Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

·

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

·

Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.

Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.

Socjal dla rodzin

W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).

Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.

Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.

Matczyne emerytury

Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.

Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.

Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.

Usługi razem ze świadczeniami

Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.

O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.

Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.

Egalitaryzm w domu

Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).

To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.

Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.

Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie