Nasiona lepszego jutra

·

Nasiona lepszego jutra

·

Pierwszą grządkę i pierwsze sianie czy sadzenie roślin poprzedza obserwacja: oto na śmietniku czy w toalecie grup zbieracko-łowieckich wyrasta roślina dająca owoc – pierwszy plon. Zbieracze, najczęściej kobiety, zaczynają selekcjonować nasiona i wkładać je do ziemi w pobliżu domostw, osad czy obozowisk. To ważny moment – człowiek przestaje być jednym z gatunków konkurujących o zasoby w obrębie ekosystemu, a zaczyna ten ekosystem kształtować i zmieniać zgodnie z własnymi potrzebami.

Dzieje się to niezależnie w kilku miejscach na świecie. Najwcześniej, ok. 8,5 tys. lat p.n.e., na obszarze „Żyznego Półksiężyca” (południowo-zachodnia Azja), 7,5 tys. lat p.n.e. na terenie dzisiejszych Chin, a ok. 3,5 tys. lat p.n.e. na obszarze Mezoameryki (południe Ameryki Północnej i Ameryka Środkowa) i w Andach.

Kluczowe i determinujące dla rozpoczęcia uprawy w konkretnych miejscach na świecie było kilka czynników. Przede wszystkim wyczerpywanie się zasobów środowiska zamieszkiwanego przez grupy zbieracko-łowieckie (znaczne zmniejszenie się populacji dużych ssaków) i dostępność na danym terenie roślin zdatnych do udomowienia. Rośliny, które są dzikimi krewnymi dzisiejszych zbóż czy roślin strączkowych, nie występowały we wszystkich ekosystemach ani na wszystkich kontynentach. Pierwsi rolnicy wybierali dziko rosnące trawy (przodkowie dzisiejszej pszenicy i jęczmienia) i już na tym najwcześniejszym etapie dokonywali selekcji. Wybierano nasiona roślin o pożądanych cechach: duże, smaczne, łatwe do zebrania. Jednocześnie, mniej świadomie, do pierwszej uprawy wyselekcjonowano rośliny posiadające pewne mutacje rzadko występujące w populacji – kłosy, które trzymają ziarno zamiast je uwalniać czy nasiona, które nie posiadają osłonek (opóźniających kiełkowanie przy niesprzyjających okolicznościach).

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy to presja zwiększającej się populacji sprawiła, że zaczęto uprawiać rośliny, czy też plony z upraw pozwoliły na wzrost liczebności grup. Pewne wydaje się natomiast, że plemiona, które zaczęły uprawiać ziemię i hodować zwierzęta, szybko uzyskały przewagę nad innymi. Egalitarne społeczności, w których dominowała zasada „natychmiastowej wzajemności”, a sukces bytowy zależał od wiedzy i znajomości gatunków, a nie posiadanych środków produkcji, zaczęły się różnicować.

Szacuje się, że na ziemi jest ponad 200 tysięcy gatunków roślin. Dokładnej liczby nie znamy i nigdy nie poznamy. Zmiana klimatu oznacza, że giną gatunki, których nigdy nie poznaliśmy. Jeszcze na początku lat 90. XX wieku biolog i pisarz, Edward Wilson, z charakterystyczną dla tamtego czasu wiarą w mechanizmy rynkowe, argumentował, że zbadanie ziemskiej różnorodności biologicznej leży w naszym (ekonomicznym) interesie: kto wie, czy jakaś nieznana amazońska roślina nie posiada mechanizmu hamowania procesów rakotwórczych, a może jakiś grzyb albo bakteria kryją tajemnice, których odkrycie pozwoliłoby na zmianę jakościową, której dziś nie sposób nawet sobie wyobrazić.

W książce „Różnorodność życia” Wilson szacował, że przebadanie 10 milionów gatunków – a tak oceniano wówczas globalną różnorodność biologiczną – przy ograniczonych zasobach i wydajności, zajęłoby około 50 lat: „Uwzględniając czas trwania terenowych odłowów w celu zebrania materiału, czas wykonania analiz okazów w laboratorium, czas potrzebny na napisanie publikacji oraz czas wakacji i czas poświęcony rodzinie, jeden systematyk jest w stanie opracować 10 gatunków na rok; potrzeba zatem około 1 miliona »osobolat« pracy. Przyjmując, że okres produkcyjnego życia naukowca trwa 40 lat, wysiłek będzie kosztował 25 tysięcy zawodowych karier. Jest to nadal mniej niż 10 procent liczby naukowców pracujących obecnie w samych Stanach Zjednoczonych, a znacznie mniej niż wynosi kontyngent sił zbrojnych stacjonujących w Mongolii”. Dziś wiadomo już, że taka kalkulacja nie przyczyniła się do poznania i ochrony różnorodności biologicznej planety.

Z 200 tysięcy gatunków roślin tylko kilka tysięcy nadaje się do jedzenia przez człowieka, z czego w mniejszym lub większym stopniu udomowiliśmy kilkaset. Jednak 80% masy płodów rolnych w skali świata otrzymujemy dziś z około 10 gatunków: pszenicy, kukurydzy, jęczmienia, ryżu, sorgo, soi, ziemniaków, manioku, batatów, trzciny cukrowej i buraka cukrowego. Tendencja ta się utrzymuje. Większość naszego pożywienia opiera się na coraz mniejszej liczbie gatunków, drastycznie spada też udział w diecie dzikich roślin jadalnych – ziół, grzybów, owoców. Jeśli połączyć to z faktem, że uprawy coraz częściej są prowadzone na wyjałowionych, pozbawionych składników mineralnych glebach i w oparciu o nawozy sztuczne, można zacząć zastanawiać się nad wartością odżywczą takich diet.

Jest jeszcze jedno, być może nawet poważniejsze zagrożenie. W obrębie uprawianych gatunków maleje liczba używanych odmian, a co za tym idzie – pula genów hodowanych roślin. Odmiany uprawne tworzy się prowadząc selekcję pod kątem pożądanych cech. Do dalszej hodowli wybierane są rośliny plenne, dające duże albo dobrze wybarwione owoce, odporne na przymrozki czy określone szkodniki. Choć w Krajowym Centrum Roślinnych Zasobów Genowych (KCRZG) przechowuje się nasiona (genotypy) 70000 roślin, liczba uprawianych w Polsce odmian wciąż maleje. Wyjazdy terenowe z ostatnich lat pokazują, że lokalne i tradycyjne gatunki czy odmiany są wypierane przez te najbardziej rozpowszechnione, często będące własnością koncernów agrobiznesowych.

Hodowla twórcza, hybrydy i zielona biotechnologia

Wyhodowanie nowej odmiany zajmuje ok. 4–7 lat. Najprostsza metoda hodowli twórczej jest bardzo podobna do tej, jakiej ponad 10 tysięcy lat temu używano, by udomowić pierwsze rośliny. To selekcja oraz celowe krzyżowanie wariantów (linii, odmian) tego samego gatunku lub gatunków blisko spokrewnionych. To piękna i czasochłonna praca polegająca na wnikliwej obserwacji roślin, próbowaniu owoców, opisie i analizie ich cech, wreszcie przenoszeniu pyłku między wybranymi okazami, czekaniu, aż dojrzeją nasiona, które znowu trzeba poddać ocenie, wysiać… I tak przez kilka pokoleń.

Tak powstałe odmiany nazywa się odmianami ustalonymi lub populacyjnymi. Charakteryzują się one pewnym stopniem niejednorodności osobników w populacji, co daje im możliwość adaptacji do zmieniających się czynników środowiska (dzięki sporej puli genowej). Aby odmiana mogła zostać zarejestrowana, musi być odrębna, wyrównana i trwała (OWT), czyli różnić się od wszystkich pozostałych odmian i w sposób stały powtarzać tę odmienność. Są to tak zwane odmiany amatorskie lub regionalne, a ich zachowanie przyczynia się do zahamowania erozji genetycznej roślin użytkowych. Po zarejestrowaniu odmiana staje się własnością intelektualną hodowcy, zostaje objęta patentem, jest chroniona i może być komercjalizowana.

W połowie XX wieku zaczęto stosować nową metodę hodowli, polegającą na krzyżowaniu dwóch bardzo homogenicznych (wsobnych) linii. Otrzymywana w ten sposób odmiana nazywana jest hybrydową i oznaczana jako F1. Rośliny, które wyrosną z nasion F1, charakteryzują się wigorem, bujnym wzrostem i obfitym plonowaniem w pierwszym roku. Jednocześnie z powodu wysokiej jednorodności i małej puli genowej mają niską zdolność do adaptacji do zmian środowiska, a także nie przekazują wiernie cech potomstwu. Oznacza to, że kolejne pokolenie (F2) prezentować będzie całe spektrum cech niekoniecznie przez nas pożądanych, stąd konieczność corocznego zakupu materiału siewnego. Dobrym przykładem takiej rośliny, której sprzedawane nasiona są niemal wyłącznie odmianami hybrydowymi, jest ogórek gruntowy. To podstawowy produkt do tradycyjnych przetworów, którego uprawa uzależniona została od koncernów nasiennych.

Od lat 80. XX wieku nowe odmiany uzyskiwane są także metodami inżynierii biologicznej i genetycznej, określanymi jako zielona biotechnologia. Jest ich kilka, a w niektórych dochodzi do mieszania się materiałów genetycznych różnych komórek, w tym komórek pochodzących z organizmów różnych gatunków. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w UE za modyfikowane genetycznie uznaje się te organizmy, w których zaszło wymieszanie się materiałów genetycznych organizmów niemających w warunkach naturalnych żadnej możliwości wymiany materiału genetycznego na drodze rozmnażania, np. soja, kukurydza, rzepak i bawełna z genem odporności na herbicydy zawierające glifosat (odmiany Roundup ready) czy ryż z genem produkcji beta-karotenu. Tzw. golden rice miał zaradzić niedoborom witaminy A w diecie ludzi w najuboższych regionach świata. Jednak zapewnienie odpowiedniej dawki beta-karotenu wymagałoby spożycia prawie 4 kg ryżu dziennie.

Z odmianami wyhodowanymi przy pomocy zielonej biotechnologii wiążą się pewne problemy. Po pierwsze, często posiadają one gen odporności na herbicydy, co oznacza, że te ostatnie używane są na wyjątkowo dużą skalę, a ich pozostałości znajdują się w żywności. Choć w Polsce uprawy GMO są zabronione, a produkty zawierające GMO powinny być odpowiednio oznakowane, w produkcji zwierzęcej powszechnie stosuje się jako składnik pasz poekstrakcyjną śrutę sojową, z dużym prawdopodobieństwem pochodzącą z upraw Roundup ready. Po drugie, rośliny genetycznie modyfikowane uprawiane są w środowisku naturalnym, a nie w kontrolowanych warunkach laboratorium, mogą się więc krzyżować z innymi roślinami uprawnymi lub dziko rosnącymi. W ten sposób powstały na przykład tzw. superchwasty, czyli rośliny, które uzyskały odporność na herbicydy nieselektywne takie jak glifosat. Problemem jest również, że rośliny z upraw GMO łatwo krzyżują się z roślinami odmian ustalonych i w ten sposób rolnicy tracą swoje, zachowywane od pokoleń, nasiona. Jest to duży problem w obu Amerykach, gdzie uprawy GMO są dozwolone, a teoretycznie ustalone bezpieczne odległości między uprawami nie okazują się być w praktyce wystarczającym zabezpieczeniem. Po trzecie, poprzez modyfikacje genetyczne z wykorzystaniem zjawiska cytoplazmatycznej męskiej sterylności można wyhodować rośliny niezdolne do wydania potomstwa. W ten sposób agrokoncerny raz oferując materiał siewny za darmo, wciągnęły w mechanizmy rynkowe rzesze rolników z krajów Globalnego Południa, którzy produkowali na niewielką skalę i tradycyjnymi metodami, od pokoleń używając lokalnych nasion i odmian. To właśnie ci rolnicy, według danych FAO, wytwarzają 70% żywności konsumowanej na świecie.

Do kogo należy różnorodność biologiczna?

Nowoczesny, przemysłowy model rolnictwa produkuje za dużo i nie ponosi generowanych przez siebie kosztów środowiskowych i społecznych. W tym modelu pożądane są odmiany plenne i odporne (np. na przymrozki), jabłka okrągłe i równomiernie wybarwione. Zboża powinny dojrzewać w tym samym czasie, warzywa winny mieć równy kształt, dobrze znosić transport czy przechowywanie w chłodniach. Na dalszy plan schodzą takie kwestie jak smak (kto pamięta, jak smakują dzikie maliny? Czy aromat kronselki nie jest domeną pamięci zapośredniczonej?), wartość odżywcza czy lokalne tradycje – nie tylko kulinarne – związane z konkretnym gatunkiem czy odmianą.

Jednak standaryzacja i ograniczanie puli genowej, szczególnie w połączeniu z prowadzeniem upraw w formie monokultur, rodzą duże zagrożenia. Każda destabilizacja klimatu lub nawet tylko sezon z nietypowym rozkładem temperatur czy opadów, to potencjalne niebezpieczeństwo – wszystkie rośliny są na nową sytuację tak samo nieodporne i nie zdążą się do niej dostosować. Dokładnie tak samo sprawa ma się z chorobami i szkodnikami – przy znikomym zróżnicowaniu upraw (i braku naturalnych barier fitosanitarnych) jeden patogen jest w stanie zniszczyć plony w całym regionie, kraju czy na kontynencie.

Przemysłowe rolnictwo w znakomitej większości korzysta z opatentowanych nasion. Patentowanie z jednej strony służy podniesieniu jakości materiału siewnego i produkcji rolnej oraz ułatwia pracę naukową nad zasobami genowymi, z drugiej strony jednak niesie pewne zagrożenia. Ci sami gracze, którzy dominują na rynku nasiennym, są również największymi producentami środków ochrony roślin, a także zajmują istotną pozycję, jeśli chodzi o nawozy i sprzęt rolniczy. Coraz częściej dla odmian proponowane są konkretne produkty z działu środków ochrony roślin albo nawozów, a skonsolidowany przemysł agrochemiczny sprawnie pracuje nad przekonaniem rolników, że inny sposób uprawy nie jest możliwy.

W roku 2014 głośna była sprawa próby opatentowania przez szwajcarski koncern Syngenta papryki posiadającej gen odporności na dość powszechnego szkodnika niszczącego uprawy. Do opatentowania nie doszło wskutek sprzeciwu środowisk rolniczych w Europie, choć gigant w obszarze agrochemikaliów argumentował, że odkrycie genu było poprzedzone długimi latami badań. Tyle że gen odporności nie został wynaleziony – naturalnie występuje w dzikim krewnym znanej nam papryki i zwykłe skrzyżowanie odmian uprawnych z dzikimi dało papryce odporność na szkodnika.

Rodzi to ważne pytanie: do kogo należy różnorodność biologiczna planety i wiedza o niej? Albo: kto może czerpać korzyści z ponad 10 tysięcy lat udomawiania roślin i wielu więcej tysiącleci poznawania ich? To trudne pytanie, jeśli brać pod uwagę rozczarowanie zachodnią nauką w kwestii poznania i ochrony różnorodności biologicznej. Ale to pytanie bardzo aktualne. Jedna z najnowszych technik zielonej biotechnologii – cis-genetyka – służy do wprowadzenia pojedynczych pożądanych cech do linii hodowlanej, przy czym cechy te pochodzą z pokrewnych roślin dzikich lub z linii hodowlanych o kiepskich właściwościach agronomicznych. Istnieje obawa, że wspólne zasoby genowe, znajdujące się dotychczas w rękach lokalnych społeczności, a także wiedza o gatunkach i właściwościach, znajdą się pod presją pokusy przekucia ich na prywatne zyski.

Domy czy banki – jak zabezpieczyć dobra kultury?

Globalny bank materiału genetycznego roślin uprawnych z całego świata znajduje się na wyspie Spitsbergen. Wykuty w wiecznej zmarzlinie, Globalny Bank Nasion gotowy jest na wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, bomby i brak prądu. Krajowe Centrum Roślinnych Zasobów Genowych (KCRZG) nazywane jest też potocznie bankiem nasion. To miejsce, gdzie nasiona przechowywane są w optymalnych warunkach – w ujemnej temperaturze, odpowiedniej wilgotności, bez dostępu światła, zapakowane w wielowarstwowe hermetyczne opakowania. Każdy „obiekt” przechowywany jest w ilości pozwalającej na co najmniej dwukrotną regenerację. W praktyce minimalna ilość to 2–4 tys. nasion. Przewiduje się, że tak zabezpieczona kolekcja bazowa może, w zależności od gatunku, zachować odpowiednią siłę kiełkowania nawet przez 2000 lat. Oprócz przeznaczonej do długoterminowego przechowywania kolekcji bazowej, prowadzona jest także kolekcja aktywna, z której nasiona służą do ewaluacji i przekazania zainteresowanym.

Taka ochrona zasobów genowych nazywana jest ochroną ex situ. Polega na zachowywaniu odmian poza miejscem ich naturalnego występowania – w postaci nasion w bankach genów lub całych osobników w ogrodach botanicznych. KCRZG prowadzi także ochronę in situ, która polega na zachowywaniu zasobów genowych we współpracujących gospodarstwach. Do Krajowego Rejestru Roślin Uprawnych prowadzonego przez COBORU (Centralny Ośrodek Badania Odmian Roślin Uprawnych) wpisanych jest tylko 176 roślin uprawnych, w tym 93 gatunki roślin rolniczych, 55 gatunków roślin warzywnych, 28 roślin sadowniczych. To tak zwany kwalifikowany materiał siewny, który nadaje się do rynkowej produkcji i dystrybucji nasion w Polsce i na terenie Unii Europejskiej. W Polsce rolnicy mają możliwość otrzymania dopłaty na zakup takiego materiału, jednak płatności te są rzadko wykorzystywane. Kwalifikowany materiał siewny gwarantuje, że nasiona będą wolne od zanieczyszczeń, chorób i szkodników oraz będą miały dużą siłę kiełkowania. Odpowiedniej jakości materiał genetyczny jest podstawą wysokich plonów. Aby zapobiegać wyradzaniu się upraw, zaleca się wymieniać materiał siewny na kwalifikowany co kilka lat.

Dobrym przykładem skutecznej ochrony starych i lokalnych odmian jest działalność oddolnej austriackiej organizacji Arche-Noah. Jest to sieć współpracujących ze sobą gospodarstw, które in situ chronią zasoby genetyczne ponad 6 tys. odmian roślin uprawnych. Organizacja weszła we współpracę z administracją publiczną i doprowadziła do wprowadzenia systemu znakowania produktów wytworzonych na bazie starych i lokalnych odmian. Takie artykuły, wyróżnione odpowiednim opisem, mają oddzielne półki w sklepach – prosty mechanizm, który sprawia, że wybory konsumenckie mają znaczenie. To także efektywny system wspierania systemów ochrony różnorodności biologicznej w całym łańcuchu żywnościowym. W Anglii istnieje kooperatywa, która zajmuje się dystrybuowaniem produkcji nasiennej do gospodarstw. To inicjatywa, która z jednej strony dba o zachowanie zasobów genowych roślin, z drugiej zaś gwarantuje, że będą one dostępne. Jest to dobra, wspólnotowa alternatywa dla działalności firm nasiennych.

W Polsce istnieje kilka firm nasiennych, które proponują odmiany o lokalnie brzmiących nazwach, jednak nie jest jasne, skąd pochodzą oferowane nasiona. Problemem stało się wprowadzanie do obrotu nasion wyhodowanych w innych strefach klimatycznych. Niepokojący jest również fakt, że międzynarodowe koncerny agrochemiczne wchodzą w partnerstwa i współpracę z instytucjami publicznymi zajmującymi się produkcją nasienną – Syngenta Polska czy Bayer są członkami Polskiej Izby Nasiennej, a w ślad za prowadzonymi przez nie badaniami idzie edukacja w zakresie nawozów sztucznych i chemicznych środków ochrony roślin dopasowanych do nasion produkowanych przez firmy.

Pojawiają się działania mogące stanowić alternatywę dla komercyjnego rynku nasiennego, który proponuje ograniczoną pulę zasobów genowych, nasiona niewiadomego pochodzenia, najczęściej zaprawiane substancjami chemicznymi. Problem nie kończy się na dostępności samych nasion i ich różnorodnego spektrum odmian – niepokojąca jest także erozja wiedzy technicznej i doświadczalnej, zbieranej przez sezony i pokolenia. Wśród ogrodników i rolników brakuje praktycznych umiejętności z zakresu nasiennictwa na własne potrzeby.

Zapytany o opinię na temat kwestii nasion w Polsce, holenderski warzywnik i rolnik agroekologiczny z Dolnego Śląska, Nico Stouten, powiedział, że tworzenie ruchu suwerenności nasiennej na skalę kraju, które widać teraz w Polsce, miało na Zachodzie miejsce 30–40 lat temu. Wielu polskich rolników ekologicznych, w celu zapewnienia odpowiedniej gamy warzyw czy ziół, częściej zaopatruje się w nasiona firm z Anglii, Austrii czy Niemiec, niż w Polsce, z powodu braku stosownych możliwości w kraju.

Działający w duchu agroekologii i suwerenności żywnościowej projekt Agro-Perma-Lab Nasiona przeprowadził w tym roku badanie z niezależnymi nasiennikami prowadzącymi agrobioróżnorodne gospodarstwa. W ramach projektu odbędzie się także pierwsze szkolenie dla lokalnych liderów zajmujących się rozwijaniem systemów żywnościowych opartych o własne nasiona. Celem projektu jest edukacja w zakresie idei społecznościowych domów i sieci nasion w Polsce, tak aby w niedalekiej przyszłości grupy sąsiedzkie, kooperatywy spożywcze czy rolnicze, a także społeczności skupione wokół miejskich ogrodów działkowych czy ogrodów społecznych, zaczęły lepiej zarządzać i rozwijać wspólne zasoby nasienne.

O „domach”, a nie „bankach” nasion wolą też mówić społeczności rolnicze Ameryki Południowej. Są to inicjatywy na ogół oddolne i znacznie mniej profesjonalne pod względem warunków technicznych, ale za to skoncentrowane na różnorodności kulturowej, która wyraża się w zróżnicowaniu odmian dostosowanych do warunków lokalnego ekosystemu i tradycji ich wykorzystania. To wiedza i praktyka, które wciąż są żywe, natomiast potrzeba organizowania się i ochrony nasion i wiedzy wynika z rosnącej presji zmieniającego się modelu rolnictwa. Społeczeństwa i społeczności ewoluowały razem ze swoimi nasionami, a ich różnorodność stanowi materialną podstawę bogactwa kulturowego.

Istnieją różne koncepcje dóbr kultury czy dziedzictwa kulturowego. Są dobra, które się posiada, gromadzi i zabezpiecza, oraz takie, które stają się dobrem przez to i dzięki temu, że są żywe, współdzielone i współtworzone. Bogactwa i tradycji związanych z gatunkami uprawnymi nie da się oddzielić od praktyki uprawy. Nasiona tylko gromadzone i przechowywane, po kilku latach tracą zdolność kiełkowania i nie nadają się już do niczego. Nasiona wysiewane co roku ewoluują wraz ze zmieniającymi się warunkami uprawy. To właśnie tzw. żywe kolekcje nasienne są najbezpieczniejsze, bo najbardziej dostosowane do klimatu, szkodników, roślin towarzyszących gatunkom uprawnym.

I to jest główny – praktyczny i pozbawiony aspektu sentymentalnego – argument przemawiający na rzecz zachowania różnorodności lokalnych gatunków uprawnych. Zmienność genetyczna jest mechanizmem pozwalającym roślinom najlepiej przystosowywać się do warunków, w których rosną – w sposób naturalny adaptują się do mikroklimatu czy stają się odporne na szkodniki. Ograniczanie puli genowej roślin uprawnych (erozja genetyczna) zwiększa ryzyko, że powtórzy się coś podobnego np. do zarazy ziemniaczanej, która w połowie XIX wieku dotknęła Irlandię, a w mniejszym stopniu również całą Europę, powodując głód i śmierć milionów ludzi. Patogen w kolejnych latach niszczył uprawy ziemniaka, który na wielu obszarach był podstawą diety. Dopiero krzyżowanie ziemniaka uprawianego w Europie z odmianami z Andów (dziki praprzodek ziemniaka posiada gen odporności na zarazę ziemniaczaną) pozwoliło na znaczne ograniczenie szkód czynionych przez strzępki grzyba. W samym Peru nadal istnieje ponad 3500 odmian ziemniaków – dlatego wciąż było gdzie szukać genu odporności.

Wiosną 2020 r. popyt na nasiona był większy niż kiedykolwiek. Niektóre firmy, szczególnie w zachodniej Europie, twierdziły, że wzrósł on sześciokrotnie w stosunku do lat ubiegłych. W Polsce renesans przeżywały ogródki działkowe. Można tłumaczyć to na wiele sposobów – ludzie mieli więcej czasu lub wreszcie zrobili coś, na co od wielu lat mieli ochotę. Może chcieli odzyskać poczucie sprawczości czy kontroli nad jakimś fragmentem rzeczywistości, a uprawa własnej żywności – choćby na parapecie czy balkonie – wydawała się być dobrym poletkiem eksperymentalnym. Brakowało towarów i sprzętów, rozmawialiśmy o suwerenności gospodarek, które działają tak, że wszystko jest, tyle że w dalekich Chinach. Rozmawialiśmy też o suwerenności żywnościowej – pojawił się lęk o ciągłość dostaw, rolnicy obawiali się, że mleczarnie nie odbiorą mleka, że nie będą mieli gdzie handlować. Państwo raz jeszcze wsparło sieci supermarketów – dezynfekcje przestrzeni, towary z dalekich stron i kolejne warstwy plastikowych opakowań i osłon miały zapewnić bezpieczeństwo, podczas gdy targowiska na wolnym powietrzu uznano za potencjalnie niebezpieczne.

Suwerenność żywnościowa to prawo społeczeństw i społeczności do określenia własnego modelu produkcji i dystrybucji żywności, a także do wytwarzania żywności z poszanowaniem takich zasobów jak woda, gleba i różnorodność biologiczna, w tym nasiona roślin uprawnych. To trzy elementy, bez których rolnictwo nie może się obyć i które wymagają perspektywy szerszej niż indywidualna. Elementem suwerenności żywnościowej jest również suwerenność nasienna. Uzależnienie produkcji rolnej – tak w małej, jak i w dużej skali – od produktów korporacji nasiennych niesie te wszystkie zagrożenia, które zwykle wiążą się ze zdawaniem się na mechanizmy rynkowe. Ale poza nimi wiąże się z jeszcze jednym ryzykiem: opieranie się na niewielkiej liczbie odmian i gatunków zestandaryzowanych czy hybrydowych nasion o ograniczonej puli genowej, które nie są dostosowane do lokalnych ekosystemów, lecz do uniwersalnych nawozów i środków ochrony roślin, stanowi zagrożenie dla trwałości agroekosystemów i różnorodności biologicznej w ogóle.

„Po co sadzić rośliny, jeśli jest jeszcze tak wiele orzechów mongongo?”. Prawdopodobnie na świecie nie ma już zbyt wielu nienależących do nikogo orzechów mongongo. Nieliczne, ostatnie grupy prowadzące zbieracko-łowiecką gospodarkę żyją pod dużą presją cywilizacji i wyłącznie na terenach, na których rolnictwo nie jest możliwe. Badacze takich grup piszą o nich: „Pouczający jest również związek między egalitaryzmem społecznym a równowagą środowiskową. Te same cechy, które sprzyjały egalitarnej strukturze społecznej – dzielenie się, zbiorowe podejmowanie decyzji i gospodarka oparta na wiedzy – sprzyjały też środowiskowej harmonii. Łowcy-zbieracze nie pielęgnowali rozmyślnie wyższej świadomości etycznej; ich wzorce zachowań osadzone były w materialnych właściwościach ich gospodarek”.

Etnobotanicy, którzy badają relacje społeczeństw i grup rdzennych z roślinami, są przekonani, że praktyczna wiedza tych ludów z zakresu botaniki i wykorzystania gatunków będzie nam jeszcze potrzebna. Zastanawiają się, jaki rodzaj wynagrodzenia może być adekwatny. Pieniądze jednak nie zawsze mają zastosowanie, a oferta „cywilizacyjna” – dostarczanie zdobyczy techniki czy kształcenie młodzieży – nie do końca wydaje się na miejscu. To klincz, w którym od dawna znajdują się etnografia czy antropologia – im bardziej obiektywne i nie-etnocentryczne starają się być, tym bardziej oczywiste staje się, że nowoczesne społeczeństwo nie ma pomysłu na ułożenie relacji ze światem, który nie chce wpisywać się w linearną drogę postępu.

Kryzysy się nakładają. Klimatyczny, ekonomiczny, społeczny. Pojawia się jeden, który przytłacza i obejmuje wszystkie poprzednie – kryzys wyobraźni. Społeczeństwa homogenicznych gospodarek nie mają dobrego pomysłu na ułożenie relacji ze światem natury. Założenie, że kapitał naturalny i wyprodukowany są substytutami, a ekwiwalentem pieniądz, okazuje się zgubne, jeśli cywilizacja niszczy biologiczne podstawy niezbędne dla jej trwania. „Literatura o łowcach-zbieraczach demonstruje, iż »ekonomiczna racjonalność« jest cechą kapitalizmu i stanowi wbudowany zestaw przekonań kulturowych, a nie obiektywne, powszechne prawo natury. Istnieje wiele innych, równie racjonalnych sposobów zachowania, które nie są zgodne z prawami wymiany rynkowej. Mit człowieka ekonomicznego wyjaśnia zasadę organizującą współczesnego kapitalizmu, to wszystko”.

Skąd bierze się wyobraźnia? Jaką wyobraźnię rodzą gaje, bory, ostępy, młaki, łąki i grądy, a jaką nasadzenia, monokultury i uprawy leśne?

W tekście cytuję książkę Edwarda O. Wilsona „Różnorodność życia”. Pozostałe cytaty pochodzą z artykułu „Łowcy-zbieracze i mitologia rynku” (fragmenty eseju Johna Gowdy’ego). Korzystałam również z raportu FIAN „The right to seeds and biological diversity”, książki Jareda Diamonda „Strzelby, zarazki, maszyny”, „Ethnobotany, evolution of a discipline” (red. R. Evans Schultes, S. von Reis) oraz wywiadów z nasiennikami Agro-Perma-Lab (www.agropermalab.org).

Joanna Perzyna – antropolożka, latynoamerykanistka i zielarka; związana z ruchem suwerenności żywnościowej Nyeleni Polska.

komentarzy