowania systemu partyjnego i od wzorców zachowań aktorów politycznych10. Wpływ takich czynników może doprowadzić do sytuacji, gdy w wyborach opartych na względnej większości – czyli takich, w których do zdobycia mandatu wystarczy zdobycie najwyższej liczby głosów w okręgu – stopień proporcjonalności będzie wyższy niż w wyborach proporcjonalnych.

Różnice między ordynacją większościową a proporcjonalną są najbardziej dobitne, gdy patrzymy na cele, jakie stawiają przed sobą oba systemy wyborcze. Niemiecki politolog Dieter Nohlen ujął to w bardzo trafny sposób: Zakładanym celem politycznej zasady reprezentacji wyborów większościowych są: rządy jednej partii, niezależnie od tego, czy mogą się one oprzeć na większości głosów. Główną funkcją (i skalą wartościowania) systemu większościowego jest jego zdolność do wyłonienia większości rządowej (partyjnej). […] W systemach wyborów proporcjonalnych wyraża się w zasadzie dążenie do tego, by możliwie najwierniej odzwierciedlić znajdujące się w społeczeństwie siły społeczne i grupy społeczne. Udziały głosów i udziały mandatów powinny sobie mniej więcej odpowiadać11.

Zastanawiając się, który system jest „lepszy”, należałoby więc odpowiedzieć na pytanie, które z powyższych założeń jest dla nas ważniejsze.

Wady i zalety obu systemów

Ostatecznym celem systemu proporcjonalnego jest realizacja postulatu równości głosów. Często twierdzi się wręcz, że jedynie reguła proporcjonalności zapewnia realizację tej zasady, która stanowi przecież jeden z podstawowych definicyjnych wymogów demokratycznego procesu wyborczego. Przy zastosowaniu ordynacji proporcjonalnej znacząco większa część elektoratu zyskuje realny udział w kształtowaniu wyników wyborów. Dla wyniku wyborów liczy się każdy głos, a w związku z tym partie mają silną motywację, aby walczyć o poparcie. To z kolei może prowadzić do wyższej frekwencji wyborczej12.

W systemach proporcjonalnych występuje wiele różnych reguł przeliczania głosów. Niektóre z nich są bardzo skomplikowane. Jest to niewątpliwie wadą systemu proporcjonalnego, gdyż utrudnia wyborcy zrozumienie, co właściwie dzieje się z jego głosem. Argument ten często podnoszony bywa przez przeciwników systemu proporcjonalnego.

Ordynacja proporcjonalna łączona jest zwykle z okręgami wielomandatowymi, a często również z zamkniętymi listami, co może być postrzegane jako wada tego systemu. W Polsce mamy do czynienia z listą półotwartą. Oznacza to, że wyborca przez swój głos wyraża preferencje jednocześnie w stosunku do listy oraz wobec określonego kandydata. Wprowadzenie takiego rozwiązania wynika z chęci większej personalizacji wyborów proporcjonalnych.

Jak podkreśla Dieter Nohlen: Im mniejsze doświadczenie obywateli w zakresie wyborów i demokracji, tym ważniejszy dla integracji narodowej, kształtowania reprezentacji społecznych, dla utrwalania demokracji oraz dla znajdowania adekwatnych rozwiązań problemów politycznych i gospodarczych stał się sposób ukształtowania systemu politycznego oraz same partie polityczne. W takich wypadkach zamknięte listy zdają się mieć więcej zalet i być właściwsze. Im większe natomiast doświadczenie w sferze demokracji, im niższy poziom systemu politycznego (gmina, region), oraz im mniejsza rola partii (na poziomie komunalnym są one zwykle konkurencją dla stowarzyszeń społecznych i inicjatyw obywatelskich), tym bardziej zalecane są listy otwarte lub listy wolne13.

W debacie nad systemem wyborczym często zwraca się uwagę na różnice w roli deputowanego oraz partii w zależności od zastosowania systemu większościowego lub proporcjonalnego. W przypadku systemu większościowego wskazuje się na związanie deputowanego z okręgiem wyborczym, a co za tym idzie – na silniejszy związek wyborców i wybranych. Przyjmuje się często, że deputowany jest ponadto bardziej niezależny od swojej partii, niż ma to miejsce w przypadku systemu proporcjonalnego.Jak czytamy na stronie internetowej inicjatywy Zmieleni.pl: JOW przywróci odpowiedzialność osobistą posła przed wyborcami w jego okręgu. W tzw. ordynacji proporcjonalnej poseł najpierw zależy od szefa partii, który decyduje o listach wyborczych, a dopiero w dalszej kolejności od wyborcy. A od kogo polityk zależy, wobec tego jest lojalny. W rzeczywistości nie jest to jednak reguła powszechnie obowiązująca. Nie można bowiem zapominać, że również przy zastosowaniu systemu większościowego o kandydaturze rozstrzyga zwykle określone gremium partyjne – centralne albo działające na obszarze danego okręgu wyborczego.

Konsekwencje wyboru pomiędzy systemem proporcjonalnym a większościowym są politycznie bardzo znaczące. W wyborach większościowych może się przykładowo zdarzyć, że partia, która zdobywa tylko 35 proc. głosów, uzyskuje absolutną większość mandatów, podczas gdy partia, która regularnie osiąga 15–20 proc. głosów, zdobywa nieliczne mandaty albo wręcz nie otrzymuje ich wcale. W wyborach proporcjonalnych możliwe jest natomiast, że mała partia, która otrzymuje tylko 3 proc. głosów, wchodzi do parlamentu, a wielka partia, której do absolutnej większości głosów brakuje zaledwie kilku punktów procentowych, nie uzyskuje absolutnej większości mandatów.

Implikacje polityczne poszczególnych typów systemów wyborczych są oczywiście różnie oceniane i wartościowane przez odmienne środowiska ideowe i grupy interesu14. Przykładowo dla jednych zaletą ordynacji proporcjonalnej jest to, że w jej następstwie w parlamencie reprezentowana jest szeroka gama poglądów i interesów obecnych w społeczeństwie, a koniecznym elementem dla powstania rządzącej większości są negocjacje, w ramach których różne siły dążą do kompromisów. Inni będą postrzegać to jako wadę, podkreślając, że system większościowy prowadzi do konsolidacji systemu partyjnego oraz łatwiejszego wyłonienia jednopartyjnej większości rządzącej, która może działać bardziej efektywnie niż rząd koalicyjny. Podobnie zwolennicy systemu proporcjonalnego będą chwalić większą elastyczność systemu – czyli fakt, że nowe prądy polityczne mogą w miarę łatwo uzyskać przedstawicielstwo parlamentarne – a ich oponenci będą postrzegać to jaką wadę tej ordynacji. Nierzadko zatem zalety danego systemu w oczach jednych, są dla innych argumentem przeciwko tej ordynacji.

Ordynacja to nie wszystko

Warto pamiętać, że powyższe argumenty, które opanowały debatę o systemach, wyrastają z typowo idealistycznego ujęcia i w konsekwencji nie uwzględniają wielu aspektów społecznego i historycznego kontekstu powstawania poszczególnych systemów wyborczych15.

O wpływie systemu wyborczego na liczbę partii, relacje sił i ideologiczne dystanse między nimi oraz formy interakcji (opozycyjność, bloki, obozy, koalicje) pisało wielu badaczy. W skrajnych przypadkach autorzy uznawali system wyborczy za rozstrzygającą zmienną w kształtowaniu systemu partyjnego (przysłuchując się aktualnej debacie, można odnieść wrażenie, że w Polsce pogląd ten dominuje). Ulubiony przez zwolenników JOW-ów francuski politolog Maurice Duverger znany jest ze sformułowania reguły, że wybory większością względną prowadzą do systemu dwupartyjnego z wymieniającymi się wielkimi i niezależnymi partiami. Zwolennicy JOW-ów nie wiedzą lub nie chcą pamiętać, że ten sam Duverger po wielu latach sprowadził wyniki swych badań do „roboczych hipotez”16 i stwierdził, iż nie należy ich rozumieć jako praw deterministycznych. Nowe badania systemów wyborczych coraz wyraźniej wskazują na znaczenie czynnika kontekstowego dla systemu wyborczego.

Warto spojrzeć w tym miejscu na polską scenę polityczną. Stopniowo, w warunkach ordynacji proporcjonalnej, doszliśmy do sytuacji, gdy w Sejmie mamy dwie dominujące partie. Krajobraz partyjny w naszym kraju po 1989 roku determinowało – oprócz progów wyborczych wprowadzonych w wyborach z 1993 roku i zmian metod przeliczania głosów – wiele różnych czynników.

Często podkreśla się, że w warunkach ordynacji proporcjonalnej rzadko dochodzi do ekstremalnych zwrotów politycznych u sterów państwa. W Polsce, poza ostatnimi wyborami do Sejmu, zawsze dochodziło do tego rodzaju zmian ekipy rządzącej. Szczególnym przykładem tej tendencji są wybory z 1993 roku, w trakcie których duża część społeczeństwa, rozczarowana reformami obozu postsolidarnościowego, opowiedziała się za koalicją Sojusz Lewicy Demokratycznej. To dobitny dowód na wagę czynników kontekstowych, szczególnie w warunkach kształtującego się dopiero systemu demokratycznego.

Istotny wpływ na oblicze systemu partyjnego ma również mechanizm finansowania partii politycznych. W Polsce duże znaczenie mają subwencje z budżetu państwa. Żeby ją otrzymać, partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu co najmniej 3 proc. głosów oddanych na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju, gdy tworzy komitet wyborczy samodzielnie, bądź 6 proc., jeśli startuje w koalicji. Progi te stanowią oczywiście barierę wstępu dla nowych sił politycznych. W ostatnim czasie pojawiły się pomysły likwidacji finansowania partii „z kieszeni podatnika”. Jednak konsekwencje takiego kroku byłyby prawdopodobnie jeszcze bardziej zabójcze dla mniejszych ugrupowań. Funkcjonujący od wielu lat w większości państw europejskich system dotowania partii z budżetu państwa pokazuje, że rozwiązanie to na dłuższą metę leży w interesie społeczeństwa i ma korzystny wpływ na poziom demokracji – zapewniając partiom niezależność finansową ogranicza bowiem choćby zachowania korupcyjne. Zniesienie subwencji dla partii politycznych postuluje Platforma Obywatelska. Motywacje Donalda Tuska, który chciałby w ten sposób podciąć skrzydła konkurencji politycznej, są zrozumiałe. Niepokój budzi jednak fakt, że zasłania się on populistycznymi hasłami, które trafiają na podatny grunt w społeczeństwie niechętnym łożeniu na partie z podatków. Wtórujący Platformie Obywatelskiej Paweł Kukiz występuje tu w roli „pożytecznego idioty”.

Frekwencja wyborcza również nie pozostaje bez wpływu na rzeczywistość polityczną, kształtując pośrednio podział mandatów. Brzmi to oczywiście jak banał, ale warto o frekwencji wspomnieć, bowiem jest ona wypadkową wielu skomplikowanych procesów społecznych. Motywacje wyborców, którzy decydują o pójściu lub niepójściu do urn, bywają skrajnie różne. Często można usłyszeć opinie, że niska frekwencja w wyborach parlamentarnych w Polsce jest spowodowana kryzysem demokracji w naszym kraju, brakiem zaufania do partii politycznych czy wreszcie… ordynacją proporcjonalną. Jednocześnie eksperci stawiają hipotezę, że wyborcy po prostu nie widzą sensu zmian i dlatego zostają w domu. Odpowiednia identyfikacja motywacji wyborców mogłaby pomóc w podjęciu decyzji co do ewentualnych zmian w systemie wyborczym i wprowadzeniu mechanizmów zachęcających ludzi do głosowania. Należy jednak pamiętać, że dla ugrupowań o zdyscyplinowanym elektoracie wyższa frekwencja ogólna niekoniecznie jest czymś pożądanym. Warto w tym miejscu przywołać chociażby casus ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego, które dzięki niskiej frekwencji w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiej zdobyło relatywnie dużo mandatów.

JOW-y nas nie zbawią

Z powyższej analizy systemów proporcjonalnego i większościowego wyraźnie wynika, że nie należy wierzyć tym, którzy na rozwiązanie złożonych problemów proponują proste rozwiązania. Rzeczywistość – również ta wyborcza – jest bowiem zdecydowanie bardziej złożona, niż się niektórym wydaje.

Propagatorzy JOW-ów często rozprawiają o systemach wyborczych jak o pewnych idealnych konstruktach, których wdrożenie pociąga za sobą zawsze pewne określone skutki. Tak jednak nie jest, czego dowodzi ewolucja naszej sceny politycznej.

Ze względu na fakt, że skutki systemów wyborczych zależne są od czynników kontekstowych, Dieter Nohlen postuluje, aby ocena zalet i wad wyborów większościowych i proporcjonalnych nie odbywała się tylko na płaszczyźnie ogólnej. Nie oznacza to jednak, że należy powstrzymywać się od wartościowania tych systemów wyborczych. Zastanawiając się nad tym, który z nich jest pożądany, należy po prostu zawsze mieć na względzie cel, który chcemy osiągnąć.

Jeśli wierzyć orędownikom JOW-ów, chcą oni poprawić jakość polskiej demokracji m.in. poprzez „odpartyjnienie” sceny politycznej. Zanim jednak damy się porwać ich wizji, zastanówmy się, czy proponowany przez nich środek jest rzeczywiście adekwatny dla tak zdefiniowanego celu. Obawiam się, że w polskich warunkach na wprowadzeniu JOW-ów zyskaliby jedynie ci, których Paweł Kukiz i spółka od władzy chcą odsunąć.

Fragmenty artykułu zostały wykorzystane przez autora przy edycji hasła „Ordynacja wyborcza” w polskiej Wikipedii.


Przypisy:

  1. http://zmieleni.pl/czym-sa-jow-y/
  2. D. Nohlen, Prawo wyborcze i system partyjny. O teorii systemów wyborczych, Warszawa 2004, s. 15.
  3. Zob. R. Chruściak, Sejm i Senat w Konstytucji RP z 1997 r. Powstawanie przepisów, Warszawa 2002, ss. 50–53.
  4. D. Nohlen, dz. cyt., s. 166.
  5. Wg typologii D. Nohlena (zob. tamże s. 81).
  6. W wyborach sejmowych istnieje szczególny wyjątek od zasady progów wyborczych. Komitety wyborcze zarejestrowanych organizacji mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia od jednego z tych wymagań. Jeżeli dana mniejszość jest skoncentrowana na terenie jednego lub kilku województw (np. mniejszość niemiecka) i uzyska wystarczająco dużo głosów w jednym lub kilku okręgach, może tam zdobyć mandaty, nawet jeśli nie zdobędzie 5 proc. głosów w całym kraju.
  7. Zob. J. Haman, Demokracja Decyzje Wybory, Warszawa 2003, s. 143.
  8. A. Lijphart, The Electoral Systems Researcher as Detective: Probing Rae’s Suspect „Differential Proposition” on List Proportional Representation, w: Electoral Politics, pod red. D. Kavanagh, Oxford 1992, ss. 235 i n.
  9. D. Nohlen, dz. cyt., s. 120.
  10. Tamże, s. 122.
  11. Tamże, ss. 128 i n.
  12. Tamże, s. 133.
  13. Tamże, s. 98.
  14. Tamże, ss. 140 i n.
  15. Tamże, s. 140.
  16. Tamże, s. 406.

Mateusz Batelt

(ur. 1986) – absolwent nauk politycznych i tłumaczenia specjalistycznego na Uniwersytecie Warszawskim. Tłumacz języka angielskiego i niemieckiego. Wikipedysta i miłośnik wolnego oprogramowania. Członek Amnesty International i Stowarzyszenia Wikimedia Polska. Pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>