Katarzyna Paprota: Lewica: rezerwat utopia

·

Katarzyna Paprota: Lewica: rezerwat utopia

·

Wiosną zeszłego roku jeden z lewicowych lokali planował debatę o nowych twarzach feminizmu. Temat debaty był sensowny i na czasie: po kilku miesiącach od metoo warto porozmawiać z przewodniczkami ruchu kobiecego. Wydarzenie miało charakter otwarty, jak większość spotkań w tym miejscu. Udział w nim zadeklarowała jedna z feministycznych rysowniczek komiksów. I wtedy strona z wydarzeniem na facebooku eksplodowała! Dyskusję zalały nienawistne komentarze pod adresem uczestniczki. Grupa kobiet, mniej lub bardziej skupionych w ruchu metoo, nie życzyło sobie jej na widowni.

Jaką zbrodnię popełniła ta działaczka? Narysowała seksistowski komiks? Wykorzystała kogoś finansowo? Zaatakowała kogoś w internecie lub na żywo? Nie.

Jej jedyną zbrodnią było to, że wobec mężczyzny, z którym się spotyka, pojawiły się zarzuty o stosowanie przemocy.

Widok bliskiej mu osoby miał niepokoić dziewczyny, które czuły się skrzywdzone przez niego. W związku z tym uznały one, że ich potrzeba bezpieczeństwa jest ważniejsza niż prawo innej osoby do uczestnictwa w otwartej debacie. Organizatorzy ostatecznie zdecydowali o odwołaniu dyskusji z uwagi na bezpieczeństwo uczestników. Sama działaczka nie podjęła publicznej walki z atakującymi ani nie weszła też w rolę zaszczutej ofiary, mimo że komentarze pod jej adresem ewidentnie można uznać za nagonkę. Żadna z orędowniczek metoo nie zadała sobie też pytania, czy dziewczynie potencjalnego przemocowca nie jest aby potrzebne wsparcie. Słuszny (być może) gniew na mężczyznę został przeniesiony na bliską mu kobietę.

Nie była to jedyna sytuacja w ciągu ostatnich miesięcy, gdy nękany nie jest prawdopodobny sprawca przemocy, lecz jego przyjaciółki czy partnerki, z żądaniem zerwania stosunków z nim i usunięcia się z lewicowej przestrzeni włącznie.

Sytuacje, w której potrzeba bezpieczeństwa staje się ważniejsza od włączania ludzi we wspólne działania, są częste i, zwłaszcza ostatnio, dość typowe dla młodej lewicy.

Jak wszyscy wiemy, lewica wzięła się stąd, że orędownicy zmiany społecznej usiedli po lewej stronie sali Zgromadzenia Narodowego w okresie rewolucji francuskiej. Główną jej wartością jest egalitaryzm i wspólnotowość, czyli między innymi dążenie do włączania w ruch jak najszerszej rzeszy osób.

Jednocześnie lewica wyrasta z krytyki, z chęci zmiany, z niepohamowanego dążenia do emancypacji. To lewicowe działaczki i działacze mówili: hej, coś tu jest nie tak! Dlaczego właściwie dzieci pracują? Dlaczego kobiety nie mogą głosować? Dlaczego musimy ustępować miejsca białym w tym autobusie? To, co jest teraz, nie jest dobre, więc z jakiej racji mamy przy tym trwać? Kwestionuj wszystko (dlaczego?), zawsze chciej więcej, a zmiana społeczna, której pragniesz, czeka tuż za rogiem.

Zmiana budzi jednak obawy: chwieje poczuciem bezpieczeństwa, które jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Dlatego nasza walka, brzydząca się żerowaniem na ludzkim lęku, jest dużo trudniejsza niż strategie konserwatystów i szowinistów. Nie chcemy działać ze strachu, lecz z nadziei na zmianę i z pewności, że potrafimy do tej zmiany doprowadzić. Szukamy więc narzędzi, by wzmacniać swoje działania od środka, aby były jak najbardziej skuteczne na zewnątrz.

Idea bezpiecznej przestrzeni narodziła się w grupach radykalnie przyklaskujących lewicowym wartościom. Stała za nimi myśl, że zanim uda się naprawić świat zewnętrzny, musimy zbudować zgodny z naszymi ideami świat wewnętrzny, a wspólna praca i towarzyska integracja będą przebiegały sprawniej, jeśli zatroszczymy się o bezpieczeństwo najwrażliwszych z nas. Wśród swoich, chciałoby się powiedzieć, możesz być sobą, bez lęku przed oceną, odrzuceniem i – może przede wszystkim – bez dyskryminacji. Zbudowawszy dzięki temu wewnętrzną siłę i pewność będziemy mieć więcej motywacji, by stawić czoła temu, co na zewnątrz: światu pełnemu uprzedzeń i strachu przed różnorodnością, bo, jak zapewniają coachowie wszelkich maści (i amerykańskie kino familijne) trzeba mieć w sobie dużo samoakceptacji, by stawić czoła innym.

Zadaniem tak konstruowanych bezpiecznych przestrzeni była więc ochrona najbardziej kruchych i wrażliwych członków grupy przed przejawami dyskryminacji, jakich regularnie doświadczali na zewnątrz. Usuwamy z naszej przestrzeni mowę nienawiści, ale także krok po kroku podważamy przekaz kulturowy, jaki za nią stoi. Z czasem nasz rezerwat utopii rozrośnie się na cały świat i wszyscy będą stosować nasze reguły.

Co więc idzie nie tak? Dlaczego włączający język nadal jest postrzegany jednak jako udziwniony, niewygodny i paradoksalnie wykluczający? Po części na pewno dlatego, że trudno go upowszechnić bez dostępu do mediów, które, podlegając logice wolnego rynku, nie dadzą przestrzeni na nic, co nie jest do bólu strawne i zrozumiałe. Nie ma w mediach i popkulturze miejsca na edukację, a jeśli już to mimowolną i/lub umacniającą zastaną tradycję.

Jednak nie można zrzucać całej winy za brak skuteczności na zły system. Zmiana społeczna, jeśli zachodzi, to przecież wbrew systemowi – bez czekania, aż system łaskawie pozwoli jej wejść, zburzyć parę murów lub przemalować ściany. Co więc jeszcze stoi na przeszkodzie, by na świecie zapanowała wizja rodem z „Imagine” Johna Lennona?

Stawiam tezę, że z czasem przebywanie w bezpiecznej przestrzeni zaczyna stanowić wyzwanie. Staje się to mniej więcej wtedy, gdy ochrona członków i członkiń grupy przed opresyjnymi słowami i zachowaniami zmienia się w nieubłaganą cenzurę każdej treści, która mogłyby komuś sprawić przykrość. Definicja opresji i przemocy z podręcznikowej (podkreślającej intencję i stosunek władzy jako konstytuujących przemoc) zaczyna rozciągać się jak pajęcza sieć na wszelkie działania i słowa sprawiające komuś dyskomfort. Progresywne środowiska ulegają wszystkim tym mechanizmom, jakie obserwujemy w innych grupach społecznych. W każdej grupie po euforycznym okresie formacji i spokojnym okresie współpracy pojawia się moment stagnacji i zniecierpliwienia, zwłaszcza jeśli jest to grupa zawiązana do realizacji jakiegoś celu, a ów cel wydaje się mało realny i odległy. Grupa zaczyna spontanicznie i bezładnie oceniać swoich członków: czy aby są wystarczająco lewicowi, progresywni, włączający? A może musimy zaostrzyć kryteria? Bardziej się pilnować? Może nie zbliżamy się do celu, bo nie jesteśmy wystarczająco godni, prawdziwi i ascetyczni? Popracujmy więc nad sobą i rozliczmy surowo osoby, które tego odmówią.

Tu odrzucamy miękki kocyk bezpieczeństwa i wchodzimy na pole minowe, na którym każde nieostrożne słowo, pytanie czy żart może spowodować kryzys w grupie, jej rozpad i konflikt na długie lata. W efekcie grupa izoluje się od świata zewnętrznego i zaczyna koncentrować na potrzebie karania tych, którzy łamią reguły. Zasady bezpiecznej przestrzeni zmieniają się w dogmatyzm bliski regułom zakonnym. Grupa staje się elitarna. Nie jest to problemem, jeśli powstała tylko po to, by się integrować i czuć ze sobą dobrze. Jeżeli jednak grupa ma jakiś zewnętrzny cel, to właśnie zaczęła zmierzać ku samozagładzie. Elitarność jest zaprzeczeniem lewicowości. U podstaw działań emancypacyjnych i równościowych powinna być przede wszystkim edukacja i korekta zachowań, nie zaś żandarm dający w pysk za każdy przegapiony feminatyw.

Gdy zadamy sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje, część badaczy (jak Greg Lukianoff czy psycholog społeczny Jonathan Haidt) będzie postrzegać to zjawisko pokoleniowo. Millenialsi i GenZety są ich zdaniem wychowywani pod kloszem, bo świat wokół nich jest rozległy i nieprzyjazny: wożeni samochodami do szkół z lęku o ich bezpieczeństwo, otoczeni troską pedagogów i ochroniarzy zerkających w ich przezroczyste plecaki, do późnej dwudziestki mieszkający z rodzicami – wzrastają w przekonaniu, że cały świat powinien się troszczyć o ich dobre samopoczucie.

Gdy w poszukiwaniu przyczyn poskrobiemy nieco głębiej, może się okazać, że na postawy dorosłych osób przed trzydziestką wpływa nie tylko nadopiekuńczość rodziców i instytucji, ale przede wszystkim prywatyzowanie coraz to szerszych obszarów naszej rzeczywistości. Polityka mieszkaniowa, oddana w ręce deweloperów, wywołała wzrost cen mieszkań, wskutek czego coraz mniej ludzi mieszka w centrach miast, przenosząc się na przedmieścia, mając tym samym do pokonania dużo większe odległości, by dojechać do szkoły czy brać udział w życiu kulturalnym. Likwidacja transportu publicznego wymusza przesiadanie się do samochodów i zmniejsza ekspozycję na różnorodność. Rosnące rozwarstwienie sprzyja gettoizacji społeczności, izolując środowiskowo osoby z różnych klas społecznych. Zużyte żarty o tym, jak to my za młodu mieliśmy więzi, zabawy na trzepaku i klucz na szyi przegapiają jeden ważny fakt: to my, generacja Z, (generacja Nic?), zaprojektowaliśmy tym dzieciakom taki świat. Oni tego wyobcowania sobie nie wybierają. Młoda osoba jest od dziecka utwierdzana w przekonaniu, że świat jest nieprzyjazny i obcy, a najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym jest zatrzaśnięcie drzwiczek samochodu.

Kapitalizm alienuje – to wiemy. Alienacja wzmaga poczucie zagrożenia i niechęć do konfrontacji ze światem zewnętrznym. W psychologii i psychiatrii przeważa opinia, że w przełamywaniu lęków istotną częścią terapii jest stopniowa ekspozycja na czynniki budzące lęk. Podstawą leczenia jest bowiem nauczenie pacjenta, jak funkcjonować w codziennym życiu i jak ma sobie radzić z nieprzyjemnymi sytuacjami, na jakie z pewnością natrafi – a nie jak ich unikać, barykadując się w czterech ścianach.

Unikanie przykrości, choćby wydawało się zupełnie zrozumiałe, nie naprawi świata. Każda osoba, która przetrwała doświadczenie przemocy, potrzebuje terapii, by nie utrwalić się w roli ofiary. Wetknę tu pewnie kij w mrowisko, ale polskie wydanie ruchu #metoo wydaje się mieć ku temu dużą skłonność: rola ofiary legitymizuje rolę feministki i zaspokaja zrozumiałą potrzebę uwagi i współczucia. Nie ma jednak feminizmu bez opowieści o odzyskaniu władzy po doznanej krzywdzie: feminizm jest buntem przeciw opresji, a nie tylko opowieścią o jej doświadczeniu. Jak powiedziała Hannah Gadsby w znakomitym programie „Nanette”: „Nie ma nikogo silniejszego niż skrzywdzona kobieta, która odzyskała swoją siłę”.

Lewica jest przestrzenią na wyrażanie wątpliwości, bo ciągła wątpliwość w kwestii tego, czy tak ma być, pcha nas ku zmianie. Czy powinna nią być bardziej niż azylem dla poranionych dusz? Nie jestem tego pewna, ale wiem, że chociaż nie chcemy tym duszom szkodzić bardziej, niż dzieje się w to w pozalewicowym świecie, to jednocześnie nie możemy dać się zakuć w kierat emocjonalnej pracy z nimi.

Emocjonalna praca i terapia to zadanie dla psycholożek i terapeutów, nie dla kolektywu czy partii politycznej. Zmiana społeczna bez stawienia czoła temu, co chcemy zmienić, jest niemożliwa. Na jej skuteczność zaś wpływają nie tylko działania do wewnątrz, ale przede wszystkim: działania zewnętrzne. Aby jednak wywierały efekt, musimy to zewnętrze znać i dobrze się z nim komunikować.

Po rozpoznaniu, że dzieje się krzywda i zaprojektowaniu rzeczywistości bez opresji należy zmierzyć się z realnymi demonami, wziąć je za łby i pokonać.

Inaczej pozostaniemy w rezerwacie utopia.

Katarzyna Paprota

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie