Celebryci polskiej humanistyki

Wyobraźcie sobie dwóch badaczy. Jeden z nich jest humanistą, a dokładnie psychologiem społecznym od lat zajmującym się badaniem społeczeństwa polskiego. Drugi to biolog i psycholog analizujący wpływ uwarunkowań genetycznych na różne cechy człowieka. Jak myślicie, który z nich okaże się głosicielem tezy, że ludzkie szczęście determinują przede wszystkim geny?

Jeśli czytaliście wywiad Jacka Żakowskiego z Januszem Czapińskim oraz reakcję Wojciecha Dragana, to wiecie, że pytanie jest podchwytliwe. Czapiński, psycholog społeczny, we wspomnianym wywiadzie opowiada o silnym wpływie genów na nasze szczęście. Stwierdza między innymi, że nikt nie znajdzie więcej szczęścia niż „ma zapisane w genach”. Mówi też o genach indywidualistycznych oraz kolektywistycznych (te drugie mają jego zdaniem np. Chińczycy) oraz o tym, że polityka musi dostosowywać się do genów. Jeśli chodzi o Polaków, to Czapiński głosi, że jesteśmy genetycznie uwarunkowani do budowania „kultury niechętnej eksperymentom i burzeniu istniejących struktur”. Dragan zwrócił uwagę, że tego rodzaju mocne tezy nie mają podstaw naukowych, ponieważ nie istnieje tak silne i bezpośrednie przejście od genotypu do naszych uczuć, poglądów czy zachowań. Wpływy środowiskowe są zbyt ważną zmienną, aby używać genów jako głównego czynnika wyjaśniającego, jaki poziom szczęścia możemy osiągnąć. Nie istnieją również żadne badania naukowe, które potwierdzałyby tezy Czapińskiego na temat wrodzonego konserwatyzmu Polaków i Polek. Innymi słowy, to przesada za przesadą.

Dragan zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz. Tezy Czapińskiego są nie tylko przesadne, ale też niebezpieczne. Mogą bowiem prowadzić do wniosku, że za poczucie niezadowolenia w danym społeczeństwie odpowiadają przede wszystkim nie zjawiska polityczne, np. głębokie nierówności społeczne, lecz czynniki biologiczne. Od takiego wniosku już tylko krok do umniejszania wagi wszelkich reform mających na celu poprawę ludzkiego losu. Dragan ma rację. Coraz większa liczba badaczy przestrzega nas przed tym, że tworzymy społeczeństwa, w których powiększa się przepaść między bogatymi a resztą. Co więcej, bogactwo i bieda są w dużej mierze dziedziczne, nie biologicznie, lecz społecznie: dzieci ludzi bogatych mają nieporównywanie łatwiejszy start w dorosłość niż dzieci ludzi biednych. W takiej sytuacji wypada się zastanowić dwa razy, nim bez odpowiednich dowodów naukowych zaczniemy wygłaszać tezy o genetycznych przyczynach ludzkiego szczęścia lub jego braku, tudzież o takiej lub innej konstrukcji psychicznej społeczeństwa. Możemy się bowiem niechcący (choć w niektórych przypadkach pewnie i chcący) przyczynić do naturalizacji tego, co jest wytworem określonych decyzji politycznych. Dokładnie o tym niebezpieczeństwie pisze William Davies w książce „Happiness Industry”, zrecenzowanej przeze mnie w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela”.

Czy to nie zabawne, a jednocześnie zasmucające, że naukowiec zajmujący się na co dzień genami musi pouczać psychologa społecznego o ryzyku związanym z przecenianiem czynników biologicznych kosztem czynników społecznych i politycznych? Co gorsza, dla nikogo, kto śledzi polskie media, ta sytuacja nie powinna być zaskoczeniem – jest ona raczej potwierdzeniem smutnego wzorca. Byłoby rzecz jasna grubą przesadą twierdzić, że wypowiedź Czapińskiego mówi coś szczególnego o polskiej humanistyce jako takiej. Przedstawiciele szeroko rozumianych nauk humanistycznych prezentują bowiem w Polsce przeróżne poglądy. Niesprawiedliwe byłoby też sprowadzanie całego dorobku Czapińskiego do jego nonszalanckich opinii na temat wpływu uwarunkowań genetycznych na nasze szczęście. Jednak trudno nie zauważyć, że gdy idzie o tych przedstawicieli polskiej humanistyki, którzy brylują w mediach, to w przypadku większości ich wypowiedzi powtarza się jeden motyw: całkowite lekceważenie problemów związanych ze współczesnym kapitalizmem oraz nierównościami społecznymi, które on generuje. Kapitalizm i będące jego pochodną stosunki społeczne najczęściej w ogóle nie są brane pod uwagę przez naszych intelektualnych celebrytów. Prowadzi to często do tego, że wygłaszają oni tezy tyleż komiczne, co przerażające.

Weźmy wypowiedź filozofa Tadeusza Gadacza, o której zrobiło się głośno niedługo po wywiadzie Czapińskiego. Zdaniem Gadacza: „jeżeli szkolnictwo wyższe ma być finansowane z budżetu, to studenci powinni mieć zakaz pracy” (cytat za kontem Nowoczesnej na Twitterze). Swój pogląd polski filozof uzasadniał tym, że duża część studentów zaniedbuje obowiązki studenckie, ponieważ chodzi do pracy. Logicznym wyjściem, jego zdaniem, jest zatem zakazać im pracy, gdyż w przeciwnym wypadku marnotrawi się publiczne pieniądze idące na edukację wyższą. Niestety, Gadacz nie zadał sobie kilku pytań, które nasuwają się każdemu, kto zna rzeczywistość większości studentów. Dlaczego tak wielu młodych ludzi musi dorabiać w trakcie studiów? Czy zakaz pracy nie sprawi, że na studia zaczną przychodzić tylko ci, którzy mają odpowiednio bogatych rodziców? Czy nie mamy w kraju poważnego problemu z zapewnieniem młodym ludziom godnego startu w dorosłość? Zamiast tego, Gadacz zachowuje się jak człowiek, który nie słyszał o takich rzeczach, jak umowy śmieciowe, darmowe staże, nierówny dostęp do edukacji czy dziedziczenie kapitału społecznego.

Podobnymi problemami nie zaprzątał też sobie głowy Jan Hartman, gdy publikował w „Gazecie Wyborczej” głośny swego czasu tekst na temat szkoły, pt. „Umarła klasa”. Polski filozof twierdził w nim, że szkolnictwo powszechne to archaiczna i coraz mniej potrzebna instytucja. Bo jeśli ktoś jest leniwy i nie chce się uczyć, to nie ma sensu go zmuszać. Bo nie istnieje już coś takiego jak uniwersalna wiedza. Bo i tak wszystko można znaleźć w Internecie. Doskonałą polemikę z Hartmanem napisał Marcin Zaród, wystarczy zatem przytoczyć jego podstawowe argumenty. Przede wszystkim Hartman, tak jak Czapiński i Gadacz, w ogóle nie bierze pod uwagę kontekstu społecznego. Zaród słusznie zauważa, że dzieci „leniwe” to często dzieci biedne i niedożywione: nie mające ani warunków (w tym tak trywialnych, jak miejsce na odrabianie zadań domowych), ani energii, ani motywacji do podjęcia odpowiedniego wysiłku edukacyjnego. Mówienie o tym, kto się nadaje do szkoły, a kto nie, bez uwzględniania takich czynników, jest przykładem niebezpiecznego bajdurzenia. Nie ma też sensu wychwalanie możliwości, jakie zapewnia Internet, bez uwzględnienia społecznych uwarunkowań jego użytkowników. Internet jest niezwykle zróżnicowanych środowiskiem i bez wcześniejszego nabycia odpowiednich kompetencji kulturowo-społecznych będzie nas on prowadził raczej do kolejnego mema z fake newsem niż do rzetelnych analiz rzeczywistości. Hartman żadnej z tych rzeczy nie dostrzega, a wizja świata wyłaniającego się z jego tekstu to kreskówkowa utopia, w której każdy zdobywa to, na co sobie zasłużył własną pracą.

Jednakże pierwsze miejsce w konkurencji „jak bardzo nie dbam o problemy społeczne wytwarzane przez współczesny kapitalizm” należy się socjologowi Radosławowi Markowskiego za wywiad „Drodzy młodzi, dobrze już było”, opublikowany niepełna rok temu w „Gazecie Wyborczej”. Paradoksalnie, Markowski jako jedyny z wymienionych dotychczas medialnych ekspertów zauważa, że kapitalizm to nie bajka, a gospodarka światowa zmierza w nieciekawym kierunku. Jednak wnioski, jakie wyciąga z tych obserwacji, są zdumiewające.

Polski socjolog zaczyna od wygłoszenia pieśni pochwalnej na temat roli elit w demokracji: „Historycznie to raczej elity socjalizują lud do polityki, gospodarki i kultury. Lud to łyka i potem głosuje w wyborach zgodnie z pomysłami podsuniętymi przez elity. Tak było zawsze i tak będzie. […] W dziejach demokracji nic się nie dzieje bez elit. Ani złego, ani dobrego”. Następnie przechodzi do sedna swojej diagnozy problemów współczesnej polityki, a jednocześnie propozycji, jak możemy sobie z nimi poradzić.

Warto przytoczyć dłuższy cytat, aby w pełni pojąć, co mówi Markowski: „Powód, dla którego w większości krajów europejskich mamy problem z populizmem, zwłaszcza zaś ze wzrostem oczekiwań, bierze się stąd, że elity zaniechały odpowiedzialnej socjalizacji obywateli do realiów nowego świata. Kiedy się patrzy na różne badania, widać, że europejska część gatunku Homo sapiens uwierzyła pochopnie, że stały wzrost PKB w granicach 2-4 proc. to jest norma i będziemy coraz bardziej, niemal liniowo, bogacić się także w przyszłości. Niestety, mam złą wiadomość, zwłaszcza dla młodych ludzi w Europie: nie będziecie żyć coraz lepiej, będziecie mieli dużo szczęścia, jeśli zachowacie obecny poziom życia, a najlepiej zacząć się przygotowywać do tego, że będzie wam gorzej niż pokoleniom żyjącym po II wojnie światowej. Mówią o tym wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści – takie są makrozjawiska, na które nie będzie można poradzić. Zamiast nakręcać obietnice, należy rozpocząć edukacyjne prace nad niwelowaniem ludzkich aspiracji. W przeciwnym razie skończymy otoczeni sfrustrowanymi masami. Niestety nie usłyszycie tego od nieodpowiedzialnych polityków – oni jeszcze do tego nie dorośli”.

Gdyby to komuś umknęło: Markowski twierdzi, że największym problemem współczesnej polityki jest to, że „masy”, w tym ludzie młodzi, chcą mieć lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż dotychczas. To przez takie fanaberie głosują nie na tych, co trzeba. Jako rozwiązanie tego problemu polski socjolog proponuje szeroką akcję edukacyjną (ktoś mniej życzliwy mógłby to nazwać zbiorowym praniem mózgów), której celem ma być wytłumaczenie krnąbrnemu ludowi, że „dobrze już było”. Gdy masy pogodzą się ze swoim losem, to przestaną podskakiwać i buntować się przeciw starym partiom liberalnym. Zapanuje powszechny spokój, a neoliberałowie będą mogli dalej rządzić.

Markowski twierdzi, że o podobnych rzeczach mówią „wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści”. Jest to zdecydowanie zbyt skromne postawienie sprawy. Markowski nie docenia swojego oryginalnego wkładu w ich analizy. Prawdą jest, że liczni badacze zauważają, iż wzrost gospodarczy na dotychczasowym poziomie jest z wielu względów nie do utrzymania. Pisze o tym między innymi Thomas Piketty. Jednakże badacze ci wyciągają z tej analizy inne wnioski niż polski socjolog. Na przykład wspomniany Piketty mówi o potrzebie wprowadzenia globalnych zmian podatkowych, które zapobiegną pogłębianiu się nierówności społecznych. Pozostali badacze, podobnie jak francuski ekonomista, podkreślają, że nie możemy sobie dłużej pozwolić na świat rządzony przez bogaczy i międzynarodowe korporacje, świat, w którym tak niewielu ma tak wiele, a reszta walczy między sobą o resztki z pańskiego stołu. Duża część z nich dodaje, że dotychczasowy model kapitalizmu uległ wyczerpaniu. Do tego dochodzi troska o zmiany klimatyczne wywoływane modelem wzrostu opartym na niszczeniu środowiska. Gdy idzie o źródła popularności prawicowego radykalizmu, to wiele pisze się o zawodzie, jaki sprawiły partie liberalne oraz o braku porządnej alternatywy lewicowej. Jak widać, diagnoz i prognoz nie brakuje, jednakże pomysły w rodzaju tych wyznawanych przez Markowskiego – „edukowanie” ludzi, że mają się pogodzić z obniżaniem standardu życia – rzadko przedostają się do domeny publicznej. Dlatego Markowski nie powinien chować oryginalności własnej myśli za autorytetem innych badaczy.

Richard Rorty, znany amerykański filozof, miał bardzo romantyczną wizję humanistów. Uważał, że ich głównym zadaniem jest wywoływanie w młodzieży niepokoju, namawianie do buntu wobec zastanych zasad społecznych i skłanianie do postępu moralnego. Niestety, duża część medialnych gwiazd polskiej humanistyki widzi sprawę inaczej. Zamiast inspirować, poucza. Zamiast ujawniać niesprawiedliwości społeczeństwa kapitalistycznego, lekceważy je lub, co gorsza, próbuje naturalizować. Zamiast nieść nadzieję, narzeka na zły lud. Duża w tym „zasługa” mediów głównego nurtu, które nie kwapią się do poszukiwania na uniwersytetach idei mogących naruszyć ich dobre samopoczucie. Mówimy o tych samych mediach, które później z przerażeniem ogłaszają, że polska demokracja jest zagrożona i każdy porządny człowiek powinien jej bronić. Pytanie, jak długo ludzie zechcą bronić niedoskonałej wersji demokracji, którą budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jeśli będą słyszeli, że „dobrze już było”.

dr Tomasz Markiewka

dr Tomasz Markiewka

doktor nauk humanistycznych. Niebawem ukaże się jego książka „Język neoliberalizmu”. Przetłumaczył „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” Roberta Franka i Philipa Cooka.

8 odpowiedzi na „Celebryci polskiej humanistyki

  1. Robert pisze:

    Dużo trafnych spostrzeżeń, ale one muszą wyjść poza małe ogniwa, do mainstreamu medialnego, a tu – jak Pan napisał – nikt się nie kwapi, aby zmienić optykę. Jednym słowem – faktycznie tak skonstruowany kapitalizm skutecznie podgryza demokrację, ta będzie musiała się chyba kilka razy wywrócić (bardzo mocne ogólnoświatowe kryzysy?), aby zaczęto podejmować jakiekolwiek kroki, aby coś zmienić. Na razie neoliberalni patrzą tylko fragmentarycznie na kryzys(y), populizm, izmy, ale bez głębszego spojrzenia na kapitalizm. A ten ostatni w takiej formie chyba mediom się podoba, stąd brak odpowiedniej optyki.

  2. Casualny pisze:

    Ignorancja polskoch humanistów wynika z bajeczek wpajanych przez kulturę Zachodnią. Motyw: „sam dorobiłem się sukcesu” przymyka oczy na problemy społeczne. Apoteoza jednostki i ego wielkości Jowisza, w konsekwencji czego obserwujemy humanistów zamkniętych w rzeczywistości disneyowskiego zamku.

  3. t00l pisze:

    Ja bym dodał, że niektórzy ludzie pracują na studiach, bo chcą zyskać praktykę do pary z uniwersytecką teorią. Niby same uczelnie takie praktyki również zapewniają, ale najlepiej dopasowane pod swoją przyszłą karierę tylko sam student sobie dobierze. Także nawet jakby zapewnić wszystkim chętnym stypendiami takie warunki, że mogliby tylko studiować to znalazłyby się osoby które i tak chciałyby pracować – młodzi ludzie są rządni praktyki z prawdziwego świata: znajomi na informatyce, robotyce, ekonomii czy prawie nacieszyli się w większości pierwszym rokiem studiów, a od drugiego szukanie pracy, i to nie ważne czy jego rodziców stać na utrzymanie im całego życia, czy nie. Jak to pisał Pratchett: „szkoła bardzo przeszkadza w edukacji” niektórym i tacy ludzie z checią poznania pracy w firmie, a nie tylko nauki na uczelni, byli, są i będą – także plan zakazów Czapińskiego nie ma racji bytu – chyba, że naprawdę bawimy się w Świat Dysku ;)

    Co do Hartmana, to _trochę_ racji ma… tzn.tradycyjna szkoła będzie coraz mniej w stanie nadążać za zmianami, z samej racji rozmiaru jako instytucji. Coraz więcej odpowiedzialności będzie na jednostce: MOOC i „continous learning” przez całe życie zastąpi wielkie instytucje. Żaden program nauczania nie będzie na tyle zwinny żeby reagować non-stop na to co dzieję się na rynku. Oczywiście nauczanie początkowe, fundamenty typu biologia, chemia, historia, matematyka i pomoc rodziców będzie ważne, ale już do konkretenego zawodu będziemy coraz bardziej przygotowywać się sami – tak przynajmniej dyskutowali w O’Reilly Newsletter. Może w starszym pokoleniu to nie jest tak widoczne, ale w moim 20-parolatków mogę śmiało powiedzieć, że nie ma takiego momentu żeby znajomi jakiegoś kursu nie robili akurat danego tygodnia – część dla zabawy (np. informatyk robi filozofię, dzienniakarz robi chemię), a część dla nauki w swojej dyscypline – wszystko za darmo, on-demand w Internecie (edX, Coursera, Khan Academy np.), za małe pieniądze (Udemy) czy małe w porównaniu z opłatami za studia prawdziwe (np. Udacity). Popytajcie młodszych znajomych, możecie się zdziwić ile osób uważa model nauki w liceum czy na uniwersytecie za przestarzały, i już uczy się inaczej każdego dnia.

  4. Barbarus pisze:

    „…nie będziecie żyć coraz lepiej, będziecie mieli dużo szczęścia, jeśli zachowacie obecny poziom życia, a najlepiej zacząć się przygotowywać do tego, że będzie wam gorzej niż pokoleniom żyjącym po II wojnie światowej” – wieszczy naukowiec i uważa to niemal za prawo natury.

    Niezależnie od tego, że ma rację (o ile nie zmieni się system), to prawda ta dotyczy zdecydowanej większości, ale nie dotyczy mikroskopijnej mniejszości, która MA I BĘDZIE MIEĆ CORAZ LEPIEJ. Właśnie dlatego, że jest kurczącą się mniejszością bogatych i uprzywilejowanych. I dlatego, że tak właśnie działa kapitalizm i demokracja.

  5. Grzegorz pisze:

    Z Tadeuszem Gadaczem bym się zgodził. To studiowanie jest pracą, i tym powinien zajmować się student. Nie tak dawno słusznie zwalczano inną paranoję ustroju akademickiego: zapracowanego profesora, który kolekcjonował etaty i zlecenia na kilku uczelniach i tak naprawdę nigdzie nie pracował dobrze. Wracając do studenta, taki przykład. W Krakowie niedawno otwarto nowa galerię handlową, koleżanka w wieku 50+ poszła pytać o prace. Czy jest pani studentką? Nie. Czy ma pani grupę inwalidzką? Też nie. No to pracy pani tu nie znajdzie – usłyszała i de facto straciła tylko czas. W taki oto sposób ustrój gospodarczy całkiem legalnie optymalizuje koszty, korzystając z pracy ludzi, których praca jest tańsza. Gołym okiem widać, że coś tu nie gra.

    • t00l pisze:

      Nie. Nie można zakazywać pracy dla studentów mówiąc, że studiowanie to ich pełna praca. Dla wielu ludzi studia są ciekawe, ale nie są wyzwaniem które zajmuje im całe dnie. Ja sam skończyłem studia dzienne z średnią 4.5, oceną z egzaminu inżynierskiego 5 i tak samo ocenioną pracą inżynierską – a jako, że mi się na tych studiach nudziło to pracowałem na pełnym etacie: praca zdalna i wybieranie samemu godzin pracy bez problemu dało radę. Do tego tylko taki mix wierzy akademickiej i firmowej da Ci dobry start np. w IT. Ludzie robiący takie miksy zarabiają na ostatnich latach studiów już po 10k PLN (sam tak miałem i znam osobiście przynajmniej parenascie podobnych osób), podczas gdy ktoś chodzący tylko na uczelnianej zajęcia nie ma jeszcze żadnego doświadczenia i startuje od zera. Nie psujcie młodym ludziom ambicji kolejnymi przepisami i biurokracja. Znam paru PhD ze Stanford i MIT którzy pracują na wielu etatach i jakoś w kżdym sà dobrzy.

      • t00l pisze:

        Dodam do tego, że brak doświadczenia praktycznego u polskich profesorów to jest to co najbardziej boli. Przykład: na PG ETI najlepsi prowadzący do np. Manuszewski czy Dyka, oboje mają swoje własne firmy i – mino tego, że po ich twardym ocenianiu będę miał PTSD do końca życia – to mogę śmiało powiedzieć, że byli to najlepsi prowadzący. Teorię SI np. łatwo na uczelni poznać, ale, przynajmniej w Polsce, tylko w firmach zdobędziesz prawdziwe z tym doświadczenie, bo uczelni często na to nie stać.

        Nie ma co wybierac sobie studentów jako psa do bicia „bo ludzi 50+ nie chcą zatrudniać, a studentów chcą” – zamiar myśleć sobie „jaką grupę by tu obwinić za problemy innych” to może lepiej skupić się jak wszystkim podnieść możliwości – a zabieranie możliwości pracy nad interesującymi projektami w firmach, nie tylko na uczelni, nikomu nie pomoże.

        • Grzegorz pisze:

          Podałem przykład z życia wzięty, żeby pokazać jak preferowanie studentów zabiera pracę innym. Koleżanka „50+” nie szukała pracy w start upie czy redakcji pisma społecznego, chciała pracować w handlu, nie pogardziłaby zajęciem sprzątaczki w sklepie. Nie mam nic przeciw temu by student zdobywał doświadczenie praktyczne, przyszły inżynier w biurze projektowym, kandydat na socjologa pisząc artykuły itp. Ale tam, gdzie chodzi o stabilną pracę na etacie niech każdy ma takie same prawa na starcie, a z powyższego przykładu widać brak równowagi. System preferuje studentów, bo ich praca nie partycypuje w kosztach społecznych, i to jest b. złe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>