Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

·

Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

·

Nie ufamy sobie. Brakuje nam poczucia solidarności społecznej. Jesteśmy głęboko podzieleni. Rządzi nami egoizm. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście tego rodzaju tezy na temat polskiego społeczeństwa. Za każdym razem, gdy rozmawiamy o Polsce, prędzej czy później ktoś rzuci jedno z takich zdań, a reszta przytaknie. Jeśli zgadzamy się w jakiejkolwiek sprawie, to właśnie w tej. Polska może być krajem „Solidarności”, lecz nie jest krajem solidarności – przynajmniej nie na co dzień. Nie jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak płacenie podatków, pomoc socjalna, dbałość o dobro wspólne czy zrozumienie dla ludzi wywodzących się z innych środowisk niż nasze.

Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy. Może to wina dziedzictwa sarmatyzmu? Albo katolicyzmu? Albo nigdy nieprzepracowanego feudalizmu? A może winna jest nasza szkaradna, wschodnia dusza, która raz po raz wyłazi na wierzch i uniemożliwia nam przeistoczenie się w człowieka cywilizowanego? To ostatnie wyjaśnienie lansuje część prominentnych dziennikarzy i komentatorów politycznych, dla których starcie Zachodu ze Wschodem jest odpowiednikiem manichejskiego konfliktu Dobra i Zła.

Czasem jednak wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Nie trzeba cofać się w odmęty historii ani sięgać po kategorie religijne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, dlaczego brakuje nam solidarności i myślenia w kategoriach „my, społeczeństwo”, a nie „ja, samowystarczalna jednostka”.

Doskonałym przykładem była reakcja części mediów i liderów opozycji na ostatnią konwencję PiS-u i propozycje polityki socjalnej partii Kaczyńskiego. Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną rzecz. Propozycje PiS-u nie są poza krytyką. Nie tylko dlatego, że możliwość krytykowania rządzących jest w demokracji świętym prawem opozycji i mediów. Chodzi też o to, że te propozycje mają oczywiste ograniczenia. Wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego – szefa Gabinetu Prezydenta RP – który zaproponował nauczycielom, aby skromne zarobki zrekompensowali sobie większą rozrodczością, mającą im zapewnić pieniądze z programu 500+, bardzo dobrze pokazuje, na czym te ograniczenia polegają. Konserwatywna polityka socjalna promuje konserwatywny model społeczeństwa i nie obejmuje tych, którzy się w tym modelu nie odnajdują.

Niezależnie jednak od naszego stosunku do rządów PiS-u, jak i do konkretnych rozwiązań proponowanych przez tę partię, trzeba sobie powiedzieć jedno: język, za pomocą którego część dziennikarzy oraz komentatorów krytykuje wizję polityki socjalnej partii Kaczyńskiego, jest niefortunny i na dłuższą metę szkodliwy społecznie.

„PiS kupuje wyborców za nasze pieniądze” – tak można podsumować przekaz, który popłynął ze strony opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej. Trafił on między innymi na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. Zdegustowało to nawet część jej dziennikarzy, ponieważ do grona „kupowanych” zostali zaliczeni także nauczyciele i pielęgniarki. Dlatego „Wyborcza” jeszcze tego samego dnia zamieściła w internecie sprostowanie, tłumacząc się pokrętnie „błędnie opisaną grafiką” i deklarując, że całym sercem popiera starania pracowników budżetówki o godne płace.

Nikt rozsądny nie jest w stanie uwierzyć w to tłumaczenie. Nie tylko dlatego, że problem z okładką „Wyborczej” daleko wykraczał poza „błędny opis grafiki” (cokolwiek miałoby to oznaczać w tym kontekście). Prawda jest taka, że mamy do czynienia z symptomem szerszego zjawiska, które jest związane z tym, jak myśli się w Polsce o polityce socjalnej i jej odbiorcach. Zresztą nawet w swoich przeprosinach „Wyborcza” dalej używała frazy o „kupowaniu wyborców” – po prostu uznała, że nie odnosi się ona do podwyżek dla budżetówki, lecz do takich propozycji jak przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych czy rozszerzenie programu 500 plus.

Część osób stara się bronić tej frazy, mówiąc, że nie odnosi się ona do polityki socjalnej jako takiej, lecz do nietrafionych, nieszczerych, podyktowanych czystą kalkulacją wyborczą propozycji PiS-u. Raz jeszcze trudno w to uwierzyć, ponieważ budowanie skojarzeń na zasadzie „polityka socjalna to rozdawnictwo”, „polityka socjalna to przekupstwo polityczne”, „polityka socjalna to oddawania NASZYCH pieniędzy nierobom” jest stałym elementem polskiej debaty politycznej, pojawiającym się zawsze, gdy ktoś odchodzi od dogmatów fundamentalizmu rynkowego. Celem takich sformułowań nie jest krytykowanie trybu, w jakim są zgłaszane konkretne propozycje, lecz polityki socjalnej jako takiej. Zresztą już dzień później w tej samej „Wyborczej” Magdalena Środa znowu uderzyła w podobne tony. Politykę socjalną nazwała „lizakami”, a jej odbiorców „dziećmi”.

Co ciekawe, ci sami dziennikarze, którzy rzekomo tak bardzo troszczą się o odpowiedzialność budżetową, nie wysuwali podobnych zastrzeżeń, gdy partie takie jak PO czy Nowoczesna proponowały podatek liniowy i obniżkę stawek podatkowych dla najbogatszych. Nie było słychać głosów o „kupowaniu wyborców” kosztem budżetu państwa. Nie było dumania nad tym, na ile te propozycje są szczere i korzystne dla państwa, a na ile wynikając z czystej kalkulacji wyborczej. Obawy wzbudziła dopiero propozycja walki z wykluczeniem komunikacyjnym.

Smutna prawda jest taka, że część środowiska polityczno-medialnego po prostu dała upust swojemu wewnętrznemu Balcerowiczowi. Konwencja PiS-u okazała się doskonałą okazją do wykrzyczenia większości dogmatów fundamentalizmu rynkowego i klasowych przesądów. Po stronie opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej już od dawna widać poirytowanie wynikające z tego, że debata publiczna przesunęła się ociupinkę na lewo. Całe to gadanie o nierównościach społecznych, o braku reprezentacji politycznej, o zaniedbaniach III RP – jest dla niej zbyt przekombinowane i „zbyt socjalistyczne”. Przecież ostatecznie to jest tak, że my od dawna jesteśmy mądrzy, europejscy, nowocześni, a tamci to ciemnota i patologia, czyż nie? Rynek zaś sprawiedliwie oddziela ludzi zaradnych od miernot. Niektórzy fani PO, jak Andrzej Saramonowicz czy Przemysław Szubartowicz, mówią to w zasadzie wprost. Pozostali starają się zachowywać pozory, co jest męczące, a konwencja PiS dała okazję, żeby się trochę wyżyć. W internecie nagle odżyły memy z wypowiedziami Miltona Friedmana i Margaret Thatcher. Jeden z nich pojawił się nawet na stronie facebookowej Krystyny Jandy i cieszył się ogromnym uznaniem na tle pozostałych postów.

Niestety społeczne skutki takiej postawy są fatalne. Ostatecznie całe to przesłanie o „rozdawaniu NASZYCH pieniędzy” jest tak naprawdę szczuciem jednej części społeczeństwa na inną. Jest dalszym dzieleniem i tak już rozbitego kraju. Efekty widać choćby w komentarzach zostawianych przez czytelników „Wyborczej” pod różnymi tekstami, które są wariacjami na temat zgubnych wpływów rozdawnictwa. „Jaka ulga, że przestaliśmy się certolić z elektoratem specjalnej troski” – pisze jeden czytelnik. „Mieszkańcy wsi chcieliby wprowadzić pańszczyznę à rebours. Chcą zmusić mieszkańców miast, żeby płacili im ze swoich podatków emerytury, zasiłki, zapewniali bezpłatne leczenie” – dodaje inny. „Od złodzieja brać lizaki? To jest paserstwo. Mamy około 1/3 społeczeństwa o mentalności pasera” – stwierdza kolejny.

Można powątpiewać, czy rozkręcanie histerii wokół rozdawnictwa przyniesie skutek wyborczy w postaci wygrania z PiS-em. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że przyczyni się do utrwalenia przesądów klasowych i dalszego osłabiania społecznej solidarności. Takie dziedzictwo zostawiają nam po sobie ludzie święcie przekonani, że są ostatnią nadzieją demokracji i nowoczesnej Polski.

dr Tomasz Markiewka

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie