dr Tomasz Markiewka

doktor nauk humanistycznych. Niebawem ukaże się jego książka „Język neoliberalizmu”. Przetłumaczył „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” Roberta Franka i Philipa Cooka.

Teksty tego autora:

Jak Maziarskiemu wolność odbierano

Ostatnimi czasy przez media przetoczyła się dyskusja na temat niedziel wolnych od handlu. Nie pierwszy raz. Podobna debata odbyła się choćby kilka lat temu. Tak wtedy, jak i teraz neoliberałowie stali w pierwszym szeregu ludzi przerażonych pomysłem pracowników mających prawo do dnia wolnego. Przyjrzyjmy się argumentacji jednego z najzagorzalszych dziennikarskich zwolenników doktryny neoliberalnej – Wojciecha Maziarskiego. Zobaczmy dzięki temu, w jaki sposób Maziarski wykorzystuje słowo „wolność” do przedstawienia swojego stanowiska jako zdroworozsądkowego oraz dlaczego jego wizja wolności jest problematyczna. Warto to zrobić, ponieważ „wolność” wciąż pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi retorycznych wykorzystywanych przez neoliberałów. Maziarski w ogóle nie jest zainteresowany czymkolwiek, co skomplikowałoby jego prosty obraz świata. W opisywanej przez niego rzeczywistości istnieją tylko samotne jednostki, które czegoś chcą albo nie chcą i mogą się na coś godzić bądź nie. Nie ma w tym świecie zjawisk w rodzaju strukturalnego bezrobocia, systemowych nierówności, presji społecznej, niedostatecznej liczby dobrych miejsc pracy i tym podobnych rzeczy. W pewnym sensie jest to piękny świat. Problem polega na tym, że ma on niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której poruszamy się na co dzień. Dlatego też rozumienie wolności Maziarskiego bardziej pasuje do jakiejś bajkowej krainy, najpewniej tej samej, w której egoistyczni piekarze i inni przedsiębiorczy ludzie pracują na dobrobyt wszystkich obywateli, a nie do Polski czy jakiegokolwiek innego kraju z XXI wieku.
Czytaj więcej

Lewica bez języka

Lewica walkę o język przegrała w większości krajów rozwiniętych. W Polsce ta klęska jest jednak szczególnie dotkliwa. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednym z nich była nasza specyficzna sytuacja historyczna. Uwolnienie się od wpływów rosyjskich było w polskim przypadku równoznaczne z wejściem do świata kapitalizmu w jego najdzikszej – neoliberalnej – postaci. Język neoliberalnego kapitalizmu został więc u nas utożsamiony z językiem demokracji i wolności. Co odbija się nam czkawką do dzisiaj, gdy na manifestacjach w obronie demokracji ludzie uchodzący za autorytety nawołują do dokończenia prywatyzacji Polski albo wygadują bzdury na temat 500 plus. Nie pomogło również to, że przez lata za przedstawicieli lewicy uważano w Polsce ludzi gotowych pójść na każdy kompromis z neoliberałami. I tak oto dorobiliśmy się „lewicy”, która uważa, że związki zawodowe są przestarzałe (Magdalena Środa), otwarcie gardzi „ludem” (Jan Hartman), rzuca na prawo i lewo oskarżeniami o populizm (Andrzej Celiński) i stara się być bardziej neoliberalna niż partie liberalne (SLD za rządów Leszka Millera). Czytaj więcej

Broń siebie, nie bogaczy

Smuci mnie, gdy widzę, ilu ludzi w internecie jest w stanie bronić do ostatniego tchu milionerów oraz miliarderów przed wysokimi podatkami. Tym bardziej, że w większości przypadków ci obrońcy sami zarabiają najwyżej w okolicach średniej krajowej, więc ich solidarność z rodzinami Kulczyków czy Gatesów jest cokolwiek zadziwiająca. Bogaci mają jeszcze wiele innych sposobów urządzania świata po swojemu. Na przykład w USA kandydaci na prezydentów zabiegają u nich dniem i nocą o pokaźne datki na kampanię wyborczą. Muszą więc uważać, aby za bardzo nie zdenerwować swoich zamożnych darczyńców. Bogaci mają też niestety darmową pomoc ludzi, którzy potrafią spędzić wiele godzin w internecie, broniąc ich przed podatkami i rzekomymi komunistami. Jeśli jesteś jedną z takich osób, zadaj sobie proste pytanie. Czy naprawdę milionerzy są tą grupą społeczną, która potrzebuje twojej darmowej obrony – twojego czasu i energii? Czy nie byłoby lepiej, gdybyś bronił swoich własnych interesów, a nie ich? Gdybyś zastanowił się, jak na przykład proponowana zmiana podatkowa wpłynie na ciebie, twoje zarobki, twoje możliwości korzystania z usług publicznych, twoje otoczenie? Zapewniam cię, że jeśli rzetelnie się nad tym zastanowisz, szybko okaże się, że nie jedziesz na tym samym wózku, co bracia Koch. Co gorsza, oni doskonale zdają sobie z tego sprawę… Czytaj więcej

Celebryci polskiej humanistyki

Pierwsze miejsce w konkurencji „jak bardzo nie dbam o problemy społeczne wytwarzane przez współczesny kapitalizm” należy się socjologowi Radosławowi Markowskiego za wywiad „Drodzy młodzi, dobrze już było”, opublikowany niepełna rok temu w „Gazecie Wyborczej”. Paradoksalnie, Markowski jako jedyny z wymienionych dotychczas medialnych ekspertów zauważa, że kapitalizm to nie bajka, a gospodarka światowa zmierza w nieciekawym kierunku. Jednak wnioski, jakie wyciąga z tych obserwacji, są zdumiewające. Markowski twierdzi, że największym problemem współczesnej polityki jest to, że „masy”, w tym ludzie młodzi, chcą mieć lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż dotychczas. To przez takie fanaberie głosują nie na tych, co trzeba. Jako rozwiązanie tego problemu polski socjolog proponuje szeroką akcję edukacyjną (ktoś mniej życzliwy mógłby to nazwać zbiorowym praniem mózgów), której celem ma być wytłumaczenie krnąbrnemu ludowi, że „dobrze już było”. Gdy masy pogodzą się ze swoim losem, to przestaną podskakiwać i buntować się przeciw starym partiom liberalnym. Zapanuje powszechny spokój, a neoliberałowie będą mogli dalej rządzić. Duża w tym „zasługa” mediów głównego nurtu, które nie kwapią się do poszukiwania na uniwersytetach idei mogących naruszyć ich dobre samopoczucie. Mówimy o tych samych mediach, które później z przerażeniem ogłaszają, że polska demokracja jest zagrożona i każdy porządny człowiek powinien jej bronić. Pytanie, jak długo ludzie zechcą bronić niedoskonałej wersji demokracji, którą budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jeśli będą słyszeli, że „dobrze już było”. Czytaj więcej

Nieznośna płytkość polskiego liberalizmu

Polscy liberałowie lubią przedstawiać się jako odpowiedzialni Europejczycy i światowcy. Cały ich program polityczny można sprowadzić do stwierdzenia: niech będzie u nas tak, jak jest na Zachodzie. Dotyczy to w szczególności niezbyt wyszukanej wersji centro-liberalizmu, która dominuje w Polsce od czasów transformacji („odrzucamy zarówno prawicowe, jak i lewicowe wybryki, kochamy wolny rynek”). Paradoks polega na tym, że płytkość myśli naszych liberałów ujawnia się najbardziej właśnie wtedy, gdy zaczynają się wypowiadać na temat Europy, świata czy mitycznego Zachodu. Szybko okazuje się bowiem, że ich wyobrażenia są zbudowane nie na skomplikowanej rzeczywistości, lecz na bajce, szczególnie popularnej w latach 90. Jej treść sprowadza się do kilku haseł: kapitalizm oznacza wolność, wolny rynek oznacza demokrację, zachodnie elity polityczne i finansowe są obrońcami lepszego świata, a instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy to neutralne placówki naukowe promujące obiektywne procesy gospodarcze. O jakości polskiej myśli liberalnej przypomniał niedawno niezastąpiony Tomasz Lis, który po niespodziewanym sukcesie Partii Pracy w wyborach brytyjskich, nazwał jej lidera, Jeremy’ego Corbyna, „komuchem”. Wtórował mu Cezary Michalski z „Newsweeka”, próbujący w swoim powyborczym tekście zrobić wszystko, aby w głowach czytelników i czytelniczek słowo „Corbyn” zlało się ze słowem „populizm”.
Czytaj więcej

Chomsky vs Ameryka

Chomsky ma więc mocne argumenty nawet na poparcie swoich najbardziej radykalnych tez. Nie oznacza to, że niczego nie można mu zarzucić. Niekiedy amerykański intelektualista niebezpiecznie balansuje na granicy między „skupianiem się na błędach naszych” (co jest zrozumiałym podejściem) a „nazbyt łatwym usprawiedliwianiem bądź przymykaniem oczu na błędy nie-naszych” (co budzi już poważne wątpliwości moralne). Przy czym trudno mu zarzucić jednoznaczne przekroczenie tej cienkiej linii. Jak widać, Chomsky stawia najcięższe zarzuty ludziom rządzącym Ameryką. Nie chodzi tylko o to, że wylicza on wszystkie grzechy USA z ostatnich kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Chomsky nie omieszkuje też podsumowywać swoich wyliczeń ostrymi sformułowaniami. Na przykład nazwa Partię Republikańską „najgroźniejszą organizacją na świecie”. Na pierwszy rzut oka to oskarżenie może się wydawać mocno na wyrost, ale Chomsky ma nienajgorsze argumenty. Republikanie od wielu lat aktywnie wspierają idee, których negatywne konsekwencje odczuwają miliony, a w jednym przypadku potencjalnie nawet miliardy ludzi. Trudno zatem uznać Chomsky’ego za nieomylny wzór cnót moralnych, choć amerykański badacz brzmi czasem tak, jakby próbował się na kogoś takiego wystylizować. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi rzeczy warte wysłuchania i przemyślenia. Na szczęście nie mamy w Polsce problemu ze zbytnio idealistycznym podejściem do Rosji. Dlatego naiwności oraz przeoczenia Chomskiego, gdy idzie o Europę Wschodnią, nie stanowią dla nas większego zagrożenia – jesteśmy je w stanie szybko wyłapać. Kłopoty, z jakimi zmagamy się w naszym kraju, polegają raczej na pochopnym przejmowaniu lęków i uproszczeń pielęgnowanych przez elity Stanów Zjednoczonych oraz ich sprzymierzeńców. Czytaj więcej

Precz z „populizmem”

Skoro przejawem populizmu ma być zarówno wrogość wobec obcych, jak i pomoc najuboższym, zarówno program Trumpa, jak i program Podemos – by sięgnąć po najsłynniejsze zagraniczne przykłady polityki prawicowej i lewicowej – powstaje proste pytanie: co to słowo właściwie znaczy? Na ile pomaga objaśnić współczesny świat, a na ile zaciemnia sytuację? Przecież wystarczy tylko zerknąć na propozycje Trumpa i Podemos, aby dojrzeć poważne różnice. Trump chce obniżać podatki dla bogaczy, Podemos podwyższać. Trump na każdym kroku pokazuje, że nie obchodzą go prawa kobiet, Podemos jest w tej sprawie bezkompromisowe i żąda pełnego równouprawnienia. Trump idzie na otwartą wojnę z imigrantami, a Podemos swego czasu proponowało, by zlikwidować wszelkie bariery związane z migracją i nadać w Hiszpanii prawa wyborcze każdemu przybyszowi z innego kraju. A jednak dla dużej części mediów i polityków zarówno amerykański prezydent, jak i młoda lewicowa partia są populistami. O co chodzi? Jeśli zrozumiemy tę (neo)liberalną perspektywę, łatwo pojmiemy, dlaczego populistami mogą być nazywane tak skrajnie różne siły polityczne, jak nacjonalistyczny Front Narodowy i lewicowe Podemos albo, by sięgnąć po polski przykład, PiS i Razem. Z punktu widzenia (neo)liberała populistą jest każdy, kto występuje przeciw politycznemu konsensusowi opierającemu się na wolnorynkowym fundamentalizmie. Ten konsensus jest opakowany w piękne idee: otwartość, wolność czy budowanie zjednoczonej Europy. Wszystko to jednak – zdaniem (neo)liberałów – musi być wsparte na wolnym rynku, którego zasady dyktują międzynarodowe korporacje. Osoba, która podważa kapitalizm – albo nawet tylko kapitalizm w jego obecnym kształcie – jawi się jako równie niebezpieczna, co otwarty ksenofob. Czytaj więcej