Socjalizm i wyzwolenie kobiet

·

Socjalizm i wyzwolenie kobiet

·

 

Żyjemy w czasach sprzeczności. Więcej kobiet niż kiedykolwiek wcześniej piastuje stanowiska związane z władzą, jednak poziom ogólnego stosunku do wszystkich przedstawicielek płci żeńskiej zdaje się pogarszać.

Niemcy, gdzie kanclerką jest kobieta, Angela Merkel, dyskutowały nad wprowadzeniem systemu kwotowego dla kobiet w radach nadzorczych. Dyrektor Deutsche Banku, zagadnięty przez media na temat tej propozycji, odparł, że oczywiście ją popiera – jego zdaniem kobiety sprawią, że rady nadzorcze staną się „piękniejsze i bardziej kolorowe”. Przez lata premierem Włoch był Silvio Berlusconi, człowiek, którego zachowanie w stosunku do kobiet bywało tak skandaliczne, że dziesiątki tysięcy z nich uczestniczyły w demonstracjach przeciwko jego rządowi, trzymając transparenty o treści „Włochy to nie burdel”. W chwili, gdy pisałam ten tekst, w radiu mówiono akurat o Hillary Clinton – jednak nie o jej roli politycznej jako Sekretarz Stanu USA, lecz o jej opinii na temat damskich torebek. W Wielkiej Brytanii szkocki poseł do parlamentu z ramienia Torysów, Bill Aitken, ujawnił swój „tradycyjny” pogląd na kwestię gwałtu – jego zdaniem nie jest on czymś bardzo złym, jeśli tylko przydarzy się kobiecie pracującej jako prostytutka lub nawet tylko przechodzącej samotnie przez nieprzyjemną okolicę, gdzie wiadomo, że można skorzystać z usług kobiet wykonujących ten zawód. Niestety badania opinii publicznej wykazują, że taki pogląd rozpowszechniony jest nie tylko wśród prawicowych posłów tej partii, lecz podzielany znacznie szerzej.

Kobiety-pracownice

Połowa obecnie zatrudnionej w Wielkiej Brytanii siły roboczej to kobiety. Ponad 50 procent z nich ma dzieci poniżej piątego roku życia, a liczba ta wzrasta do 80 procent, jeśli policzymy kobiety mające dzieci w wieku między 11. a 15. rokiem życia. Kobiety rodzą coraz mniej potomstwa, a badania sugerują, że wiele młodych dziewczyn, być może nawet 20 procent, wcale nie będzie matkami. Dziewczynki dobrze radzą sobie w szkole, a liczba tych, które kształcą się na coraz wyższych poziomach edukacji, nie ma precedensu w historii. Życie kobiet i mężczyzn staje się pod wieloma względami podobne. Jak to się zatem dzieje, że codzienna rzeczywistość współistnieje z tak bardzo wstecznymi postawami?

Problemem jest nie tylko podejście mężczyzn. Wiele kobiet przyjęło założenie, że szczytem pewności siebie i wzmocnienia własnej pozycji jest bycie „sexy”, że lekcje tańca na rurze w butach na niebotycznych szpilkach, to zabawny i ciekawy sposób na utrzymanie ciała w dobrej kondycji, i że poczucie własnej wartości to coś, co można kupić – pod postacią pary butów lub, co gorsza, pary implantów piersi.

Właściwa naszym czasom sprzeczność, obiawiająca się tym, że wiele kobiet jest równych mężczyznom pod względem prawnym, ale jednocześnie doświadcza szerzącego się seksizmu, konfunduje wielu komentatorów. Nie wystarczy już bowiem obwinić za kobiecą opresję mediów i łatwego dostępu do internetowej pornografii. Kobiety oglądają takie wizerunki i w oczywisty sposób czują presję, by dostosować się do tej wyskubanej, plastikowej formy-wzorca. Ale, jak zauważył w „Guardianie” Bidisha [brytyjski prezenter – przyp. tłum.], mężczyźni występujący w filmach pornograficznych także mają wywoskowane ciała i zupełnie ogolone genitalia, a mimo to młodzi chłopcy nie odchodzą od zmysłów, próbując naśladować tę konkretną formę modyfikacji ciała.

Na taką sytuację pracują inne, głębsze struktury społeczne, których panująca obecnie „kultura sprośności” jest jedynie symptomem – kształtującym męskie i kobiece zachowania, oczekiwania i stosunek płci do siebie nawzajem.

Mars i Wenus

Na przestrzeni ostatnich paru lat ma miejsce odrodzenie postaw „zdroworozsądkowych”, które przedstawiają pewne zachowania jako naturalne – mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, i nie da się na to nic poradzić. Czasami ubiera się je w piórka pseudonaukowych teorii na temat pracy naszych mózgów – np. dorabia się ewolucyjne podstawy do faktu, że dziewczynki lubią kolor różowy, i tak dalej. Takie argumenty zostały już skutecznie obalone przez Deborah Cameron w „Myth of Mars and Venus” oraz przez Cordelię Fine w „Delusions of Gender” („Złudzenia płci”). Jednak takie założenia pozostają w mocy, ponieważ wydają się wyjaśniać autentyczne nierówności, nadal przecież istniejące.

Pomimo głębokiego zakorzenienia kobiet w rynku pracy i pomimo czterdziestu lat, które minęły od wprowadzenia Equal Pay Act [ustawy o równej płacy bez względu na płeć, wprowadzonej w Wielkiej Brytanii w 1970 r. – przyp. tłum.], nadal za pełnoetatową pracę dostajemy średnio 18 procent niższe wynagrodzenie niż mężczyźni. W przypadku pracowników niepełnoetatowych – spośród których wielu jest kobietami – przepaść ta pogłębia się, a rozstrzał wynosi już 30 procent. W ciągu swojego życia kobieta zarobi przeciętnie połowę tego, co zarobi mężczyzna, przede wszystkim ze względu na rolę, jaką nadal pełni w opiece nad dziećmi, nie wspominając o wszystkich pozostałych członkach rodziny, za których często to właśnie kobiety czują się odpowiedzialne. Zatem, jeśli wyrzucimy Marsa i Wenus poza nawias dyskusji, jaki czynnik stale pracuje nad utrzymaniem opresji kobiet?

Niektórzy opiszą tę strukturę jako „patriarchat” – świat zbudowany na zasadach wybranych przez mężczyzn. To nadal dobry opis dzisiejszego świata, w którym przykłady Angeli Merkel i Hillary Clinton wyczerpują listę i potwierdzają regułę. Ale dokąd zabiera nas patriarchat w świecie wyzysku? Czemu to mężczyźni mają władzę?

Niektóre feministki odpowiedzą, że bycie agresywnym i dominującym leży w naturze mężczyzn – i że gdyby to kobiety rządziły światem, nie byłoby tylu wojen ani kryzysu gospodarczego. Moim zdaniem taki pogląd nie różni się niczym od wizji konserwatywnej – to Mars i Wenus po zmianie biegunów. Inni i inne postrzegają patriarchat jako ideologię odwołującą się do Biblii i innych pism, które usprawiedliwiają panowanie mężczyzn i instytucji państwa oraz rodziny, mających za zadanie utrzymać kobiety z dala od życia publicznego. To jednak nadal nie wyjaśnia, dlaczego patriarchat się pojawił. Jeszcze inny pomysł na wyjaśnienie głosi, że wszyscy mężczyźni są agentami sił patriarchatu, a wszystkie kobiety cierpią z jego powodu.

Teoria patriarchatu pojawiła się na fali ruchu wyzwolenia kobiet z lat 60. i 70. XX wieku. Ruch ten rozwinął się nie tylko z powodu obecności seksizmu w społeczeństwie, ale także jako odpowiedź na seksizm w samych ruchach liberalnych, szczególnie na terenie Stanów Zjednoczonych. Kobiety czuły, że działacze płci męskiej, którzy często odwoływali się do pewnych wersji marksizmu, nie brali na poważnie opresji kobiet – i że tym samym marksizm oblał test na wyzwolenie.

W obrębie ówczesnych ruchów społecznych z całą pewnością istniał problem seksizmu, ale czy krytyka marksizmu miała sens? Niektóre feministki twierdziły, że marksiści głoszą, iż nakłada na nas opresję klasa posiadająca, a wyzwolić nas ma rewolucja robotnicza, podczas gdy tak naprawdę tylko mężczyźni są w grupie rządzącej, która wyzyskuje wszystkie kobiety, i tylko mężczyźni korzystają z bycia członkami klasy posiadającej, zatem nie możemy „czekać na rewolucję”, lecz powinniśmy walczyć najpierw o wyzwolenie kobiet.

Prawdziwe podejście marksistowskie nigdy nie twierdziłoby, że musimy poczekać ze zwalczaniem jakiejś opresji. Zacznijmy od klasowej analizy opresji – zarówno tego, jak powstała, jak i tego, jak nadal trwa każdego dnia. Fryderyk Engels, długoletni współpracownik Marksa, napisał w 1884 r. przełomowy tekst na ten temat – „O pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa”. Jego zapierająca dech w piersiach swoją siłą przekonywania teoria – pamiętajmy, że dzieło ukazało się jedynie 25 lat po publikacji „O pochodzeniu gatunków” Darwina – udowadnia, że przez większą część dziejów jako gatunek ludzki trwaliśmy w niewielkich, zbieracko-łowieckich wspólnotach o charakterze nomadycznym. Były one pozbawione hierarchii, wyzysku i opresji. Takie pojęcia, jak „zysk”, „własność” czy „bogactwo” nie istniały – ani w naszym stosunku do innych ludzi, ani w stosunku do przyrody. Tę sytuację zmieniało osiedlanie się i rozwój technik produkcji.

Wraz z rozwojem rolnictwa, co miało miejsce około 6 tysięcy lat temu, kobiety w ciąży i obarczone opieką nad małymi dziećmi nie były już w stanie na równym poziomie partycypować w pracy na rzecz wspólnoty. Okazało się, że ich pozycja w grupie staje się niższa. Jednocześnie rolnictwo potrzebowało większej liczby pracowników, zatem musiało urodzić się więcej dzieci. Ich rodzenie stało się podstawową rolą kobiet.

Wtedy także po raz pierwszy pojawiła się w produkcji dóbr nadwyżka – można było wyprodukować więcej niż w danej chwili się potrzebowało. Powstała zatem klasa mężczyzn, którzy ją kontrolowali, oraz idea dziedziczenia, tak, by mogli przekazywać tę nadwyżkę wartości z jednego pokolenia „ważnych mężczyzn” na kolejne. W tamtym czasie stało się istotne, by matka dzieci mężczyzny wiodła monogamiczny tryb życia, bo nadwyżka miała być przekazywana wyłącznie dziedzicom z jego krwi i kości. Jak napisał Marks: „Obalenie prawa macierzystego było wszechświatową historyczną klęską rodzaju żeńskiego. Mężczyzna ujął w swe ręce również ster domu, kobieta zaś została poniżona”.

Klasa i opresja

To właśnie powstanie klas społecznych doprowadziło do rozwoju rodziny i do ujarzmienia kobiet przez mężczyzn. Klasa i opresja powstały w konkretnym historycznym połączeniu i są ze sobą nierozerwalnie związane. Oczywiście na przestrzeni lat zmieniły się techniki produkcji, jednak podstawowa rola rodziny – jako obowiązku w społeczeństwie klasowym i jako rdzenia opresji kobiet – pozostała taka sama.

Analiza marksowska wskazuje, jak doprowadzić do końca opresji – należy położyć kres społeczeństwu klasowemu.

Walka z opresją jest walką klasową – nie dlatego, że opresja bogatych kobiet nie ma żadnego znaczenia, ale dlatego, iż opresję wszystkich może zakończyć tylko walka z klasami posiadającymi, które czerpią korzyści z wyzysku społeczeństwa.

Dziś kobiety są na silniejszej pozycji niż były kiedykolwiek, by poprowadzić tę walkę. „Historyczna klęska rodzaju żeńskiego” doprowadziła do pozbawienia ich roli wytwórczej, ale strukturalne zmiany w obrębie kapitalizmu, szczególnie te po II wojnie światowej, sprawiły, że miliony pracownic zostały wessane przez rynek pracy na całym świecie, i stały się niezbywalną, stałą częścią ludu pracującego – na równi z mężczyznami. To znów daje kobietom ogromną siłę, by jako wytwórczynie dóbr uderzyły w system tam, gdzie go najbardziej zaboli. Zacytujmy słowa, jakie przypisuje się Oscarowi Wilde’owi: „Jest tylko jedna gorsza rzecz od bycia wyzyskiwanym przez kapitalizm – to sytuacja, gdy nawet kapitalizm odwraca się od nas plecami”.

Problemem teorii patriarchatu jest fakt, że prowadzi ona od konkluzji, iż wszystkie kobiety są dla siebie nawzajem sojuszniczkami, a wszyscy mężczyźni są ich wrogami. Ignoruje podziały klasowe zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet. Oczywiście opresja dotyka właściwie wszystkich kobiet – nie ma znaczenia, czy jest się Hillary Clinton, czy samotną matką żyjącą z pensji minimalnej. Ale to nie oznacza, że te kobiety mają taki sam interes klasowy.

Kobiety z klas posiadających mają swój interes w tym, by istniała równość względem prawa, tak, aby np. mogły pozwać bank, w którym pracują, bo ich koledzy zarabiają sumę siedmiocyfrową, a one tylko sześciocyfrową; chcą prawa do rozwodu i do pozostania po rozwodzie w posiadaniu części dóbr powstałych w małżeństwie. Co do kwestii aborcji i kontroli urodzeń – mając odpowiednie środki zawsze były w stanie je sobie zapewnić, chociaż oczywiście jest dla nich wygodniejsze, jeśli są one legalne.

Podwójny ciężar

Jednak kluczowym punktem opresji dzisiejszych kobiet jest sytuacja, która dotyka ich bez względu na to, czy mają dzieci, czy nie. To „podwójny ciężar” – fakt, że oczekuje się od nich pracy wytwórczej jako od członkiń społeczeństwa, a jednocześnie mają one być domyślnymi opiekunkami dzieci, chorych i osób starszych. Rola opiekuńcza, jaką odgrywają kobiety, jest kluczowa dla przetrwania kapitalizmu, dla reprodukowania sił pracowników najemnych, żeby kapitalizm mógł czerpać zyski z ich pracy.

Mężczyźnie może być przyjemnie, gdy, wróciwszy z pracy, zastanie ciepły obiad na stole (chociaż obecnie coraz rzadziej się to zdarza, jako że kobiety nie mają czasu – stąd popularność kuchenek mikrofalowych i fast foodu), ale prawdziwym beneficjentem niepłatnej pracy kobiet są klasy posiadające. To dlatego tak ważne stało się dla nich odświeżenie idei „kobiecości” (ang. womanhood) – idei głoszącej, że musimy być pewne siebie w pracy i odnosić sukcesy na polu zawodowym, po czym, po powrocie do domu, stawać się Nigellą Lawson w kuchni i Belle de Jour w sypialni [nawiązanie do popularnego filmu „Piękność dnia”, gdzie Catherine Deneuve gra kobietę, która jest fascynatką praktyk sadomasochistycznych i trudni się pracą prostytutki, gdy męża nie ma w domu – przyp. tłum.].

Rozmontowywanie państwa opiekuńczego tylko pogłębi problem wspomnianego podwójnego ciężaru. Tysiące kobiet nie tylko stracą swoje dawniej pewne posady w sektorze publicznym, ale i usługi, na których do tej pory mogły polegać – od bibliotek publicznych, przez darmowe baseny, po pomoc państwa dla matek i domy opieki dla starszych. Bogate kobiety nie muszą mierzyć się z tym ciężarem, ponieważ są w stanie zapłacić innym kobietom, żeby zajęły się ich dziećmi, mogą z łatwością zapłacić za prywatną edukację i opiekę zdrowotną, a nawet zainstalować w domu własny basen i mieć prywatną bibliotekę. Kobiety z klas posiadających mają zatem interes w podtrzymywaniu status quo – nawet jeśli to status quo oznacza podejście seksistowskie do kobiet jako grupy – a nie w rzucaniu mu wyzwania w imieniu interesu większości i tym samym wywłaszczaniu samych siebie z własnych praw.

Osoby, które rządzą nami jako społeczeństwem – politycy, generałowie, biznesmeni – to głównie mężczyźni, ale trzeba pamiętać, że ogromna większość mężczyzn jest pozbawiona jakiejkolwiek władzy. I chociaż seksistowskie podejście do kobiet z pewnością istnieje pośród mężczyzn z klas ludowych, to wspólnie z nimi musimy podjąć walkę, by rzucić wyzwanie takim wstecznym ideom. Nasze kluczowe bitwy – o prawo do aborcji i równą płacę – zostały wygrane nie dzięki temu, że kobiety walczyły samotnie, lecz dzięki masowej walce siły roboczej i związków zawodowych. To była walka zwykłych ludzi o odzyskanie kontroli nad własnym życiem.

Każda taka bitwa zapala nowy ogień i oświetla nowe ścieżki. Pokazuje, jak wiele nas ze sobą łączy i jak zniekształcone jest nasze postrzeganie wroga, ponieważ żyjemy w świecie wyzysku i opresji. Podczas rewolucji ten ogień jest jeszcze jaśniejszy.

Molestowanie seksualne

W 2008 r. w Egipcie 83 procent kobiet przyznało, że były przedmiotem jakiejś formy molestowania seksualnego. W tym kraju w 2006 r. kobiety stanowiły tylko 22 procent siły roboczej, a aż do 2000 roku nie mogły opuszczać kraju bez zgody męża. Ale podczas rewolucji – na przestrzeni 18 dni – sprawy poważnie się zmieniły. Kobiety odgrywały kluczową rolę w protestach na Tahrir Square. Jak powiedziała jedna z działaczek: „Nigdy nie czułam się w Egipcie bezpieczniej, niż stojąc w tamtym tłumie. Ludzie nie tylko rzucili wyzwanie reżimowi, by się zmienił. Zmienili także siebie samych”.

Nie oznacza to oczywiście, że seksizm w Egipcie wyparował. Pokazuje jednak, jak jedność przeciwko oprawcy potrafi stać się wystarczająco mocna, by przezwyciężyć różnice, które hamowały zmiany społeczne.

Rewolucja nie trwa jeden dzień czy dwa tygodnie. To proces nieuchronnej zmiany, podczas którego szczegóły życia codziennego są wynoszone na poziom publicznej, zbiorowej debaty, i można się wreszcie zacząć nimi zajmować. Kwestie opresji kobiet – czy jest to przemoc seksualna, seksistowskie komentarze, czy brak państwowej opieki nad dziećmi – stają się nie tylko sprawami kobiet, lecz kwestiami, które musi rozwiązywać cały ruch.

Żyjemy w społeczeństwie klasowym, które jest kształtowane przez walki z przeszłości. Ludzie walczyli o prawa obywatelskie i prawa kobiet. Jednak te walki natrafiły barierę, jaką stworzyło społeczeństwo klasowe i nie przebiły się przez nią. Nadal mamy zatem rasizm i seksizm.

Upewnijmy się wspólnie, że dzisiejsza walka ma jasny i konkretny cel – ma uderzyć w tych, którzy nas wyzyskują i którzy tak niewiele dbają o warunki życia „gorszych” od siebie, że celowo napuszczą nas na siebie nawzajem, jeśli tylko pozwoli im to utrzymać władzę w garści.

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „Socialist Review” (nr 356) w marcu 2011 r.

komentarzy