Studenci czekają na stołówki

Studenci czekają na stołówki

Od początku roku akademickiego 2026/2027 działa pilotażowy program dopłat do posiłków. Władze Uniwersytetu Jagiellońskiego przedstawiają go jako rozwiązanie odpowiadające na problemy studentów, pomijając przy tym szereg ograniczeń tego systemu.

Program obejmuje wyłącznie studentów studiów stacjonarnych. Oznacza to, że osoby, które są zmuszone płacić za studia, nie otrzymują w jego ramach żadnego wsparcia. Co więcej, student kupujący posiłek musi najpierw zapłacić pełną cenę, a zwrot otrzymuje dopiero w kolejnym miesiącu. Dla najbiedniejszych studentów, dla których studiowanie wiąże się z ciągłym wiązaniem końca z końcem, oznacza to konieczność oczekiwania na zwrot przez cały okres rozliczeniowy.

Program wiąże się również z dodatkowymi obowiązkami po stronie studentów. Muszą oni podać szereg danych potrzebnych do otrzymania zwrotu, a otrzymane dopłaty rozliczać w ramach PIT-u. Udział w programie wymaga polskiej rezydencji podatkowej, numeru PESEL, podania danych do celów podatkowych oraz rachunku bankowego. Obecny program pozostawia natomiast przygotowanie posiłków, ich dostępność i ofertę przedsiębiorcom. Sam regulamin programu zastrzega, że UJ nie gwarantuje dostępności określonych dań, jadłospisu, godzin działania ani ciągłości świadczenia usług przez operatorów.

Program obejmuje także tylko osiem lokalizacji: siedem znajduje się na Kampusie 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jedna na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych. Dla osób studiujących na wydziałach na Starym Mieście program w praktyce nic nie zmienia, ponieważ nie obejmuje żadnych punktów gastronomicznych w tej części miasta.

Jak wskazują studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej, najważniejszy problem dotyczy jednak outsourcingu i jego konsekwencji. Program dopłat nadal opiera się na gastronomii prowadzonej przez prywatnych przedsiębiorców. UJ ustalił cenę pełnego zestawu objętego programem na 32 złote. Tymczasem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych, gdzie w wyniku działań studentów doszło do zmiany ajenta i obniżenia ceny zestawu obiadowego do 26 złotych, wraz z uruchomieniem pilotażu zwykła cena zestawu wzrosła do 29 złotych. Zestaw objęty dopłatą wyceniono natomiast na 32 złote. Oznacza to, że 3 złote z publicznej dopłaty pokrywają wyłącznie różnicę między zwykłą ceną posiłku a ceną ustaloną na potrzeby programu i trafiają bezpośrednio do prywatnego operatora.

Zdaniem studentów konstrukcja programu umożliwiła operatorowi podniesienie ceny i zwiększenie przychodu. Ich zdaniem jest to konsekwencja rozwiązania, w którym uczelnia nie kontroluje kosztów przygotowania posiłków ani polityki cenowej operatorów. Zamiast rozwijać własne stołówki i tworzyć trwałą infrastrukturę gastronomiczną, publiczne pieniądze trafiają w ten sposób do prywatnych przedsiębiorców.

Jak mówi jeden ze studentów zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej: „Istnienie takich lokali zależne jest od osiąganego zysku i w każdej chwili właściciele mogą zdecydować o ich zamknięciu. Program, mimo że teraz wydaje się jakimś wsparciem, nie stanowi właściwego rozwiązania. Potrzebujemy trwałego i stabilnego rozwiązania na lata. Właściwym rozwiązaniem takiego problemu jest prowadzenie przez uniwersytety publicznych stołówek. Ceny w nich nie są zależne od rynku, a o istnieniu lokali nie decyduje komercyjny biznes”.

Jak wskazuje inna studentka, rektor zadeklarował, że utworzenie jednej stołówki jest możliwe do 2027 roku, a dwóch kolejnych do 2030 roku. Skoro jest to w możliwościach uniwersytetu, oczekujemy realizacji tej deklaracji.

Temat niedostępności tanich posiłków na Uniwersytecie Jagiellońskim pojawił się w wyniku protestów studentów i studentek z Inicjatywy Pracowniczej. Podczas rozmów z władzami UJ wskazywali oni, że program dopłat jest rozwiązaniem tymczasowym i nie stanowi właściwej odpowiedzi uniwersytetu na żądania społeczności akademickiej. Ich zdaniem trwałym rozwiązaniem problemu jest rozwój publicznej infrastruktury socjalnej, w tym własnych stołówek.

Studenci zapowiadają kontynuację działań. 14.10 o godz. 12:00 pod WBBiB będą rozdawać społeczności studenckiej darmowe posiłki podczas akcji „Nie dla prywatyzacji, tak dla stołówki”, podczas której będą podkreślać, że trwałym rozwiązaniem problemu dostępności tanich posiłków jest budowa publicznych stołówek.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Hutnicy walczą

Hutnicy walczą

W Hucie Stalowa Wola odbył się protest przeciwko nierównościom płacowym.

Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, przed Oddziałem I Huty Stalowa Wola odbył się protest pracowników przeciwko wieloletnim nierównościom płacowym i socjalnym oraz nieprzystąpieniu zarządu do negocjacji treści porozumienia w związku z planowanym włączeniem Oddziału I do spółki macierzystej HSW S.A., należącej do Grupy Kapitałowej Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Pracownicy Oddziału I przez kolejne, niezależne od nich zmiany właścicielskie wykonywali pracę w tym samym miejscu, przy tych samych maszynach i na rzecz tego samego majątku produkcyjnego, który dziś stanowi własność Skarbu Państwa. Mimo powrotu zakładu w 2023 roku do państwowej HSW nadal byli jednak traktowani gorzej niż pozostali pracownicy grupy kapitałowej, co nosi znamiona dyskryminacji płacowej.

Według ustaleń związku zawodowego OZZ IP przy Hucie Stalowa Wola różnice w zarobkach sięgają nawet 40–50 proc. Pracownicy Oddziału I są również pozbawieni dodatkowych świadczeń przysługujących pozostałej części załogi, między innymi premii kwartalnych, rekompensaty z tytułu karty hutnika czy nagród jubileuszowych.

Planowane na 1 października formalne włączenie Oddziału I do spółki macierzystej powinno zakończyć trwający od lat podział załogi. Tymczasem przedstawione pracownikom porozumienie nie zawiera wiążących gwarancji zatrudnienia, zachowania stanowisk ani rzeczywistego wyrównania wynagrodzeń, świadczeń i warunków pracy. Nie zabezpiecza również przed zwolnieniami, degradacją stanowisk czy niekorzystnymi zmianami zaszeregowania.

Kilkadziesiąt osób zebrało się przed Oddziałem I przy ulicy Grabskiego, a następnie przeszło pod główną siedzibę HSW S.A. Podczas przemarszu skandowano między innymi: „Jedna praca – jedna płaca!”, „Dość dzielenia pracowników!”, „Negocjacje tu i teraz!”. Po dotarciu pod siedzibę dyrekcji przedstawiciel zarządu zaprosił pracowników na spotkanie. Rozmowa trwała kilkanaście minut i okazała się kolejną próbą uciszenia pracowników. Zamiast negocjacji nad konkretnymi postulatami usłyszeli oni, że ich spełnienie nie jest możliwe. Pojawiły się również pretensje o nagłośnienie sytuacji w mediach.

W odpowiedzi na brak woli podjęcia dialogu związkowcy wręczyli zarządowi wezwanie do rozpoczęcia faktycznego dialogu. Zarząd ma na to 14 dni. Jeśli do rozmów nie dojdzie, związek będzie podejmował kolejne kroki.

Domagamy się równego traktowania pracowników wykonujących taką samą pracę w jednym zakładzie. Huta Stalowa Wola była budowana przez pokolenia pracowników i jest jednym z najważniejszych zakładów przemysłowych w regionie. Oczekujemy rozmów prowadzonych w dobrej wierze, z udziałem reprezentacji pracowników, z możliwością uzgodnienia wiążących gwarancji. Wzywamy zarząd HSW S.A. do niezwłocznego rozpoczęcia rzeczywistych negocjacji z pracownikami!

Tragiczna punktualność pociągów PKP Intercity

Tragiczna punktualność pociągów PKP Intercity

W czerwcu 2026 r. do stacji docelowej na czas dotarło zaledwie 58 proc. pociągów PKP Intercity, a w lipcu – 59 proc. Oznacza to, że w czerwcu i lipcu spóźniały się ponad cztery na dziesięć pociągów narodowego przewoźnika. Jednocześnie Ministerstwo Infrastruktury przyznało, że do dziś nie nałożyło na PKP Intercity kar umownych za pierwsze miesiące 2026 r. – choć jeszcze wiosną przekonywało, że to właśnie kary są wystarczającą sankcją. Takie informacje wynikają z odpowiedzi resortu na interpelację nr 19305 posła Michała Moskala.

Odpowiedź, podpisaną 25 września 2026 r. przez wiceministra infrastruktury Piotra Malepszaka, poseł Moskal otrzymał po tym, jak zapytał resort o skutki utrzymującego się załamania punktualności narodowego przewoźnika. Dane przekazane przez ministerstwo są jednoznaczne: punktualność wszystkich pociągów PKP Intercity na przybyciu wyniosła w kwietniu 77,5 proc., w maju 69,1 proc., w czerwcu 58 proc., a w lipcu 59 proc. Dla porównania – według Urzędu Transportu Kolejowego w czerwcu 2025 r. było to 75,5 proc., a w lipcu 2025 r. 72,8 proc. Rok do roku wynik czerwcowy pogorszył się o ponad 17 punktów procentowych, a lipcowy o blisko 14 punktów.

To kontynuacja fatalnego pierwszego półrocza. Według danych UTK w I kwartale 2026 r. punktualność PKP Intercity wyniosła 64,3 proc. wobec 78,9 proc. rok wcześniej, a w II kwartale 68,2 proc. wobec 80,6 proc. Oba wyniki są wyraźnie gorsze niż w analogicznych kwartałach lat 2024 i 2025, gdy w II kwartale na czas dojeżdżało ponad 80 proc. pociągów. W ciągu kilku miesięcy przewoźnik zaprzepaścił wyniki osiągane w poprzednich latach.

Najpoważniejsza informacja dotyczy kar. Ministerstwo napisało wprost: „Kary za pierwsze miesiące 2026 r. nie zostały jeszcze nałożone, a kwestia ta jest przedmiotem analizy”. Styczeń 2026 r. – miesiąc, w którym na czas dojechała zaledwie nieco ponad połowa pociągów – zakończył się osiem miesięcy temu. Tymczasem w odpowiedzi na wcześniejszą interpelację posła Moskala (nr 15745) resort odrzucał potrzebę zaostrzenia nadzoru, twierdząc, że „sankcje w postaci kar umownych są wystarczające”. Dziś okazuje się, że sankcja, na której ministerstwo oparło cały nadzór nad przewoźnikiem, za pierwsze miesiące 2026 r. po prostu nie została zastosowana. W najnowszej odpowiedzi resort określa kary jako „bardzo dotkliwe” – nie wskazując jednak żadnej kwoty.

W odpowiedzi ministerstwo przedstawiło natomiast pełny taryfikator kar za punktualność w umowie o świadczenie usług publicznych. Za każdy miesiąc, w którym punktualność z winy przewoźnika spadnie poniżej 92 proc., kara wynosi 199 836 zł – osobno dla odjazdów i przyjazdów. Kara jest sztywna: przewoźnik płaci tyle samo przy punktualności 91,9 proc., co przy 71 proc. Z wyliczeń biura poselskiego, opartych na stawkach i wskaźnikach podanych przez resort, wynika, że nawet po nałożeniu podstawowa część kar za całe pierwsze półrocze wyniosłaby ok. 1,4 mln zł (nie licząc kar za poszczególne pociągi, których liczby ministerstwo nie podało). To ok. jedna tysięczna rekompensaty, jaką PKP Intercity otrzymuje z budżetu państwa za ten okres – w 2026 r. rekompensata wynosi 2,76 mld zł.

Resort tłumaczy, że karom podlega wyłącznie tzw. punktualność kwalifikowana, liczona tylko z przyczyn leżących po stronie przewoźnika – z pominięciem przyczyn po stronie zarządcy infrastruktury oraz przyczyn zewnętrznych, takich jak ekstremalne warunki pogodowe czy opóźnienia przejmowane z zagranicy. Jednak nawet ten złagodzony wskaźnik wypada dla PKP Intercity kompromitująco. Z tabel ministerstwa wynika, że punktualność kwalifikowana na przybyciu nie osiągnęła umownego progu 92 proc. w żadnym miesiącu pierwszego półrocza 2026 r. W styczniu wyniosła 71,5 proc., a w czerwcu 72,8 proc. Oznacza to, że w czerwcu ponad co czwarty pociąg objęty umową PSC spóźnił się z przyczyn leżących wyłącznie po stronie samej spółki. Ministerstwo podsumowuje te wyniki stwierdzeniem, że punktualność na przybyciu wynosiła „co najmniej prawie 80%” – co jest sprzeczne z danymi miesięcznymi z tej samej odpowiedzi.

Odpowiedź obala również często powtarzaną narrację, że za opóźnienia odpowiadają przede wszystkim remonty i stan torów. Według danych przekazanych przez resort w pierwszym półroczu 2026 r. PKP Intercity odpowiadało za ponad 330 tys. minut opóźnień pociągów objętych umową PSC, podczas gdy zarządca infrastruktury PKP Polskie Linie Kolejowe – za niespełna 87 tys. minut. Przewoźnik wygenerował zatem niemal czterokrotnie więcej opóźnień niż zarządca torów.

„Pasażerowie płacą za bilety i tracą czas stojąc na peronach, podatnicy płacą miliardy złotych rekompensaty dla PKP IC, a przewoźnik za pierwsze miesiące tego roku nie zapłacił jeszcze ani złotówki kary. Ministerstwo Infrastruktury pół roku temu zapewniało mnie, że kary z umowy PSC wystarczą. Dziś przyznaje, że ich nie nałożyło. To nie jest nadzór, to jest jego pozorowanie. Będę konsekwentnie domagał się jawności kar, konkretnych działań naprawczych i rozliczenia odpowiedzialnych za ten stan rzeczy” – mówi poseł Michał Moskal.

Z ziemi polskiej do hinduskiej

Z ziemi polskiej do hinduskiej

Wielka korporacja przenosi etaty z Polski do Indii.

Jak informuje portal epoznan.pl, wielka korporacja spożywcza Mars zamierza zamknąć swój oddział w Poznaniu.

Pracownicy poznańskiego centrum rozliczeniowo-finansowego koncernu Mars zostali poinformowani o planach likwidacji tego oddziału. Oznacza to, że około 100 straci pracę. Część z nich otrzyma propozycję przenosin do oddziału w Warszawie, ale zasadnicza część etatów ma trafić do Indii.

Oddział ma zostać zlikwidowany do końca roku. Nieoficjalne informacje mówią, że na otarcie łez zwalniani pracownicy mają otrzymać równowartość miesięcznej pensji za każdy rok przepracowany w Mars Global Services oddział Poznań.