Radykałowie po latach

·

Radykałowie po latach

·

Ruch Occupy nie zmienił jedynie debaty publicznej – on położył fundamenty pod nową erę radykalnych protestów. Pięć lat po jego powstaniu warto przyjrzeć się uważniej temu dziedzictwu.

17 września 2011 roku jedynym stałym mieszkańcem parku Zuccotti na Dolnym Manhattanie był wykonany z brązu pomnik biznesmena, usadowiony na ławce po zachodniej stronie parku. Tak to wyglądało, zanim pojawiły się tysiące demonstrantów, którzy zbudowali obozowiska, by protestować przeciwko „władzy jednego procenta” najbogatszej elity finansowej. Przed 24 września, kiedy kraj obiegł film pokazujący, jak nowojorski policjant traktuje protestujących gazem pieprzowym, zieleniec zyskał nową nazwę – Liberty Plaza Park (Park Wolności) i mieścił już stoisko powitalne, kuchnię, kącik dla dzieci, strefę kultury i sztuki, drużyny gotowych do pomocy medyków i prawników, centrum medialne i bibliotekę.

Wszystko to powstało na fali improwizacji, która jest ważnym komponentem tego rodzaju buntu. Zaczęło się od wykonania przez założycieli prostego gestu, a rozrosło do rozmiarów ruchu, który tworzył protestacyjne obozowiska w całym kraju – i rozwijał się głównie dzięki intuicji, eksperymentom, przypadkom, szczęściu lub nagłej konieczności.

Konieczność ta stała się niebawem paląca, jako że policja szybko zaczęła stosować sankcje wobec rodzącego się ruchu i rozbijać obóz za obozem. W mgnieniu oka państwo zniszczyło większość z materialnych dokonań Occupy, pozostawiając opinii publicznej wrażenie, że ruchowi nie udało się zbudować niczego trwałego ani pożytecznego.

A jednak po pięciu latach mówi się o Occupy jako o ruchu, który wprowadził tematykę nierówności do debaty politycznej – co w konsekwencji pozwoliło na tak bezprecedensowe wydarzenie, jak udział 74-letniego socjalisty w wyścigu o prezydenturę USA, a także zapoczątkowało nową epokę gwałtownych protestów i nieposłuszeństwa obywatelskiego.

Jeśli wydaje się to zatem sporym dziedzictwem jak na ruch, który się właściwie nie rozwinął, to warto przyjrzeć się bliżej, co Occupy stworzyło – i tworzy nadal – i z czym wyszło poza okupowane parki. W rzeczy samej, ruch „zmienił kierunek prowadzonej dyskusji” i upowszechnił ideę 99 proc., która przywróciła politycznej narracji pojęcie klasy społecznej. Jednak tak samo istotne wydaje się, że skutkiem jego powołania jest także powstanie wciąż istniejącej infrastruktury – sieci komunikacji, przestrzeni (w sensie fizycznym) dostępnej dla organizatorów, a także wzorców szkolenia i analizy. Choć tego rodzaju infrastruktura jest często pomijana milczeniem lub niedoceniana, jest jednak kluczowa dla wzrostu ruchu i trwałości jego wpływu społecznego. Pojawiając się na scenie politycznej, gdy amerykańska lewica nie radziła sobie najlepiej, ruch Occupy skleił ponownie struktury, które mogły wspomóc jej rozwój – ale jego najważniejszym dziedzictwem jest to, że położył podwaliny, na których późniejsze ruchy mogły budować i które mogły ulepszać.

Zaczynając od zera

Gdy Occupy pojawiło się znienacka w 2011 roku, nie miało wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o instytucje, partie polityczne, publikacje, sieci komunikacyjne czy przestrzeń spotkań. Antyglobalizacyjne ruchy sięgające kilkunastu lat wstecz oraz wysiłki grup antywojennych działających w połowie pierwszej dekady XXI wieku pozostawiły po sobie tylko niewielkie, rozproszone resztki narzędzi i systemu wsparcia dla buntów społecznych. Grupy organizacji pracowniczych, takich jak Communication Workers for America, United Steelworkers czy National Nurses United, udzieliły poparcia ruchowi, a wielu działaczy związkowych pojawiło się, by zapewnić mu wsparcie materialne. Ale, ogólnie mówiąc, Occupy brakowało odpowiedniej infrastruktury zapewnianej przez lewicę znaczącą politycznie.

Bez takich narzędzi i przestrzeni niezbędnych, żeby budować ruch, Occupy nigdy nie miało wielkiej szansy na przekształcenie się w silną formację polityczną. Nadal jednak stanowiło pozytywną odmianę na tle anemicznych protestów i buntów, do jakich wielu organizatorów przywykło w poprzednich latach. Yotam Marom wspomina poprzednie ruchy socjalistyczne, w które był zaangażowany przed powstaniem Occupy. Twierdzi, że demonstracje publiczne i aktywizm zawsze wydawały się niewielkie, bardzo skromne, wyglądały sztucznie. Zapraszałem na nie swoich znajomych i w duchu modliłem się, by nikt się nie pojawił, ponieważ te spotkania były trochę żenujące. Aż tu pewnego dnia w parku Zuccotti: warunki były w sam raz, pojawili się odpowiedni ludzie w odpowiednim czasie. Trochę szczęścia i to wszystko po prostu się wydarzyło.

Z każdą godziną przybywało nowych osób. Bardzo często nie miały żadnego doświadczenia związanego z aktywizmem. Jak mówi Marom, dobrze działająca organizacja rozpoznałaby wśród nich naturalnych liderów, po czym wdrożyła proces rozwijania u nich umiejętności przywódczych. Tylko że żadne tego typu procedury nie istniały. – Udawaliśmy, że jesteśmy ruchem pozbawionym liderów – skarży się Marom. W rezultacie nowi przywódcy zostali wyłonieni dość przypadkowo i okazało się, że nie można na nich liczyć. Ruch stał się zatem mniej kolektywny i demokratyczny.

Kwestia przywództwa wciąż prześladowała Occupy. Jednak po tym, jak parki opustoszały, ta konkluzja doprowadziła Maroma i garstkę jego znajomych o podobnych poglądach do założenia Wildfire Project – inicjatywy, która miała za zadanie ułatwiać planowanie strategiczne, edukację polityczną i wdrażanie do przywództwa. Działali wspólnie z liderami innych ruchów, które pojawiły się na fali Occupy. Od momentu powstania na początku 2013 roku Wildfire współpracuje z młodą afroamerykańską organizacją wyzwoleńczą Dream Defenders z siedzibą na Florydzie, a także z Fossil Fuel Students Divestment Network, zwalczającą wykluczenie grupą Occupy Our Homes i kilkoma innymi – aby w obliczu kryzysu aktywizmu wyposażyć je w narzędzia i umiejętności przydatne w codziennej pracy.

Wildfire szerzy podstawowe umiejętności, takie jak publiczne przemawianie czy prowadzenie rozmów, narad itp. Ale grupa przyswoiła sobie również wiele lekcji, których wcześniej musieli nauczyć się członkowie Occupy – na przykład tego, żeby nie tłumić konfliktów. – Inne procesy planowania strategicznego oznaczają odłożenie na bok spraw emocjonalnych, politycznych czy interpersonalnych i „zabranie się do roboty” – wyjaśnia Marom. Jednak Wildfire postępuje odwrotnie: Właściwie rzucamy się w konflikty głową naprzód. Staramy się, o ile to tylko możliwe, uczyć ludzi, że można być w konflikcie w produktywny sposób, że konflikt to jeden ze sposobów walki o określenie strategii działania.

Jednocześnie grupa próbuje zwalczyć niechęć do przywództwa, przenikającą wcześniej ruch Occupy. – Ma to wiele wspólnego ze strachem przed wrogiem i poczuciem rezygnacji, które podpowiada nam, że i tak nigdy nie wygramy – mówi działacz. Według niego strach przed powołaniem liderów to szerszy problem lewicy. Uważa, że stanowi on barierę w budowaniu silnego i wpływowego ruchu.

Nowe zasady dla radykałów

Choć Occupy zdecentralizowało system zarządzania, wywalczyło z drugiej strony sprawiedliwy remis dla tych, którzy mieli całkowicie dość polityki rozumianej tradycyjnie. W czasie poprzedzającym wybuch rewolty Tammy Shapiro rozważała całkowite odejście z ruchów oddolnych. Organizacje pozarządowe, które działały ściśle według politycznego scenariusza, uważnie kontrolując każdy aspekt własnego przekazu i rozwoju, wydawały się jej jedynym graczem w mieście. – Odrzucało mnie to, jak bardzo kapitał i zależności finansowe kontrolowały i determinowały zarówno politykę Waszyngtonu, jak i aktywność organizacji pozarządowych – wspomina była działaczka grupy J Street U, młodzieżowej organizacji gromadzącej się wokół kwestii okupacji izraelskiej. Zauważyłam, że nieważne, co by się działo, bogaci ofiarodawcy mają zawsze więcej do powiedzenia niż grupy oddolne.

Natychmiastowy sukces Occupy Wall Street pozwolił Shapiro dostrzec siłę, jaka tkwi w różnych metodach i sposobach organizowania się. Zdecentralizowany przebieg demonstracji, pozostawiający mnóstwo miejsca na eksperymenty grup oddolnych, podsunął jej sposób działania, w którym odnalazła sens. Sprawił też, że ponownie zainteresowała się zajęciami, które planowała porzucić. Zaangażowała się w InterOccupy, grupę stawiającą sobie za cel ułatwianie komunikacji pomiędzy różnymi podgrupami ruchu na terenie całego kraju. Używała w tym celu różnych narzędzi – stron internetowych, mediów społecznościowych i konferencji online – pozwalających członkom ruchu z różnych miast na sprawne komunikowanie się i tworzenie więzi. Biorących udział w telekonferencji dzielono na grupy, które miały w razie potrzeby organizować demonstracje, ustanawiano kolejność wypowiadania się, a nawet prowadzono wirtualne wybory.

Z taką siecią komunikacyjną jako zapleczem InterOccupy mogło z łatwością wysyłać regularnie newslettery informujące odbiorców o wyzwaniach, jakie napotykał ruch, o rozwiązaniach, nad którymi pracował, działaniach, jakie planował, i tak dalej – a wszystko to bez podziałów hierarchicznych. Udowodniło to Shapiro, że „decentralizacja ma potencjał”.

Rok później dostrzegła, że model ten można wcielić w życie w nowy sposób, nawet jeśli wielu z jej rodaków ogłaszało upadek ruchu Occupy. Mamy przecież tę ukrytą sieć – przypomina sobie, że upierała się przy podjęciu tego tematu podczas spotkania na temat stanu ruchu, które odbyło się w październiku 2012 roku. – Nie wierzę, że jest ona martwa. Zajęto się sprawdzeniem, czy instynkt dobrze jej podpowiadał. Paradoksalnie, sieć przydała się natychmiast: Wróciliśmy z Blue Mountain, a następnego dnia uderzył huragan.

Occupy Sandy, sieć pomocowa świadcząca opiekę ofiarom Huraganu Sandy, to drugi akt powrotu ruchu. Udało mu się nie tylko przywrócić do życia sieci komunikacyjne, które stworzył rok wcześniej, ale i osiągnąć taką efektywność działań, że zawstydził podejmowane chaotycznie wysiłki FEMA, Czerwonego Krzyża i innych bardziej tradycyjnych, hierarchicznych organizacji, które nie podołały sprawnym i efektywnym działaniom obliczonym na niesienie ulgi i pomocy ofiarom. Kiedy FEMIE się nie udawało, na miejscu było Occupy Sandy – głosił nagłówek listopadowego wydania „New York Timesa”. – Occupy Sandy udowodniło mnie i wielu innym nowojorczykom, iż działamy w taki sposób, że nasza praca przynosi rezultaty – mówi Shapiro. – Nasz sposób organizacji miał ogromny potencjał, pozwalający uzyskać wymierne efekty.

Jednak próby przekucia potencjału decentralizacji w zaangażowanie ludzi, którzy nie brali udziału w obu wersjach ruchu Occupy, okazały się trudne. – Mieliśmy podstawowe, intuicyjne rozumienie tych procesów – zauważa Shapiro – ale brakowało nam języka i wzorców osobowych. Nie mieliśmy swojej „Rules for Radicals”, napisanej w czasach ruchu społecznego posługującego się internetem i innymi nowoczesnymi technologiami [mowa o książce „Rules for Radicals: A Pragmatic Primer for Realistic Radicals”, napisanej w 1971 roku przez Saula D. Alinsky’ego, a zawierającej rady dla organizujących się oddolnych grup – przyp. tłum.].

Jeśli nie potrafi się jasno zdefiniować kultury organizacyjnej ruchu, trudno jest rozpoznać jego słabości i uporać się z nimi. Aby zmienić ten stan rzeczy, Shapiro i kilkoro podobnie myślących działaczy utworzyło wspólnie „think-make-and-do-thank” [kpina z często używanej nazwy „think tank”, która oznacza „laboratorium myśli”. Proponowana przez działaczy formuła to „laboratorium myśli, tworzenia i działania” – przyp. tłum.] o nazwie Movement Netlab. Jego celem była próba dokładnego określenia, jak różnorodne role uczestnicy mogą odgrywać w jednym masowym, zdecentralizowanym ruchu. Na przykład – ruch potrzebuje trenerów, nauczycieli, twórców swojej wewnętrznej kultury, osób wprowadzających go do głównego nurtu itd. Inny z podjętych projektów dokumentował cykl rozwojowy ruchów społecznych. Netlab stawia hipotezę, że ruchy powstają na fali szczególnych „momentów”: najpierw narasta ogólna wściekłość na trwający kryzys. Potem pojawia się wydarzenie-wyzwalacz, które inicjuje spontaniczną masową odpowiedź, a ta stanowi początek fazy „bohaterskiej” ekspansji i okresu miesiąca miodowego, gdy wszystko wydaje się możliwe. Kiedy to się kończy, ruch przechodzi okres bolesnego kurczenia się, a potem ostatni etap – refleksję i ewolucję. Następnie cykl rozpoczyna się ponownie – miejmy tylko nadzieję, że różnica jest taka, iż ruch tymczasem osiągnął już jakieś namacalne cele i jest lepiej przygotowany do wykorzystania momentu, gdy kolejny raz będzie zwyżkował.

Shapiro i Netlab angażowali się wcześniej w ruch sprawiedliwości klimatycznej, co pozwoliło im wcielić w życie kilka z hipotez na temat tego, jak masowe, zdecentralizowane ruchy potrafią organizować się skutecznie na rzecz wspólnego celu. Na przykład podczas przygotowań do Marszu Klimatycznego w 2014 roku Shapiro stworzyła system komunikacji, który współgrał ze strukturą InterOccupy, zapewniając każdej z ponad 100 „gałęzi” (Praca dla Klimatu, Sztuka dla Klimatu itd.) stronę internetową, grupę na Facebooku i grupę na platformie Google – połączone wspólnym wejściem do sieci, ale odrębne.

To wszystko ułatwiło ludziom wejście w ruch wprost z własnej wspólnoty, której czuli się istotną częścią, i wniesienie do niego swojej tożsamości, zamiast pozostawiania jej przed drzwiami. Co więcej, pozwalało to grupom, których poglądy czasami mogły stać w sprzeczności z założeniami ruchu – np. związkom zawodowym albo grupom walczącym z wydobyciem gazu łupkowego – organizować się w sposób autonomiczny przed uczestnictwem w demonstracjach i marszach dotyczących ich przekonań.

Okupowanie polityki wyborczej

Winnie Wong, która także była zaangażowana w Occupy Sandy, miała inny pomysł na to, jak sprawić, by zdecentralizowane sieci ponownie zadziałały. Widziała, jak skuteczne były w pomocy ofiarom huraganu i zaczęła zastanawiać się, jak by się zachowały, gdyby w grę weszło prowadzenie polityki. – Chciałam wykonywać ruchy taktyczne i strategiczne, chciałam „okupować Partię Demokratyczną”, która – jak sądzę – jest współodpowiedzialna za wiele bardzo szkodliwych praktyk.

Doprowadziło to do powstania grupy People for Bernie [Ludzie dla Berniego, inicjatywa wspierająca lewicowego kandydata na prezydenta Berniego Sandersa – przyp. tłum.], w której ukuto chwytliwe powiedzonko „Feel the Bern” [„poczuj Bernie’go”; gra słów oparta na wyrażeniu idiomatycznym „feel the burn”, czyli „otwórz oczy i dostrzeż swoje kiepskie położenie” – przyp. tłum]. – Organizujemy się w grupy złożone z ośmiu do dziesięciu osób – mówi Wong – i dajemy sobie nawzajem prawo do autonomicznego działania w imieniu kolektywu. Gdy pojawiają się nieporozumienia – co jednak dzieje się bardzo rzadko – dotyczące tego, czy jakaś sprawa jest warta wspierania, są rozwiązywane poprzez szybkie obrady na facebookowym czacie. To właśnie Occupy nauczyło mnie nieeskalowania konfliktów.

Właściwie grupa zawiązała się w 2014 roku pod nazwą „Ready for Warren”. – Jej misja obejmowała budowanie zaplecza wyborczego dla ludzi, którzy identyfikowali się z głównym przesłaniem Occupy Wall Street – dodaje aktywistka – a Elizabeth Warren była naszym wzorem reprezentantki 99 proc. Nie upłynęło wiele czasu i prominentne liberalne organizacje podpięły się pod nawoływanie do wystawienia Warren w prawyborach w 2016 roku przeciwko Hillary Clinton, ostatecznie jednak pomysł ten zarzucono.

W kwietniu 2015 roku Wong mówiła: To my jako pierwsi promowaliśmy Sandersa, na długo zanim inne grupy go wsparły. People for Bernie stworzyli list otwarty z nazwiskami wielu organizatorów demonstracji z parku Zuccotti oraz innych miejsc – ludzi, którzy podpisali się na znak poparcia dla Sandersa jako indywidualni okupujący. Jednocześnie grupa założyła stronę internetową, strukturą zbliżoną do proponowanej przez Tammy Shapiro i InterOccupy, a także ponad pięćdziesiąt grup na Facebooku i Twitterze pod hasłem „Głosuj na Berniego”. – Sprawiło to, że zbudowano wielki, zdecentralizowany namiot, pod którym mogli się schronić i spotkać ludzie z całego kraju. Daliśmy hasła dostępu bardzo wielu członkom – mówi Wong. – Wiedzieliśmy, że nie możemy być jedynymi ludźmi odpowiedzialnymi za tworzenie przesłania. Potrzebowaliśmy innych, by je tworzyli. Potrzebowaliśmy ludzi, którzy rozmawialiby na temat ważnych dla nich kwestii.

Choć na razie nie ma planów, by drogowskaz z napisem „Bernie” zamienić na coś innego, grupa pozostawia sobie przestrzeń na ewentualną zmianę. – Nigdy nie chodziło tylko o zwycięstwo Sandersa w wyborach – mówi działaczka. – Chodziło o stworzenie ruchu.

Co najważniejsze, sieć People for Bernie pozbierała rozrzucone puzzle i szczątki po wcześniejszych protestach – i jest gotowa na ponowne przystąpienie do działania, gdy tylko nadejdzie sprzyjający moment.

Okupować, by obalić

Latem 2016 roku przez USA przetoczyła się nowa fala miasteczek namiotowych. Od Decolonize LA, przez Plac Wolności w Chicago, po nowojorski Plac Abolicji – aktywiści raz jeszcze zgromadzili się, by stworzyć miejsca protestu, tym razem w celu nawoływania do potępienia rasistowskich zachowań stróżów prawa i masowych aresztowań. Protesty te wyewoluowały bezpośrednio z ruchu Black Lives Matter i w niektórych przypadkach wzorowały się na obozowiskach założonych podczas protestów w Ferguson w 2014 roku. Także infrastruktura zbudowana przez Occupy była dla nich istotnym wsparciem.

Spotkania organizacyjne grupy zakładającej Plac Abolicji, położony tylko kilka przecznic od parku Zuccotti, odbywały się w May Day Space, której to przestrzeni schronienia udzielił kościół episkopalny na Brooklynie. Kolektyw prowadzący ten projekt jest w znacznej mierze złożony z Okupujących, którzy aż za dobrze pamiętają, jak ruch zwiądł, gdy zabrakło mu stałego miejsca spotkań. Poprzednio zajmował o wiele większą przestrzeń w dzielnicy Bushwick, dzieląc ją z innymi oddolnymi inicjatywami i grupami. – Naszą misją jest udostępnianie przestrzeni organizacjom walczącym o sprawiedliwość społeczną – mówi Sandra Nurse, weteranka ruchu Occupy i członkini kolektywu May Day. – Przestrzeń jest specjalnie tworzona w taki sposób, by grupy mogły czuć się mile widziane o każdej porze dnia, kiedy tylko potrzebują miejsca na spotkanie. Dzięki istnieniu May Day aktywiści nie muszą już uciekać się do spotkań w przypadkowych miejscach w niedogodnych godzinach, bo tylko takie odpowiadają prowadzącym te przestrzenie, ani też umawiać się w miejscach publicznych, gdzie policja może im przeszkadzać.

Pięć lat temu Occupy Chicago dojmująco cierpiało z powodu braku wspólnej przestrzeni. Masowe aresztowania sprawiły, że nigdy nie założono stałego obozu. Ale już chicagowski Plac Wolności dokonał tego, czego wcześniej nie udało się Occupy Chicago – czyli faktycznie okupował. Organizatorzy z grupy #LetUsBreathe na 41 dni zmienili zaniedbane, puste miejsce w zachodniej części miasta w miasteczko namiotowe. Nawoływali w nim nie tylko do zamknięcia domniemanego „czarnego punktu policyjnego” na Homan Square [ang. police black site – określenie na miejsce o zazwyczaj nieznanej lokalizacji, w którym policja czy inne służby prowadzą tajne działania; przykładem są więzienia CIA: Polska była tu „czarnym punktem” – przyp. tłum.], ale także przewidywali, że Plac Wolności stanie się przestrzenią, która wyobraża świat bez policji, miejscem spotkań społeczności. Po jakimś czasie organizatorzy zakończyli okupację i oddali teren we władanie lokalnych mieszkańców.

Shapiro uważa, że jedną z głównych różnic organizacyjnych pomiędzy ruchami Occupy a Black Lives Matter jest to, że ten drugi celowo włącza w swój obręb ważne organizacje o formalnych strukturach przywództwa. Postępując tak, BLM w dużej mierze unika fetyszyzacji przywództwa lub jego braku, które tak frustrowało Yotama Maroma w parku Zuccotti – a ten fetysz nadal ma się nieźle, bo jak mówi działaczka, ruch nie miał i nadal nie ma tego typu podbudowy i struktury – ponieważ ich nie wypracował. – Jeśli działamy w ramach zdecentralizowanej sieci, to potrzebujemy delegować przywództwo – ale to nadal musi być przywództwo – wyjaśnia.

Lekcje te sprawiły, że lewica jest obecnie w zupełnie innym miejscu, niż była przed pięcioma laty. Yotam Marom mówi: Największym sukcesem Occupy jest to, że ludzie nauczyli się, że mają możliwości. My sami nigdy nie mieliśmy żadnych oczekiwań co do wielkości czy siły ruchu – i przyniosło to katastrofalne skutki. Obecnie nowi działacze wierzą, że ruch ma sens i potencjał, a to zmienia całkowicie metody, jakich używają w działaniu.

Jesse Myerson

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na internetowej stronie amerykańskiego lewicowego miesięcznika „In These Times” 16 października 2016 roku.

komentarzy