Można wspólnie

·

Można wspólnie

·

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

Odkrycia archeologów zwykły traktować o odnalezieniu śladów pewnej kultury, innymi słowy: pewnej grupy ludzi, która tę kulturę wytworzyła. Dziś również – to oczywistość, ale warto ją przypomnieć – każdy z ponad siedmiu miliardów mieszkańców globu żyje w obrębie jednej z około dwustu dużych grup: społeczności narodowych czy państwowych. I uwaga – to nie jest wcale konieczne. Można sobie wyobrazić świat bez krajów i granic, w którym każdy żyłby na własną rękę. Ewidentnie jednak tak nie jest. Mało tego – oprócz przynależności państwowej, dziś kwestionowanej i być może przemijalnej – wchodzimy w relacje z bezlikiem innych zbiorowości społecznych, takich jak rodzina, grupa religijna, klub sportowy, koło naukowe, fundacja, wieś, osiedle czy miasto. Oprócz grup o charakterze stałym, istnieje cały kosmos grup tymczasowych: klienci klubu czy dyskoteki, uczestnicy konferencji, zebrania, protestu czy demonstracji, kibice na stadionie, fani na koncercie, wierni na pielgrzymce. Uwielbiamy być razem, daje nam to radość – także w rzeczywistości wirtualnej. Facebook stał się internetowym hitem ostatnich lat przede wszystkim dlatego, że chodzi w nim o kontakt z drugim człowiekiem. Tu także jedną podstawowych funkcjonalności jest możliwość tworzenia grup. Nawet najwięksi zwolennicy teorii o indywidualizmie człowieka najczęściej sami dają najlepsze kontrprzykłady, tworząc wspólnoty: stowarzyszenia na rzecz wolnego rynku, gospodarczo liberalne partie polityczne czy spółki akcyjne. Zaniedbywanie lub celowe rozrywanie kolektywnych form funkcjonowania społecznego – w imię, ma się rozumieć, rozwoju oraz nowoczesności – doprowadzi nas nie tyle do dobrobytu, ile do depresji.

Poniżej przedstawię współczesne przykłady działalności wspólnotowej i państwowej z trzech krajów Ameryki Południowej. Jest to region o tyle różny od Polski, że nie nosi na sobie postsowieckiego piętna lewicofobii: człowieka proponującego rozwiązania kolektywne nie nazywa się tam „komuchem” zanim jeszcze otworzy usta, by opowiedzieć, o co tak naprawdę mu chodzi. I tak w Ekwadorze zachowała się instytucja komuny, czyli zbiorowości lokalnej dysponującej wspólnie okolicznymi polami. W Peru państwowy program irygacyjny dał nowe życie pustynnemu regionowi Majes. W Wenezueli rady wspólnot złożone z sąsiadów w wioskach i osiedlach miejskich decydują o tworzeniu szkół, naprawie dróg i finansowaniu projektów kulturalnych, a nawet budują fabryki (również wspólnotowe).

Ekwador – wspólna woda i wspólna ziemia

Hilario nie urodził się działaczem społecznym. Nie urodził się nawet ekologicznym rolnikiem i zwolennikiem zdrowej żywności. Wręcz przeciwnie: sprzedawał trucizny dla roślin i trucizny dla ziemi – jak sam o tym opowiada. Prowadził hurtownię nawozów sztucznych i pestycydów, trucizna dla roślin, i zarabiał bardzo dobrze. – „I chciałem zarabiać jeszcze więcej! Teraz nie potrafię ci powiedzieć, dlaczego i po co… Chodzi o to, że kiedy już wejdziesz w kapitalizm, zaczynasz gromadzić i nigdy cię nie zadowala to, co już masz, zawsze chcesz więcej i więcej!” – opowiada Hilario. Założył więc dodatkowo restauracyjkę z fast foodem, trucizną dla ludzi. Nie miał czasu dla siebie, nie miał dla rodziny, ale „miał więcej”. Kiedy zapragnął mieć jeszcze więcej, wziął kredyt na rozwój firmy. Miał pecha, bo przyszedł kryzys, a z kryzysem dolaryzacja: dawną walutę, sucre, rząd zamienił na dolary po kursie 25 tysięcy do jednego. Zaledwie rok wcześniej Hilario zaciągał kredyt walutowy przy kursie 7 tysięcy do jednego, więc dług mu się potroił. Z tego samego powodu zarobki i oszczędności pozostałych Ekwadorczyków trzykrotnie straciły na wartości i mało kto był chętny i na pestycydy, i na hamburgery.

Hilario szybko zbankrutował. Jedyne, co mu zostało, to niewielki spłachetek ziemi i parę worków kartofli. – „W tamtym momencie nie miałem nawet 25 centów na autobus z La Esperanza do Tabacundo” – przyznaje. Nie było co wiele myśleć: obsadził pole, ale zaraz okazało się, że brakuje wody do irygacji. To znaczy woda jest, ale tylko dla korporacji kwiatowych uprawiających róże na eksport. W wysoko położonych regionach andyjskich woda pochodzi z niewielkich strumieni, więc – zwłaszcza w przypadku irygacji rolniczych – jest restrykcyjnie racjonowana. – „Pytam sąsiadów: i wy nie potrzebujecie wody?” – Hilario relacjonuje z zaangażowaniem. – „Potrzebujemy, ale jak mamy walczyć z korporacjami, to są milionerzy, nie mamy na to środków!”. Bo La Esperanza nie leży byle gdzie, ale w Światowej Stolicy Róż, czyli podstołecznym kantonie Pedro Moncayo, notującym najwyższą produkcję kwiatów na eksport i najwyższy poziom zanieczyszczenia wody i gleby w całym Ekwadorze, a to dzięki nawozom sztucznym i toksycznym pestycydom stosowanym bez opamiętania.

Od tego pytania zaczęła się wojna o wodę w wiosce La Esperanza, co po hiszpańsku oznacza: nadzieja. Hilario na czele miejscowych rolników zatkał kanały prowadzące wodę do hodowli kwiatów i przekierował na miejscowe pola. Dzisiaj – jak mówi – właścicielem wody nie jest starostwo, lecz mieszkańcy i użytkownicy. Utworzono społeczną Radę Wody, która decyduje o cenie i dystrybucji zarówno wody pitnej, jak i irygacyjnej, a w ramach „mingi”, czyli wspólnej pracy dla wspólnego dobra, organizuje oczyszczanie kanałów. Hodowle kwiatowe wciąż działają i wciąż mają możliwość użytkowania wody, ale nie mają na nią monopolu. Obecnie w Ekwadorze działa około 15 tysięcy społecznych Rad Wody. Hilario natomiast, ze wsparciem społecznym, kontynuuje działalność publiczną. Prowadzi szkolenia dotyczące produkcji nawozów naturalnych na bazie fermentów (tzw. bokashi), organizuje małych producentów rolnych w spółdzielnie w celu sprawnej sprzedaży warzyw i owoców, a obecnie, jako radny Prowincji Pichincha (ekwadorskie województwo ze stolicą w Quito), przygotowuje regionalny projekt irygacji 14 tysięcy hektarów ziemi pod uprawy małych producentów, z nawozami i pestycydami wyłącznie pochodzenia naturalnego.

Wspólna woda bardzo często nawadnia wspólną ziemię. Ekwadorskie prawo uznaje własność kolektywną ziem wspólnot rdzennych i tak zwanych komun. Komuny to po prostu społeczności lokalne (niekoniecznie rdzenne) tradycyjnie użytkujące okoliczne pola, zarówno w celach rolniczych, jak i budowlanych. Na wybrzeżu są to zazwyczaj wspólnoty Mulatów, potomków afrykańskich niewolników. Ziemia należąca do komuny może być użytkowana nieodpłatnie przez jej członków. – „Jeśli zgłosisz na zebraniu pomysł, że chcesz uprawiać np. maniok, przyznają ci prawo użytkowania działki” – opowiada Javier, rękodzielnik z komuny Montañita. I chociaż sam ziemi nie uprawia, a dom już wybudował, to i tak uważa, że warto do komuny przynależeć. – „Umówiliśmy się na miesięczną składkę członkowską. W razie, gdyby coś mi się stało, gdybym potrzebował wsparcia, komuna użyje wspólnych funduszy, by mi pomóc”.

Chociaż tereny komunalne są z założenia przeznaczone na użytek miejscowych, istnieją sposoby, by udostępnić je przyjezdnym. Cytowana Montañita zmieniła się wręcz w sztuczne miasteczko hoteli i restauracji dla zagranicznych turystów. I stała się przestrogą dla sąsiadów: w okolicznych komunach Ayampe czy Las Tunas słychać komentarze w rodzaju „nie chcemy skończyć jak Montañita”. Dzięki prawu o własności komunalnej mają realną możliwość, by temu zapobiec. Jak dotąd na ekwadorskim wybrzeżu wciąż przeważają radosne wioski lokalnych rybaków, a nie szeregi hoteli lub eleganckich, ale pustych domów – przykład z Panamy – w których północnoamerykańscy emeryci planują spędzić ostatnie lata swojego życia.

Peru: wspólne państwo

Wybrzeże Peru to pustka. Jedynie na północnych krańcach ogląda się zieleń ryżowych pól. Dalej na południe widać wyraźnie wpływ Prądu Humboldta, który ochładza klimat i osusza deszczowe chmury. Kolejne dwa tysiące kilometrów w kierunku chilijskiej granicy to przede wszystkim piach i wiatr. Z rzadka pojawiają się ośrodki miejskie: Piura, Chiclayo, Trujillo, Lima, Ica i Arequipa oddalone są odpowiednio o 220, 200, 700, 310 i 710 kilometrów. Dalej na wschód wyrasta potężny łańcuch peruwiańskich Andów, skąd rzeki spływają wąskimi dolinami do Pacyfiku. Wówczas droga przecina niewielkie, zielone wyspy na pustynnym morzu.

„Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do życia żadnego miasta. Ledwie od czasu do czasu na skrzyżowaniach i przy przystankach majaczy jakaś osada, jakieś miasteczko w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat. W niektórych przypadkach, jak w dolinie Chicama, latyfundium dławi miasto”. José Carlos Mariátegui pisał te słowa blisko sto lat temu, w 1928 roku, ale wydaje się, że jego obserwacje niewiele straciły na aktualności. Wiele dolin po dziś dzień zajmuje się uprawą wyłącznie jednego produktu na eksport, pola należą do jednej lub kilku osób lub przedsiębiorstw, a pracownikom najemnym płaci się niewiele. Yauca jest jedną z miejscowości wyjętą wprost z opisów Mariáteguiego: dolina jest w całości obsadzona drzewami oliwkowymi, a drobny handel rozwija się nie w centrum, ale przy głównej drodze na Arequipę; najwyraźniej sprzedawcy wiedzą, że w miasteczku nikogo na większe zakupy nie stać. Na skalistą skarpę wspina się osiedle „w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat”. „[W Europie Zachodniej czasów feudalizmu] wieś potrzebowała usług miasta […]. Z drugiej strony, oferowała miastu pewną liczbą produktów rolnych. Tymczasem [nasze] posiadłości ziemskie na wybrzeżu wytwarzają bawełnę i trzcinę cukrową dla odległych rynków zagranicznych. Zapewniwszy sobie transport tych produktów, latyfundium interesuje się komunikacją z własnym sąsiedztwem co najwyżej w stopniu drugorzędnym. […] Miasto w wielu z dolin nie otrzymuje niczego od wsi, ani też niczego na tej wsi nie posiada. Żyje przeto w mizerii, z tego czy innego z drobnych zajęć miejskich, z ludzi dostarczanych do pracy w latyfundium, ze smutnej męki stacji przesiadkowej, przez którą przejeżdżają rocznie tysiące ton owoców ziemi [przeznaczonych na eksport]”.

Za Camaná główna droga oddala się od wybrzeża. Podjazd do Arequipy, początkowo bardzo stromy, po kilkudziesięciu kilometrach wypłaszcza się zupełnie. Klaustrofobiczny korytarz między piaszczystymi zboczami kanionu ustępuje miejsca przestrzennej pampie, całkowicie pozbawionej roślinności, ale z zieloną plamką na horyzoncie. Z upływem kilometrów ta plamka rośnie, aż w końcu po obu stronach drogi rozwijają się dywany upraw, wyrastają owocowe gaje, a w kanałach irygacyjnych chlupie błotnista woda.

W Peru, którego znaczna część to pustynia, problem irygacji to temat aktualny od zawsze. Inkowie, dawni gospodarze, spędzili wieki na drążeniu kanałów, z których wiele pozostaje w użyciu. Europejskich kolonizatorów w Peru interesowało jednak nie tyle rolnictwo, ile złoto, stąd na długi czas rozwój instalacji irygacyjnych utknął w martwym punkcie. Dopiero w XX wieku niektóre rządy zajęły się – jak to się współcześnie określa – „rozszerzaniem granic rolnictwa”. W 1971 roku Juan Velasco Alvarado podpisuje dekret o specjalnym projekcie Majes Siguas. Przy pomocy systemu tuneli i kanałów, gigantyczna inwestycja rządu centralnego przekierowuje wody ze zlewni Atlantyku do zlewni Pacyfiku. O kredyt międzynarodowy jest trudno. Byłoby dużo łatwiej, jeśli pożyczone pieniądze miałoby się przeznaczyć na rozwój produkcji na import. Ale Velasco wie, że nie tędy droga i zgadza się na gigantyczne oprocentowanie, aby tylko osiągnąć cel, czyli wzmocnić produkcję krajową. Na pustynnej pampie Majes drąży się kanały irygacyjne i już w latach osiemdziesiątych kiełkują pierwsze uprawy. Ziemię sprzedaje się trzem tysiącom lokalnych rolników w formie pięciohektarowych parceli, w sumie 15 tysięcy hektarów.

Zaczęło się kiepsko. Parcele nie produkowały wiele, niektóre w ogóle opuszczono. Okazało się – ale chyba nie powinno to być niespodzianką – że prości chłopi bez szkoły i przygotowania nie stali się z dnia na dzień sprawnymi przedsiębiorcami rolnymi. Projekt był o tyle niekompletny, że nie uwzględnił wsparcia technicznego i merytorycznego. Czas zrobił jednak swoje i chociaż w pewnym momencie mówiło się o Majes jako o porażce na wielką skalę, dzisiaj ten niewielki obszar pustynnej pampy zamienionej w zielone pola jest jednym z ważniejszych producentów rolniczych w kraju. Wzrosła zarówno różnorodność upraw, jak i rynki zbytu. Rolnicy oprócz lucerny wysiewają obecnie także cebulę, czosnek i inne warzywa, a producenci wysoko rentownych awokado, winogron czy komosy ryżowej organizują się w stowarzyszenia i spółdzielnie, by koordynować eksport. Zarządzanie systemem irygacyjnym – podobnie jak w przypadku ekwadorskim – prowadzi kolektywnie Rada Wody. Po sąsiedzku powstaje projekt Majes Siguas II przewidujący zirygowanie 40 tysięcy hektarów tego, co jak dotąd jest jeszcze pustynią. Ale jako że u władzy nie jest już pronarodowy generał, lecz neoliberalny prezydent, trwa dyskusja, czy ziemie sprzedać dużym agroprzedsiębiorcom (najpewniej zza granicy, jako że ziemia w Majes osiąga ceny w granicach stu tysięcy dolarów za hektar) na działkach od 200 hektarów wzwyż („Dzisiaj są inne czasy, […] trzeba myśleć o rynkach międzynarodowych, żeby się rozwijać!” – Ernesto Carnero, prezes Autonomicznego Zarządu Majes), czy raczej zostać przy małych i średnich gospodarstwach lokalnych producentów („Duże gospodarstwa rzeczywiście mogą podnieść poziom życia wybranych, ale społecznie rzecz biorąc to beznadziejne rozwiązanie” – Alipio Montes Urday, Centrum Studiów nad Rozwojem Regionalnym, obie wypowiedzi pochodzą z dziennika „El Pueblo”, Arequipa, 2 sierpnia 2015 r.).

Sam Pedregal – główne osiedle pampy Majes – to już nie to samo, co rachityczna Yauca. Miasto rośnie w oczach: mnożą się domy, sklepy, magazyny artykułów rolniczych, nowoczesne gmachy szkół, stadiony i hale sportowe. Po niespełna 40 latach rozwoju Pedregal zgromadził przeszło sto tysięcy mieszkańców i stał się drugim po stolicy miastem departamentu Arequipa. Stragany na targu uginają się od produktów, a na obrzeżach miejscowości lśni szklana fasada jednostki strażackiej o imponujących rozmiarach i nowoczesnym sprzęcie, rzecz w Peru nieczęsto spotykana. Wszystko to wtopione w otoczenie nieskazitelnej czystości, zadbanych, równych chodników i przystrzyżonego trawnika.

Wenezuela: wspólne decyzje

– „Wiadomo, że nie wszyscy przychodzą” – przyznaje M., gdy wchodzimy do dużego sklepu. Na drzwiach wisi pisane odręcznie obwieszczenie o najbliższym zebraniu rady wspólnoty Santa Rosa. – „To zależy od tematu. Gdy rzuciłam pomysł sadzenia drzew, zjawiły się dwie osoby. Ale już na spotkanie w sprawie rządowych kredytów na sprzęt AGD przyszło chyba całe osiedle”. Zebrania rady wspólnoty odbywają się co najmniej raz w miesiącu, ale w uzasadnionych przypadkach można zwoływać je częściej, na przykład gdy przychodzi wybrać nowych sekretarzy. – „Kadencja trwa dwa lata – opowiada M. – a o stanowisko można się ubiegać już w wieku 16 lat”. Pytam, od jakiego wieku w takim razie dzieci stają się członkami rady. – „Od kiedy się urodzą!” – odpowiada z entuzjazmem M., sekretarz komitetu infrastruktury. – „Rada wspólnoty to po prostu wszyscy mieszkańcy osiedla”.

W ciągu niespełna dziesięciu lat istnienia rada wspólnoty Santa Rosa przeprowadziła szereg projektów: nowy budynek szkoły podstawowej wraz z zadaszonym boiskiem (z inicjatywy komitetu infrastruktury), system kanalizacji i oczyszczania wody (komitet techniczny do spraw wody) czy liceum wieczorowe dla tych mieszkańców osiedla, którzy w młodości nie mieli możliwości skończyć szkoły średniej (komitet edukacji). – „Ale najważniejsze jest to, że udało się zorganizować i zintegrować sąsiadów w żywą wspólnotę” – podkreśla M. z nieskrywaną dumą.

Na comiesięcznych zebraniach wspólnota debatuje nad priorytetami działania. Jeśli takim priorytetem okaże się nowy budynek szkolny, sekretarz komitetu infrastruktury sporządza projekt. – „Sekretarz nie ma obowiązku rozwiązywania problemów wspólnoty” – zaznacza M. – „One powinny być rozwiązywane przez radę, czyli wszystkich mieszkańców”. I dodaje: „Sekretarz przekazuje jedynie propozycję swojej społeczności do odpowiednich instytucji”.

Sfinansować projekt rady mogą zarówno ministerstwo, samorząd powiatowy czy wojewódzkie, jak i wiele innych instytucji państwowych. Istnieje także specjalny fundusz centralny przeznaczony na wyjątkowo kosztowne projekty. Kontrolę nad wykorzystaniem pieniędzy pełni przyznający środki, a specjalny organ rządowy Funda Communal zapewnia pomoc prawną i doradztwo sekretarzom rad. W przypadku gdy wykonawca kontaktuje dodatkowy personel do pracy przy projekcie – co ma miejsce zazwyczaj w przypadku prac budowlanych – pierwszeństwo przy zatrudnieniu mają bezrobotni mieszkańcy osiedla. Na podgórskim osiedlu Santa Rosa, w ramach działań rady, wykonuje się również prace bezpłatne: raz na dwa tygodnie członkowie komitetu technicznego czyszczą zbiorniki gromadzące wodę ze strumieni tak, by z kranów nie leciało błoto i strzępki liści.

Nie brak oczywiście ciemnych stron rad wspólnot, które w zależności od regionu cieszą się różną sławą, a pomimo kontroli finansowych co rusz pojawiają się skandale dotyczące malwersacji środków przyznanych na projekty. Sprzeciw budzą również zakusy władzy centralnej, by używać rad jako narzędzia do politycznej kontroli regionów. Koniec końców rada jest jedynie narzędziem przy budowie organizacji społecznej: owoce działalności zawsze będą zależeć od tego, jak się takiego narzędzia użyje. – „W pierwszym roku po ustanowieniu w Wenezueli instytucji rad wspólnot – wspomina M. – ogłoszono, że przyznaje się każdej radzie trzydzieści milionów boliwarów na dowolny projekt. U nas wszyscy chcieli załatać dziurę w drodze wjazdowej na osiedle. Tymczasem w El Morro, jednym z maleńkich górskich miasteczek w okolicach Méridy, mieszkańcy kupili maszynę do produkcji dachówek i zbudowali piec do ich wypalania. Położyli za darmo dachówki na wszystkich domach w miasteczku, a teraz sprzedają swoje wyroby do Méridy. Zyski inwestują w nowe projekty społeczne, m.in. lokalne radio. Zadziałało: dobry, produktywny projekt. A nasi? Niby wykształceni miastowi, a wydali od razu całe pieniądze na jednorazowy drobiazg. Wszystko zależy od ludzi”.

Można wspólnie

Przykładów jest oczywiście więcej, bo cały subkontynent południowoamerykański emanuje jakąś specyficzną skłonnością do wspólnoty. Nawet w największych z latynoamerykańskich miast pęd współczesności nie wypalił tradycyjnego przywiązania do rodziny. Nawet najmniejsza z andyjskich wsi posiada swój lokal komunalny, gdzie odbywają się narady, zabawy czy sąsiedzkie mecze siatkówki. Piwo i paragwajskie tereré pije się w grupie z jednego naczynia, a transport publiczny miast i miasteczek najczęściej bazuje na działalności spółdzielni kierowców. Zresztą spółdzielczość – pomysł, by połączyć zalety możliwości finansowych i produkcyjnych dużego przedsiębiorstwa z satysfakcją z pracy na swoim – jest w Ameryce Południowej szczególnie rozpowszechniona. W obszernym raporcie na ten temat Międzynarodowa Organizacja Pracy przypisuje lokalnym kooperatywom „zróżnicowany wkład w zrównoważony rozwój”. Można przecież oczekiwać, że miejscowi, działając wspólnie, bardziej zadbają o środowisko, w którym żyją, niż ktoś, kto przychodzi z zewnątrz.

W Polsce spółdzielnie nie mają ani dobrej prasy, ani wsparcia instytucjonalnego. Po wejściu do Unii Europejskiej mówiło się głośno, że praca na większych areałach rolnych jest wydajniejsza niż na mniejszych. Zgoda. Zastanawia jednak, dlaczego nie zachęcano małych właścicieli do jednoczenia się w spółdzielnie. Zamiast tego wypłacano renty strukturalne w zamian za odsprzedanie ziemi większym właścicielom. W ten sposób wywłaszczono ponad 20 tysięcy polskich rolników. Tymczasem nawet w Paragwaju, rządzonym od kilkudziesięciu lat przez prawicę, praca kolektywna święci tryumfy: największe przedsiębiorstwa mleczarskie – Chortitzer czy Colonias Unidas – to spółdzielnie. Świetnie radzą sobie również kooperatywy kawowe w Peru, chociaż przykładem o zapewne największym rozgłosie międzynarodowym jest Juan Valdez. Pod tą marką kolumbijska Narodowa Federacja Producentów Kawy sprzedaje owoce pracy ponad pół miliona członków stowarzyszenia. Juan Valdez eksportuje do wszystkich krajów obu Ameryk i w wybrane miejsca w Europie i Azji, dysponuje także siecią sklepów i kawiarni. Czyli jednak można wspólnie? Chyba można.

komentarzy