Atak prawników na związek

Atak prawników na związek

Dyrekcja fabryki materacy Janpol zatrudniła przedstawicieli globalnej korporacji prawnej Littler do kontaktów ze związkiem zawodowym. To wyraźny (i bardzo drogi) ruch pracodawcy w stronę paraliżu dialogu z przedstawicielami załogi.

Koncern Littler jest krytykowany na świecie za próby zwalczania związków zawodowych. Bierze od firm ogromne pieniądze. Niemal ćwierć miliona złotych zapłaciła za prawne usługi Littler dyrekcja firmy Allegro w zaledwie jednym kwartale roku w reakcji na powstanie komisji naszego związku. Dzięki wysokim stawkom opłacanym przez zarządy polskich firm, właściciele koncernu Littler osiągnęli w 2023 roku 28 milionów czystego zysku. Jest to wielokrotnie więcej niż oficjalne dochody fabryki materacy Janpol. To oburzające, że zarząd fabryki Janpol woli wydawać wielkie sumy za utrudnianie porozumienia z załogą niż poprawiać warunki pracy w swoim zakładzie.

Załoga Janpol ciężko pracuje na zyski firmy i chce mieć realny wpływ na ich podział. Tymczasem szefostwo odmawia dostępu do rzetelnych informacji na temat zakładu, które są niezbędne do prowadzenia dialogu społecznego i osiągnięcia porozumienia. Związek otrzymuje coraz bardziej absurdalne odpowiedzi na wnioski o informacje dotyczące m.in. komisji BHP, kasy zapomogowej czy kwartalnych sprawozdań finansowych zgłaszanych do GUS.

Wcześniej zarząd próbował zebrać wśród pracowników listę „osób nienależących do związku”. Następnie, aby sparaliżować dialog i zablokować możliwość poprawy warunków pracy, firma zaczęła podważać istnienie związku w zakładzie. Podobne, nielogiczne działania dyrekcji nasz związek obserwował już w innych firmach reprezentowanych przez znaną ze swoich wysokich kosztów międzynarodową korporację Littler. Nasze przypuszczenia potwierdziły ostatnie pisma, podpisane już oficjalnie przez prawników Littlera.

Prezes oddaje Littlerowi pieniądze ciężko wypracowane przez załogę – w rzeczywistości są to pieniądze wyrzucone w błoto. Staje się już regułą, że skrajni prawnicy Littlera przegrywają sprawy sądowe z naszym związkiem. Z naszych doświadczeń wynika, że dopiero gdy zarządy rezygnują z usług Littlera, do zakładu wraca dialog. Taka sytuacja miała miejsce w spółce Allegro z siedzibą w Poznaniu.

Zdarza się również, że Littler wciąga firmy w działania, które kończą się dla nich zarządów katastrofą wizerunkową. Taki scenariusz zrealizował się w fabryce Jeremias z Gniezna. Za namową prawników Littlera dyrekcja tej firmy próbowała całkowicie uciszyć związek. Wszelkie kontakty z dyrekcją miały być objęte „tajemnicą spółki”, a rozmowy związkowców z załogą i z mediami na temat wynagrodzeń, regulaminów, problemów w firmie czy warunków pracy miały być zakazane pod groźbą kary 25 tysięcy złotych za każde naruszenie „tajemnicy”. W zakładzie pojawiła się także „lista poparcia dla dyrekcji” wymierzona w związek. Próbowano też zakazać związkowcom ulotkowania i zasypano ich pismami mającymi na celu ich zastraszenie.

Zarząd Jeremias osiągnął jednak skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast uciszyć pracowników, w październiku zeszłego roku sprowokował najliczniejszy wiec pracowniczy w historii Gniezna od początku III RP. Wzięła w nim udział większość pracowników produkcyjnych fabryki Jeremias, wsparta przez delegacje związkowe Inicjatywy Pracowniczej z Amazon, Volkwagen Poznań, Zalando i wielu innych zakładów, a także przez członków innych związków: Solidarności i Konfederacji Pracy z gnieźnieńskich fabryk Velux i Panasonic. Jednym z żądań protestujących była podwyżka pensji zasadniczej o 800 zł. Zażądano także, aby dyrekcja Jeremias wyrzuciła Littlerowców za bramy zakładu skoro z ich udziałem negocjacje ze związkiem są niemożliwe. Protest mocno zjednoczył załogę i udowodnił zarządowi, że radykalne strategie Littlera przynoszą mu niewiele więcej niż pogorszenie wizerunku i odchudzenie budżetu. W efekcie, kolejne negocjacje z załogą odbywają się już bez udziału prawników z Littler, z korzyścią dla obu stron. Trudno jednak odbudować dialog zrujnowany za wielkie pieniądze.

Aby uniknąć zaognienia stosunków w fabryce materacy Janpol, Inicjatywa Pracownicza żąda od dyrekcji spółki, aby wróciła do negocjacji w dobrej wierze, nawet kosztem z rezygnacji z drogich usług Littlera.

red. Bartosz Kurzyca, komisja krajowa OZZ IP

Tekst przedrukowujemy za stroną internetową https://ozzip.pl/

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Zarobieni

Zarobieni

Trzy czwarte Polaków porzuciło ulubione zajęcia z powodu nadmiaru obowiązków.

Jak informuje portal Puls HR, brak czasu to powód, dla którego Polacy ograniczają lub rezygnują z ulubionych aktywności. Aż trzy czwarte badanych stwierdziło, że brak czasu uniemożliwia im zajmowanie się ulubionymi aktywnościami.

Takie wyniki przynoszą badania zrealizowane przez firmę Maczfit. Raport „Między obowiązkiem a pasją – Polacy przytłoczeni codziennością” mówi o tym, że po wykonaniu obowiązków zawodowych nie mamy czasu na realizację swoich zainteresowań. Główne aktywności Polaków to praca i przygotowanie posiłków. Główne przeszkody w zajmowaniu się swoimi pasjami to: brak czasu (51% badanych) i kwestie finansowe (46%). Aż 75% ankietowanych stwierdziło, że musiało porzucić lubiane zajęcia z powodu nadmiaru obowiązków. Najczęściej rezygnację z hobby deklarowały osoby w wieku 18-25 lat i 36-45 lat – w obu grupach wiekowych wskaźnik rezygnacji wyniósł aż 81%. Do najczęściej porzucanych aktywności niezawodowych należą hobby i aktywność sportowa – tak zadeklarowało 53% badanych. Niewiele mniej wskazań (można było wybrać kilka) uzyskała kategoria obejmująca dbałość o zdrowie i dobrą kondycję psychiczną i równowaga emocjonalna (47% ankietowanych). Trzecie miejsce to życie towarzyskie i relacje z przyjaciółmi (38% ankietowanych). Z kolei najwięcej żalu budzi u ankietowanych brak dostatecznej ilości czasu i wysiłków poświęcanych ich potomstwu w pierwszych latach życia dzieci.

Gdyby Polacy mieli więcej czasu, najchętniej poświęciliby go na: hobby i rozrywkę (53% ankietowanych), relaks i medytację (31%), kontakty z rodziną i przyjaciółmi (28%), aktywność fizyczną (27%), rozwój osobisty (26%).

Zwolnienia grupowe eskalują

Zwolnienia grupowe eskalują

Ubiegły rok obfitował w zwolnienia grupowe. Obecnie jeszcze ich przybywa.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, narasta fala zwolnień grupowych. W styczniu i lutym było ich trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie roku 2024.

Ubiegłoroczna skala zwolnień grupowych w Polsce była najwyższa od momentu zatrzymania gospodarki w pierwszych miesiącach pandemii. Zgłoszone zamiary zwolnień grupowych dotyczyły 37300 osób, co oznaczało wzrost rok do roku o ponad 20%. Znacznie gorzej wypadła skala zwolnień faktycznych. Pracę w wyniku zwolnień grupowych straciło w roku 2024 aż 27000 osób – oznacza to wzrost o 60% w porównaniu z rokiem 2023.

Obecnie ta fatalna tendencja nie maleje, lecz rośnie. W styczniu i lutym 2025 roku zgłoszono zamiar zwolnień grupowych dotyczących 14,8 tys. pracowników. To wobec analogicznego okresu roku 2024 wzrost niemal trzykrotny. Wśród nich niemal 7,7 tys. osób straciło pracę.

Tylko w lutym 2025 zapowiedziano zwolnienia grupowe w skali nieco mniejszej niż w lutym 2024. Ale znacznie gorzej wyglądały zwolnienia faktycznie przeprowadzone. Liczba osób pozbawionych pracy w wyniku zwolnień grupowych wyniosła w tym miesiącu 5,7 tys. osób. To dwa i pół razy więcej niż w lutym 2024.

Kolejni bez zatrudnienia

Kolejni bez zatrudnienia

Firma motoryzacyjna wyrzuca z pracy dziesiątki osób.

Jak informuje portal Money.pl, Fabryka Układów Hamulcowych Bosch w Mirkowie pod Wrocławiem ogłosiła zwolnienia grupowe. Pracę straci 60 osób. To część ogólnoświatowej redukcji zatrudnienia w zakładach niemieckiej firmy.

Jednak skala redukcji zatrudnienia jest jeszcze większa. Firma informuje, że w pierwszej połowie tego roku nie zostało lub już nie zostanie przedłużonych 80 umów zawartych na czas określony. Oznacza to zmniejszenie skali zatrudnienia o 140 osób. Cały zakład liczył do niedawna 1200 osób załogi, co oznacza, że redukcja zatrudnienia wynosi ponad 10% ogółu pracowników.

Zwalniani powiedzieli portalowi, że „Pracownicy otrzymują wypowiedzenia bez ostrzeżenia, w środku zmiany, by w 20 minut opuścić stanowisko pod nadzorem. Symboliczne odprawy i deklaracje dyrektora to gorzki żart”.