Bliskość nową nadzieją świata

·

Bliskość nową nadzieją świata

·

Rynek z łatwością zmielił romantyczną miłość, odzierając ją z jakiegokolwiek ryzyka i zamieniając w szybki produkt z aplikacji randkowej. Zamiast jednak płakać nad upadkiem zachodniej cywilizacji i użalać się nad znieczuleniem, czas sięgnąć po to, czego system nie potrafi spieniężyć. W każdym razie nie w tej skali i nie bez naszego wysiłku.

Piekło nieudanej utopii

W latach 60. etolog John B. Calhoun przeprowadził słynny eksperyment znany jako „Universe 25”. Stworzył dla populacji myszy idealną utopię: nielimitowany dostęp do pożywienia i wody, stałą temperaturę i brak drapieżników. Wyeliminował z mysiego świata wszelkie zewnętrzne zagrożenia, wyzwania i tarcia. Powstało coś w rodzaju wiecznego i nieograniczonego all inclusive, w którym populacja mogłaby trwać wiecznie.

Jednak już w 315. dniu eksperymentu rozwój populacji zaczął hamować. Dochodziło do wybuchu patologicznych zachowań: skrajnej agresji, rozpadu więzi, a także odrzucania i kanibalizowania młodych przez matki. W 560. dniu populacja osiągnęła szczyt: 2200 osobników, przy miejscu dla 4000. Od tego momentu liczebność zaczęła już tylko nieubłaganie spadać. Dzień 600. był przekroczeniem granicy bez powrotu. Samice całkowicie przestały odchowywać młode, a aktywność samców ograniczała się do jedzenia, spania i dbania o futro. Faza wymierania stała się nieodwracalna. Ostatnia mysz padła w maju 1973 roku, 1780 dni po rozpoczęciu eksperymentu.

Uderzyło mnie jedno: te samce z mysiego eksperymentu to przecież postacie z powieści Michela Houellebecqa. Te same, nad którymi pochyla się Michał Rydlewski w swoim poruszającym eseju „Świat bez miłości nie jest możliwy”. To męscy antybohaterowie – wyalienowani, snujący się bez celu i napakowani antydepresantami. Pozbawieni miłości, a co za tym idzie – sensu istnienia.

Miłość ewolucyjnie nowa i zaraz utracona

Houellebecq opłakuje śmierć miłości i opisuje ją tak, jakby w swoim romantycznym, porywającym wydaniu była odwiecznym prawem fizyki – które zaskakująco nagle przestało działać z winy zmierzchowego kapitalizmu. Ale historia miłości jest dużo starsza niż kapitalizm czy jakiekolwiek inne „-izmy”.

Przez prawie całą historię naszego gatunku żyliśmy w plemionach łowców-zbieraczy, gdzie relacje były płynne i bardziej poliamoryczne niż monogamiczne. Seks nie służył tylko prokreacji czy utrwalaniu relacji pary – wzmacniał też całą wspólnotę plemienną.

Monogamiczni zrobiliśmy się dopiero z czystego, ewolucyjnego i ekonomicznego wyrachowania w okolicach rewolucji neolitycznej. Dopiero ten nasz nowy i osiadły tryb życia rolników-hodowców sprawił, że trzeba było jakoś uregulować kwestię zasobów, terytorium i dziedziczenia majątku.

Kulturowo i instytucjonalnie ten rodzaj kontraktu przypieczętowało dopiero chrześcijaństwo, jednocześnie nadając mu aurę sacrum. Natomiast ta dzisiejsza i popkulturowo wyidealizowana miłość romantyczna to w dużej mierze zupełnie świeży konstrukt.

Najpierw został on wzniecony przez XIX-wieczny romantyzm, a od początku XX wieku jest nieustanie formatowany i wymyślany od nowa w hollywoodzkich scenariuszach. Zatem patrząc na zegar historii homo sapiens, miłość romantyczna to zupełne novum. To trwająca od zaledwie kilku minut ulotna chwila w dziejach ludzkości.

Ale nawet w tych najbardziej cukierkowych historiach z ekranu miłość romantyczna ma to do siebie, że jej paliwem jest opór. Romeo i Julia, Tristan i Izolda, Werter i Lotta – wszystkie te wielkie mity założycielskie popkulturowych narracji opierają się na przeszkodzie i trudności. Na walce i wytrwaniu. Na zwaśnionych rodach, różnicach klasowych, odległości, zakazach społecznych czy religijnych tabu.

Miłość jako wyeksploatowany produkt rynkowy

Dzisiaj, w naszej uregulowanej, ponowoczesnej utopii, zrobiliśmy wszystko, aby te przeszkody wyeliminować. Podobnie jak Calhoun w swoim eksperymencie z myszami. Żyjemy w świecie nastawionym na optymalizację, bezpieczeństwo i unikanie dyskomfortu. Odrzuciliśmy sztywne gorsety obyczajowe, ale w ten sposób systematycznie pozbyliśmy z naszego życia tarcia, z którego właśnie kiedyś brał się nasz ogień.

Skoro zniknęły naturalnie istniejące bariery, a miłość romantyczna pozostała jako kulturowa obietnica – wolny rynek błyskawicznie wypełnił tę lukę. Kapitalizm zrobił to, co potrafi najlepiej: wziął ten skomplikowany ludzki konstrukt, odarł z resztek ryzyka, opakował jak towar, postawił na półce i przykleił cenę. I tak oto aplikacje randkowe zdjęły z nas ciężar konfrontacji, niezręczności i ryzyka odrzucenia twarzą w twarz. Produkt ten chroni nas przed niewygodnym zderzeniem z czyjąś innością i oceną.

Houellebecq ten proces utowarowienia świetnie zauważa i opisuje. Ale jego bohaterowie to w gruncie rzeczy sfrustrowani, roszczeniowi konsumenci. Stoją przed wielkim automatem, wrzucają rynkowy żeton, czyli swój status, wygląd czy pozycję. I naciskają guzik. A gdy puszka z napisem „Twoja Wielka Miłość” nie wypada – siadają na podłodze i z płaczem ogłaszają ostateczny upadek cywilizacji Zachodu. Ale w moim przeczuciu jest dla nich nadzieja.

Inne słowo zamiast miłości

Ta nadzieja kryje się w jednym, fundamentalnym słowie, którym jest „bliskość”. Mam przeczucie, że właśnie ona jest dużo głębiej i mocniej osadzona w tej naszej plemiennej części historii homo sapiens. Że była częścią fundamentu przetrwania naszego gatunku. Bo w przeciwieństwie do miłości – jest o wytrzymaniu w napięciu i czasem w beznadziei, a nie o obietnicy emocjonalnego uniesienia. Trudność w jej zauważaniu polega na tym, że bliskość nie manifestuje się w akcie czy sakramencie. Społecznie jest prawie niewidoczna.

Z psychologicznego punktu widzenia bliskość to stan dobrowolnego odsłonięcia się przed drugim człowiekiem, nierozerwalnie połączony z akceptacją własnej podatności na zranienie. Nie polega ona na utopijnie romantycznym stopieniu się w jedno ani na nieustannej harmonii. To autentyczne spotkanie dwóch odrębnych jednostek, które decydują się zrzucić swoje mechanizmy obronne i społeczne maski.

To obustronna gotowość do bycia zobaczonym i przyjętym w całej swojej niedoskonałości, przy jednoczesnym poszanowaniu granic drugiego człowieka. Ponieważ bliskość wymaga rezygnacji z kontroli i iluzji absolutnego bezpieczeństwa, nieuchronnie wpisane jest w nią ryzyko dyskomfortu, bólu czy odrzucenia. Jednak to właśnie w tej przestrzeni bezbronności rodzi się najgłębsze, ewolucyjnie niezbędne nam do przetrwania doświadczenie bycia zrozumianym, ważnym i uwzględnionym.

Bliskość zaczyna się od siebie

Żeby zbudować bliskość z drugim człowiekiem, trzeba najpierw nawiązać fundamentalną bliskość z samym sobą. I nie mam tu na myśli tej popkulturowej, narcystycznej i wykrzywionej miłości własnej, która sprowadza się do fundowania sobie kolejnych doznań czy budowania algorytmów potwierdzających, jacy to jesteśmy wyjątkowi. Bliskość własna powstaje dopiero gdy przestajemy uciekać przed własnym mrokiem i przyjmujemy siebie samych ze wszystkim, co w nas niedoskonałe i połamane.

Esencją nauki Chrystusa, która ukształtowała kulturowy fundament Zachodu, były przykazania miłości. Drugie z nich mówi jasno: „Miłuj bliźniego, jak siebie samego”. Niezależnie od religii, to zdanie jest psychologicznie trafne. Klucz do całej tej zasady tkwi w jego drugiej części. Nie da się stworzyć zdrowej relacji z inną osobą, jeśli odrzuca się samego siebie.

Bohaterowie Houellebecqa są skazani na klęskę, ponieważ w głębi duszy sami za sobą nie przepadają, a nawet się nienawidzą. Zamiast zmierzyć się z własnymi słabościami i lękami, oczekują, że to jacyś inni ludzie lub świat zewnętrzny wypełnią ich wewnętrzną pustkę. To niemożliwe. Bez akceptacji samego siebie każda relacja staje się po prostu próbą wykorzystania drugiego człowieka do uśmierzenia własnego bólu lub strachu.

Dlatego „Ja trzeba zawiesić, rozpuścić ego w My” – to bodaj najniebezpieczniejszy z romantycznych mitów. Z perspektywy psychologicznej oczekiwanie, że rozpuścimy się w drugiej osobie, nie jest żadnym wyższym stadium uczucia, lecz przepisem na niewyobrażalną katastrofę. Jeśli traktujemy relację jak symbiozę, w której znika nasza odrębność, drugi człowiek faktycznie z czasem staje się potwornym zagrożeniem, przed którym trzeba się bronić.

Psychoterapia i coaching to praca

W opisie Houellebecqa gabinet psychoterapeutyczny jest miejscem na bezradne dotrzymywanie sobie towarzystwa w egzystencjalnej agonii. Ale w rzeczywistości to raczej gabinet emocjonalnego rehabilitanta. Bezpieczna przestrzeń, w której człowiek uczy się na nowo być ze sobą i przy sobie oraz tych umiejętności, których system tak skutecznie go pozbawił.

Psychoterapia i coaching to miejsce obiektywnie bardzo żmudnej i najczęściej wieloletniej pracy pełnej bolesnych wyzwań. Pracy nad odzyskaniem fundamentalnej bliskości z samym sobą. Ze swoimi sprzecznościami, automatyzmami, lękami i mrokiem, przed którymi angażująca codzienność pozwalała dotąd tak łatwo uciekać.

Dopiero na tym solidnym fundamencie bliskości z samym sobą można zbudować więź z drugim człowiekiem – autentyczną, pozbawioną hollywoodzkich iluzji. Bo świat bez miłości z romantycznego scenariusza jest w pełni możliwy i można w nim dobrze żyć. Ale świat bez bliskości to po prostu zamknięta na klucz klatka z eksperymentu Calhouna.

Bliskość jest trudna do urynkowienia

Bliskość jest tak ważna, bo systemowo jest nieopłacalna i odporna na utowarowienie. Kapitalizm ma strukturalny problem ze spakowaniem jej istoty w aplikację i pakiet premium. Algorytmy mogą ci sprzedać iluzję romantycznego dopasowania, ale nie sprzedadzą ci gotowości do pozornie bezcelowego przesiadywania i gadania z drugim człowiekiem. Bo bliskość z zasady wymyka się logice rynku. Jest nieoptymalna, bo wymaga dużo powolnego czasu, którego system nam skąpi.

Bo przecież te historie o prawdziwej bliskości istnieją dookoła nas. Tuż obok toczy się zwykłe, ciche życie. To historie ludzi, którzy od lat po prostu robią rzeczy razem. Gdzieś tam podróżują, coś czytają albo gdzieś coś jedzą. Wspólnie gotują, oglądają wieczorami seriale pod jednym kocem, jedzą, milczą i przegadują setki godzin. Kłócą się, przepracowują kryzysy, docierają się i trwają.

Rynek tego nie widzi i nie umie tego spieniężyć, bo taka prozaiczna, obarczona dyskomfortem i rozciągnięta w czasie codzienność jest potwornie nieatrakcyjna marketingowo. Ale ci ludzie tu są. Tak żyją, wbrew diagnozom o końcu cywilizacji. Stanowią cichy, żywy dowód na to, że w tym na wskroś skomercjalizowanym świecie wciąż tak można. Że to działa. Że kiedy odpuścimy pogoń za utowarowionym mitem, zostaje nam coś znacznie trwalszego.

Miłość jako wędrówka

Paradoksalnie, kiedyś było o wiele łatwiej właśnie dlatego, że było trudniej. W dawnych czasach, pełnych regulacji, przeszkód i zewnętrznych napięć, poszukiwanie sensu i miłości przypominało trudną wędrówkę przez góry.

Podejścia bywały strome, a wspinaczka wyczerpująca, ale przynajmniej góry były doskonale widoczne. Wiadomo było, w którym kierunku iść i z czym trzeba się zmierzyć. Dzisiaj, po zrównaniu tych gór z ziemią w imię optymalizacji, braku tarcia i wiecznego komfortu, błąkamy się po płaskim pustkowiu.

I to jest prawdziwe wyzwanie zmierzchu romantycznego paradygmatu, w którym żyjemy. Skoro zabrakło górskich szczytów, które narzucałyby nam kierunek i wymuszały wysiłek, całą tę pracę musimy wykonać wewnątrz. Tylko budując oparcie w sobie, możemy przestać błąkać się bez celu i wreszcie, odrzucając iluzje, spotkać na tym pustkowiu drugiego człowieka.

Jakub Wojtakajtis

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Pexels from Pixabay

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie