Symetria asymetryczna, czyli badania przy piwie

Symetria asymetryczna, czyli badania przy piwie

Pewien dobry, acz uszczypliwy kaznodzieja głosił kiedyś nauki w jednym z żeńskich zgromadzeń zakonnych. A jako że bywał tam już wcześniej nie raz, jeno nauk nie głosił, to miał okazję przyjrzeć się bliżej funkcjonowaniu tego zbiorowiska. A był wnikliwym obserwatorem, potrafiącym zobaczyć wiele, więcej niż na pierwszy rzut oka widać oraz usłyszeć więcej niż tylko słowa. W oparciu o to swoje doświadczenia wygłosił naukę krótką, acz dosadną: „Drogie siostry! Odeszłyście ze świata, a świat nic na tym nie stracił. Przyszłyście do zakonu – a zakon nic na tym nie zyskał”.

Dziś każdy może napisać książkę. Gorzej jest z opublikowaniem jej, ale jeśli temat jest „chodliwy”, to znajdzie się możliwość druku. Błędem jest jednak twierdzenie, że każda książka jest ciekawa, ważna, pożyteczna, coś wnosząca do konkretnej dziedziny wiedzy. Niestety są książki, po których przeczytaniu człowiek dochodzi do podobnych wniosków, jakie zawarł w swej nauce wspomniany kaznodzieja. Otóż książki owe „gdyby nie powstały – świat nic by na tym nie stracił, a nawet jeśli się już ukazały – to świat nic na tym nie zyskał”. W najlepszym razie – zyskał niewiele.

Buszując w wirtualnej przestrzeni w poszukiwaniu materiałów polsko-ukraińskich natrafiłem na rzecz o bardzo interesującym tytule: „Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich”. Publikacja jeszcze ciepła (rok wydania 2014), dwóch autorów – Polak i Ukrainiec, ciekawa okładka i podtytuł. Czegóż więcej potrzeba miłośnikowi naszego pogranicza. Zacząłem szukać po księgarniach – nie bardzo się udało. Napisałem na Facebooku do współautora, Polaka. Odpisał i był tak dobry, że przysłał egzemplarz, nawet z dedykacją. Zagłębiłem się w lekturze mocno ponad 500-stronicowej pracy, mniej więcej pół na pół po polsku i ukraińsku. Założenie bardzo ciekawe: Polak jeździ po Polsce i pyta Polaków (jak się później okazało głównie jednak Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”, albo takich, którzy do Polski przyjechali), co sądzą o Ukraińcach, a Ukrainiec jeździ po Ukrainie i pyta Ukraińców, co sądzą o Polakach (choć i tu często były to pytania do ukraińskich Polaków). Początek lekki jak ciasteczko do kawy. Później znacznie gorzej. Można powiedzieć, że brnąłem, wręcz grzęzłem w lekturze, jak przed laty w poleskich bagnach, starając się mimo wszystko dobrnąć do końca. Udało się, ale nie było łatwo.

Zazwyczaj unikam pisania o książkach kiepskich czy też o tych, które mi się nie podobały. I wcale nie dlatego, że o książkach (które tak kocham) jak o zmarłym – albo dobrze, albo wcale, ale dlatego, że szkoda czasu na pisanie o czymś słabym. Jednak „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Musi, bo dusi go nagromadzona w książce negatywna energia połączona ze zwykłym nieuctwem, a wszystko to polane gęstym sosem uprzedzeń. A temu wszystkiemu nadaje się jeszcze miano „badań”.

Badania przy piwie

Książka rozpoczyna się od wrażeń pogranicznych – jakżeby inaczej, to tutaj wszak następują pierwsze kontakty polsko-ukraińskie. Jako mieszkaniec przygranicznego województwa znam z autopsji realia przejść granicznych, stąd początkowe strony książki przypominają mi własne spostrzeżenia z jednego z lubelskich przejść granicznych. Pomyślałem jednak, że ów lekki wstęp to tylko przygrywka, a dalej znajdę efekty badań. Jednak dziesiątki stronic mijają, a tu niewiele się zmienia. Wciąż te same treści, ten sam schemat: pogadajmy – ponarzekajmy – wypijmy piwo. A to, czego przy piwie się dowiemy – zapiszemy. I… już. Ot i całe badania terenowe.

Jako przyrodnik nie bardzo znam się na metodologii badań socjologicznych, bo chyba do takich wypadałoby zaliczyć opisywane „badania”, ani tym bardziej na sposobie ich prezentowania. Ale jeśli tak właśnie mają one wyglądać i tak ma wyglądać „monografia” będąca ich efektem, to nie wiedząc o tym popełniłem już kilkaset „artykułów naukowych” o treści podobnej jak omawiana książka. Też jeździłem po różnych ciekawych zakątkach Ukrainy, spotykałem się z ludźmi, pytałem ich o różne rzeczy, spisywałem i publikowałem. I do głowy mi nie przyszło, żeby to nazwać „badaniami”. Fakt, piwa nigdy z nikim nie piłem i może to jest ta „metodologiczna” nieprawidłowość, która nie pozwala nazwać mojej roboty „badaniami terenowymi”…

Skutki pedagogiki wstydu

To jednak nie „metodyka badawcza” jest tym, co najbardziej gotuje krew. Problemem kluczowym jest postawa polskiego współautora. Wyjdę zapewne na niewdzięcznika, bo będę krytykował człowieka, który przysłał mi książkę z dedykacją. Nie mogę jednak tego spokojnie czytać. Pół biedy, gdyby przyczyną poglądów p. Saturczaka były tylko uprzedzenia. Jest gorzej – to zwykłe nieuctwo. Człowiek, który ma tak ubogą wiedzę na temat wielu wcale nieprowincjonalnych miast swego kraju, nie powinien się w ogóle brać za pisanie. Najpierw czytanie – potem pisanie.

Takie miasta o kilkusetletniej historii jak Radom czy Kielce to zdaniem Saturczaka „miasta nic”. Kielce kojarzą mu się tylko z Liroyem. Lublin to wyłącznie napastliwi studenci KUL, czytający prawicowe pisemka, oraz grzeczne panienki z obrączkami na palcach – studentki KUL. To oni właśnie napastują pana Łukasza w pociągu z Przemyśla do Warszawy. Już prawie dwie dekady mieszkam w Lublinie i pracuję na KUL, a nie miałem okazji być napastowanym przez takich studentów. W każdym razie Radom – miasto nic, Lublin – napastliwi studenci, Kielce – Liroy. Nie przystoi mieć tak wąskiej wiedzy osobie, która bierze się za pisanie książek.

Ale to tylko preludium. Kolejnym „stopniem wtajemniczenia” jest książkowa, wzorcowa wręcz postawa absolwenta pedagogiki wstydu. Podczas lektury książki Saturczaka zacierać ręce z radości muszą reformatorzy polskiego systemu edukacji, redakcje niektórych opiniotwórczych gazet wmawiających nam (jako narodowi) nieustannie i wbrew prawdzie historycznej, a nawet zdrowemu rozsądkowi, genetyczny antysemityzm, ciągoty nacjonalistyczne i Bóg wie co jeszcze. Oto mamy „nowego człowieka” – o to właśnie nam chodzi. Drażni p. Łukasza w Szczecinie „wszechobecna polskość”, „kolonizowanie polskością”, cokolwiek by to miało znaczyć, a znaczy to nic innego, jak tylko to, że nazwy ulic są „zbyt” polskie i dumne. Bo jak to możliwe i kto do tego dopuścił, żeby ulice w Szczecinie nazywały się: Aleja Niepodległości, Aleja Wojska Polskiego, Bohaterów Warszawy, Szarych Szeregów. To skandal. Ale p. Łukasz szybko znajduje wytłumaczenie – to kolonizacja polska tego „miasta protezy na siłę i niesprawiedliwie włączonego do Polski”. Piramidy absurdu oraz kwintesencja pedagogiki wstydu i „plucia pod wiatr”. Co ciekawe, tej „kolonizacji polskością” jakoś nie zauważa (i wydaje się w ogóle je nie przeszkadzać) Ukrainka mieszkająca w Szczecinie. Ale ona pewnie jest „zacofana” i „nienowoczesna”, ją pewnie jeszcze uczyli być dumnym ze swego kraju, a przynajmniej bez wielkiej przyczyny nie pluć na niego. Pobędzie z nami, to się nauczy…

Ale i na tym jeszcze nie koniec. Pedagogikę wstydu niesie p. Łukasz niczym oświaty „kaganiec” (to dobre określenie) na wschód, starając się wmówić ukraińskiemu taksówkarzowi, że w Polsce są gorsze drogi niż na Ukrainie (sic!). To jest „poezja” i „klasyka”, to muszę przytoczyć:

„Rano Igor odwozi nas do Ałczewska. Jedziemy bocznymi drogami i choć Igor narzeka na ich stan, to przekonuję go, że w Polsce znacznie gorzej:
– Ale u was autostrady – rzuca.
– Ale poza autostradami chujnia – odpowiadam”.

Każdy, kto był w Ukrainie i jeździł tamtejszymi drogami (a raczej czymś, co się tak nazywa), wie, że mówienie, iż u nas są gorsze, to prawie bluźnierstwo. Miałem okazję dwa lata temu jeździć po zachodniej Ukrainie i po terenach rodzinnych p. Łukasza (przemyskie). Trzeba być schizofrenikiem, żeby takie rzeczy opowiadać. Nawet tak niegłówna droga jak ta z Kalwarii Pacławskiej do przejścia w Krościenku jest równa jak stół (choć wąska). A to, z czym spotykamy się za przejściem po ukraińskiej stronie, trudno nazwać drogą, chyba że po bombardowaniu. I nie chodzi tu o obrażanie Ukraińców, lecz o prawdę, zresztą oni sami wiedzą, jaka jest różnica, wystarczy ich spytać. Czytając te refleksje p. Łukasza niczym ponury żart brzmią wciąż powtarzające się opinie Ukraińców o Polakach, że Polacy to naród dumny ze swego kraju, ze swej historii. Oj, bracia Ukraińcy, nie jesteście na czasie, nie wiecie, czego się dziś w Polsce uczy.

Na koniec w dalekim ukraińskim Swierdłowsku p. Łukasz natrafił nawet na „ślady Polaków”, ale już ich nie poszukał, bo o cóż miałby ich zapytać: „Jak się żyje Polakom w najdalszym od ich ojczyzny mieście Ukrainy? Czy znają polski? Zacytują Rotę i hymn? Są katolikami i kochają polskiego papieża? Mają w domu wiersze Norwida i cyklicznie oglądają filmowe adaptacje Henryka Sienkiewicza kibicując mężnemu Kmicicowi?”. Słowem – nie ma o czym gadać. Nuda. Swoją drogą to ciekawy przykład „rzetelności” wspomnianych „badań terenowych”…

Czytając części książki napisane przez polskiego współautora czytelnik o wiele częściej dowiaduje się o jego aktualnym stanie ducha, wyspaniu lub nie, braku nastroju, kompleksach, uprzedzeniach i braku wiedzy, niż o tym, co miało być treścią książki, czyli co myślą Polacy w Polsce o Ukraińcach.

Ukrainiec – kiepski uczeń

Na tym tle ukraiński współautor wypada źle. Źle, to znaczy dobrze. Jeżdżąc po często wcale niecentralnych miejscowościach Ukrainy, nie marnuje czasu na opisywanie w rozbuchanej, masochistycznej formie, nie ukrywajmy, smutnej nieraz rzeczywistości swego kraju. Nie pławi się w narzekaniach na stan dróg czy „kolonizowanie ukraińskością”, nie napadają go np. studenci Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego. Aż dziw bierze, że jakoś się tego wszystkiego ustrzegł.

Co „gorsza”, jedzie w teren przygotowany. Nie narzeka, że Kijów jest brudny i szary, a w dodatku jest stolicą (w domyśle: tej okropnej) ukraińskiej mentalności – jak to robi jego polski partner w odniesieniu do Warszawy, lecz pisze o 1000-letniej polskiej obecności w nim. Nie pisze o Czerkasach, że to jakieś miasto-nic. Co więcej, nawet w takich Czerkasach odnajduje i opisuje ślady polskości i to od czasów historycznych. Odnajduje je nawet w Odessie czy w zagubionym wśród wołyńskich lasów Dołbyszu. Słowem – pełny, polski w dodatku, „szowinizm, nacjonalizm, kolonizowanie i epatowanie polskością” itd., itd. Jakiż ten Leś Belej niepojętny, jaki nieeuropejski. I jeszcze w dodatku wynajduje jakichś takich Ukraińców co to w najgorszym przypadku mówią, że Polacy to normalny naród, jak Ukraińcy, i dobrzy, i źli, pretensji do nich nie mają. Ale większość to wręcz karygodni optymiści, którzy nie dość, że nie wspominają odwiecznych krzywd, za które nasi miejscowi „edukatorzy” mogliby nas chłostać, to jeszcze, nehidnyki, mówią, iż Polacy to dumny naród, że kochają swój kraj i szczycą się jego historią. Te „karygodne” zaniedbania ideologiczne musiał „nadrabiać” p. Saturczak, odszukując w Polsce odpowiednich rozmówców.

Styl części książki pisanej przez ukraińskiego współautora jest suchy, sprawozdawczy, nieemocjonalny, informacyjny – a ty, czytelniku, sam interpretuj przeczytane słowa. Nazywam to szacunkiem dla czytelnika, bo została tu zachowana zasada niezaangażowania emocjonalnego w przedmiot badań.

I to jest to, co w moich oczach „ratuje” książkę. Co nie zmienia faktu, że zamiast drukowania nic nie wnoszącej polskiej części można by wydać coś pożytecznego. Od lat już wisi w sieci doskonały, napisany z wielkim znawstwem i w zaciekawiającym stylu przewodnik „Kraków dla Ukraińca”, autorstwa kijowianina, przyrodnika, historyka i krajoznawcy, dr. Iwana Parnikozy. I mimo że jest to materiał absolutnie unikalny, pełen cennych wiadomości o ukraińskich śladach w Krakowie, bogato ilustrowany, oparty o gruntowne badania terenowe, to nikt ani w Polsce, ani w Ukrainie nie jest zainteresowany jego wydaniem. Smutno się robi, kiedy ma się tego świadomość, a czyta polską część opisywanej tu książki.

Symetria asymetryczna - okładka

 

Łukasz Saturczak, Łeś Belej, Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich, „Tempora”, Kijów 2014.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie