Kolejne złe wieści z rynku pracy.
Dwie kolejne negatywne tendencje z polskiego rynku pracy omawia Business Insider.
Pierwsza z nich to wzrost liczby osób długotrwale bezrobotnych. Liczba osób, które przez ponad dwa lata pozostają bez zatrudnienia, wynosi już niemal 191 tysięcy osób wedle stanu na koniec grudnia 2025 roku. Oznacza to, że w porównaniu z analogicznym miesiącem roku 2024 nastąpił wzrost o 8,2%, a w liczbach bezwzględnych o 14 400 osób w takiej sytuacji.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy pod uwagę weźmiemy osoby pozostające bez pracy dłużej niż rok, ale nie dłużej niż dwa lata. Takich osób mamy obecnie ponad 143 tys., co oznacza w skali roku przyrost o niemal 22 000 i procentowy wzrost zjawiska o 18%.
Drugą z tendencji jest spadek zatrudnienia. Bezrobocie rośnie od niemal roku i wynosi obecnie 6,1%. Nie wynika to jednak tylko z napływu na rynek pracy nowych osób (dorastający młodzi, imigranci zarobkowi itp.), lecz także ze spadku zatrudnienia. Wedle najnowszych pełnych danych GUS, zatrudnienie w Polsce wedle stanu na koniec października wynosiło 15 121 500 osób. Oznacza to, że w ciągu roku spadło ono o niemal 25 000 osób. Szczególnie dotkliwy jest spadek zatrudnienia w przemyśle, który przez rok wyniósł 49 000 osób. Symbolicznie mniejszy jest ubytek miejsc pracy w sektorze rolnym, leśnym, łowieckim i rybackim.
W dużej firmie z sektora automotive związkowcom udało się wywalczyć podwyżki płac.
Jak informuje portal PulsHR, sukcesem zakończyły się negocjacje płacowe prowadzone pod naciskiem związkowców w firmie Tenneco Automotive Polska w Rybniku. Zakład zatrudnia ok. 1900 osób i produkuje układy wydechowe do różnych marek samochodów.
Naciski płacowe związkowców z „Solidarności” przyniosły rezultaty. W trakcie negocjacji płacowych uzgodniono, że od 1 kwietnia podstawowe płace wzrosną od 230 do 500 zł brutto w zależności od stanowisk i stażu pracy. Oprócz tego w grudniu ma został wypłacona wszystkim zatrudnionym premia świąteczna w wysokości 2400 zł brutto. Związkowcy wywalczyli także dla zatrudnionych premie za ubiegły rok w wysokości 1500-2100 zł brutto – zostały już one wypłacone.
Do „Solidarności” należy jedna trzecia pracowników zakładu.
Duża firma zwolni niemal połowę załogi.
Firm Valmet przystępuje do „restrukturyzacji”. W ramach tego procesu pracę ma stracić niemal połowa załogi w zakładzie w Jeleniej Górze.
Valmet to fińska spółka zajmująca się dostarczaniem rozwiązań automatycznych i przesyłowych dla przemysłu, głównie dla branży papierniczej i energetycznej. Zatrudnia niemal 19 000 osób w wielu krajach świata. W Polsce pracuje dla niej 550 osób, z czego 300 w dwóch zakładach usytuowanych w Jeleniej Górze, gdzie firma działa od roku 2021 na bazie zakupionych starszych przedsiębiorstw.
Teraz w ramach cięć budżetowych i „restrukturyzacji” zamierza znacznie ograniczyć zatrudnienie w swoich zakładach w Szwecji i Polsce. W naszym kraju zwolnionych zostanie prawdopodobnie aż 130 osób w Jeleniej Górze, czyli prawie połowa osób, które firma zatrudnia w tym mieście.
Ukazał się numer 100 Nowego Obywatela. To specjalne wydanie na 25-lecie naszego pisma.
Wyjątkowe wydanie. 450 stron, twarda oprawa. Zawiera niemal 70 tekstów z lat 2000-2010. To wybrane najważniejsze materiały z pierwszej dekady naszego pisma. Głównie materiały, które nie są dzisiaj nigdzie dostępne w żadnej formie – ani papierowej, ani elektronicznej. Teksty i wywiady nierzadko pionierskie i wyprzedzające swoją epokę oraz wiele późniejszych trendów.
Całkowicie w kontrze do narracji dominującej w III RP. Niespotykane gdzie indziej konfiguracje ideowe – na jednych łamach spotykali się lewicowcy, prawicowcy, anarchiści, ekolodzy i rozmaici nieortodoksyjni autorzy, którym nie podobał się kształt neoliberalnego świata i balcerowiczowskiej Polski. Bogactwo i różnorodność tematów.
Niewielki nakład, już w częściowo wyprzedany w formule przedpłat, więc zalecamy się spieszyć z zakupami. Dostępna także wersja elektroniczna. Spis treści i zakupy tutaj: https://nowyobywatel.pl/sklep/ksiazki/nowy-obywatel-100/
Pracownicy sieci handlowej protestowali w Warszawie.
Jak informuje portal Tysol.pl, wczoraj w Warszawie odbyła się akcja protestacyjna pod siedzibą sieci handlowej Stokrotka, należącej do kapitału litewskiego. Pracownicy, zrzeszeni w „Solidarności”, domagali się ucywilizowania zasad udzielania urlopów pracownikom tej sieci.
Protestujący twierdzą, że obecnie pracownicy nie mają wpływu na to, kiedy otrzymają urlop. Nie decydują o tym samodzielnie, lecz dni urlopowe są im przydzielane wedle woli władz firmy i wedle potrzeb obsady poszczególnych sklepów sieci. „System w Stokrotce jest tak skonstruowany, że pracownik nie ma praktycznie żadnego wpływu na to, kiedy dostanie urlop. Dowiaduje się o tym dopiero wtedy, gdy zobaczy grafik. To jest zabieranie nam prawa do normalnego życia prywatnego. Nie możemy zaplanować najprostszych, najbardziej zwyczajnych rzeczy takich, jak wyjazd z dziećmi czy jakakolwiek rodzinna uroczystość” – powiedziała portalowi Tysol.pl Alicja Symbor, przewodnicząca „Solidarności” w Stokrotce.
Taka sytuacja wynika z krytykowanej przez związkowców od dawna zbyt małej obsady kadrowej w sklepach tej sieci.
Protest odbył się pod jednym z warszawskich sklepów, w którym problem urlopów przybrał szczególnie drastyczną postać. Do tego stopnia, że kierowniczka placówki, która stanęła po stronie pracowników, została z tego powodu przeniesiona do innego sklepu, a następnie zrezygnowała z pracy w sieci.
Stokrotka ma w Polsce ok. 1000 sklepów.
W niewielkiej miejscowości zamykany jest zakład produkcji mebli.
Jak informuje Polskie Radio, podjęto decyzję o likwidacji zakładu meblarskiego firmy Steinpol w Wołowie. Wytwarzano w nim meble tapicerowane. Zakład był jednym z kilku należących do tej firmy. Był z nich także najmłodszy. Powstał w roku 2016 i właśnie podjęto decyzję o jego likwidacji.
Pracę straci 110 osób. Firma była jednym z największych pracodawców w mieście. Przestanie działać do końca kwietnia. Bezrobocie w powiecie wołowskim wynosi 11,5%.
Pracownicy huty szkła dostali polecenie przeniesienia się o 700 kilometrów.
Pracownicy Huty Biaglass w Białymstoku dostali od właściciela firmy ultimatum: mają się w połowie kwietnia stawić w pracy w hucie w Pieńsku. Czyli w miejscowości oddalonej o 700 kilometrów, położonej pod granicą z Niemcami. Działa tam huta szkła Biaglass Łużyce. Podmiot ten powstał niedawno po fuzji należących do tego samego właściciela hut szkła na wschodzie i zachodzie Polski.
Nowy prezes tego tworu, Leszek Czemiel, nakazał pracownikom z Białegostoku stawienie się 14 kwietnia do pracy w zakładzie w Pieńsku. Zdaniem pracowników jest to wybieg prawny, a jego celem są zwolnienia dyscyplinarne. Gdy osoby zatrudnione w Białymstoku nie stawią się w pracy na drugim końcu Polski, zostaną zwolnione dyscyplinarnie, co oznacza brak konieczności wypłacenia im odpraw i wszczęcia procedury zwolnień grupowych. W ten sposób „pracodawca” zaoszczędzi spore kwoty.
„Mamy podejrzenie, że dochodzi do naruszenia praw pracowniczych. Wysłaliśmy pismo do pracodawcy, aby wyjaśnił, na jakiej podstawie prawnej samą informacją chce zmieniać znaczące warunki świadczenia pracy” – powiedział „Kurierowi Porannemu” Maciej Łuszczewski, przewodniczący komisji zakładowej związku Solidarność 80 w białostockiej hucie. O sprawie została powiadomiona Państwowa Inspekcja Pracy, która obecnie prowadzi w firmie kontrolę.
Huta w Białymstoku działa od roku 1929.
Związki zawodowe wspólnie domagały się od rządu wsparcia Huty Łabędy.
Pracownicy Huty Łabędy oraz przedstawiciele organizacji związkowych po raz kolejny alarmują: bez pilnych decyzji inwestycyjnych przyszłość zakładu stoi pod poważnym znakiem zapytania. Podczas manifestacji, która odbyła się 20 marca 2026 roku przed Hutą Łabędy w Gliwicach, wyraźnie wybrzmiał jeden przekaz – kończy się czas deklaracji, a zaczyna czas oczekiwania na konkretne działania.
W proteście udział wzięli przedstawiciele związków zawodowych z całego sektora oraz wiceprzewodnicząca OPZZ Barbara Popielarz, która wyraziła solidarność z pracownikami i poparcie dla ich postulatów.
Mimo że zakład dysponuje wykwalifikowaną kadrą, zapleczem produkcyjnym oraz przygotowanymi planami rozwojowymi, inwestycje nie zostały dotąd uruchomione. To sytuacja niezrozumiała, szczególnie w kontekście rosnącego znaczenia przemysłu ciężkiego dla bezpieczeństwa gospodarczego i obronnego państwa.
Związkowcy podkreślają, że Huta Łabędy ma realny potencjał, by stać się ważnym ogniwem w łańcuchu dostaw dla sektora zbrojeniowego oraz nowoczesnego przemysłu. Jednak bez wsparcia właścicielskiego i skutecznego nadzoru ze strony państwa, szansa ta może zostać bezpowrotnie zaprzepaszczona.
Dlatego przygotowane zostały petycje skierowane do Prezesa Rady Ministrów, w których przedstawiono konkretne postulaty oraz oczekiwania pracowników i strony społecznej. Dokumenty te są wyrazem troski nie tylko o przyszłość jednego zakładu, ale całego sektora przemysłowego w Polsce.
Przedruk za: opzz.org.pl
Rząd Tuska zmniejszy dostęp do badań i zabiegów za publiczne środki.
Jak informuje Business Insider, Narodowy Fundusz Zdrowia znacząco zmniejszy dostępność badań i wizyt u lekarzy specjalistów. Przywracane są – zniesione przed kilkoma laty – limity na gastroskopię, kolonoskopię, rezonans magnetyczny oraz tomografię komputerową.
Budżet NFZ w 2026 roku za rządów Tuska jest o aż 26 miliardów za mały wobec potrzeb medycznych. Rządzący postanowili zatem „oszczędzać” – na naszym zdrowiu i dostępie do leczenia. Zamiast nielimitowanego dostępu do ważnych badań – w tym pozwalających wcześnie wykryć i leczenie poważne schodzenia, np. nowotwory – będą wprowadzone limity. Oficjalnie takie badania nie będą limitowane, ale w praktyce nowe rozwiązania uczynią je takimi.
NFZ po wyczerpaniu środków w ramach podpisanej umowy z daną placówką medyczną nie będzie płacił pełnej stawki za kolejne takie badania – za nadwykonania zapłaci 40 proc. ich wartości. Oznacza to, że placówkom medycznym nie będą się one opłacały, a nawet że będą musiały do nich dokładać, zatem potrzebujący nie będą kierowani na badania. Zwiększą się kolejki oczekujących na badania i czas oczekiwania, a alternatywą będą duże wydatki z kieszeni pacjentów na wykonanie takich badań prywatnie. Oprócz tego nadwykonania będą rozliczane raz w roku, a nie, jak obecnie, co kwartał. To jeszcze bardziej zmniejszy w placówkach medycznych chęć wykonywania badań, bo będą musiały na zwrot zaledwie 40% ich kosztów czekać znacznie dłużej.
Takie samo rozwiązanie ma dotyczyć wizyt u lekarzy specjalistów oraz części zabiegów. Limitowane i nie w pełni płatne przez NFZ po przekroczeniu limitu mają być wizyty u np. endokrynologów, zabiegi operowania zaćmy itp.
Wyjątkiem od powyższej reguły mają być tylko podejrzenia chorób nowotworowych i leczenie dzieci i młodzieży.
Wielki producent mebli zamyka kolejny zakład i znów redukuje zatrudnienie.
Jak informuje Tygodnik Zamojski, znany duży producent mebli, firma Black Red White, zamyka swój zakład w Zamościu i zwalnia jego załogę. We wtorek została o tym poinformowana załoga firmy.
W firmie źle się dzieje od pewnego czasu. W styczniu 2025 roku zlikwidowała ona swój zakład w Przeworsku, a pracę tam straciła cała załoga licząca 200 osób. Z kolei w listopadzie 2025 firma zwolniła 800 osób, czyli ponad 25% całej załogi. Tamte zwolnienia dotknęły głównie zakładu w Biłgoraju.
Teraz podjęto decyzję o likwidacji zakładu w Zamościu, który działał na bazie dawnych Zamojskich Fabryk Mebli. Produkcja potrwa do końca kwietnia 2026 roku. Wytwarzanie mebli zostanie przeniesione do Biłgoraja i Mielca, a część zostanie zlecona zewnętrznym podwykonawcom.
Rosną opłaty za pobyt w publicznych sanatoriach.
Jak informuje Polsat News, od maja, czyli w sezonie wiosenno-letnim, wzrosną stawki, które za pobyt w sanatoriach zapłacimy za zakwaterowanie i wyżywienie. Choć same zabiegi sanatoryjne będą wciąż w podstawowym wymiarze finansowane ze środków NFZ, to wzrosną koszty samych pobytów.
W zależności od standardu koszty mogą wzrosnąć nawet o kilkanaście złotych na dobę. Pokój jednoosobowy z pełnym węzłem sanitarnym będzie kosztował niemal 41 zł za dobę, czyli o ponad 8 zł. Pokój jednoosobowy z łazienką dzieloną z lokatorem innego pokoju to koszt ponad 37 zł za dobę, czyli o ponad 11 zł drożej. Rosną także koszty posiłków.
Przy standardowej długości pobytu, wynoszącej przy skierowaniu z NFZ 21 dni, musimy się liczyć z wydatkami większymi o nawet 300 zł, a łączny koszt noclegów i wyżywienia wyniesie nawet ponad 1000 zł.
Za rządów liberałów znowu rośnie skala zatrudnienia w oparciu o umowy śmieciowe.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa na podstawie danych GUS, rośnie skala zatrudnienia w oparciu o umowy śmieciowe. Wedle stanu na koniec III kwartału 2025 r. (to najnowsze całościowe dane) pracę wyłącznie na podstawie umów zlecenia i podobnych wykonywało ponad 1,5 mln osób. Oznacza to wzrost w ciągu roku o 5,4 proc.
Kobiet zatrudnionych wyłącznie na śmieciówkach przybyło o 4,4%, natomiast mężczyzn o 6,4% w ciągu roku. Mężczyźni stanowią 51,3% ogółu zatrudnionych w sposób pozakodeksowy. Najwięcej takich osób jest zatrudnionych w sektorze nazwanym administrowanie i działalność wspierająca, ale to mylące, bo ta kategoria obejmują agencje pracy tymczasowej, oferującej zatrudnienie głównie w przemyśle. Druga pod względem odsetka umów śmieciowych jest branża naprawy pojazdów samochodowych.
Sieć handlowa Dino zwolniła sygnalistkę i działaczkę związkową.
Jak informuje związek zawodowy Konfederacja Pracy – jego sekcja działająca w handlu (m.in. w Kauflandzie, Rossmannie, Aldi, Biedronce, a od niedawna aktywna także w sieci Dino), szefostwo sieci zwolniło z pracy Katarzynę Kiwerską – kierowniczkę sklepu Dino z Sochaczewa. Została zwolniona po tym, jak nagłośniła warunki pracy w tej sieci, szczególnie niskie temperatury zimą. Kiwerska wpuściła do sklepu posła partii Razem, Adriana Zandberga, który dokonał interwencji poselskiej. Po jej wykonaniu sprawą bardzo niskich temperatur w sklepach sieci Dino zajęły się Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Państwowa Inspekcja Pracy.
Katarzyna Kiwerska była sygnalistką – osobą, która zgłaszała naruszenia prawa i nieprawidłowości. Zgodnie z ustawą powinna być objęta szczególną ochroną przed działaniami odwetowymi pracodawcy. Była także działaczką związkową objętą ochroną związkową, co oznacza, że jej zwolnienie wymaga zgody zarządu związku zawodowego. Zwolnienie nastąpiło dzień po tym, jak spółka Dino dowiedziała się, że Katarzyna Kiwerska będzie uczestniczyć w mediacjach z Zarządem Dino jako przedstawicielka związku i pracowników.
Wszystko wskazuje na to, że Kiwerska została zwolniona bezprawnie. Spawa trafi do sądu pracy, a związek zawodowy deklaruje, że mimo to działaczka weźmie udział w spotkaniach negocjacyjnych z zarządem tej sieci handlowej.
Konfederacja Pracy jest od powstania struktur związku w sporze z szefostwem formy. Związkowcy domagają się podwyżek wynagrodzeń, zwiększenia zatrudnienia w sklepach, wprowadzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, który jest obowiązkiem każdej firmy zatrudniającej powyżej 50 pracowników.
Wcześniej Konfederacja Pracy prowadziła podobne działania w innych sieciach handlowych, m.in. zorganizowała w grudniu strajk w Kauflandzie.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Kamil Kulawik – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=124499205
Pracownicy kopalni soli rozpoczęli głodówkę protestacyjną.
Jak informuje portal Tysol.pl, pracownicy rozpoczęli protest głodowy w Inowrocławskich Kopalniach Soli Solino S.A. Ich celem jest „sprzeciw wobec dalszego osłabiania krajowego kompleksu sodowo-solnego oraz braku zdecydowanych działań państwa w sprawach mających znaczenie dla bezpieczeństwa surowcowego, przemysłowego i energetycznego Polski”.
Obecnie czterech pracowników głoduje w siedzibie firmy w Inowrocławiu. Są to osoby zatrudnione w firmie Solino, która jest największym producentem solanki w Polsce. Wytwarza z niej sól spożywczą, produkty do zmiękczania wody oraz wyroby dla przemysłu i rolnictwa. Przedsiębiorstwo należy do Grupy Orlen.
Protest głodowy ma zwrócić uwagę na trudną sytuację nie tylko tego przedsiębiorstwa, ale także całej branży w Polsce. W tym na postępującą dewastacją polskich mocy produkcyjnych, czego wyrazem jest niedawna likwidacja zakładów sodowych Qemetica nieopodal Inowrocławia.
Protestujący apelują do rządu o szybkie działania na rzecz poprawy sytuacji w branży. Domagają się przejęcia przez państwo polskie aktywów zakładu Qemetica. Oczekują także zagospodarowania złóż soli Łanięta, Lubień i Damasławek na Kujawach oraz uruchomienia nowych warzelni soli. Z kolei wyrobiska powinny ich zdaniem być zagospodarowane na potrzeby magazynów kawernowych gazu, paliw płynnych, ropy naftowej oraz innych nośników energii, w tym wodoru.
Ich zdaniem brak takich działań zagraża istnieniu przedsiębiorstwa i miejsc pracy w nim, ale także stanowi problem z punktu widzenia kondycji ekonomicznej całego regionu.
Niemal 300 osób ma stracić pracę w jednym z największych zakładów w Wielkopolsce.
Związki zawodowe działające w zakładzie Signify w Pile przekazały, że szefostwo firmy poinformowało o planowanych zwolnieniach grupowych. Mają one objąć 295 osób.
„Jesteśmy w trakcie transformacji naszej działalności, która polega na odejściu od oświetlenia konwencjonalnego na rzecz energooszczędnych rozwiązań LED oraz zintegrowanych systemów oświetleniowych. W rezultacie wybrane procesy związane z technologią konwencjonalną w zakładzie w Pile są stopniowo wygaszane” – stanowisko szefostwa firmy cytuje portal epoznan.pl.
O zwolnieniach grupowych został poinformowany urząd pracy. Kolejne redukcje zatrudnienia mogą dotyczyć firm kooperujących z Signify.
Pracownicy trzech zakładów protestowali wczoraj przeciwko niszczeniu ich miejsc pracy.
Jak informuje portal Tysol.pl, przedstawiciele związków zawodowych demonstrowali w czwartek w Poznaniu w obronie miejsc pracy. Razem zgromadzili się pracownicy trzech zakładów: H. Cegielski-Poznań S.A., poznańskiej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego oraz Bydgoskich Zakładów Przemysłu Gumowego „Stomil”. Protestowali przeciwko dewastacji ich zakładów i miejsc pracy. Domagali się od wojewody zorganizowania spotkania z przedstawicielami m.in. Ministerstwa Aktywów Państwowych.
Dwa z tych zakładów są własnością publiczną – podlegają różnym podmiotom rządowym, a trzeci w dużej mierze zależy od państwa. Wszystkie trzy przeżywają kłopoty za rządów liberałów.
W zakładach Cegielskiego w ciągu dwóch lat pracę straciło 20 osób, jedna trzecia załogi. W Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” zwolnienia z pracy niedawno otrzymały 92 osoby. To duża część całej załogi, obejmującej przed zwolnieniami 134 osoby. Spora część zakładu idzie do likwidacji. W Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Poznaniu zostanie zwolniona połowa załogi – 60 na 120 osób.
Kilkuset pracowników protestowało i domagało się interwencji państwa. Wojewoda wielkopolska Agata Sobczyk przyjęła delegację protestujących i zapowiedziała niezwłoczne działania na rzecz zainteresowania władz centralnych sytuacją zakładów.
Wytrwałość i determinacja pracowników zaowocowały podwyżkami.
Podpisaniem porozumienia zakończył się spór zbiorowy w zakładzie Adient Seating Poland w Siemianowicach Śląskich. Akcja prowadzona przez Związek Zawodowy Kontra zaowocowała uzyskaniem podwyżek płac.
Spór zbiorowy trwał kilka miesięcy. Z powodu niechęci szefostwa zakładu do przyznania podwyżek, związkowcy sięgali po rozmaite metody. Były protesty, akcje ulotkowe, wywieszania transparentów z żądaniami, wsparcie ze strony innych związków działających w zakładach tej samej grupy kapitałowej. Determinacja się opłaciła. Po kolejnych negocjacjach podpisano porozumienie.
Od 1 marca wynagrodzenie zasadnicze wzrośnie o 1,50 zł brutto za każdą godzinę pracy dla wszystkich pracowników bezpośrednio i pośrednio produkcyjnych wynagradzanych stawką godzinową. Choć podwyżka nie jest duża, to rekompensuje część wzrostu kosztów życia, jest analogiczna jak w innych zakładach z branży motoryzacyjnej w regionie, a przede wszystkim została wywalczona w okresie dekoniunktury w tej branży.
Bezrobocie w lutym wzrosło znowu, a liczba osób bez pracy jest największa od lat.
Jak podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wstępne dane o poziomie bezrobocia mówią, że w lutym 2026 wyniosło ono 6,1%. To kolejny wzrost tego wskaźnika. W styczniu wynosił 6,1%, w grudniu 5,7%, a gdy liberałowie i lewica przejmowali władzę, w listopadzie 2023, wynosił 5%.
To samo dotyczy liczb bezwzględnych. Według danych resortu pracy, na koniec lutego 2026 r. zarejestrowanych było 956,2 tys. osób bezrobotnych. To o 22,1 tys. więcej niż w styczniu oraz o 109,6 tys. więcej niż w lutym 2025 r. W ciągu roku mamy zatem wzrost o ponad 10%. W lutym 2024 było takich osób 845 tys., a w lutym 2023 – 864 tys.
To wszystko oznacza, że bezrobocie w liczbach bezwzględnych rośnie już 9 miesiąc z rzędu. Poprzednim razem taka sytuacja miała miejsce na przełomie lat 2001 i 2002, jak sprawdziła redakcja portalu Business Insider. Z kolei tak duże pogorszenie rok do roku miało ostatnio miejsce w początkach 2021 roku w apogeum pandemii.
W województwie warmińsko-mazurskim bezrobocie przekroczyło już dawno niewidzianą w Polsce barierę dla któregokolwiek z województw i wyniosło tam w lutym aż 10,2%.
W dodatku dane GUS, które przytacza Business Insider, wskazują, że wskaźnik liczby wakatów na rynku pracy jest najniższy od czwartego kwartału 2020 r., czyli od pandemii. Na przykład w budownictwie liczba wolnych miejsc pracy spadła w ciągu roku aż o ponad 33%.
Coraz więcej młodych ludzi w Polsce nie ma pracy.
Jak informuje Business Insider, nowe dane Eurostatu wskazują wysoki i rosnący poziom bezrobocia wśród młodych.
Nowe dane Eurostatu przynoszą złe wieści na temat bezrobocia wśród młodych Polaków. Chodzi o osoby młode, które nie uczą się i chciałyby podjąć pracę. Wśród osób do 25. roku życia bezrobocie w Polsce wynosi obecnie 12,5%. Oznacza to, że badane wedle tej samej metodologii jest czterokrotnie wyższe niż w całej populacji. Średnia dla UE wynosi tylko dwa i pół razy więcej.
Obecny polski wskaźnik jest siódmym najwyższym w całej Unii Europejskiej. Co gorsza, rośnie on. Wiosną ubiegłego roku bezrobocie w grupie wiekowej do 25. roku życia wynosiło 10,9%. Mamy więc obecnie duży wzrost – o ponad półtora punktu procentowego i o ponad 15% w ciągu niespełna roku.
Według związkowców firma Valeo łamie zapisy porozumienia i zwalnia uczestników niedawnego strajku.
Jak informuje Gazeta Krakowska, powraca konflikt w zakładach firmy Valeo w Chrzanowie. Przed kilkoma miesiącami odbył się w nich strajk dotyczący poprawy warunków zatrudnienia. Strajk zakończył się porozumieniem. Jednym z jego zapisów, oprócz podwyżek płac, była deklaracja szefostwa firmy, że żaden z uczestników strajku nie będzie represjonowany w żaden sposób za udział w akcji, w tym zwolniony z pracy. Firma jednak nie dotrzymuje zobowiązania.
Działacze związku zawodowego Sierpień ’80, który prowadził strajk, informują, że 5 osób biorących udział w strajku straciło zatrudnienie. Nie przedłużono im umów o pracę. Decyzję motywowano albo nadmiarem zatrudnionych pracowników albo niską oceną konkretnej osoby. Nie zostały jednak zwolnione osoby niebiorące udziału w strajku, w tym zatrudnione za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, a pracownicy nagle nisko oceniani przepracowali w firmie kilka lat i wcześniej nie było zastrzeżeń do nich.
Z powodu złamania zapisów porozumienia kończącego strajk Sierpień ’80 zaapelował o interwencję w tej sprawie do szefowej Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – Agnieszki Dziemianowicz-Bąk oraz do wicewojewody małopolskiego Ryszarda Śmiałka.
Liderka związku Sierpień ’80 i strajku w Valeo, Katarzyna Jamróz, weźmie udział w jednej z debat podczas jubileuszowej imprezy z okazji 25-lecia naszego pisma: https://nowyobywatel.pl/jubileusz
OPZZ apeluje o wsparcie przemysłu wytwarzającego produkty gumowe.
Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych apeluje do rządu o wsparcie zakładów przemysłu gumowego, które znajdują się w kryzysie.
Przedsiębiorstwa produkujące komponenty gumowe takie jak Stomil Poznań S.A. czy Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A., są od dłuższego czasu w trudnej sytuacji ekonomicznej.
OPZZ wraz ze swoimi organizacjami członkowskimi podejmował szereg działań w celu poprawy ich kondycji oraz utrzymanie miejsc pracy. Zachowanie krajowej zdolności do produkcji komponentów gumowych to nie tylko kwestia ochrony miejsc pracy, lecz także element zapewnienia autonomii gospodarczej państwa oraz trwałego wzmocnienia jego bezpieczeństwa.
Niestety, mimo tych interwencji na początku bieżącego roku podjęto decyzję o rozwiązaniu spółki Stomil Poznań S.A., mimo że jej produkcja ma istotne znaczenie m.in. dla produkcji pojazdów kołowych używanych w przemyśle obronnym oraz na potrzeby Sił Zbrojnych RP.
Z problemami borykają się także Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A., dlatego OPZZ wystąpił do wicepremiera i ministra obrony narodowej, Władysława Kosiniaka-Kamysza z wnioskiem o zainicjowanie działań systemowych służących utrzymaniu krajowej produkcji komponentów gumowych o strategicznym znaczeniu dla sektora obronnego.
W piśmie OPZZ wskazał na kryzysową sytuację Bydgoskich Zakładów Przemysłu Gumowego Stomil S.A., które w związku z postępowaniem sanacyjnym rozpoczęły proces zwolnień grupowych i wypowiedziały umowy o pracę 92 z 134 pracowników. Skala redukcji zatrudnienia oznacza ryzyko trwałej utraty kompetencji technologicznych w zakresie produkcji wyrobów gumowych przez to przedsiębiorstwo oraz wyspecjalizowanej kadry, których odbudowa będzie bardzo kosztowna. Likwidacja zakładu wywoła negatywne skutki nie tylko dla lokalnego rynku pracy, ale także uzależni Polskę od zagranicznych dostawców, co należy uznać za rozwiązanie obarczone bardzo istotnym ryzykiem.
W ocenie OPZZ proces modernizacji Sił Zbrojnych RP i wzmacniania zdolności obronnych państwa powinien opierać się w możliwie szerokim zakresie na krajowej produkcji. Strategia obronna realizowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej musi pozostawać w ścisłej korelacji z polityką gospodarczą i przemysłową państwa. Budowa strategicznej autonomii wymaga zwiększenia roli państwa w procesach gospodarczych istotnych dla bezpieczeństwa państwa oraz inwestycji w przedsiębiorstwa działające na lokalnym rynku pracy, a także wykorzystania systemu zamówień publicznych do tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Jedną z form realizacji ww. podejścia jest podjęcie działań wspierających utrzymanie krajowej produkcji wyrobów gumowych.
Zapotrzebowanie na elementy gumowe w kraju będzie rosło w związku z procesem modernizacji Sił Zbrojnych RP i wzmacniania zdolności obronnych państwa. Istotnym kierunkiem pozostaje również zwiększenie udziału krajowych wyrobów gumowych na rynkach zagranicznych, w tym w kontekście przyszłej odbudowy Ukrainy.
Dlatego zasadne jest zagwarantowanie takim spółkom jak m.in. Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil S.A. nie tylko możliwości dalszego funkcjonowania, ale także stabilnego rozwoju, który będzie adekwatny do ich możliwości produkcyjnych i kompetencji załogi.
OPZZ zawnioskował zatem o niezwłoczne podjęcie przez wicepremiera i ministra obrony narodowej, Władysława Kosiniaka-Kamysza konkretnych decyzji, które zatrzymają proces likwidacji krajowych zdolności produkcyjnych w sektorze wyrobów gumowych.
W ocenie związku państwo nie może pozostawać bierne wobec upadku zakładów o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa i rynku pracy. Ochrona miejsc pracy oraz utrzymanie kompetencji technologicznych w obszarach powiązanych z obronnością jest obowiązkiem rządu.
Protest w obronie elektrowni i miejsc pracy w Rybniku.
Jak informuje portal Tysol.pl, w środę 200 osób manifestowało w Rybniku w obronie tamtejszej elektrowni i miejsc pracy w niej. Uważają oni, że rząd złamał umowę społeczną dotyczącą funkcjonowania w Elektrowni Rybnik bloków węglowych. Miały one działać co najmniej do roku 2030, ale rząd liberałów chce je zlikwidować wcześniej.
Protest rozpoczął się wraz z poranną zmianą w zakładzie. 200 osób – zarówno pracowników zakładu, jak i wspierających ich związkowców z innych zakładów – domagało się realizacji zapisów umowy społecznej. Jest ona łamana przez zarząd firmy PGE Górnictwo Konwencjonalne i Energetyka, do której należy rybnicka elektrownia. Już budowane są energetyczne bloki gazowo-parowe, które mają zostać uruchomione znacznie wcześniej niż planowano.
Nowe bloki gazowe oznaczają zatrudnienie około 65 osób do obsługi. Obecna załoga elektrowni liczy 440 osób. Oczywiste jest więc, że kolejna obietnica złożona pracownikom – że utrzymają pracę w zakładzie po zmianie paliwa – jest fałszywa. Bezrobocie dotknie kilkaset osób, nie licząc kooperantów obecnego zakładu.
A także górników z pobliskich kopalń. Elektrownia Rybnik jest bowiem odbiorcą węgla z okolicy. Przejście na paliwo gazowe oznacza zmniejszenie zbytu węgla. Cztery kopalnie w pobliżu Rybnika zatrudniają 10,5 tys. osób.
Protestujący podkreślali także aspekt bezpieczeństwa energetycznego. Bazowanie na rodzimym węglu oznacza suwerenność w zakresie wytwarzania energii. Tymczasem gaz jest importowany i podatny na rozmaite wahania związane z sytuacją militarną, geopolityczną itp.
Przedstawiciele władz powiatowych protestowali przeciwko traktowaniu szpitali przez rząd.
Jak informuje portal radia RMF FM, we wtorek pod siedzibą Ministerstwa Zdrowia protestowali przedstawiciele Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych oraz Związku Powiatów Polskich. Domagali się zmian w finansowaniu szpitali powiatowych, gdyż obecny model spycha wszelkie problemy na samorządy powiatów, co skutkuje coraz większą falą zamykania oddziałów w takich placówkach oraz ryzykiem likwidacji całych szpitali.
Protestujący zwracali uwagę na kluczowe problemy. Pierwszym są opóźnienia w przekazywaniu szpitalom środków przez NFZ. Skutkuje to brakiem płynności finansowej placówek. Szpitale teoretycznie mają zagwarantowane środki na ustalone zabiegi i procedury, ale NFZ przekazuje te środki z dużym opóźnieniem. Jest to spowodowane zarówno procedurami, jak i obecną sytuacją finansową NFZ, czyli zbyt niskimi budżetowymi nakładami na leczenie. To samo dotyczy zwrotu środków za działania szpitali finansowane z ich własnych budżetów. Po wielu miesiącach NFZ refunduje to, za co już dawno szpitale musiały zapłacić.
Drugim z problemów jest wedle protestujących to, że rząd w żaden sposób nie zapewnia środków na przyznawane kadrom szpitali ustawowe podwyżki stawek za pracę. Trzy lata negocjacji z Ministerstwem Zdrowia nie zmieniły nic w sprawie tego, że rząd gwarantuje kadrom medycznym podwyżki i branżowe stawki minimalne, ale nie zwiększa adekwatnie nakładów na ten cel. Zdaniem protestujących prowadzi to do fatalnej sytuacji, gdy wydatki na pensje są dokonywane kosztem nakładów na inne koszty leczenia. Prezes Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka mówił, że władze samorządowe nie są przeciwne podwyżkom płac w podległych im placówkach, ale nie są w stanie sfinansować ich przy obecnych nakładach rządowych na NFZ.
Protestujący mieli transparenty z hasłami: „Szpitale powiatowe nie chcą umierać na kolanach” oraz „Zdrowie – konstytucyjny obowiązek państwa, a nie problem powiatów”. Andrzej Płonka mówił: „Szpitale powiatowe zamykane są nie dlatego, że zamykają je samorządy powiatowe. Zamykamy je dlatego, że zabrakło środków z NFZ. Zamyka je minister, zamyka je rząd”.
W Łodzi odbył się protest lokatorów mieszkań komunalnych.
Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów zorganizowało wczoraj protest przeciwko polityce lokalowej władz miasta. Był on reakcją na śmierć czterech lokatorów mieszkań komunalnych podczas tej zimy, ale także przejawem krytyki pod adresem władz za całokształt polityki lokalowej.
Około 100 osób protestowało pod budynkiem Zarządu Lokali Miejskich. Domagali się oni daleko posuniętych zmian w polityce lokalowej. Uważają, że mieszkania i budynki komunalne są w fatalnym stanie – wiele z nich nie było remontowanych od dekad. Nie są też podłączone do sieci ciepłowniczej, co sprawia, że koszty ogrzewania przerastają możliwości mieszkańców. Zamiast ogrzewać, przebywają oni w chłodnych pomieszczeniach, z wszystkimi tego konsekwencjami zdrowotnymi. Jedna z lokatorek-emerytek mówiła mediom, że miesięczny koszt ogrzewania jej mieszkania prądem to 2000 zł, co oznacza konieczność wydania ogromnej części emerytury na elementarne ogrzanie. Niemal 30% lokali komunalnych w Łodzi jest ogrzewanych w ten sposób, a do sieci ciepłowniczej podłączono zaledwie 40% ogółu mieszkań miejskich.
Organizatorzy protestu oprócz problemu z ogrzewaniem i fatalnym stanem technicznym wielu budynków wskazywali także na konieczność zmiany polityki czynszowej w przypadku tak zaniedbanego zasobu. Uważają, że czynsze powinny być znacznie niższe, jeśli miasto nie zapewnia nawet podstawowego standardu.
Protestujący blokowali wejście do siedziby zarządu ZLM. Policja użyła siły wobec nich. Weronika Dąbrowicz z Łódzkiego Stowarzyszenia Lokatorów, cytowana przez portal tulodz.pl, mówiła: „Urząd Miasta, prezydent, Rada Miejska i Zarząd Lokalny Miejski mają gdzieś nasze postulaty. Mają gdzieś to, co mówimy. Jedynie co nam oferują, to drobne zmiany. Chcemy budynków, które są w dobrym stanie technicznym. Chcemy, żeby urząd reprezentował nas, a nie swoje interesy. Chcemy rozmów na temat tego, w jaki sposób robić politykę mieszkaniową”.
Do protestujących wyszedł Paweł Jędrachowicz, dyrektor Departamentu Mieszkalnictwa UMŁ, proponując spotkanie delegatom protestujących. Ci jednak nie zgodzili się i chcieli rozmawiać publicznie, przy udziale wszystkich zgromadzonych. Spotkanie zatem nie odbyło się. Protestujący mieli z sobą trumnę symbolizującą śmierć z wychłodzenia lokatorów mieszkań komunalnych.
O fatalnej polityce mieszkaniowej w Łodzi pisał dla nas w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” Damian Duszczenko. Numer wciąż do kupienia: https://nowyobywatel.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-4798/
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów
70 procent zatrudnionych straci pracę.
Jak informuje Express Bydgoski, wielka redukcja zatrudnienia właśnie dokonuje się w jednym z zakładów. W Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” zwolnienia z pracy otrzymały 92 osoby. To duża część całej załogi, obejmującej przed zwolnieniami 134 osoby.
Likwidacji ulega znaczna część przedsiębiorstwa. Produkcja zostanie utrzymana w wydziale płyt, wykładzin gumowych i sznurów przemysłowych. Zlikwidowane zostały wydziały produkcji węży hydraulicznych, węży przemysłowych oraz uszczelek i artykułów formowych.
Przedsiębiorstwo jest publiczne, należy do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu.
Nawet 200 osób może stracić pracę w kolejnej krakowskiej firmie redukującej zatrudnienie.
Jak informuje Kurier Krakowski, niepokój ogarnął załogę firmy Electrolux Poland – oddziału w Krakowie. Obawiają się o pracę, którą może stracić nawet 200 osób.
Najpierw poinformowano ich, że część zadań tego oddziału – procesów finansowych i księgowych – zostanie przeniesiona do Indii. 18 lutego firma przedstawiła im Plan Dobrowolnych Odejść – w ciągu trzech tygodni chętni mają się zgłosić i przyjąć zaoferowane warunki. Pracownicy twierdzą, że są na nich wywierane naciski, aby przystępowali do PDO. Sam plan nie ma jawnej i dostępnej postaci, lecz ma polegać na indywidualnych negocjacjach z szefostwem. Oznacza to brak możliwości porównania oferowanych warunków rezygnacji z pracy.
Nieoficjalne informacje mówią o redukcji 200 etatów.
Niemal połowa zatrudnionych w zakładzie straci pracę.
Jak informuje Głos Wielkopolski, niemal połowa pracowników Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Poznaniu zostanie zwolniona.
Zakład produkuje aparaturę do silników wysokoprężnych oraz części do samolotów. W ostatnim czasie ma miejsce duży spadek zamówień, a sytuacja finansowa firmy jest fatalna. Brakuje płynności finansowej, dwie ostatnie wypłaty pracownicy otrzymywali w ratach.
Zwolniona zostanie niemal połowa pracowników – 60 osób na nieco ponad 120 ogółem zatrudnionych. O pracę nikt nie może być spokojny. Przedsiębiorstwo jest od listopada objęte postępowaniem sanacyjnym. To oznacza, że zwolnieni mogą zostać absolutnie wszyscy, łącznie z kobietami w ciąży czy osobami w wieku przedemerytalnym. Średnia wieku w zakładzie wynosi około 50 lat, czyli są to osoby w wieku, w którym bardzo trudno znaleźć nowe zatrudnienie.
Jak co roku prosimy Was o przekazanie 1,5% podatku na wsparcie „Nowego Obywatela”. Nie kosztuje Was to ani złotówki, a od efektu zbiórki zależy w dużej mierze to, czy nasze pismo przetrwa.
Nie mamy bogatych sponsorów. Nasze pismo jest ubogie i wciąż walczy o przetrwanie. Tworzymy „Nowego Obywatela” w spartańskich warunkach – możemy tylko pomarzyć o budżetach, jakimi dysponują inne czasopisma, w tym większość niewielkich periodyków społeczno-politycznych.
Prosimy o Wasze wsparcie! Wystarczy w PIT wpisać wydawcę pisma – Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom oraz nasz numer KRS: 0000 248 901. Możecie skorzystać także z rozliczenia Waszych PIT-ów przez urzędy skarbowe. Żeby w tym modelu przekazać nam 1,5%, trzeba zalogować się w Portalu Podatkowym i skorygować swój PIT o nasz numer KRS. Nie stracisz ani złotówki, a nam bardzo pomożesz.
Co dostajecie w zamian? Pismo tworzone przez ideowców, nie dla pieniędzy – robimy swoje już ponad 25 lat (właśnie obchodzimy ćwierćwiecze istnienia), bez słomianych zapałów. Pismo konsekwentnie stojące po stronie słabszych grup społecznych. Pismo rzetelne – w każdym numerze publikujemy dobrze przygotowane analizy fachowców oraz obszerne i pogłębione wywiady. Pismo, które wyprzedza epokę – jako pierwsi lub jedni z pierwszych w Polsce pisaliśmy o tematyce dzisiaj głośnej i modnej, m.in. o ekologii, zapaści prowincji, szkodliwości neoliberalizmu, konieczności rozwiniętej polityki socjalnej, upadku i konieczności odbudowy transportu zbiorowego, reprywatyzacji, deglomeracji i wielu innych tematach. Pomóż nam nie upaść!
Liczymy na Wasze wsparcie! Dziękujemy!
Samorządy w woj. warmińsko-mazurskim, gdzie jest najwyższe bezrobocie, stracą większość środków na wsparcie poszukujących pracy.
Jak informuje portal TKO.pl, znana od kilku miesięcy decyzja rządu liberałów o znaczącym obcięciu nakładów na wsparcie w wychodzeniu bezrobocia, szczególnie mocno uderzy w woj. warmińsko-mazurskie.
Rząd Tuska w bezprecedensowy sposób zmniejszył w 2026 roku środki na Fundusz Pracy. Trafiały one corocznie do powiatowych urzędów pracy i wspierały wychodzenie z bezrobocia. W roku 2025 na ten cel przeznaczono 3,6 miliarda, a w roku obecnym będzie to tylko 2,1 mld. Realnie do samorządów trafi jeszcze mniej, bo tylko 1,7 mld. Co gorsza, środki z tego źródła służyły także współfinansowaniu projektów z Europejskiego Funduszu Społecznego, czyli faktyczne zmniejszenie środków na wychodzenie z bezrobocia będzie jeszcze niższe.
W woj. warmińsko-mazurskim część powiatów będzie miała na ten cel nawet o 84% środków mniej niż w roku ubiegłym. Tak będzie na przykład w powiecie kętrzyńskim. Bezrobocie w nim na koniec grudnia 2025 wynosiło 18 procent. Podobnie w powiatach braniewskim (16,8 proc.) i bartoszyckim (16,4 proc.). W całym województwie warmińsko-mazurskim bezrobocie szybko rośnie i w styczniu 2026 wyniosło już 9,9%. na jedną ofertę zatrudnienia zgłoszoną do powiatowych urzędów pracy przypadało w grudniu 2025 aż 22 bezrobotnych.
Władze powiatu kętrzyńskiego są przerażone taką skalą redukcji wsparcia w wychodzeniu z bezrobocia. Decyzja rządu oznacza wielomilionowy ubytek środków na staże, szkolenia, doposażenie stanowisk pracy oraz roboty publiczne. „Nie będzie zatrudnień do robót publicznych i prac społecznie użytecznych” – napisano w stanowisku samorządu powiatu.
Związek Powiatów Polskich w swoim stanowisku wylicza, że tegoroczna kwota dotacji podzielona przez liczbę osób pozbawionych zatrudnienia daje kwotę 850 zł na osobę na rok. To kwota, za którą realnie nie da się pomóc w znalezieniu zatrudnienia w jakiejkolwiek postaci.
Kolejne zwolnienia grupowe w Krakowie w branży technologicznej.
Jak informuje portal Interia Biznes, firma Sabre z branży technologicznej zapowiedziała zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić 60 osób w jej oddziale w Krakowie, gdzie przygotowywane jest oprogramowanie dla sektorów transportu i podróży.
Zwolnienia obejmą osoby z różnych działów. Są one wedle stanowiska firmy efektem automatyzacji i cyfryzacji części zadań. Sabre zatrudnia w Polsce około tysiąca osób.
Ubiegły rok był rekordowy od lat pod względem skali zwolnień grupowych, a sytuacja się nie poprawia.
Rok 2025 przyniósł niechlubny rekord pod względem zwolnień grupowych w Polsce. Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że w ciągu zaledwie dwóch lat skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 71%! W roku 2025 objęły one 29 500 osób, w roku 2024 było to 27 000, a w 2023 tylko 17 200 pracowników.
Najwięcej zwolnień grupowych w roku 2025 było w sektorze przetwórstwa przemysłowego – to aż 43% ogółu zwolnień grupowych. Kolejne miejsce zajęły transport i gospodarka magazynowa z 24% ogółu zwolnień.
Wraz z początkiem roku trend na rynku pracy są nadal fatalne. Bezrobocie wzrosło do poziomu niewidzianego od dawna – 6% w styczniu oznacza znaczny wzrost wobec grudnia (5,7%), a w ciągu dwóch lat rządów liberałów z poziomu 5%. Styczeń 2026 przyniósł także inne kiepskie dane. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było o 0,2% niższe niż w grudniu 2025 oraz o 0,8% niższe niż w styczniu 2025.
Portal wnp.pl przytacza dane Krajowej Izby Gospodarczej, której mówią o ubytku w sektorze przedsiębiorstw 9800 etatów w styczniu wobec grudnia. Tymczasem w styczniu tendencja była zwykle odwrotna. W analizie KIG czytamy, że „dane te są bardzo zaskakujące (negatywnie). Zazwyczaj statystyki stycznia pokazują wzrosty zatrudnienia. Ostatni spadek zatrudnienia w styczniu był odnotowany w 2021 roku – wtedy było to pokłosie trudnego, pandemicznego 2020 roku”.
Zaostrza się konflikt między związkami a szefostwem wielkiego producenta z sektora automotive.
Zaostrza się spór płacowy w zakładach firmy Adient w Bieruniu i w Siemianowicach. Szefostwo polskich oddziałów tej firmy odrzuca postulaty płacowe związkowców.
W Siemianowicach rokowania płacowe zakończyły się fiaskiem. Podwyżki o 1,5 zł brutto za każdą przepracowaną godzinę domaga się w tym zakładzie związek zawodowy Kontra. Początkowo szefostwo zakładu deklarowało podwyżkę o 3,5%, co dawało około 1,2 zł za godzinę. Jednak w trakcie rokowań przedstawili ofertę podwyżki płac o 1 zł, czyli w zasadzie jest to wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżka. Związkowcy odstąpili od tej formy negocjacji.
Teraz odbędą się tam mediacje wedle schematu przewidzianego polskim prawem, czyli z udziałem mediatora. Kolejne przewidziane prawem kroki są ostrzejsze. „Nie wykluczamy żadnych scenariuszy. Będziemy podejmować działania protestacyjne zgodne z prawem. Pracownicy oczekują realnych podwyżek, a nie kroków wstecz” – mówi Adam Klacka, lider Kontry w zakładzie.
W zakładzie tej firmy w Bieruniu także toczy się spór płacowy. „Solidarność” w Adient Seating (największy w skali świata producent foteli samochodowych) domaga się podwyżki stawki godzinowej o 1,8 zł brutto oraz dodatkowych premii wakacyjnych i świątecznych. Szefostwo zakładu jest gotowe przyznać podwyżki znacznie mniejsze, także i tutaj wynoszące 1 zł brutto. Zdaniem „Solidarności” taka podwyżka jedynie rekompensuje inflację, a stawki premii są w Adiencie jedne z najniższych w branży automotive w regionie.
Także i tutaj po bezowocnym zakończeniu negocjacji mają się odbyć mediacje. Sytuacja w zakładzie jest tym gorsza, że pracę straciły w nim niedawno 64 osoby z powodu zmniejszenia produkcji w zakładzie koncernu motoryzacyjnego FCA w Tychach, na potrzeby którego zakład wytwarza fotele.
Na Uniwersytecie Warszawskim narasta konflikt wokół lokalu w piwnicy Domu Studenta przy Krakowskim Przedmieściu 24. Studenci i studentki zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza złożyli 16 lutego br. apel do władz Uniwersytetu Warszawskiego, domagając się natychmiastowego zerwania umowy najmu z firmą Topgastro sp. z o.o. i przywrócenia w tym miejscu niekomercyjnego klubu studenckiego.
Jak wskazują autorzy apelu, uczelnia od lat toleruje sytuację, w której lokal formalnie przeznaczony na klub studencki funkcjonuje jako droga restauracja nastawiona na turystów, niedostępna dla większości studentów. Tymczasem umowa najmu – przedłużona w 2023 roku – zobowiązuje najemcę do prowadzenia działalności kulturalnej dla studentów, przeznaczania na ten cel co najmniej 5,5 tys. zł miesięcznie oraz regularnego raportowania programu i wydatków Zarządowi Samorządu Studentów UW.
Zdaniem studentów żaden z tych warunków nie jest realizowany. Jednostki uczelni miały potwierdzić brak jakiejkolwiek dokumentacji dotyczącej działalności kulturalnej, co – według sygnatariuszy apelu – oznacza rażące naruszenie umowy i obnaża bezczynność władz uczelni oraz samorządu studenckiego.
Spór dotyczy jednak nie tylko jednego lokalu. Studenci przypominają, że kampus centralny UW – mimo swojej skali i prestiżu – nie posiada dziś ani jednego klubu studenckiego. Ich zdaniem jest to efekt wieloletniej prywatyzacji i likwidacji przestrzeni studenckich, zapoczątkowanej w latach 90., na którą władze uczelni konsekwentnie się godziły. W apelu podkreślają, że Uniwersytet Warszawski posiada środki, doświadczenie i infrastrukturę, by prowadzić własną instytucję kultury studenckiej, lecz od lat z tej odpowiedzialności się nie wywiązuje.
Sygnatariusze domagają się oddania lokalu społeczności akademickiej i utworzenia w nim centrum kultury studenckiej finansowanego z budżetu uczelni. Zapowiadają także eskalację działań w przypadku dalszego ignorowania ich postulatów.
„Jeżeli uniwersytet nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszeni wziąć sprawy w swoje ręce” – piszą studiujący w apelu.
Oto cały apel:
Apel ws. klubu studenckiego w piwnicy „Domu Studenta”
W piwnicy budynku przy ul. Krakowskie Przedmieście 24 zajmowanego dziś w większości przez samorząd, przez dekady funkcjonował klub studencki. Od lat 60. do 1989 roku był to lokal o nazwie „Sigma”, a następnie „Kontra”. W latach 90. działało tam Akademickie Centrum Kultury Niezależnej oraz restauracja „Giovanni”. Od lat 2000. mieści się tam „Indeks”, który od lat działa jako zwykła restauracja oferująca posiłki w zupełnie nieprzystępnych dla społeczności studenckiej cenach – jak np. niesławny kotlet schabowy za 65 złotych.
W umowie zawartej pomiędzy najemcą Topgastro sp.z o.o. a Uniwersytetem Warszawskim czytamy, że „Lokal przeznaczony jest na klub dla studentów”. W tej samej umowie mowa jest o comiesięcznym przeznaczaniu środków na działalność kulturalną studentów oraz cyklicznym sprawozdawaniu Zarządowi Samorządu Studentów UW programu kulturalnego. Niestety, nie miało to nigdy miejsca – Dział Organizacji Zasobów Informacyjnych UW poinformował, że taka dokumentacja nie istnieje. Najemca nie wywiązuje się z postanowień umowy, a ZSS bezradnie rozkłada ręce. To wielka strata dla pokoleń studentek i studentów, które zostały tym samym pozbawione dostępu do niekomercyjnej przestrzeni kulturalnej, która wcześniej służyła im przed dekady.
Wobec tego:
1. Domagamy się zerwania umowy z najemcą lokalu w związku z niewywiązywaniem się z jej postanowień. Zgodnie z § 3 pkt 5 umowy:
Najemca oświadcza, iż będzie miesięcznie przeznaczał kwotę w wysokości minimum 5 538 zł netto na działalność kulturalną w lokalu. Wysokość wydatkowanych kwot na działalność kulturalną będzie przedmiotem kontroli i oceny ze strony Zarządu Samorządu Studentów UW. Najemca będzie sporządzać miesięczne raporty z poniesionych wydatków i przekazywać go – wraz z dołączonymi kopiami faktur/rachunków – do Zarządu Samorządu Studentów UW do 20-go dnia następnego miesiąca. Nieprzekazanie we wskazanym terminie przez Najemcę raportu dot. kosztów związanych z działalnością kulturalną może skutkować rozwiązaniem umowy najmu bez wypowiedzenia.
2. Żądamy zwrócenia tej przestrzeni bezpośrednio naszej społeczności i stworzenia w niej centrum kultury studenckiej oraz przeznaczenia na ten cel środków z budżetu uczelni.
Historia kultury studenckiej nieodłącznie wiąże się z klubami studenckimi – miejscami, w których w warunkach niekomercyjnych może rozwijać się alternatywna kultura, a artyści rozpoczynają swoje kariery niezależnie od pochodzenia. Studiujący mają gdzie odbywać dyskusje i nawiązywać tak cenne i potrzebne dla młodych ludzi. Przez wiele lat to właśnie w takich klubach, tworzonych oddolnie przez społeczność, powstawały zespoły muzyczne popularne w całym kraju, eksperymentowano z nowymi gatunkami i tworzono nowe nurty w sztuce. Ich kluczową rolę stanowiło właśnie budowanie społeczności, której odizolowanym studiującym dzisiaj tak desperacko brakuje. Kultura studencka umiera przede wszystkim dlatego, że nie mamy dostępu do fizycznej przestrzeni, w której mogłaby ona się rozwijać.
Uniwersytet posiada zaplecze – lokal, który z powodzeniem działał jako klub studencki, a także finanse, know-how i doświadczenie w organizacji instytucji kulturalnych, takich jak Radio Kampus, Teatr Hybrydy, chóry uniwersyteckie, czy miejsc otwartych dla społeczności takich jak Makerspace w budynku Wydziału Fizyki czy Inkubator UW. Nie ma żadnego powodu, dla którego uniwersytet nie miałby zapewniać swoim studentom i studentkom przestrzeni na integrację i twórczość. Tymczasem, po dekadach sukcesów w sferze kultury studenckiej, w latach 90. władze Uniwersytetu Warszawskiego pozwoliły na likwidację lub prywatyzację wszystkich naszych klubów studenckich – Hybryd, Proximy, Ubabu, czy Magistra. Cięcia w epoce Balcerowicza oraz dzika prywatyzacja przeprowadzona przez ówczesnych samorządowców skutecznie pozbawiły całe pokolenia studentów dostępu do przestrzeni, które przez dekady działalności wydały na świat wielu artystów oraz pozwoliły na zawarcie niezliczonych przyjaźni na lata. Dziś na przestrzeniach byłych klubów zarabiają prywatni przedsiębiorcy, a studenci i studentki nie czerpią z tego żadnych korzyści.
Społeczność studencka domaga się dostępu do kultury – poczynając od przestrzeni, w której ta kultura ma szansę powstawać. Jesteśmy gotowe do walki o powrót klubu przy bramie głównej. Jeżeli uniwersytet nie wywiąże się ze swojej roli i nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszone wziąć sprawy w swoje ręce.
Zgodnie z przestrogami związkowców, dotowana niemiecka stal zalewa polski rynek.
Jak informuje portal Interia Biznes, nasila się import stali z Niemiec do Polski. Zagraża to rodzimym producentom wyrobów stalowych i miejscom pracy w Polsce.
Polscy producenci stali znajdują się od dłuższego czasu w kryzysie. Do niedawna trwał nielimitowany import wyrobów stalowych do UE z krajów, które mają znacznie niższe koszty pracy i produkcji oraz nie są objęte wysokimi i kosztownymi normami emisyjnymi. Po długich staraniach Unia wprowadziła w końcu tzw. mechanizm CBAM, ustanawiający opłaty od importowanych produktów energochłonnych. Miało to dać oddech branży stalowej w Europie, w tym w Polsce.
Nic takiego nie ma jednak miejsca z powodu zalewania Polski stalą z Niemiec. Unia Europejska wprowadziła możliwość dotowania cen energii dla przemysłu ciężkiego przez kraje członkowskie, ale pozostawiła im dowolność w kwestii wysokości dopłat. Jak nietrudno się domyślić, największe dopłaty mogą zaoferować kraje duże i bogate. Tak zrobiły Niemcy, oferując swojemu przemysłowi znaczne subwencje do cen/kosztów energii. Związkowcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej alarmowali, że skutki tego będą opłakane dla przemysłu stalowego takich krajów. Koszty energii to jeden z głównych czynników cenotwórczych w produkcji stali, a kraje te nie są w stanie zaoferować takich dopłat, jak zamożne Niemcy.
Ich przewidywania potwierdziły się. Na polski rynek już masowo napływają tańsze niemieckie wyroby. Na razie są to głównie pręty żebrowane i blachy gorącowalcowane, wykorzystywane np. w budownictwie. Tylko w styczniu na polski rynek trafiło 40 tys. prętów żebrowanych, czyli dwa razy tyle, ile przed wprowadzeniem mechanizmu CBAM napływało do naszego kraju z Ukrainy.
Polskie pręty żebrowane kosztują około 2,65 tys. zł za tonę, tymczasem niemieckie, mimo wyższych kosztów pracy w tamtym kraju, są po wprowadzeniu dotowania cen energii sprzedawane u nas po 2,4 tys. zł za tonę. Krajowe blachy gorącowalcowane kosztują około 3,37 tys. zł za tonę, a niemieckie oferowane w Polsce są o 5% tańsze.
Polska branża stalowa od dawna apeluje o wprowadzenie dotacji do cen energii dla przemysłu w Polsce. Na razie bez efektów – rząd liberałów nie wyszedł poza niekonkretne obietnice.
Duże zwolnienia z pracy i likwidacja zakładu.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, zwolnienia grupowe ogłosiła i poinformowała o nich urząd pracy spółka Hexagon Agility Poland działająca w Słupsku. Pracę ma stopniowo stracić 96 osób. Spółka z branży paliw alternatywnych przeszła z rąk amerykańskich pod kontrolę kapitału norweskiego. Nowi właściciele podjęli decyzję o likwidacji polskiego oddziału. Popyt na produkty firmy maleje w Polsce.
Pierwsze 44 osoby stracą pracę już na koniec lutego. Reszta etatów i produkcji zostaną stopniowo zlikwidowane do września.
W styczniu bezrobocie w Polsce było najwyższe od czasów pandemii.
Bezrobocie w styczniu 2026 roku wyniosło w Polsce wedle wstępnych szacunków 6%. Oznacza to wzrost wobec z grudnia z poziomu 5,7%, a rok do roku z poziomu 5,4%. Gdy liberałowie obejmowali władzę, poziom bezrobocia wynosił 5%.
Jak informuje portal Interia Biznes, na koniec stycznia 2026 liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 934,8 tys. osób. Było to o 47 tys. więcej niż w grudniu 2025 i o 97,2 tys. więcej niż w styczniu 2025. Ten ostatni wskaźnik wzrósł w ciągu roku o 11,6%. Liczba bezrobotnych wzrosła w ciągu miesiąca w każdym z województw. W woj. warmińsko-mazurskim wskaźnik bezrobocia wynosi już 9,9%. Stopa bezrobocia wzrosła w ciągu miesiąca w 370 powiatach, a w 10 pozostała bez zmian, natomiast nie zmalała w żadnym polskim powiecie.
Zwiększenie się liczby bezrobotnych miesiąc do miesiąca było w styczniu 2026 już ósmym miesiącem z rzędu z taką tendencją. W roku 2025 o około 9% wyższa niż rok wcześniej była liczba osób dotkniętych utratą pracy w procedurze zwolnień grupowych, choć już 2024 był pod tym względem rekordowy od lat.
W dodatku w ciągu roku znacznie zmalała liczba wolnych miejsc pracy zgłaszanych do urzędów pracy – w styczniu 2026 było ich o 63,1 tys., czyli o 71,3% mniej niż w styczniu 2025.
Związkowcy apelują do sieci marketów, aby zwalniani pracownicy byli traktowani tak, jak w zachodnich oddziałach firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z „Solidarności” apelują do szefostwa sieci handlowej Carrefour o zapewnienie zwalnianym pracownikom lepszych odpraw i warunków wypowiedzenia. Niedawno polski oddział tej sieci handlowej ogłosił kolejne zwolnienia grupowe. Tym razem pracę ma stracić około 200 osób.
Związkowcy domagają się, aby zwalniani, nierzadko pracownicy z długim stażem, dostali godne odprawy. Firma chce im bowiem dać tylko tyle, ile wynika z zapisów Kodeksu pracy.
W ubiegłym tygodniu związkowcy zorganizowali protest przed siedzibą firmy. Paweł Skowron, przewodniczący „Solidarności” w Carrefour Polska, mówił podczas akcji protestacyjnej: „To, co widzimy, to Europa dwóch prędkości. My jesteśmy pracownikami ściany wschodniej względem Europy Zachodniej. W Europie Zachodniej pracownicy tej samej korporacji dostają wielokrotność wynagrodzeń, my zaś jesteśmy poszkodowani. To smutna konkluzja po ponad dwudziestu latach obecności Carrefour w Polsce. Dzisiaj przy zwolnieniach grupowych pracownicy zostaną z minimalną odprawą gwarantowaną przez państwo. To pracownicy firmy, którzy pracowali w święta, przynosili zysk tej firmie. Domagamy się godnej odprawy”.
Podczas tej samej pikiety Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń oraz Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, dodawał: „W Rumunii pracownicy po 10-letnim stażu pracy otrzymali 8-krotne wynagrodzenie przy odprawie, przy takich zwolnieniach. Osoby, które pracowały mniej niż 10 lat otrzymały 4-krotne wynagrodzenia. U nas pracodawca nie zaproponował dodatkowych odpraw. Pracownicy zostali tylko potraktowani kodeksowo, otrzymują kodeksowe odprawy i nic poza tym. To jest niebywałe”.
Dariusz Paczuski, przewodniczący Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”, w swoim wystąpieniu powiedział: „To wstyd po 20-30 latach pracy tak się rozliczać z pracownikami. Kiedy ogromne międzynarodowe koncerny przychodziły do Polski robić interesy to robiły to na garbach tych ludzi, naszych koleżanek, kolegów i wypracowały ogromny majątek. To my społeczeństwo robiąc zakupy w sieciach handlowych, zagranicznych sieciach handlowych spowodowaliśmy, że dzisiaj są to ogromne koncerny. W Polsce zdobyły dominującą pozycję. I za te wszystkie lata te koncerny tak się z nimi rozliczają”.
Upada przedsiębiorstwo w Łodzi, pracownicy zostali bez pensji.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, upada firma Proteon Pharmaceuticals z Łodzi. To przedsiębiorstwo z dziedziny biotechnologii. Specjalizuje się w dodatkach do pasz na bazie bakteriofagów – technologia pozwala znacznie ograniczyć podawanie antybiotyków zwierzętom.
Jeszcze przed kilkoma laty firma zatrudniała około 200 osób. W roku 2024 dokonała zwolnień grupowych o skali 50 osób. W 2025 odchodzili kolejni. Latem ubiegłego roku załoga liczyła już tylko 70 osób, a płace zmniejszono o 18%. Od kilku miesięcy pensje nie są w ogóle wypłacane. Firmę próbuje się postawić w stan upadłości, ale nie zatwierdził tego jeszcze sąd.
Kontrole Państwowej Inspekcji Pracy wykazały duże zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń i innych należności pieniężnych. Wynoszą one nawet pół roku i kilkadziesiąt tysięcy złotych, a dotyczą co najmniej 70 osób.
Firma upada, choć w roku 2025 uzyskała pozwolenie na sprzedaż swoich produktów w Unii Europejskiej – wcześniej produkowała je na rynki obu Ameryk.
Narodowy Fundusz Zdrowia wciąż nie zapłacił szpitalom ponad 2 mld zł za leczenie pacjentów w programach lekowych w 2025 r. To pieniądze za terapie, które już podano.
Szpitale, które realizują programy lekowe, muszą najpierw samodzielnie pokryć koszty terapii, zanim NFZ je rozliczy i za nie zapłaci. Jeśli są opóźnienia w płatnościach, placówki „kredytują” płatnika, aby móc dalej leczyć i kwalifikować do programów kolejnych chorych.
To nie jest problem pojedynczych terapii ani jednej grupy pacjentów. Z danych zebranych przez Federację Przedsiębiorców Polskich wynika, że szpitale nie otrzymały pełnych płatności zarówno za leczenie onkologiczne, jak i nieonkologiczne. Do tej pory NFZ rozliczył niespełna 14 mld zł za ubiegły rok. Na pozostałe środki placówki wciąż czekają, a zaległości dotyczą również drugiego i trzeciego kwartału ubiegłego roku.
Szpitale czekają na rozliczenie m.in. leczenia pacjentów z nowotworami hematoonkologicznymi, takimi jak ostra białaczka limfoblastyczna czy chłoniaki T- i B-komórkowe. Podobna sytuacja dotyczy nowotworów kobiecych. Za leczenie raka szyjki macicy Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił tylko 70 proc. należnych kwot, a w przypadku raka endometrium – 55 proc.
W programach lekowych dla pacjentów z chorobami nieonkologicznymi zaległości obejmują m.in. leczenie chorób nerek, choroby Parkinsona oraz leczenie profilaktyczne pacjentów po przeszczepach. Duże braki widać w leczeniu kardiomiopatii – tu NFZ uregulował 63 proc. zobowiązań – oraz miastenii, gdzie zapłacono tylko połowę należności.
„Ratujmy życie i zdrowie pacjentów poprzez umożliwienie im realnego dostępu do programów lekowych, zapewniając ich stabilne finansowanie” – mówiła prof. Alina Kułakowska w listopadzie, podczas prezentacji raportu „Dostępność programów lekowych w ocenie pacjentów”. W swojej wypowiedzi podkreślała, że programy lekowe przynoszą świetne efekty terapeutyczne i ekonomiczne. Apelowała do decydentów o niezmarnowanie tego, co już poprzez programy lekowe zostało osiągnięte, a co można stracić poprzez niestabilne ich finansowanie. Wskazała, że w neurologii kontrakty w regionach na realizację programów lekowych są niższe średnio o 16% vs rok poprzedni, co generuje nadwykonania, będące ogromnym problemem dla szpitali.
Programy lekowe są istotne dla zdrowia pacjentów. Federacja Przedsiębiorców Polskich zawnioskowała o omówienie tej kwestii podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia, które ma się odbyć 18 lutego 2026 r. FPP oczekuje informacji o planowanym terminie uregulowania zaległych zobowiązań oraz przedstawienia zbiorczych danych dotyczących wartości kontraktów na programy lekowe w 2026 r.
Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami mówią: „dość, chcemy swojego rzecznika, bo dla systemu jesteśmy niewidzialni”.
Brak informacji do kogo zgłosić się o pomoc, na temat dostępnych metod leczenia i przysługujących świadczeń, to największy problem dnia codziennego dla 75% rodziców dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami – pokazują wyniki ankiety Fundacji Espero – Nadzieja Dla Dzieci. Dużym zmartwieniem są również długie kolejki do specjalistów lub brak lekarzy w miejscu zamieszkania. Jakby było mało, te wyzwania generują kolejne problemy. Z powodu „chorób” systemu opiekunowie dzieci cierpią na bezsenność, depresję, odczuwają lęk i wypalenie. Blisko 9 na 10 pytanych rodziców przyznaje, że w ciągu ostatniego roku przeżyło kryzys psychiczny. Powołanie rzecznika, który zadbałby o ich prawa i potrzeby wraz z nowym, kompletnym systemem wsparcia, jest szansą na zmianę złej sytuacji.
● Średni czas oczekiwania na pierwszą wizytę w poradni dla dzieci z autyzmem w Warszawie, w ramach NFZ wynosi około 477 dni. Dla porównania, w stolicy Dolnego Śląska „tylko” 300. Czas kwalifikacji na terapię zajęciową może trwać nawet dziewięć miesięcy.
● Aby ominąć kolejkę, można wybrać placówkę prywatną. Godzina terapii indywidualnej to koszt nawet 220-260 zł. Wysokość zasiłku pielęgnacyjnego to niecałe… 216 zł.
● W Warszawie, w placówkach publicznych pracuje mniej niż 10 kardiologów dziecięcych specjalizujących się we wrodzonych wadach serca. Za mało w stosunku do potrzeb, ale w Toruniu jest ich 2. Problem jest także z innymi specjalizacjami.
● 70% rodziców pytanych przez fundację czeka co najmniej 3 miesiące na wizytę u specjalisty. 2/3 przyznaje, że brak terminu wizyty lub brak koordynacji pogorszył sytuację zdrowotną dziecka.
Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami?
Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami to praca na cały etat przez całą dobę. Z zerowym wynagrodzeniem, za to wymagająca stuprocentowego poświęcenia. Dzień wyznaczają godziny podawania leków, rehabilitacji, wizyt u specjalistów i reagowania na nagłe pogorszenia stanu zdrowia. Nie dziwi więc, że bardzo często oznacza konieczność rezygnacji z pracy zawodowej lub jej znaczącego ograniczenia, przynajmniej jednego z rodziców. Z danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że zdecydowana większość osób pobierających świadczenie pielęgnacyjne to rodzice, którzy wycofali się z rynku pracy, by sprawować stałą opiekę nad dzieckiem. – „Chcąc zapewnić córce odpowiednią opiekę, musiałam zrezygnować z pracy. Żyjemy z jednej pensji, nasza pięcioosobowa rodzina. Nie jest w stanie zapewnić wszystkiego, więc każdy dzień to stres, liczenie pieniędzy. I są te ciągłe wyrzuty sumienia, bo przecież jest jeszcze siostra bliźniaczka Łucji i nasz starszy syn. Nie ma mowy o tym, żeby zapewnić im możliwość uczestniczenia w jakiś dodatkowych zajęciach, kupić coś ładnego. Żyją w cieniu swojej siostry” – mówi Barbara Kacprzak, mama ośmioletniej Łucji cierpiącej na padaczkę i afazję (zaburzenie mowy i rozumienia języka, które pojawia się na skutek uszkodzenia mózgu), podopiecznej Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci.
Tak swoją codzienność opisuje Kornelia Wilk, mama sześcioletniego Tomka, podopiecznego Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci, który urodził się z poważną wadą serca pod postacią wrodzonego zwężenia lewego ujścia tętniczego: „Od ponad roku jestem samotną mamą trzech chłopców, z czego dwójka to dzieci z niepełnosprawnościami. Opieka nad nimi to ogromne wyzwanie. Jednak nasze życie jest podporządkowane głównie najmłodszemu, Tomkowi. Wizyty lekarskie to praktycznie codzienność. Co kilka miesięcy jesteśmy w szpitalu na badaniach kontrolnych, żeby sprawdzić, czy wszystko jest okej. Syn przeszedł dwie operacje kardiologiczne, a kolejne dwie są jeszcze planowane w niedalekiej przyszłości. Codziennie również rehabilitujemy Tomka, bo ma problem z napięciem mięśniowym przez operacje. To wszystko wymaga ode mnie logistyki na najwyższym poziomie. Na każdą wizytę czy turnus zabieram całą trójkę, bo nie zawsze ma kto zostać z chłopcami. Staram się godzić opiekę nad dziećmi z pracą. Obecnie pracuję, ale z tym nie zawsze jest łatwo, bo nie każdy pracodawca jest wyrozumiały. Czasem jest tak, że w ciągu dnia trzeba wyjść z pracy, bo dziecko mnie potrzebuje”.
Co ważne, nie chodzi po prostu o stałą obecność przy chorym dziecku, ale o zapewnienie specjalistycznej opieki. Rodzice muszą w przyspieszonym tempie zdobyć umiejętności posiadane przez ratowników medycznych czy pielęgniarki, nauczyć się podstaw farmakologii, rehabilitacji oraz procedur postępowania w sytuacjach kryzysowych. Równolegle śledzą zmiany w prawie, pilnują terminów kolejnych wizyt i każdego dnia szukają środków finansowych na leczenie. Świadczenia, na które mogą liczyć od państwa, są kroplą w morzu potrzeb.
Walka z systemem jak z wiatrakami
Zasiłek pielęgnacyjny, świadczenie mające pokryć część wydatków związanych z zapewnieniem opieki dziecku z niepełnosprawnościami lub przewlekle choremu, wynosi obecnie 215,84 zł miesięcznie. Świadczenie opiekuńcze to 3287 zł miesięcznie. Mimo podwyższenia tej kwoty w ostatnim czasie, w praktyce rzadko rekompensuje utratę dochodu i nie pokrywa kosztów intensywnej rehabilitacji, prywatnych wizyt lekarskich czy dojazdów do ośrodków specjalistycznych. Świadczenie otrzymują rodzice, którzy rezygnują z pracy lub jej nie podejmują, aby opiekować się dzieckiem. – „Jedna godzina jednej terapii to wydatek 200-300 zł. Łucja potrzebuje nawet 5 godzin zajęć w tygodniu, by można było mówić o ciągłości leczenia. Potrzebuje pomocy neurologopedy – kluczowego specjalisty przy afazji. Jest ich w Polsce bardzo niewielu. Trudno się do nich dostać, a ceny wizyt są astronomiczne” – podaje Barbara Kacprzak, mama Łucji.
Z tymi wyzwaniami mierzą się również dziadkowie i babcie. Jedną z nich jest Wanda Wilaszek, dzielna babcia wychowująca sześcioletnią Sabinę w spektrum autyzmu i ze zdiagnozowaną niepełnosprawnością intelektualną: „Sabinka każdego dnia przez pięć godzin uczęszcza do punktu terapeutycznego dla dzieci w spektrum. Miesięczny koszt to 2,5 tys. zł. Oprócz tego ma jeszcze zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym, chodzi na rehabilitację neurologiczną. To wszystko są straszne koszty. Za samą rehabilitację płacimy 3 tys. zł miesięcznie. Od nowego roku godzina rehabilitacji kosztuje 240 zł. W tym momencie z mężem stać mnie na rehabilitację raz w tygodniu, chociaż wiem, że tych spotkań powinno być zdecydowanie więcej, bo widzę, jak Sabince pomagają. Brakuje na wszystko, ale człowiek spod ziemi wykopie, skądś znajdzie pieniądze, żeby dziecko miało”. Zwraca też uwagę na to, jak czasem system opieki zdrowotnej jest bezlitosny dla rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami. Toczą nierówną walkę z biurokracją i limitami na świadczenia: „Sabinie odebrali siódmy punkt orzeczenia o niepełnosprawności i nie wiemy, dlaczego” – komentuje Wanda Wilaszek.
Zapis – wspomniany siódmy punkt, dotyczy potrzeby opieki lub pomocy ze strony innej osoby, określa, czy dziecko: wymaga stałej lub długotrwałej opieki, potrzebuje pomocy w codziennym funkcjonowaniu w stopniu większym niż zdrowe dziecko w tym samym wieku. Dlaczego jest tak ważny dla rodziców wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami? Uprawniają opiekuna do pobierania świadczenia pielęgnacyjnego i jest podstawą do wypłacenia zasiłku pielęgnacyjnego. – „Nie mamy w tej chwili pieniędzy ze świadczeń, które powinny nam przysługiwać ze względu na stan Sabinki i nie wiem dlaczego. Odwołałam się od decyzji, czekamy na kolejną komisję. Jednocześnie Sabince przyznano szósty punkt, gdzie piszą, że wnuczka wymaga rehabilitacji, pomocy, całodobowej opieki, a mnie odesłano do opieki społecznej i placówek państwowych, by zapewnić jej pomoc. Tylko terminy na rehabilitację są tak długie, że gdybym czekała, stan Sabinki mógłby się pogorszyć, a na pewno efekty dotychczasowej pracy zostałyby zaprzepaszczone, chociażby w zakresie mówienia. Kiedyś Sabinka zupełnie nie mówiła, teraz dzięki rehabilitacji i pracy ze specjalistami, jesteśmy w stanie się z nią porozumieć. Ta bezsilność rodzi we mnie złość” – kontynuuje Wanda Wilaszek.
Kornelia Wilk przyznaje, że gdyby nie pomoc Fundacji Espero, nie byłaby w stanie zapewnić odpowiedniej opieki synowi: „Bez zbiórek oraz wpłat z 1,5% podatku, naprawdę ciężko byłoby spiąć domowy budżet. Szczególnie, że jednak większość badań i lekarzy trzeba załatwiać prywatnie, bo po prostu są szybsze terminy, a nie możemy sobie pozwolić, by na wizyty, np. u kardiologa czekać tygodniami”.
Diagnoza to początek
Bezsilność to uczucie doskonale znane rodzicom chorych dzieci, którzy latami czekają na właściwą diagnozę, a każdego dnia walczą o wizyty u specjalistów. – „Łucja ma siostrę, bliźniaczkę. Mamy też starszego syna, więc widziałam, że coś jest nie tak, że rozwój Łucji jest inny. Długo nie było z córką żadnego kontaktu wzrokowego. Zaczęła chodzić, jak miała osiemnaście miesięcy, mówić dopiero mając sześć lat. Nie było diagnozy, nie wiedziałam, gdzie się mamy kierować po pomoc, co robić. Gdyby nie przedszkole, do którego trafiła córka – takie zwykłe, nie terapeutyczne, ale z bardzo dobrą kadrą, to podejrzewam, że do dziś bylibyśmy bez pomocy. Dopiero w przedszkolu nas pokierowali, podpowiedzieli, żeby iść do psychologa, zrobić odpowiednie testy. I tak się zaczęła walka o zdrowie dziecka. Dziś wiem, że straciliśmy kilka lat” – mówi Barbara Kacprzak i zaznacza, że diagnoza to dopiero początek, brakuje holistycznego podejścia do leczenia dzieci przewlekle chorych, z niepełnosprawnościami. – „Łatwo leczy się dzieci zdrowe. Bo jeżeli wiem, że dziecko utyka, to idę do ortopedy. Ale jeżeli widzę, że z moim dzieckiem ewidentnie coś złego się dzieje, jego stan się pogarsza, a pediatra udaje, że nie ma problemu, to gdzie mam się udać? Łucja byłaby dziś w zdecydowanie lepszym stanie, gdy otrzymała właściwą diagnozę i pomoc na czas” – zaznacza Barbara Kacprzak. Z kolei Kornelia Wilk przyznaje: „Najgorzej było na samym początku, po diagnozie. Nie miałam żadnej wiedzy na temat wad serca, a musiałam podejmować szybko decyzję dotyczące leczenia. Doczytywałam w Internecie, lekarze na oddziale sporo mi mówili, ale wiedziałam, że jak tylko wyjdziemy z synem ze szpitala, zostanę ze wszystkim sama. Oprócz tego, że miałam umówioną kontrolę na kolejną wizytę, to tak naprawdę nie wiedziałam, co dalej”.
Zdani na siebie
Historia Aleksandry Jeleńczak, mamy ośmioletniej Zuzi pokazuje, że przez wady w systemie rodzice dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami są zmuszeni do szukania pomocy na własną rękę. Poświęcają mnóstwo czasu, by się dokształcać w tematach medycznych. Spędzają długie godziny w sieci, wynajdują kolejne terapie – łapią się wszystkiego, co może pomóc ich dzieciom. A co na to system? Karze takich rodziców. – „Moja córka, Zuzia jest w spektrum autyzmu, do tego dochodzą problemy metaboliczne, anomalie budowy krtani, przede wszystkim ma zespół Coffina-Sirisa. To rzadka wada genetyczna, która wpływa na rozwój mózgu i całego organizmu. W przypadku Zuzi jest związana z uszkodzeniem genu SOX4. Dzieci z takim rozpoznaniem żyje ok. 40 na całym świecie. Przy tak rzadkich chorobach rodzic nie jest wysłuchany i nie jest traktowany serio. W rozmowach z lekarzami specjalistami jestem często odbierana jako ta najmądrzejsza na świecie. A ja tylko staram się tłumaczyć, z czym zmaga się na co dzień moje dziecko. Poświęciłam mnóstwo czasu i energii, by w ogóle dowiedzieć się, o co chodzi, jakie są rokowania. Prawda jest taka, że jest dosłownie kilku lekarzy, którzy traktują jak partnera medycznego w walce o zdrowie i życie mojego dziecka. Jestem samotną mamą i lekarze też nie zawsze rozumieją moją sytuację. Nie jestem w stanie się rozdwoić i załatwiać kilku spraw jednocześnie” – mówi Aleksandra Jeleńczak.
Rodzice z miast wojewódzkich czy większych ośrodków miejskich i tak są w lepszej sytuacji – chociaż zderzają z długimi terminami wizyt u lekarzy specjalistów, mają do nich ułatwiony dostęp. W wielu regionach Polski brakuje kardiologów dziecięcych, neurologów czy rehabilitantów. Rodzice zmuszeni są do częstych podróży po całym kraju, co generuje dodatkowe koszty i zabiera czas, który mogliby poświęcić dziecku.
Rodzina w cieniu choroby
Z czasem pojawia się zmęczenie, izolacja społeczna i wypalenie. Badania organizacji pacjenckich wskazują, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami znacznie częściej doświadczają objawów depresji i chronicznego stresu, a jednocześnie mają ograniczony dostęp do systemowej pomocy psychologicznej. – „Czasami jak jest naprawdę ciężko, to usiądę sobie w kąciku i po cichu sobie popłaczę. Wtedy mi lepiej. Czasami człowiek w pewnych momentach jest bezsilny. Mam już 62 lata i czasami myślę, co będzie, jak zabraknie mnie i męża. Kto będzie wtedy opiekować się naszą wnuczką? Mieszkamy w starej, przedwojennej kamienicy. Ogrzewanie kosztuje bardzo dużo i nie są to warunki do wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami. Spędzam dużo czasu w Urzędzie Miasta, pytam, czy byłaby możliwość zapewnienia Sabince mieszkania, ale w urzędzie tylko wzruszają ramionami, bo lista oczekujących jest długa. Proszę Boga codziennie, żeby dał mi siłę i zdrowie, żebym jeszcze mogła jak najdłużej się nią opiekować” – uważa Wanda Wilaszek.
Rzecznik potrzebny od zaraz
W Polsce mamy Rzecznika Praw Dziecka, swojego rzecznika mają również pacjenci. A kto dba o prawa rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami? – „Nikt. Rodzice mogą liczyć na wsparcie takich organizacji jak nasza. Brakuje podmiotu, który reprezentowałby rodziców, kluczowych uczestników systemu opieki. Postulujemy powołanie Rzecznika Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami, ponieważ rodzice nie potrzebują zastępstwa w opiece i dbaniu o swoje dzieci, lecz partnera – instytucji, która pomoże im poruszać się po systemie, reagować na bariery” – komentuje Patrycja Rudnicka, Prezes Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci i dodaje: „Rodziny dzieci z niepełnosprawnościami są dziś przeciążone i pozostawione same sobie. System wsparcia jest rozproszony, a przez co rodzice stają się jedynymi koordynatorami całego procesu leczenia. Chcemy, żeby przestali dźwigać wszystko sami: leczenie, szkołę, rehabilitację, świadczenia, odwołania i walkę z instytucjami”.
Na czym miałaby polegać rola rzecznika? Chodzi o powołanie rzecznika, czyli organu, który interweniuje, wymaga odpowiedzi od szpitali, urzędów, monitoruje przestrzeganie i chroni praw rodziców, inicjuje zmiany legislacyjne oraz dba o to, by pomoc była spójna, przewidywalna i dostępna w praktyce. Rzecznik miałby nadzór nad Centralnym Punktem Koordynacji Wsparcia (CPKW) – jedno miejsce kontaktu, które kieruje sprawę dalej, oraz Wojewódzkimi Punktami Koordynacji Wsparcia (WPKW) – punkty, w których rodzina otrzymuje realne wsparcie zespołu, a nie tylko informację. Patrycja Rudnicka zaznacza, że pomysł jest przemyślany i czytelny dla rodziców, został opracowany również o oparciu o konsultacje z rodzicami: „Nasz plan przewiduje sześć kroków. Najpierw rodzic zgłasza się do CPKW, online lub poprzez infolinię. Następnie sprawa trafia do punktu koordynacji wsparcia w danych województwie. Rodzina otrzymuje koordynatora, czyli osobę, która pomaga «przejść przez system»: planuje kroki, pilnuje terminów i wspiera w kontaktach ze szpitalami, klinikami, oraz Indywidualny Plan Wsparcia – IPW. W kolejnym kroku koordynator uruchamia wsparcie prawne i/lub psychologiczne. Z naszych doświadczeń wynika, że wsparcie w pisaniu odwołań, pism w obronie praw rodziców i dziecka oraz w sporach ze szkołą czy instytucjami jest często potrzebne. Nieco mniej niż połowa naszych ankietowanych w ciągu ostatnich dwóch lat przynajmniej raz składała odwołanie od wydanej decyzji. Wsparcie psychologiczne również jest niezbędne, bo gdy choruje dziecko, choruje cała rodzina. W sprawach pilnych uruchamiana jest interwencja. Jeżeli dana instytucja, która ma zająć się leczeniem dziecka, nie współpracuje – sprawa trafia do Rzecznika” – wyjaśnia Patrycja Rudnicka.
Co o pomyśle myślą rodzice i opiekunowie? 90% osób biorących udział w ankiecie Fundacji Espero popiera utworzenie takiej inicjatywy i zaproponowanego przez organizację systemu wsparcia. – „Nie oczekuję po rzeczniku, że uzdrowi Łucję i będzie odpowiedzią na nasze wszystkie problemy. Wystarczy, żeby ktoś udzielał takim rodzicom jak my kluczowych informacji, żeby nie byli sami w momencie diagnozy, żeby dostali wsparcie i wiedzieli, do jakich specjalistów mają się kierować. Żeby to był ktoś, kto będzie mieć czas dla rodziców i będzie im wszystko wyjaśniać. Nierzadko wracamy z wizyty lekarskiej czy szpitala z kolejnymi pytaniami. To, że rodzic wychodzi od lekarza z plikiem dokumentów w ręku, to jeszcze nie oznacza, że rozumie, co jest w nich napisane i jak je wykorzystać. Spędziłam pięć lat w Internecie, na Facebooku, zanim poznałam innych rodziców wychowujących dzieci z afazją i w spektrum autyzmu. To od nich dowiedziałam się, co robić, jak kierować leczeniem mojej córki. Nie chcę, żeby inni rodzice przez to przechodzili. Dzieci takie jak moja córka są świadome swojej inności i niekoniecznie muszą nazywać ją niepełnosprawnością. Potrzebują nie tylko terapii czy rehabilitacji, ale również wsparcia psychologicznego, co są izolowane przez rówieśników. Rzecznik powinien również rozwiązać tę kwestię” – Barbara Kacprzak.
Podobne oczekiwania ma Aleksandra Jeleńczak: „Życzyłabym sobie, aby «nasz» rzecznik nie tylko pomagał trafić do odpowiednich specjalistów, ale również zajął edukacją lekarzy w kontaktach z rodzicami. Muszą wiedzieć, że rodzic w chorobach rzadkich to partner dla lekarza, a nie wróg numer jeden, który utrudnia im pracę. My naprawdę nie oczekujemy cudów, ani tego, że ktoś nas zastąpi w opiece nad dziećmi. Chcemy, żeby cały system był przyjaźniejszy i pomagał w budowaniu relacji rodzic – lekarz. Bez niej pomoc jest niekompletna. Naprawdę pilnie potrzebny jest ktoś, kto dodatkowo skoordynuje pomoc i będzie prawdziwym rzecznikiem” – zaznacza mama. Z kolei Wanda Wilaszek docenia wsparcie psychologiczne, które miałoby być dostępne w ramach Wojewódzkich Punktów Koordynacji Wsparcia: „W Warszawie powstała grupa dla babć z rodzin zastępczych. Można tam iść, wygadać się, tylko nie mam na to czasu i możliwości, bo ktoś musi zostać z Sabinką. A mąż dorabia jeszcze na emeryturze, ma pracę zmianową, więc jestem uzależniona od niego. Jesteśmy zdani sami na siebie. Nie mam do kogo pójść po pomoc i się pożalić. Mogę iść do psychologa, ale taka wizyta kosztuje 300 zł za godzinę. Może Rzecznik Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami by coś zmienił. Przynajmniej miałby kto nas wysłuchać” – zauważa Wanda Wilaszek.
Samorządy krytykują nową wersję rządowego programu mającego przeciwdziałać smogowi.
Jak informuje Portal Samorządowy, wiele krytycznych opinii samorządów lokalnych odnosi się do nowej wersji rządowego programu Czyste Powietrze. Program ma z założenia ograniczać niską emisję i zapewniać przejście na czyste źródła ogrzewania. Po zmianie władzy również ten program spotkały zmiany. Opinie władz lokalnych na ten temat zebrała organizacja Polski Alarm Smogowy.
Samorządy przede wszystkim krytykują długie procedury, zawiłości biurokratyczne i wykluczenie uboższych mieszkańców z nowej wersji programu. Potwierdzają to twarde dane: liczba wniosków o dofinansowanie w przechodzeniu na czyste źródła ogrzewania spadła ponad czterokrotnie. Od 31 marca 2025 do końca ubiegłego roku złożono niespełna 50 tysięcy wniosków o dofinansowanie. Rok wcześniej w analogicznym okresie było to ponad 205 tysięcy wniosków.
W ankiecie Polskiego Alarmu Smogowego przedstawiciele samorządów lokalnych podkreślają przede wszystkim wielomiesięczne procedury, uznaniowość w interpretowaniu regulaminu, zmiany zasad i decyzji – wszystko to w wykonaniu pracowników Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska, którzy odpowiadają za wdrażanie programu. Znacznie wzrosła liczba oczekiwanych dokumentów, wyjaśnień, certyfikatów itp. Zanim zostaną one dostarczone, wstrzymywane są wypłaty środków. Dochodzi nawet do arbitralnego zmniejszania dotacji na prace i wydatki już wykonane wedle wcześniej ustalonych i zatwierdzonych kwot.
Procedury trwają bardzo długo. Przedstawiciele samorządów zwracają uwagę, że nie tylko samo przekazywanie środków, ale także wiele procedur formalnych trwa bardzo długo, np. na sam numer umowy z WFOŚ czeka się całymi miesiącami.
Nowa wersja program ma też wykluczać z niego osoby ubogie. Nie są one w stanie wyłożyć kilkudziesięciu tysięcy złotych, a nawet większych kwot na termomodernizację budynków czy wymianę źródeł ogrzewania, a następnie na długie czekanie na zwrot tych środków. Nie tylko w ubogich, choć najbardziej w nich uderza także koszt kwalifikacji do programu – audyt energetyczny budynku kosztuje 1500-2000 zł, bez gwarancji, że zaowocuje to otrzymaniem dotacji czy choćby zwrotu tych kosztów.
Do nowej wersji programu zniechęcone są także firmy wykonujące prace w ramach dotacji. Długi czas zwrotu środków powoduje, że ubywa firm, które godzą się wykonywać prace w ramach swoich nakładów, które będą zwracane później. Szczególne ubywa firm niewielkich, lokalnych, mających mniejsze zasoby finansowe. Udział pracy robionych w takim modelu zmalał z 50% do 35% ogółu objętych programem. Skutkuje to także tym, że umowy są zawierane z firmami droższymi, co skutkuje większymi wydatkami z budżetu programu.
„Wnioski płynące z analizy ocen programu Czyste Powietrze przez gminy są porażające. Na początku 2024 r. mieliśmy nadzieję, że zapowiedzi premiera Tuska o usprawnieniu programu Czyste Powietrze, szybszej walce ze smogiem i pomocy dla gospodarstw domowych w termomodernizacji domów zostaną zrealizowane. Niestety, jak widzimy po dwóch latach sprawowania rządów, program znajduje się w głębokim kryzysie, a walka ze smogiem mocno wyhamowała. W obecnym tempie cele programu zdefiniowane przez NFOŚ, a więc wymiana 2,5 mln kopciuchów, nie zostaną osiągnięte nawet w ciągu czterdziestu lat” – mówi Andrzej Guła, lider Polskiego Alarmu Smogowego.
Po miesiącach uników zarząd wielkiej sieci handlowej przystępuje do negocjacji ze związkowcami.
Jak informuje Portal Spożywczy, ma wreszcie dojść do spotkania i negocjacji związkowców z zarządem sieci Dino. Przed kilkoma miesiącami w tej sieci handlowej, drugiej największej w Polsce w formacie dyskontowym, powstały struktury związku zawodowego Konfederacja Pracy. Wcześniej działał on już w sieciach Kauflandzie, Biedronce, Aldi i Rossmann, gdzie wielokrotnie podejmował inicjatywy na rzecz pracowników.
Po powstaniu związku w Dino od razu unaoczniło się kilka problemów, dotychczas skrzętnie skrywanych. Okazało się, że sieć nie utworzyła Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych – właściciel sieci oszczędza na tym miliony kosztem pracowników. Pracownicy zrzeszeni w związku dopominają się także poprawy warunków zatrudnienia – krytykują zbyt niskie zatrudnienie i niewielką obsadę sklepów, co skutkuje przeciążeniem pracowników.
W ostatnim czasie głośno zrobiło się o warunkach termicznych w sklepach Dino. Okazało się, że sieć oszczędza nawet w największe mrozy na ogrzewaniu swoich placówek. Zaalarmowana o tym Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła serię kontroli. Inspektorzy potwierdzili naruszenia przepisów BHP m.in. w zakresie temperatury w miejscu pracy.
Po miesiącach unikania spotkań ze związkowcami i ignorowania ich postulatów oraz samej działalności, zarząd sieci Dino zadeklarował wreszcie gotowość do rozmów. Mają one dotyczyć warunków pracy, poziomu wynagrodzeń oraz innych problemów sygnalizowanych przez pracowników. Związkowcy napisali na swoim profilu na Facebooku: „Podczas spotkania będziemy się domagać: podwyżek wynagrodzeń, wprowadzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, zwiększenia zatrudnienia”.
Spotkanie związkowców z zarządem ma się odbyć w ciągu dwóch najbliższych tygodni.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim, PL, EU. – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=91161368
Pracownicy wynegocjowali pierwsze podwyżki.
Jak informuje portal Tysol.pl, w oddziale firmy Innerio Thermal Technology w Zabrzu udało się wynegocjować podwyżki wynagrodzeń. Stało się to możliwie dzięki utworzeniu i aktywności komisji zakładowej „Solidarności”.
W tej firmie z branży motoryzacyjnej latem 2023 roku utworzono struktury „Solidarności”. Wcześniej nie było tam związków zawodowych. Efektem aktywności związkowej była zmiana regulaminów pracy i regulaminów wynagradzania na korzyść pracowników oraz podwyższenie wartości bonów na posiłki dla zatrudnionych.
Teraz nadszedł czas na negocjacje płacowe. „Solidarność” wywalczyła 3-procentowe podwyżki dla wszystkich oraz dodatkowe, związane z wykonywaną pracą, wynoszące średnio 1,5%. Choć nie są to wskaźniki wysokie, są to pierwsze w dziejach firmy podwyżki negocjowane zbiorowo i przyznane wszystkim zatrudnionym w jasny i przejrzysty sposób. „Przez kilka lat pracowaliśmy na stawkach uzgodnionych jeszcze w 2017 roku, które z biegiem czasu zbliżyły się do poziomu płacy minimalnej. W zeszłym roku pracodawca przyznał podwyżki sam od siebie, nie podejmując rozmów ze związkiem. W tym roku po raz pierwszy udało się przeprowadzić negocjacje, tak jak to powinno być” – mówi portalowi Tysol.pl przewodniczący zakładowej „Solidarności” Włodzimierz Rutkowski.
Zakład w Zabrzu wytwarza systemy chłodzące do samochodów, głównie marki BMW. Zatrudnia 500 osób, z czego już 170 należy do „Solidarności”.
Jutro w Ostrawie wspólny polsko-czesko-słowacko-węgierski protest przeciwko dewastacji przemysłu stalowego.
Jak informuje portal Tysol.pl, jutro, 5 lutego, w Ostrawie w Czechach odbędzie się wspólny protest hutników i pracowników branży stalowej. Ostrawa to stolica największego czeskiego regionu przemysłowego, z wciąż działającymi dużymi hutami, choć wiele z nich zostało już zdewastowanych wskutek polityki liberałów i unijnej pseudoekologii.
W proteście wezmą udział pracownicy przemysłu stalowego z Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Polskę będzie reprezentowała m.in. spora grupa z „Solidarności”. Przyczyną protestu jest sytuacja w branży metalurgicznej. Pogarsza się ona od miesięcy przy bierności władz. Huty europejskie są dławione wysokimi opłatami klimatycznymi, których nie ponoszą producenci spoza UE – a zarazem ich wyroby bez trudu, limitów i w rosnącym wymiarze są sprowadzane do krajów unijnych. Dużym ciosem w hutnictwo są także stale rosnące ceny energii, w tym szczególnie dla przemysłu. W naszej części kontynentu dodatkowym problemem są także wprowadzone niedawno wysokie dopłaty do kosztów energii dla przemysłu przez Niemcy. Subwencjonowanie przez wielki i bogaty kraj tego składnika kosztów produkcji stawia huty z pobliskich krajów na przegranej pozycji konkurencyjnej.
To jednak nie koniec. Niemcy i Bruksela forsują układ o wolnym handlu z Indiami. Podobnie jak układ z krajami Mercosur, leży on w interesie niemieckiego biznesu. Indie są ogromnym producentem taniej stali i jej napływ do Europy do reszty pogrąży tutejsze hutnictwo.
W chwili obecnej ma ono doraźny problem innego typu. Ukraina z dnia na dzień wprowadziła zakaz eksportu złomu, także metali kolorowych. Był on surowcem dla wielu hut w Europie Środkowej. Teraz są one skazane na zakup droższego wsadu złomowego i poszukiwanie jego dostawców. W tym samym czasie stal produkowana na Ukrainie oczywiście bez przeszkód trafia na europejski rynek – wytwarzana z tańszego surowca, nieobjęta regulacjami klimatycznymi itp.
Jutro zdesperowani z czterech krajów, których przemysł stalowy znajduje się w kryzysie, wychodzą wspólnie ponad granicznymi i narodowymi podziałami na ulice przeciwko tym zjawiskom.
W krótkim czasie publiczna spółka drastycznie zmniejszyła zatrudnienie i pogorszyła wyniki.
Z komunikatu giełdowego PKP Cargo wynika, że w roku 2025 ta publiczna spółka przewozowa zwolniła 450 osób. To kolejna fala zwolnień w tej firmie.
W roku 2024 z PKP Cargo pozbyto się 2515 osób w procedurze zwolnień grupowych. Oprócz tego nie przedłużono czasowych umów o pracę setkom osób oraz nie zatrudniono nikogo w zamian za osoby odchodzące na emerytury. To oznaczało redukcję etatów o kolejne 1150 osób.
To wszystko oznacza, że w ciągu półtora roku drastycznie zmniejszyła się skala zatrudnienia. Stan zatrudnienia w firmie wynosił na koniec 2025 roku 8415 osób. Przed falą zwolnień załoga liczyła natomiast 13376 pracowników. Oznacza to niemal 5000 osób zwolnionych w krótkim czasie.
Proceder ten przeprowadzono w ramach „restrukturyzacji” firmy przez szefostwo z nadania neoliberalnego rządu. Jakie efekty przyniosła ta „restrukturyzacja”? O tym informują media. Udział PKP Cargo w rynku przewiezionych towarów według masy spadł rok do roku na koniec grudnia 2025 do 26,57 proc. całego rynku tego typu. Rok wcześniej udział ten wynosił 27,92 proc. Na koniec roku 2023 ten udział wynosił 33,9%.
Duże zwolnienia w jednej z największych firm w mieście.
Jak informują Nowiny Jeleniogórskie, w złej kondycji znajduje się spółka Zorka z Jeleniej Góry. To przedsiębiorstwo o długich tradycjach i jeden z największych pracodawców w mieście. Firma rozpoczyna zwolnienia grupowe.
W styczniu wypowiedzenia z pracy wręczono 132 osobom. Zarząd firmy motywuje tę decyzję malejącymi zamówieniami od głównego odbiorcy jej produktów oraz znacznym spadkiem przychodów – te ostatnie miały zmaleć o 43% rok do roku. Pracę tracą zarówno osoby zatrudnione przy produkcji, jak i z działów administracyjnych.
Przedsiębiorstwo powstało tuż po II wojnie światowej. Jego obecna produkcja w znacznej większości jest nabywana przez koncern Ikea i oferowana w jego sklepach. Zorka początkowo wytwarzała dla Ikei klocki i zabawki drewniane, ale od dłuższego czasu po przekształceniach profilu produkcyjnego wytwarza dla niej meble. Trafiają one do ponad 50 krajów świata. Do roku 2004 Zorka działała w formule spółdzielni pracy.
„Solidarność” weszła w spór zbiorowy z siecią Biedronka.
Jak informuje portal Tysol.pl, „Solidarność” działająca w Biedronce rozpoczęła spór zbiorowy z zarządem firmy. Szefostwo firmy otrzymało 10 postulatów.
Dotyczą wzrostu płac, premii i poprawy warunków. Kluczowe żądanie związkowców to wzrost stawek zasadniczych o 1000 zł brutto dla każdego pracownika.
Gabriela Kaim, przewodnicząca „Solidarności” w sieci Biedronka, mówi portalowi Tysol.pl: „Początkujący kasjer ma stawkę wynoszącą 4850 zł brutto, czyli zbliżoną do poziomu płacy minimalnej. To stawka nieadekwatna do tej pracy. Pod koniec zeszłego roku chcieliśmy rozmawiać z pracodawcą o wzroście wynagrodzeń, ale stwierdził, że nie ma takiej potrzeby. Następnie przyznał pracownikom podwyżki na poziomie 150 zł brutto. To zdecydowanie za mało, taką kwotę trudno potraktować jak realną podwyżkę. Dlatego zdecydowaliśmy o przedstawieniu postulatów w trybie sporu zbiorowego”.
Związkowcy domagają się także zwiększenia obsady sklepów, wprowadzenia stałej obsady ds. pomocy klientom kas samoobsługowych, premii frekwencyjnej dla kierowników sklepów i ich zastępców, miesięcznej premii dla pracowników lad mięsnych, uruchomienia bonu żywnościowego o wartości 200 zł miesięcznie dla pracowników sklepów.
Oprócz postulatów płacowych i dotyczących warunków zatrudnienia „Solidarność” domaga się umożliwienia umieszczania na tablicach informacji dotyczących działalności związków zawodowych.
„Solidarność” oczekuje na odpowiedź w ciągu 5 dni. W przypadku niespełnienia postulatów mają zostać podjęte kolejne kroki przewidziane w ustawie o sporach zbiorowych.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim, PL, EU. CC0 – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=88239072
Pracownicy walczą z władzami miasta o lepsze zarobki.
23 stycznia 2026 r. odbyły się rokowania w ramach sporu zbiorowego Pracodawcy z Zarządem Podkarpackiego Związku Zawodowego Pracowników Pomocy Społecznej. Rokowania zakończyły się niepowodzeniem – podpisaniem protokołu rozbieżności. Pracodawca nie wyszedł z żadną propozycją.
Pracownicy żądają wyrównania ich wynagrodzeń z wynagrodzeniami pracowników Urzędu Miasta Krosna. Różnice między średnimi wynagrodzeniami zasadniczymi brutto na takich samych kategoriach zaszeregowania wynoszą nawet 1500 zł mniej dla pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. W jednym z pism Urząd Miasta twierdził, że urzędnicy miasta wykonują bardziej wielowymiarową, złożoną pracę administracyjną, podczas gdy pracownicy MOPRu zajmują się wyłącznie pomocą społeczną.
Pracownicy MOPRu nie zgadzają się na deprecjonowanie pracy pracowników pomocy społecznej, którzy wykonują dla mieszkańców Krosna profesjonalne usługi. Zajmują się pieczą zastępczą, osobami niepełnosprawnymi, bezdomnymi, doznającymi przemocy domowej. W mieście Krośnie, gdzie statystyki demograficzne są nieubłaganie i osoby w wieku poprodukcyjnym stanowią niemal 30% wszystkich mieszkańców miasta, do kogo zwrócą się o pomoc? Do Urzędu Miasta czy MOPRu? – pytają.
Spór wsparli działacze Razem Podkarpackie. – „Pracownicy MOPR to nie niewidzialni urzędnicy. To fundament miasta! Chcemy to podkreślić z całą mocą: usługi świadczone przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie są absolutnie kluczowe dla zdrowego rozwoju Krosna i całego regionu. To pracownicy MOPR są na pierwszej linii frontu walki z ubóstwem, wykluczeniem, przemocą i kryzysami rodzinnymi. To oni podtrzymują siatkę bezpieczeństwa społecznego, bez której nasze miasto pogrążyłoby się w chaosie. To oni każdego dnia wykonują pracę o ogromnej wartości społecznej, dbając o najsłabszych i najbardziej potrzebujących mieszkańców. Ludzie, którzy na co dzień mierzą się z ludzką tragedią, zasługują na coś więcej niż tylko na poczucie bycia obywatelem drugiej kategorii we własnym miejscu pracy. Zasługują na GODNOŚĆ. A godność zaczyna się od godziwej pensji” – mówi Duszan Augustyn z Razem.
Koniec roku 2025 przyniósł kiepskie wskaźniki dotyczące rynku pracy.
Jak informuje Business Insider, końcówka roku 2025 oznaczała wzrost tendencji negatywnych na rynku pracy.
Po pierwsze w grudniu 2025 bezrobocie wyniosło 5,7%. To najgorszy wynik od stycznia 2022 roku. Liczba bezrobotnych wyniosła na koniec 2025 roku 887,9 tys. W ciągu roku przybyło aż 101,7 tys. bezrobotnych. Taki wzrost rok do roku jest najwyższy od marca 2021, gdy w apogeum pandemii liczba bezrobotnych od marca 2020 wzrosła w podobnej skali. Co gorsza, aż 334,4 tys. osób jest bez pracy dłużej niż rok. To najwyższy wynik od listopada 2022 r. Przeczy on zresztą rządowej propagandzie, że wzrost bezrobocia w 2025 to efekt niewielkiej zmiany w sposobie ich rejestracji od 1 czerwca.
Po drugie, na koniec grudnia 2025 była rekordowo niska od lat liczba ofert zatrudnienia, którymi dysponowały urzędy pracy. Było ich 25,9 tys. – to najgorszy wynik od grudnia 2012, a więc od 13 lat. W dodatku w grudniu 2025 do urzędów pracy zgłoszono 20,8 tys. ofert zatrudnienia – to wynik najgorszy od roku 2010, a więc od ponad 15 lat. Z innych źródeł wiadomo, że ubywa także ofert pracy niezgłaszanych do urzędów. Agencja analityczna Grant Thornton wskazuje, że w grudniu 2025 było wobec grudnia 2024 o 6% mniej ofert zatrudnienia w ogóle, a ten spadek jest tym bardziej problematyczny, że już w grudniu 2024 liczba ofert pracy była znacznie niższa od tej z lat wcześniejszych. Również Barometr Rynku Pracy, przygotowywany przez Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych, a badający zapotrzebowanie na pracę, wyniósł w grudniu 2025 roku 249,8 punktów, a rok wcześniej wynosił 251,3 pkt. Ofert pracy najbardziej ubyło w województwach o najwyższym bezrobociu.
Pracownicy zakładu z branży motoryzacyjnej demonstrowali ws. podwyżek płac.
Jak informuje portal Tysol.pl, wczoraj odbył się protest pracowników oddziału firmy Hutchinson w Zawadzie w gminie Dębica. Związkowcy z zakładu z branży podzespołów samochodowych domagają się przede wszystkim podwyżek płac.
Negocjacje płacowe związkowców z zarządem firmy trwają od początku grudnia, ale nie przyniosły żadnych rezultatów. Protestujący uważają, że szefostwo firmy pozoruje rozmowy, ale nie chce oferować żadnych konkretów. Wśród postulatów przedstawicieli załogi zakładu są: realny wzrost wynagrodzeń o co najmniej 500 zł brutto, realistyczne normy pracy, koniec pracy ponad siły kosztem zdrowia i bezpieczeństwa, realne rozmowy z przedstawicielami załogi oraz poszanowanie roli związków zawodowych.
Protestujących pracowników zakładu wsparli inni związkowcy, w tym przewodniczący Regionu Małopolskiego „Solidarności” Tomasz Zaborowski, przedstawiciel Krajowej Sekcji Hutnictwa w Regionie Małopolskim „Solidarności” Andrzej Gębara, a także związkowcy z zakładu Hutchinson w Łodzi oraz z Igloocar Dębica i TC Dębica.
Duża firma z sektora motoryzacyjnego zwolni w najbliższych latach kilkaset osób.
Jak informuje Nowa Trybuna Opolska, duże zwolnienia planuje firma Adient – jej oddział Metal w Skarbimierzu. To firma z sektora motoryzacyjnego, wytwarzająca części samochodowe. Zamówienia maleją z powodu zapaści w produkcji aut w Polsce i w Europie. Rosną natomiast koszty energii. W związku z tym planowane są duże zwolnienia w zakładzie w niewielkim mieście.
Pracę w roku 2026 ma stracić 75 osób. W kolejnym roku zwolnienia obejmą 250 osób, a w następnych dwóch latach 130. Choć oznacza to rozłożenie zwolnień na cztery lata, obejmą one w sumie w niewielkiej społeczności aż ponad 450 osób.
Grupa bankowo-finansowa przeprowadzi duże zwolnienia.
Jak informuje „Fakt”, kolejna firma zapowiada duże zwolnienia. Tym razem jest to grupa finansowa Nordea, świadcząca usługi bankowo-finansowe.
Zamierza ona zwolnić ponad 100 osób. Obejmą one przede wszystkim pracowników działów IT. Zwolnienia będą miały miejsce w oddziałach firmy w Łodzi, Warszawie i Trójmieście. Pracę stracą pracownicy wszelkiego typu – zarówno o krótkim, jak i długim stażu, zarówno szeregowi, jak i osoby pełniące funkcje kierownicze.
Nordea zatrudnia w Polsce około 6000 osób.
Koniec finansowania programu „Dobry posiłek” oznacza pogorszenie żywienia w szpitalach.
Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, zakończył się pilotaż programu „Dobry posiłek”. Został on wprowadzony w roku 2023 za poprzedniego rządu. Dotychczas wydano na program ponad miliard złotych. Program wprowadził dzienną stawkę żywieniową w wysokości 25,62 zł na pacjenta. Wcześniej nakłady na ten cel nie przekraczały 10 zł na osobę.
Program obejmował 582 placówki, co oznaczało, że większość osób leczonych w Polsce w szpitalach otrzymała dostęp do lepszego żywienia. Z końcem roku 2025 program przestał funkcjonować.
Ministerstwo zdrowia wprowadziło wytyczne dotyczące jakości posiłków we wszystkich szpitalach. Ma to zapobiegać byle jakiemu karmieniu pacjentów. Tyle że nowa stawka NFZ na finansowanie tego wynosi zaledwie 21 zł. Nie tylko jest zauważalnie niższa od tej z programu „Dobry posiłek”, ale w dodatku w żadnej mierze nie odpowiada na problem wzrostu cen produktów spożywczych.
Szefostwo szpitali informuje, że po obniżeniu stawki nie jest możliwe utrzymanie dotychczasowych standardów wyżywienia pacjentów. Podkreślają także fakt, że nakłady na program „Dobry posiłek” stanowiły osobny, celowy strumień pieniędzy i mogły być wydawane tylko na jeden cel. Tymczasem nowa niższa stawka zawiera się w ogólnych nakładach NFZ na szpitale, co będzie rodziło pokusę dalszych oszczędności na wyżywieniu i przeznaczania części tej kwoty na inne wydatki w placówkach na przykład zadłużonych itp.
Zamiast obiecanych podwyżek, duża sieć handlowa kpi z pracowników.
Jak informuje portal Biznes Interia.pl, związkowcy z sieci handlowej Auchan w Polsce są rozgoryczeni polityką płacową tej firmy. Związek Pracowników Sieci Handlowych twierdzi, że szefostwo polskich struktur Auchan zadeklarowało podwyżki płac, ale nie wywiązuje się z obietnicy. Wzrost pensji dotyczy tylko pracowników zatrudnionych za płacę minimalną – ich wypłata jest większa tylko o ustawową niewielką tegoroczną podwyżkę stawki minimalnej, wymuszoną przez państwo.
Związkowcy twierdzą, że zamiast podwyżek nastąpiły de facto obniżki wielu wynagrodzeń. Zmieniony regulamin premii ma wedle nich sprawiać, iż faktyczne zarobki części załogi po prostu zmaleją wobec ubiegłego roku. Faktyczne podwyżki mają wejść w życie dopiero od 1 lipca, ale w wielu przypadkach będą symboliczne. Średnio płace wzrosną o 140 zł brutto, ale system został skonstruowany tak, że wiele osób otrzyma o zaledwie kilkanaście złotych więcej.
Protokół porozumienia z zarządem firmy w sprawie podwyżek podpisały jedynie dwa związki zawodowe działające w polskich strukturach Auchan. Trzy związki odmówiły podpisania ustaleń ws. takich „podwyżek”.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Henryk Borawski – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27852545
Publiczna spółka Poczta Polska chce wysłać część pracowników na umowy śmieciowe.
Jak informuje Business Insider, zarząd Poczty Polskiej zamierza przenieść część pracowników z umów o pracę na umowy śmieciowe w postaci kontraktów B2B. Związkowcy protestują i skierowali sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy.
Sprawa ma dotyczyć tzw. kurierów ostatniej mili, czyli osób zatrudnionych dotychczas w dziale KEP – kurier, ekspres, paczka. Mają oni stracić etaty i otrzymać propozycję zatrudnienia w formule kontraktu B2B. Związkowcy twierdzą, że to złamanie prawa, ponieważ kurierzy Poczty nie będą zajmowali się niezależną działalnością kurierską, lecz dostarczać przesyłki tak, jak obecnie, w modelu etatowym, według ścisłych wytycznych przełożonych. Stracą natomiast etaty i wszelkie świadczenia związane z umową o pracę. Taka formuła zatrudnienia oznacza także łatwość zwalniania pracowników i obchodzenia przepisów o zwolnieniach grupowych. „Solidarność” działająca w Poczcie skierowała sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy.
Zarząd Poczty twierdzi, że jest ostatnią w Polsce firmą doręczycielską, która wciąż zatrudnia kurierów na umowy o pracę. Zdaniem szefostwa publicznej spółki, kontrakty B2B pozwolą zwiększyć konkurencyjność spółki i jej rentowność. Zmiana ma przybrać trzy formy: prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej (JDG), zatrudnianie podwykonawców lub współpracę w ramach spółki. O świadczenie usług kurierskich na rzecz Poczty takie osoby będą się ubiegały w drodze postępowań ofertowych, a dotychczasowa praca w Poczcie nie będzie w żaden sposób premiowana przy wyborze zleceniobiorcy.
Związkowcy z różnych organizacji apelują do prezydenta i premiera o przeciwdziałanie antypracowniczej ofensywie.
Warszawa, 17 stycznia 2026 r.
Prezydent RP Karol Nawrocki i Premier RP Donald Tusk
Szanowny Panie Prezydencie, Szanowny Panie Premierze!
My, przedstawiciele zakładowych organizacji związkowych z całego kraju, zgromadzeni w Warszawie w dniach 16-17 stycznia 2026 r. wzywamy Was do spotkania z przedstawicielami świata pracy, związkowcami z całego kraju, w jak najbliższym terminie.
Pan Premier był łaskaw spotkać się w gmachu giełdy z przedstawicielami biznesu i zachęcać ich, by się bogacili.
Pan Prezydent przedstawia się jako rzecznik interesów całego Narodu. Tymczasem Naród to w głównej mierze ludzie pracy a nie biznesmeni. To my jesteśmy autorami wielkiego skoku gospodarczego, jakiego dokonał nasz kraj. A jednak to nie my jesteśmy jego beneficjentami. Za naszą ciężką pracę dla dobra wspólnego należy nam się godna płaca i zgodne z prawem warunki zatrudnienia.
Pan Premier przygotowuje ustawy, które dotyczą pracy, a Pan Prezydent może je podpisać lub nie. Domagamy się, aby w sprawach, które nas dotyczą, wysłuchano nas, ludzi pracy. I żeby w tych sprawach, które dotyczą pracy i płacy, oba ośrodki władzy w Polsce podjęły współpracę. Dlatego nasze zaproszenie do debaty kierujemy do obu Panów, aby przedstawić nasze stanowisko, wypracowane w gronie związkowym dotyczące:
• patologii umów śmieciowych,
• obchodzenia przez pracodawców przepisów dotyczących sporów zbiorowych i strajków,
• ignorowania przez pracodawców wyroków sądowych i poleceń Państwowej Inspekcji Pracy, zatrudniania przez pracodawców na koszt państwa kancelarii wyspecjalizowanych w zwalczaniu związków zawodowych
Cześć Pracy Panie Prezydencie i Panie Premierze, przedstawiciele niżej wymienionych zakładowych organizacji związkowych:
Inicjatywa Pracownicza w Jeremias
Inicjatywa Pracownicza Amazon
Związek Zawodowy Przeróbka w LW Bogdanka SA
WZZ „Sierpień 80” w Dahren Poland
WZZ „Sierpień 80” w Valeo
OPZZ Konfederacja Pracy Solaris
OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, Dino, Biedronce, Aldi i Rossmann
KNSZZ „Ad Rem”
MZZP ZJEDNOCZENI
Inicjatywa Pracownicza przy VW Poznań
Komisja Zakładowa OZZ IP przy Auchan Polska
OZZIP Fiege/Zalando
OZZ Inicjatywa Pracownicza w Fabryce Janpol
Inicjatywa Pracownicza w Bielenda Group S.A.
Inicjatywa Pracownicza przy Polska Press
OZZIP Podbeskidzie Eltek
Inicjatywa Pracownicza w Teatrze Ósmego Dnia
Inicjatywa Pracownicza przy Cooper Myślenice
Komisja Zakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Poznańskim Zespole Żłobków
OZZ Inicjatywa Pracownicza przy MZK BYDGOSZCZ
Inicjatywa Pracownicza przy Orlen Serwis
Komisja Pracowników i Pracownic Domowych
Komisja Pracowników i Pracownic z Ameryki Łacińskiej w Polsce
Inicjatywa Pracownicza przy Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu
Komisja NGO OZZ IP
Warszawskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej
Krakowskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej
Duża grupa produkcji wyrobów mlecznych zamyka jedną ze spółdzielni nieco ponad rok po jej przejęciu.
Jak poinformował fanpage facebook.com/Szczekociny, po ponad 80 latach działalności Spółdzielnia Mleczarska „Rokitnianka” w Szczekocinach wkrótce przejdzie do historii. Zakład znany z tradycyjnych wyrobów mlecznych zakończy produkcję w lutym. Wszyscy zatrudnieni stracą pracę.
Zakład powstał w 1946 roku. Jesienią roku 2024 został przejęty przez grupę kapitałową Polmlek, do której należą liczne zakłady produkcyjne nabiału w Polsce, a także znany producent soków Fortuna. Zgodę na sprzedaż zakładu wyraziło wówczas ponad 500 udziałów spółdzielni, głównie rolnicy dostarczający do niej mleko. Zakład wytwarzał rocznie 1,5 mln kilogramów gotowych wyrobów mlecznych.
W roku 2021 zarząd „Rokitnianki” zlikwidował spółdzielnię mleczarską w Wadowicach, którą przejął w roku 2010. Teraz spółdzielnia w Szczekocinach sama ulegnie likwidacji. Wytwarzała masło, twarogi, serki homogenizowane, kefir, maślankę, serwatkę i odtłuszczone mleko w proszku. Jej wyroby były od lat cenione w okolicy.
Przed kilkoma tygodniami podobny los spotkał spółdzielnię mleczarską w nieodległym Myszkowie. Również ona, przejęta niewiele wcześniej przez OSM Łowicz, została zlikwidowana. W obu przypadkach pracę traci po kilkadziesiąt osób.
Związek zawodowy Kontra wszczął spór zbiorowy z zarządem firmy z sektora automoto.
15 stycznia 2026 r. związek zawodowy Kontra działający w Adient Seating Poland w Siemianowicach Śląskich oficjalnie wszczął spór zbiorowy z szefostwem firmy.
Decyzja o rozpoczęciu procedury sporu zbiorowego została podjęta w związku z brakiem porozumienia w sprawach dotyczących warunków wynagradzania oraz świadczeń pracowniczych.
Podjęto próbę dialogu z szefostwem zakładu produkującego części samochodowe, jednak już pierwsza propozycja przedstawiona podczas rozmów poruszyła załogę. Na zgłoszone postulaty zarząd odpowiedział, że w 2026 roku nie przewiduje żadnych podwyżek wynagrodzeń. Podczas kolejnego spotkania padła propozycja podwyżki w wysokości 2%, jednak pod warunkiem rezygnacji z pozostałych postulatów strony społecznej.
– „Propozycja ta została jednoznacznie odrzucona przez naszych członków, co potwierdziła przeprowadzona przez nas ankieta. Pracownicy w sposób stanowczy wyrazili swój sprzeciw oraz jasno zadeklarowali brak zgody na takie warunki” – mówi Adam Klacka Przewodniczący ZZ Kontra w Adient.
Związek zawodowy Kontra jest największą oraz jedyną reprezentatywną organizacją związkową w zakładzie Adient. Żądania związku w ramach sporu zbiorowego są następujące:
1. Podwyższenie wynagrodzeń zasadniczych o 5% stawek zaszeregowania dla wszystkich grup pracowniczych, tj.:
– pracowników produkcji,
– pracowników pośrednioprodukcyjnych,
– pracowników biurowych.
2. Wypłata jednorazowej premii w wysokości 1000 zł
3. Wprowadzenie dodatku stażowego
Drastycznie zmniejszono środki na wsparcie bezrobotnych.
Jak informuje „Gazeta Prawna”, w roku 2026 w budżecie znacznie zmniejszono nakłady na aktywizację bezrobotnych i tworzenie miejsc pracy dla osób bez zatrudnienia. Spadek ten wynosi w zależności od regionu od 30 do 50% wobec kwot ubiegłorocznych.
Rząd Tuska w bezprecedensowy sposób zmniejszył środki na Fundusz Pracy. Trafiały one corocznie do powiatowych urzędów pracy i wspierały wychodzenie z bezrobocia. W roku 2025 na ten cel przeznaczono 3,6 miliarda, a w roku obecnym będzie to tylko 2,1 mld. Realnie do samorządów trafi jeszcze mniej, bo tylko 1,7 mld. Co gorsza, środki z tego źródła służyły także współfinansowaniu projektów z Europejskiego Funduszu Społecznego, czyli faktyczne zmniejszenie środków na wychodzenie z bezrobocia będzie jeszcze niższe.
Przykładowo w woj. lubuskim w roku 2026 na przeciwdziałanie bezrobociu trafi od rządu 40 343 621,30 zł. To kwota niższa od ubiegłorocznej o 46,2%. Dzieje się tak pomimo iż wpływy do Funduszu Pracy rosną i dysponuje on środkami większymi niż dawniej.
Cięcia dokonywane są w sytuacji, gdy w ciągu roku bezrobocie wzrosło z poziomu 5,1% do poziomu 5,7%. W ciągu roku przybyło ponad 100 000 nowych bezrobotnych, a ich ogólna liczba wynosi już niemal 900 000 osób.
Studenci UW domagają się odzyskania klubu Indeks.
Podczas ostatniego posiedzenia Parlamentu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego (13 stycznia) poruszono temat funkcjonowania lokalu Indeks, mieszczącego się w piwnicy budynku należącego do Zarządu Samorządu Studentów UW. Przestrzeń, która przez lata działała jako klub studencki pod nazwą „Sigma” i była miejscem oddolnej aktywności kulturalnej, obecnie funkcjonuje jako komercyjna restauracja. Temat wniosła na obrady OZZ Inicjatywa Pracownicza.
Zgodnie z obowiązującą umową ajent lokalu zobowiązany jest do prowadzenia taniej gastronomii dla studentów oraz realizowania programów kulturalno-artystycznych. Jak jednak wynika z informacji przekazanych przez Dział Organizacji Zasobów Informacyjnych UW, nie istnieją żadne dokumenty potwierdzające prowadzenie w Indeksie działalności studenckiej. Mimo to Zarząd Samorządu Studentów UW uzyskuje z najmu lokalu blisko 180 tysięcy złotych rocznie.
Podczas posiedzenia przedstawiciele samorządu przyznali, że doszło do wieloletnich zaniedbań w nadzorze nad realizacją umowy. Wśród studentów pojawiły się pytania o zasadność dalszego utrzymywania prywatnego biznesu w przestrzeni należącej do społeczności akademickiej oraz o brak reakcji na niewywiązywanie się ajenta z zapisów umowy. „Skoro warunki nie są spełniane, trudno zrozumieć, dlaczego umowa nie została wypowiedziana” – komentowali uczestnicy obrad.
Wielu studentów zwracało również uwagę na brak ogólnodostępnego klubu studenckiego na Uniwersytecie Warszawskim. Ich zdaniem uczelnia potrzebuje przestrzeni otwartej na inicjatywy kulturalne, społeczne i integracyjne, zwłaszcza w kontekście narastających problemów z izolacją i osłabieniem życia studenckiego. Studenci podkreślają, że potrzebują miejsca zarządzanego przez nich samych, a nie kolejnej komercyjnej restauracji w przestrzeni należącej do uczelni. – „Potrzebujemy klubu studenckiego z prawdziwego zdarzenia. Kultura studencka jest martwa. Schabowy za 65 złotych jej nie zastąpi” – mówi inna studentka.
Zapowiedziano rozpoczęcie kampanii, możliwe akcje protestacyjne oraz skierowanie sprawy do rektora Uniwersytetu Warszawskiego.
Zarząd firmy Jeremias wbrew postanowieniom sądu i karom PIP próbuje nie wpuścić lidera związku zawodowego na teren fabryki.
Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, zarząd firmy Jeremias odmawia wpuszczenia na teren zakładu Mariusza Piotrowskiego, lidera zakładowych struktur tego związku. Czyni tak wbrew prawu i wyrokom sądów. Odmawia także płacenia kary sądowej za ignorowanie postanowień sądu. Przedstawiciele dyrekcji doczekali się już zarzutów prokuratorskich od PIP.
Zakład Jeremias w Gnieźnie należy do niemieckiego kapitału i wytwarza systemy kominowe. W ubiegłym roku zwolniono w nim z pracy bezprawnie (co potwierdził sąd) dwóch działaczy związkowych Inicjatywy Pracowniczej, w tym Piotrowskiego. Następnie w firmie miał miejsce strajk – najdłuższy w III RP. Mimo iż zarząd firmy podpisał porozumienie ze strajkującymi i spełnił część ich żądań, a sąd nakazał przywrócenie Piotrowskiego do pracy, szefostwo firmy nie wykonuje tego wyroku.
Związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej piszą: „Czy państwo polskie okaże się w końcu skuteczne we wdrażaniu swoich wyroków i postanowień wobec szefów? Nie zamierzamy biernie na to czekać. Dlatego związkowcy z Jeremias wraz z delegacją innych komisji IP oraz zaprzyjaźnionych związków w tym tygodniu będzie z ministerstwem sprawiedliwości, pracy oraz Głównym Inspektorem Pracy omawiać potrzebę wzmocnienia roli państwa i związków zawodowych wobec firm stosujących union busting, czyli metody zwalczania związkowców. Od zatrudniania kancelarii prawnych na koszt państwa po stosowanie umów śmieciowych – Polska staje się eldorado dla nieuczciwych firm, które często dodatkowo unikają opodatkowania w naszym kraju. Czas to zmienić! Między innymi w tym celu powołaliśmy związkową Koordynację solidarności i walk. Już w piątek ponad stu związkowców pojawi się w sejmie”.
Spore zwolnienia zapowiedziała duża sieć handlowa.
Związkowcy z Regionu Mazowsze „Solidarności” poinformowali, że wielka sieć handlowa Carrefour zapowiedziała kolejne zwolnienia grupowe w swojej polskiej strukturze.
Jak informują związkowcy, zwolnienia mają dotyczyć 250 osób. „Solidarność” napisała: „Od dłuższego czasu w sklepach Carrefour obserwowany jest systematyczny spadek zatrudnienia, co prowadzi do przeciążenia pozostałych pracowników przejmujących obowiązki za zwalnianych pracowników. W lipcu bieżącego roku wprowadzono nową organizację pracy, w ramach której wszyscy pracownicy zobowiązani są do wykonywania wszystkich zadań, niezależnie od dotychczasowych stanowisk czy zakresu obowiązków. Zmiany te znacząco pogorszyły warunki pracy i mają negatywny wpływ na stan zdrowia psychofizycznego pracowników”.
Warto dodać, że w roku 2025 sieć zwolniła 200 osób. Zamykane są także poszczególne jej sklepy w naszym kraju. Polska struktura sieci jest w „reorganizacji”, nie wyklucza się sprzedaży wszystkich jej obiektów innemu podmiotowi.
Wielki koncern motoryzacyjny zwalnia setki osób w Polsce.
Koncern Stellantis poinformował dzisiaj związki zawodowe, że zamierza ze swojej fabryki w Tychach zwolnić kilkaset osób. W procedurze zwolnień grupowych pracę stracą zarówno pracownicy produkcyjni, jak i administracyjni. Decyzja jest motywowana malejącym popytem na samochody produkowane w tym zakładzie i brakiem perspektyw poprawy tej sytuacji.
Pracę bezpośrednio ma stracić 320 osób ze stanowisk produkcyjnych i nieprodukcyjnych. Związkowcy szacują jednak, analizując szczegóły planowanych działań szefostwa firmy, że zatrudnienie straci znacznie więcej osób. Mowa o pracownikach, którym nie zostaną przedłużone umowy na czas określony oraz o osobach zatrudnianych przez agencje pracy tymczasowej – obu tych grup nie obejmuje wymagana prawem procedura zwolnień grupowych. Szacunki związkowców mówią, że pracę straci około 740 osób. Oznacza to zmniejszenie zatrudnienia w zakładzie z ponad 2300 do niespełna 1700 osób.
Zwolnienia mają zostać przeprowadzone do końca kwietnia.
Zakład o długiej tradycji zostanie zamknięty.
Walne zebranie akcjonariuszy podjęło 2 stycznia decyzję o likwidacji zakładu produkcyjnego Stomil-Poznań. Oznacza to, że zamknięta zostanie fabryka o niemal stuletniej tradycji. To najstarszy obecnie w Polsce producent z branży oponiarskiej.
Zakład powstał w roku 1928. Produkował opony do rowerów, motocykli, samochodów osobowych, a od kilku dekad głównie do maszyn budowlanych. W szczycie rozwoju zatrudniał ponad 700 osób. Większościowym udziałowcem poznańskiego Stomilu jest Polska Grupa Zbrojeniowa – ten publiczny podmiot ma 85% akcji.
Likwidacja ma potrwać rok. Załoga licząca 119 osób jest póki co mamiona niekonkretnymi obietnicami zatrudnienia części pracowników w innych zakładach należących do PGZ.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa JDavid – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5445063
Eskaluje spór między związkowcami a zarządem wielkiej polskiej sieci handlowej.
W kolejny etap wszedł spór między związkowcami a szefostwem sieci handlowej Dino.
Międzyzakładowa Organizacja OPZZ Konfederacja Pracy podejmuje kolejne działania przewidziane polskim prawem. Skierowała do zarządu sieci Dino Polska oficjalne wezwanie do rozmów, podając w nim tematy, daty i miejsca spotkań. To kolejny etap trwającego w firmie sporu zbiorowego.
Konflikt w Dino trwa od kilku miesięcy. Nowy związek zawodowy prowadził już działania w inny sieciach handlowych w Polsce, m.in. zorganizował strajk ostrzegawczy w Kauflandzie. Od Dino domaga się m.in. wyjaśnienia sprawy nieutworzenia Zakładów Funduszu Świadczeń Socjalnych, a także poprawy sytuacji pracowników. Związkowcy uważają, że wynagrodzenia są zbyt niskie. Krytykę budzi także stan zatrudnienia i związane z nim problemy: „Pracujesz w Dino? O wakacjach z dziećmi możesz zapomnieć. Do marketów Dino Polska trafiła dyspozycja zakazująca długich urlopów w okresie letnim. Tak – Dino zakazuje urlopów latem. To kolejny skandal z tą siecią handlową w tle. Sytuacja jest bez precedensu. Zamiast zatrudnić dodatkowych pracowników i zapewnić godne warunki pracy, ludzie muszą pracować nawet za trzech. Wystarczy choroba jednej osoby, by sparaliżować pracę marketu. A zamiast wyrozumiałości – pracownicy na zwolnieniach chorobowych odbierają telefony z pytaniami, kiedy wrócą do pracy” – napisali związkowcy.
Wezwanie do rokowań to etap sporu przewidziany polskim prawem. Musi ono poprzedzać ewentualne kolejne działania, takie jak np. referendum strajkowe.
Strajk w zakładach Valeo zaowocował znaczącymi podwyżkami płac.
23 grudnia zakończył się spór zbiorowy między związkowcami a zarządem firmy Valeo. Pracownicy trzech zakładów tego koncernu – w Chrzanowie, Trzebini i Mysłowicach – od dawna domagali się podwyżek płac. Reprezentujący ich związek zawodowy Sierpień ’80 prowadził spór zbiorowy. W jego ramach odbyły się kilkakrotne negocjacje, demonstracje i blokady ulic, strajk ostrzegawczy. Pod koniec listopada miał miejsce kilkudniowy strajk połączony z blokadą dostaw do zakładu. Szefostwo firmy próbowało na różne sposoby stłumić protest. W sprawę zaangażowały się wówczas władze samorządowe kilku szczebli, pośrednicząc w negocjacjach.
Ostatecznie negocjacje zakończyły się podpisaniem porozumienia płacowego. Na jego mocy osoby zatrudnione krócej niż rok dostaną 370 złotych brutto podwyżki od 1 marca. Pracownicy ze stażem 1-5 lat otrzymają 560 złotych. Zatrudnieni dłużej niż pięć lat dostaną podwyżkę 780 złotych brutto. Wzrośnie o 120 zł także dodatek za pracę w systemie czterobrygadowym. Podwyżki są niższe od tych żądanych na wstępie przez związkowców – 1200 zł – ale i tak znacząco większe niż wstępnie proponował koncern.
Kilka związków zawodowych ponad podziałami apeluje wspólnie o wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy.
List otwarty do ministrów i posłów na Sejm RP
Niżej podpisane organizacje zakładowe związków zawodowych Inicjatywa Pracownicza, WZZ Sierpień 80, OPZZ Konfederacja Pracy i KNSZZ „Ad Rem” wzywają rząd oraz posłanki i posłów na Sejm RP wszystkich partii do natychmiastowego przyjęcia ustawy o wzmocnieniu Państwowej Inspekcji Pracy w celu skutecznej walki z fikcyjnymi formami zatrudnienia.
Na co dzień w naszych zakładach pracy doświadczamy bezradności polskiego państwa wobec nielegalnych form zatrudnienia.
Poprzez tzw. umowy śmieciowe nieuczciwi pracodawcy okradają miliony pracowników w Polsce na miliardy złotych z tytułu nieopłaconych nadgodzin, odebrania prawa do urlopów wypoczynkowych, macierzyńskich, wychowawczych i płatnych zwolnień chorobowych. Fikcyjne formy zatrudnienia w praktyce krępują też działalność związkową, odbierają realnie pracownikom prawo do aktywności w ramach związku zawodowego pod groźbą natychmiastowej utraty pracy nie chronionej kodeksem pracy.
Obecne przepisy ustawy o PIP i kodeksu pracy realnie nie zabezpieczają pracowników przed łamaniem prawa przez pracodawców stosujących fikcyjne formy zatrudnienia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba pracujących na umowach zlecenia i pokrewnych osiągnęła rekordowy poziom ponad 2,4 miliona na koniec 2024 i pierwszą połowę 2025 roku, w tym 1,5 miliona pracujących wyłącznie na tych umowach. Stale rosnąca popularność tych umów wynika wprost z bezkarności pracodawców, niczym nie ograniczanej żądzy zysku ponad prawem. Nowelizacja ustawy o PIP da szansę ukrócić ten proceder.
Umowy śmieciowe to głęboki regres cywilizacyjny. Przedsiębiorcy i posłowie, którzy próbują osłabić lub zablokować obecną zmianę przepisów o PIP, cofają Polskę do realiów XIX wiecznych. Co gorsza, członkowie partii, które zwykle powołują się na pro-europejskie wartości, na czele z samym premierem Donaldem Tuskiem, dziś blokują pro-pracownicze rozwiązania, których wymaga właśnie Unia Europejska. Robią to, ryzykując nawet utratę miliardów złotych z Krajowego Planu Odbudowy przeznaczonych na odbudowę i tworzenie odporności społeczno-gospodarczej Polski w dobie kryzysów. W zamian, w imię miliardowych zysków nieuczciwych przedsiębiorców, politycy przeciwni reformie PIP pchają nas w kolejny głęboki kryzys.
Inspektorzy Pracy w Polsce muszą mieć prawo do wydawania decyzji o przekształceniu umowy śmieciowej w umowę o pracę bez czekania na decyzje sądu. Pieniądze zarobione przez pracodawców w wyniku stosowania nielegalnych umów muszą zostać oddane pracownikom, gdyż to one i oni wypracowują je swoją pracą. Stosunek pracy powinien być domniemaną formą zatrudnienia na zasadach proponowanych przez ministerstwo sprawiedliwości.
Komisje Zakładowe OZZ Inicjatywa Pracownicza przy: Amazon, Volkswagen Poznań, Jeremias, Allegro, Orlen Serwis, Janpol, Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu, Auchan Polska, Fiege/Zalando, Bibliotece Miejskiej w Łodzi, zakładach Eltek i Electropoli Poland, Bielenda Group S.A., Polska Press, CanPack FIP Brzesko, CSW Zamek Ujazdowski, Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, Warszawskim Obserwatorium Kultury, Ośrodku Brama Grodzka – Teatr NN, Polskiej Akademii Nauk, RASP, wydawnictwie Bauer, Komisja Pracowników i Pracownic z Ameryki Łacińskiej w Polsce, Związek Pracowników Branży Gier, struktury młodzieżowe OZZ IP
Zarządy zakładowych organizacji związkowych OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, Dino, Biedronce, Aldi i Rossmann oraz w Solaris Bus & Coach
Komisja Międzyzakładowa WZZ Sierpień 80 w Valeo Autosysytemy Sp. z o o Oddział Valeo Lighting Systems w Chrzanowie, Komisje Zakładowe przy Katowickich Wodociągach S.A. oraz w Tenecco Silesia.
Pracownicy sądownictwa zrzeszeni w związku zawodowym KNSZZ „Ad Rem”
Związkowcy z Poczty Polskiej są zaniepokojeni sposobem gospodarowania budynkami przedsiębiorstwa.
Związkowcy z „Solidarności” w Poczcie Polskiej napisali: Państwowe zabytki nie są towarem. To sprawdzian odpowiedzialności państwa. W całej Polsce pojawiają się informacje o sprzedaży, wynajmie lub zmianie przeznaczenia historycznych gmachów pocztowych. Chodzi o obiekty o udokumentowanej wartości kulturowej, architektonicznej i symbolicznej, trwale wpisane w historię miast.
Trzeba powiedzieć to jasno i bez emocjonalnych skrótów: Poczta Polska nie jest prywatną firmą.
To spółka Skarbu Państwa, która zarządza majątkiem powierzonym jej w interesie publicznym. W tym majątku znajdują się zabytki. Dlatego decyzje dotyczące takich obiektów nie mogą być traktowane wyłącznie jako działania biznesowe. W przypadku nieruchomości historycznych naturalnym uczestnikiem procesu powinno być zainteresowanie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a więc organ państwa odpowiedzialny za ochronę dziedzictwa narodowego.
Sprzedaż lub długoterminowe oddawanie zabytkowych gmachów w ręce komercyjne oznacza trwałą zmianę ich funkcji publicznej. Nawet jeśli odbywa się to w ramach obowiązujących procedur, rodzi pytania o to, czy interes państwa i ochrona dziedzictwa są w tych decyzjach właściwie zabezpieczone. Niepokój budzi również brak ogólnodostępnej, spójnej strategii dotyczącej historycznego majątku Poczty Polskiej. Nie wiadomo, które obiekty uznawane są za strategiczne i nienaruszalne. Nie wiadomo, jakie funkcje publiczne mają być w nich zachowane. Nie wiadomo, jakie kryteria przesądzają o sprzedaży lub wynajmie.
Zabytki nie są odnawialnym zasobem. Raz sprzedane lub trwale wyłączone z funkcji publicznych, przestają służyć państwu i obywatelom. A państwo traci coś więcej niż nieruchomość, traci część swojej obecności i ciągłości. Oczekiwanie jest proste i w pełni racjonalne: Przejrzystość decyzji, publiczna informacja, realna ochrona historycznego majątku Skarbu Państwa.
Koncern Agora zapowiada duże zwolnienia.
Agora poinformowała, że zamierza pozbyć się w procedurze zwolnień dużej liczby pracowników. Zwolnienia maja objąć 166 osób. Oznacza to, że pracę straci ponad 6,5% ogółu zatrudnionych w firmie. To kolejna w ostatnich latach fala zwolnień w tej firmie.
Pracę mają stracić osoby zatrudnione w różnych podmiotach należących do tego koncernu. Sama „Gazeta Wyborcza” zwolni 60 osób z działów operacyjnego, sprzedaży, wsparcia biznesowego oraz redakcji. To redukcja załogi tych działów o 13,5%. Z kolei portal Gazeta.pl zamierza zwolnić 63 osoby z analogicznych działów, czyli ponad 25% ogółu zatrudnionych w nich. Eurozet Consulting pozbędzie się 13 w podobnych działach, co oznacza zredukowanie zatrudnienia w nich o ponad 20%. Sama spółka Agora zwolni 20 pracowników. Grupa Radiowa Agory i Eurozet zmniejszy zatrudnienie o 10 osób. Część zwolnień jest motywowana tym, że praca ludzka zostanie zastąpiona automatyzacją.
Zwolnienia są podejmowane mimo iż koncern osiągnął dodatnie wyniki finansowe i poprawił rentowność względem analogicznego okresu rok wcześniej.
Wczoraj nagle, w swoje 61. urodziny, zmarł Cezary Miżejewski, nasz wieloletni współpracownik.
Za komuny działał w opozycji demokratycznej. Kontestował tamten system z lewej, bo uważał, że cenzura, esbecka pałka, strzelanie do robotników, kartki na cukier i władza aparatczyków to nie jest socjalizm i nie jest to lewica, lecz ich zaprzeczenie, splugawienie. Działał w Międzyzakładowym Robotniczym Komitecie „Solidarności”, należał do grona osób, które w podziemiu reaktywowały Polską Partię Socjalistyczną, redagował jej nielegalne pismo „Robotnik”, był konspiracyjnym drukarzem i kolporterem. Robił różne ryzykowne rzeczy, był za to więziony i represjonowany, ale nie rozpamiętywał tego po kombatancku.
Po 1989 współorganizator Biura Ochrony Pracy NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze. Działał w już legalnej PPS. Gdy dawna opozycja skręciła ku neoliberalizmowi lub prawicy, on wraz z PPS poszedł do wyborów w sojuszu z SLD i został posłem. Był nim przez jedną kadencję. W II połowie lat 90. był liderem związku zawodowego Konfederacja Pracy, który w łonie OPZZ zajmował się odnową formuły związkowej i próbą organizowania pracowników nowych i trudnych branż, jak hipermarkety itp. Po 2001 był wiceministrem polityki społecznej i radcą w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego.
Od 2009 rzucił się w wir zupełnie nowej aktywności, która dawała szansę realizacji ideałów, jakie wyznawał od lat. Zaangażował się w spółdzielczość socjalną – połączenie wsparcia ludzi najsłabszych na rynku pracy z demokratyczną samoorganizacją. Był przewodniczącym Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych. Ale przede wszystkim był duszą tego ruchu – niestrudzonym organizatorem, popularyzatorem, człowiekiem nietracącym entuzjazmu mimo przeciwności losu, człowiekiem mrówczej, często niewidzialnej, ale wytrwałej roboty, człowiekiem, pasji i ideowości.
Współpracowaliśmy od kilkunastu lat. Wspierał regularnie to, co robimy. Opublikowaliśmy niejeden jego tekst. Udostępniamy w całości jego tekst najnowszy, z bieżącego numeru „Nowego Obywatela”. Czarek podsumowuje w nim dokonania dwóch dekad spółdzielczości socjalnej w Polsce – tekst jest dokładnie taki, jak sposób działania i myślenia Zmarłego: konkrety, tu i teraz, ale i dalekosiężne wizje, sukcesy, ale i nieunikanie zmierzenia się z problemami, radość, ale i gorycz, zadowolenie, ale i namysł nad tym, co trzeba ulepszyć: https://nowyobywatel.pl/2025/10/13/socjal-czy-praca-socjal-i-praca/
Wszystkie napisane dla nas teksty Czarka można znaleźć tutaj: https://nowyobywatel.pl/author/cezary-mizejewski/
Znacznie wzrosła skala zatrudnienia wyłącznie w oparciu o umowy śmieciowe.
Jak informuje strona internetowa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, dane GUS i ZUS wskazują, że znacząco wzrosła liczba osób zatrudnionych w sposób pozakodeksowy, na podstawie tak zwanych umów śmieciowych.
Wedle najnowszych danych, dla II kwartału roku 2025, liczba osób zatrudnionych w Polsce wyłącznie w oparciu o umowy śmieciowe wyniosła 1,451 mln. W ciągu roku to wzrost z poziomu 1,382 mln. Natomiast na przestrzeni dwóch lat oznacza to wzrost z poziomu 1,323 mln. Mamy zatem w ciągu dwóch lat przyrost pracy na umowach śmieciowych jako źródła utrzymania o niemal 130 tysięcy osób.
Najwięcej osób zatrudnionych na śmieciówkach to te w wieku 25-40 lat oraz 61-67 lat.
Większość Polaków zamierza ograniczyć wydatki związane ze Świętami ze względu na ich koszt.
Jak informuje Portal Spożywczy, aż 69 proc. Polaków chce ograniczyć wydatki świąteczne – tak wynika z badania ANG Odpowiedzialne Finanse. Aż trzy czwarte kobiet zamierza tak zrobić. Wynika to z kosztów życia.
Przygotowania do tańszego spędzenia świąt Bożego Narodzenia obejmują wcześniejsze zakupy, aby skorzystać z promocji – tak zamierza robić 33% Polaków. Symbolicznie niższy (32%) jest odsetek tych, którzy deklarują rezygnację z nabywania nowych ozdób świątecznych. 30% ankietowanych zrezygnuje z kupna. 27% chce samodzielnie przygotować potrawy, aby ich koszt był niższy od zakupu gotowych wyrobów. 18% zamierza kupić produkty tańsze. 16% rezygnuje z wyjazdów świątecznych. 15% ograniczy liczbę potraw wigilijno-świątecznych.
Nieograniczanie wydatków świątecznych deklaruje 31% ankietowanych.
Znany producent płytek ceramicznych ogłosił duże zwolnienia z pracy.
Jak informuje łódzka Gazeta Wyborcza, duże redukcje zatrudnienia nastąpią w firmie Ceramika Paradyż w Opocznie. To jeden z największych pracodawców w mieście. Pracę straci 140 osób, co oznacza aż 13% całej załogi.
Szefostwo firmy twierdzi, że jedną z przyczyn zwolnień, oprócz wzrostu kosztów energii, jest duży, rosnący i niekontrolowany import płytek ceramicznych z Indii. Nie spełniają one żadnych norm i standardów, jakich muszą przestrzegać firmy z Europy. Branża ceramiczna apelowała już w zeszłym roku do rządu, że import z Indii będzie skutkował redukcją miejsc pracy w Polsce.
Związkowcy domagają się poprawy warunków zatrudnienia w wielkiej polskiej sieci handlowej.
Jak informuje portal Dla Handlu, związkowcy zrzeszeni w Międzyzakładowej Organizacji Związkowej OPZZ Konfederacja Pracy wszczęli procedurę sporu zbiorowego wobec Dino Polska, jednej z największych sieci handlowych w kraju.
Związkowcy zarzucają firmie brak dialogu, przeciążanie pracowników obowiązkami oraz wynagrodzenia niewiele wyższe od płacy minimalnej. Niedawno ten sam związek zaapelował o utworzenie w firmie Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, który powinien istnieć w przedsiębiorstwie tej wielkości. Zwraca uwagę także na warunki panujące w sklepach sieci – ich zdaniem jest tam zbyt chłodno, aby bez szkód dla zdrowia przebywać długo w takim miejscu.
Związkowcy piszą: „Ignorancja władz Dino sięga zenitu. Spółka milczy, a sytuacja zaczyna przypominać pierwsze lata działalności Biedronki w Polsce”. Związkowcy zapowiadają zatem, że kolejnymi działaniami mogą być strajk ostrzegawczy, referendum strajkowe oraz strajk bezterminowy.
W niedzielę ten sam związek przeprowadził strajk ostrzegawczy w sklepach sieci Kaufland.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Kamil Kulawik – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=124499205
W całej Polsce w sklepach wielkiej sieci handlowej odbył się strajk ostrzegawczy.
Wczoraj, w niedzielę handlową, część pracowników sieci Kaufland zaprzestała pracy w ramach strajku ostrzegawczego. Na dwie godziny (12-14) przerwali obsługę klientów. Pracownicy zrzeszeni w związku zawodowym Konfederacja Pracy od dawna pozostają w sporze z zarządem sieci. Domagają się takich podwyżek – 1200 zł brutto – które po latach zrekompensują wzrost kosztów życia. Wielu zatrudnionych w Kauflandzie zarabia płace minimalne lub niewiele więcej.
Strajk objął kilkadziesiąt placówek sieci. W części z nich zaprzestanie pracy przez związkowców opóźniło realizację czynności przez niestrajkującą część załogi. W innych sklepach na kasach zastąpiły ich osoby z kierownictwa i obsługi administracyjnej.
Aby storpedować strajk, zarząd sieci kilka dni przed protestem ogłosił, iż od 1 stycznia przyzna podwyżki, ale znacznie niższe niż te, których domagają się związkowcy.
– „Wyciska się nas na maksa, jak cytryny, a do tego próbuje zastraszać, jak tylko upominamy się o to, co nam się należy” – powiedział dziennikowi „Fakt” Wojciech Jędrusiak, przewodniczący międzyzakładowej organizacji OPZZ Konfederacja Pracy. Zapowiedział on kontynuację walki o podwyżki, nie wykluczając referendum strajkowego oraz strajku.
Wielki podmiot handlowy planuje dużą redukcję zatrudnienia.
Jak informuje portal Dla Handlu, wielkie zmiany zapowiada grupa Eurocash. To duży gracz z branży handlu spożywczego i produktami szybkozbywalnymi. Za tą niezbyt rozpoznawalną nazwą kryje się właściciel popularnych marek –Delikatesy Centrum, Groszek, Lewiatan, ABC, Duży Ben itp. Razem wzięte mieściłyby się w pierwszej piątce największych podmiotów handlu spożywczego w Polsce.
Grupa planuje duże zmiany w swojej strukturze. Likwidacji ma ulec 150 sklepów marki Delikatesy Centrum. Oznacza to w latach 2026-2027 likwidację aż 3000 etatów w całym kraju. Około 2000 z nich to personel sklepowy, a kolejny tysiąc to stanowiska administracyjne i organizacyjne w obrębie całej spółki.
Zamiast własnych placówek, Eurocash zamierza się skupić na rozwoju sieci punktów franczyzowych. Jednym z kluczowych elementów nowej strategii ma być rozrost sieci Duży Ben. Początkowo planowana była ona ok. 1000 sklepów, z czego powstało już niemal 400. Teraz ma mieć ona nawet 3000 punktów, ale prowadzonych w modelu franczyzowym, czyli z przerzuceniem sporej części ryzyka i wysiłku na osoby niezatrudniane przez Eurocash.
Planowana jest także konsolidacja kilku należących do firmy formatów sieciowego handlu spożywczego. Mają one docelowo działać wszystkie pod szyldem „Sklepy STĄD”. Taka sieć objęłaby nie tylko dotychczasowe podmioty Eurocashu, ale także pozyskane do sieci w modelu franczyzowym dotychczas niezależne sklepy spożywcze.
Spór zbiorowy na pewno, a być może także strajk w kolejnej firmie.
Jak informuje portal Tysol.pl, w firmie w Spreadshirt Manufacturing Polska w Legnicy rozpoczął się spór zbiorowy. Zakładowa „Solidarność” domaga się poprawy warunków zatrudnienia, a w przypadku lekceważenia postulatów nie wyklucza nawet strajku.
Związkowcy domagają się przede wszystkim podwyżki pensji o 500 zł brutto dla każdego pracownika. Chcą też premii regulaminowej w wysokości 1200 zł brutto oraz premii świątecznej tej samej wysokości. Związek domaga się także utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Rozliczanie czasu pracy miałoby się odbywać w wymiarze miesięcznym, Oczekują także zniesienia kar finansowych za urlop na żądanie i zwolnienie z tytułu siły wyższej.
Szefostwo niemieckiej firmy odrzuciło te postulaty. W odpowiedzi związkowcy wszczęli formalnie spór zbiorowy, który ma przewidziane prawem etapy negocjacyjne. Jeśli nie przyniesie to rezultatów, kolejne kroki to referendum strajkowe, a w przypadku jego powodzenia – legalne przerwanie pracy.
Związkowcy z Kielc protestują przeciwko niezrozumiałym i niejasnym działaniom liberalnych władz miasta wobec lokalnej spółki pracowniczej, zapewniającej od lat transport zbiorowy mieszkańcom.
Stanowisko Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach w sprawie działań władz miasta wobec spółki pracowniczej oraz budowy nowej bazy dla zewnętrznego operatora.
Od wielu miesięcy obserwujemy narastające i trwające już od lat działania wymierzone w MPK Kielce – spółkę, w której 33 procent udziałów ma wciąż miasto. Ostatnie decyzje, między innymi dotyczące budowy nowej bazy autobusowej finansowanej z publicznych środków kosztem coraz większego zadłużania miasta, są tego kolejnym doskonałym przykładem.
Przypominamy, że funkcjonowanie MPK po 2007 roku było oparte na porozumieniu postrajkowym, na mocy którego podpisano umowę kupna-sprzedaży i dokonano zmian w umowie spółki. Ze względu na dramatyczną sytuację finansową spółki i zły stan taboru strony ustaliły w załączniku do umowy, że unijne środki pozyskane przez miasto na zakup taboru, o których pozyskanie już wówczas starało się miasto, będą włączone w tabor spółki, a nie będą dla miejskiego przewoźnika konkurencją, jak to obecnie się dzieje. Czyli te ustalenia zostały złamane przez miasto. Warte podkreślenia jest, że w tamtym czasie spółka była w bardzo trudnej sytuacji, a miasto – w znacznie lepszej niż obecnie. Dziś jest odwrotnie: to MPK może pochwalić się stabilną sytuacją finansową, a dzięki wysiłkowi pracowników oraz rezygnacji z dywidendy ma za sobą inwestycje rzędu 200 milionów złotych w tabor i bazę, podczas gdy miasto jest ogromnie zadłużone. Mimo to władze planują kosztowną i nieuzasadnioną ekonomicznie inwestycję z pieniędzy podatników, która w żaden sposób nie służy ani interesowi mieszkańców, ani komunikacji miejskiej. Czym to wytłumaczyć?
Tym bardziej, że decyzja o budowie nowej bazy nie została poprzedzona szczegółowymi wyliczeniami ekonomicznymi czy przedstawieniem tańszych alternatyw, tj. przygotowanie infrastruktury dla „elektryków” na terenie istniejącej bazy MPK, wykup pakietu większościowego w spółce czy wykup samej bazy, a przede wszystkim – bez jakiejkolwiek debaty publicznej. Paradoksem jest to, że władze prowadzą konsultacje społeczne w sprawach znacznie mniej istotnych, tj. zakaz sprzedaży alkoholu, ale w fundamentalnej kwestii dotyczącej majątku miejskiej spółki i setek miejsc pracy – milczą. Zmowę milczenia stosują również wszystkie kieleckie media. Dlaczego? Co kryje się za tak zaburzoną polityką informacyjną? Czyżby zajezdnia MPK miała podzielić los terenów, na których niegdyś znajdowała się zajezdnia PKS Kielce i siedziba KKSM, a teraz są tam osiedla deweloperskie? Warto podkreślić, że do spółki w latach wcześniejszych zgłaszali się różni deweloperzy z propozycją kupienia terenu bazy. Wysuwali różne oferty, a gdy im stanowczo odmówiono, to padły nawet takie słowa: „Nie chcecie oddać bazy za pieniądze, to przejmiemy was za darmo”.
Publiczne pieniądze są używane przeciwko własnej spółce po to, by finalnie osłabić miejskiego przewoźnika. Mówi się o oszczędnościach, a jednocześnie buduje się infrastrukturalne zaplecze tak naprawdę zewnętrznemu operatorowi. Tak wygląda interes miasta? Jak to się ma do mających miejsce kilka lat temu zapowiedzi władz miasta, że dzięki wejściu na kielecki rynek konkurencyjnego operatora nastąpi poprawa jakości usług transportowych, w dodatku za mniejsze pieniądze? Po otwarciu ofert temat ten nagle zniknął z dyskusji, ponieważ do rozstrzygnięcia przetargu konieczne było dołożenie aż 8,5 miliona złotych – i to wyłącznie na dwuletni kontrakt. Jednocześnie podkreślano, że zewnętrzny operator dysponuje „świetnie wyposażoną” bazą, na której miałoby się zmieścić nawet 100 autobusów. Twierdzono również, że wspomniane 8,5 miliona złotych umożliwi mu stworzenie własnej infrastruktury.
Pytamy więc: gdzie jest ta infrastruktura? Nie ma bowiem ani środków finansowych, ani jakiejkolwiek nowej infrastruktury, za to w tym roku przewoźnikowi wydłużono kontrakt o kolejny rok na wszystkie trzy zadania, mimo że MPK posiada ogromne rezerwy wozokilometrów rzędu 1,2 miliona rocznie. Wykorzystanie tej rezerwy pozwoliłoby zaoszczędzić kolejne kilka milionów złotych. Co więcej, przedłużono ten kontrakt również na linie, które dotychczas obsługiwało MPK – 13, 23, 24, OW i OZ.
MPK to firma dobrze zarządzana, inwestująca i konkurencyjna, ale nie jesteśmy w stanie wygrać ze środkami publicznymi wspierającymi inne podmioty.
Efektem tych działań może być pozbawienie pracy ponad 600 osób obecnie zatrudnionych w MPK mieszkańców Kielc i okolic. Czy o to w tym wszystkim chodzi? Bardzo dużo dyskutuje się o lustrach, ale nikt nie mówi o realnych problemach: zagrożeniu likwidacją kieleckiej spółki i utratą setek miejsc pracy. To może doprowadzić do przyśpieszenia procesu wyludniania się miasta, wzrostu ubóstwa i społecznych patologii, co później będzie się przedstawiać jako „problem alkoholowy”, który nie wiadomo skąd się wziął. To jest zaburzona hierarchia priorytetów i mylenie skutków z przyczynami.
Co więcej, dąży się do tego, by zewnętrzny operator robił biznes kosztem zarówno podatników, jak i kieleckich pracowników. W którym mieście w Polsce występuje taki paradoks, że za pieniądze podatników buduje się gotową infrastrukturę operatorowi zewnętrznemu, aby umożliwić mu robienie biznesu? Czym bowiem będzie konkurować ten operator, skoro zapewni mu się nowoczesny tabor, całą infrastrukturę i jeszcze miasto pokryje koszty dojazdowe, jeśli nie niższymi kosztami pracy? Na bieżąco jesteśmy informowani o tym, jak wygląda „przestrzeganie” czasu pracy w tego rodzaju spółkach i jak się tam dba o wypoczynek pracowników, co ma kolosalne przełożenie na bezpieczeństwo pasażerów. Jeżeli miasto będzie dalej wspierać zewnętrznych operatorów kosztem MPK, zwycięży nie jakość usług, ale wyłącznie tani model zatrudniania – oparty na współczesnym niewolnictwie i wyzysku.
Tego, jako mieszkańcy Kielc, ale przede wszystkim związkowcy, nigdy nie zaakceptujemy!
W związku z powyższym Związek Zawodowy Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach oczekuje od radnych miasta, by przestali chować głowę w piasek i udawać, że nic się nie dzieje lub, co gorsza, posługiwać się hejtem wobec pracowników MPK.
Radni mają obowiązek działać w interesie mieszkańców, a nie milcząco wspierać decyzje, które narażają ich na straty finansowe i utratę pracy. Nie do zaakceptowania jest przez nas prowadzona w stosunku do spółki, jak również do jej przedstawicieli zasiadających w organach spółki, narracja oparta na kłamstwach i manipulacjach, której celem jest dezinformowanie i przedstawienie firmy w negatywnym świetle. Narracja ta jest prowadzona od stycznia 2022 roku, co ma oczywisty związek z budową nowej bazy, gdyż stanowi usprawiedliwienie tej inwestycji, która ma ponoć „uniezależnić miasto od szantaży spółki wobec miasta”. Chcemy dowiedzieć się także, dlaczego miasto nie chce kupić pakietu większościowego w MPK, a zarazem nie zgadza się na sprzedaż swoich udziałów, łamiąc tym samym zapisy porozumienia? I dlaczego władze miasta od wielu lat blokują wiele rozwiązań prorozwojowych dla spółki, tj. scalenie działek, na czym zyskałaby spółka, jak też zadłużone miasto Kielce? Dlaczego podejmuje się działania, które mają zniechęcać pracowników i im szkodzić? W czasie pandemii nie chciano przekierunkować linii na niektóre końcowe przystanki, po to by kierowcy zyskali dostęp do toalet i bieżącej wody. Doszło nawet do tego, że miasto nie odpisuje na pisma kierowane przez zarząd MPK.
Związek Zawodowy Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach, jako przedstawiciel załogi, domaga się odpowiedzi na wyżej postawione pytania, jak również spełnienia poniższych żądań:
1. rozpoczęcia rozmów i dialogu z MPK, o czym mowa w podpisanym porozumieniu postrajkowym,
2. natychmiastowego zaprzestania działań szkodzących spółce oraz finansom miasta, w tym blokowania inicjatyw prorozwojowych,
3. przestrzegania porozumienia postrajkowego i zapisów zawartych w umowie kupna-sprzedaży i umowie spółki,
4. przeprowadzenia otwartej debaty publicznej.
Jednocześnie chcemy zapewnić, że jesteśmy cały czas gotowi na dialog i współpracę z miastem, ale nie możemy dopuścić do tego, aby dorobek kilku dekad (MPK będzie w przyszłym roku obchodzić 75-lecie) został zniszczony i zmarnowany. Nie godzimy się też na to, żeby zostało zaprzepaszczone porozumienie postrajkowe z 2007 roku – przede wszystkim ustalenia, które wtedy zapadły, które pozwoliły bezkosztowo dla miasta przywrócić funkcjonowanie transport publicznego w Kielcach na wysoki poziom, bez inwestowania środków zewnętrznych, tylko z pieniędzy spółki. Nie chcemy powrotu do sytuacji, jaka miała miejsce przed 2007 rokiem. Mając na względzie wkład włożony przez załogę w odbudowę spółki, w trosce o majątek, miejsca pracy i dobro mieszkańców, związek zastrzega możliwość podjęcia innych działań przewidzianych w statucie.
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w MPK Kielce
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Marcin Szymoniak
Upadła duża firma produkcyjna, a pracownicy zostali bez zatrudnienia i wypłat.
Jak informuje portal wSzczecinie.pl, w stolicy województwa zachodniopomorskiego nagle upadła firma Elogic. To producent szaf elektrycznych, szaf sterowniczych i paneli kontrolnych. Firma działa od wielu lat, niektórzy z jej pracowników mają ponad dwudziestoletni staż zatrudnienia w zakładzie. Nagle zostali bez pracy.
Około 150 osób straciło zatrudnienie. Nie otrzymali pensji ani świadectw pracy. Szefostwo firmy milczy, nie ma z nim żadnego kontaktu. Formalnie nie ogłoszono nawet upadłości firmy, co utrudnia wypłacenie zaległych środków pracownikom z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.
Zatrzymanie działalności nastąpiło nagle, choć o pewnych kłopotach zakładu mówiło się od wiosny. Pogłoski mówią, że firma została odcięta od finansowania ze swojej duńskiej centrali, do której należy polski zakład.
Prezydent Chorzowa apeluje do władz państwa o uratowanie Huty Królewskiej.
Jak informuje „Kurier Chorzowski”, prezydent Chorzowa Szymon Michałek apeluje do Ministra Aktywów Państwowych o interwencję w sprawie Huty Królewskiej. Zakład działający przez ponad 220 lat postanowił zamknąć jego obecny właściciel – wielki koncern ArcelorMittal – pisaliśmy o tym tutaj. Prezydent Chorzowa apeluje, aby rząd podjął się ratowania zakładu tak, jak uczynił to wcześniej z Hutą Częstochowa. Oto cały list:
Szanowny Panie Ministrze,
Zamknięcie Oddziału Huta Królewska w Chorzowie to decyzja, która wstrząsnęła naszym miastem i całym regionem. Uderza ona bezpośrednio w pracowników, a symbolicznie – w historyczne dziedzictwo Chorzowa. To niezwykle trudny moment dla naszego miasta, tym bardziej że przypada on w czasie wymagającym wzmacniania, a nie ograniczania krajowych zdolności przemysłowych, szczególnie w świetle obecnej sytuacji geopolitycznej.
Huta Królewska, działająca niemal nieprzerwanie od 1802 roku, współtworzyła fundamenty gospodarcze Górnego Śląska i przez pokolenia była jednym z filarów rozwoju Chorzowa. To zakład, który dał początek naszemu miastu – od jego nazwy „Königshütte”, a następnie „Królewska Huta”, po kształtowanie lokalnej tożsamości i życia społecznego. Jej zamknięcie oznacza utratę unikalnych kompetencji produkcyjnych oraz istotnej części krajowej infrastruktury hutniczej.
W obecnych warunkach geopolitycznych każdy taki ubytek stanowi realne osłabienie bezpieczeństwa państwa.
Przykład Huty Częstochowa pokazuje, że państwo potrafi skutecznie reagować w sytuacjach zagrożenia dla zakładów o strategicznym znaczeniu. Wpisanie jej na listę podmiotów podlegających ochronie państwa, objęcie nadzorem MON oraz zorganizowanie przejęcia i wznowienia produkcji przez Węglokoks – spółkę Skarbu Państwa – doprowadziły do uratowania miejsc pracy i przywrócenia stabilnej działalności zakładu. Ten model okazał się skuteczny i pokazał, że odpowiedzialna interwencja państwa może odwrócić negatywne tendencje oraz odbudować kluczowe zdolności przemysłowe.
W związku z tym zwracam się do Pana Ministra z apelem o:
• pilne włączenie Ministerstwa Aktywów Państwowych w rozmowy z ArcelorMittal,
• rozważenie objęcia Huty Królewskiej ochroną państwa, analogicznie do działań podjętych wobec Huty Częstochowa,
• analizę możliwości interwencji kapitałowej lub organizacyjnej, która zatrzymałaby proces likwidacji zakładu.
Panie Ministrze, dziś ważą się losy nie tylko pracowników Huty Królewskiej, lecz części krajowych kompetencji hutniczych, których odbudowa po likwidacji zakładu byłaby niezwykle trudna i długotrwała. Każdy ubytek w krajowej produkcji stali ogranicza nasze możliwości reagowania w sytuacjach kryzysowych, a w obecnych realiach geopolitycznych utrzymanie stabilnej, rozproszonej i bezpiecznej infrastruktury przemysłowej ma znaczenie dla całego państwa. Wierzę, że Pana zaangażowanie oraz instrumenty pozostające w gestii Ministerstwa Aktywów Państwowych mogą pomóc zatrzymać ten proces i zapobiec stratom, które odczułby zarówno Chorzów, jak i polska gospodarka.
Deklaruję pełną gotowość do podjęcia rozmów z Panem Ministrem oraz z władzami spółki ArcelorMittal w sprawie możliwych dalszych działań i weryfikacji podjętych decyzji, tak aby ograniczyć negatywne skutki obecnej sytuacji i zachować potencjał przemysłowy regionu.
Wielki koncern telekomunikacyjny zapowiada masową likwidację etatów.
Polski oddział korporacji telekomunikacyjnej Orange zapowiedział w swoim komunikacie dla mediów, że w latach 2026-2027 przeprowadzi wielką redukcję etatów. W ramach tzw. programu dobrowolnych odejść planuje on pozbyć się 1000 zatrudnionych. Oznacza to redukcję załogi firmy aż o 12%.
W ramach programu przewidziano odprawy dla rezygnujących z pracy w tej firmie. Ich wysokość wynegocjowano ze związkami zawodowymi. Cały budżet programu wynosi 150 mln, co daje średnio 150 tys. zł na każdą osobę, która zdecyduje się zrezygnować z pracy w tym telekomie.
Do końca roku ma zniknąć kilkadziesiąt oddziałów położniczo-ginekologicznych.
Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, rząd Tuska zaplanował „czasowe zamknięcie” kilkudziesięciu oddziałów szpitalnych, przede wszystkim położniczo-ginekologicznych. To „sposób” na finansową zapaść systemu ochrony zdrowia za rządów liberałów.
Największe uderzenie likwidatorów ma dotyczyć oddziałów położniczo-ginekologicznych. Motywowane jest to niską liczbą urodzeń, co przekłada się na deficyt takich oddziałów. Szczególnie zagrożone są placówki w mniejszych miastach, głównie w województwach podkarpackim, łódzkim, wielkopolskim i podlaskim.
Zamiast nich mają działać „punkty rodzenia” przy szpitalnych oddziałach ratunkowych lub izbach przyjęć. Dyżurować tam miałaby położna, która odbierze poród lub podejmie decyzję o przewiezieniu ciężarnej kobiety do szpitala specjalistycznego – po likwidacji wielu oddziałów będzie to daleki przejazd.
Rozpoczęło się referendum strajkowe w dużej sieci handlowej.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, może dojść do strajku w sieci Stokrotka. Ta sieć handlu spożywczego posiada w Polsce niemal 1000 placówek i należy do kapitału litewskiego. Po długim i bezowocnym sporze z zarządem sieci związki zawodowe przystąpiły do kolejnej fazy walki o podwyżki wynagrodzeń.
Z początkiem grudnia ruszyło wśród pracowników referendum strajkowe. – „Referendum jest wynikiem braku porozumienia z zarządem w procedurze sporu zbiorowego. Na etapie rokowań i mediacji ze strony pracodawcy nie padła żadna propozycja” – powiedziała Polskiej Agencji Prasowej Alicja Symbor, przewodnicząca „Solidarności” w Stokrotce.
Związki zawodowe domagają się przede wszystkim dwóch zmian. Chcą 800 zł brutto podwyżki dla każdego pracownika, motywując to niskimi zarobkami, nie nadążającymi za wzrostem kosztów życia. Oczekują także zwiększenia zatrudnienia. Ich zdaniem obsada sklepów jest za mała, w wielu placówkach wynosi tylko 7 osób, co nie pozwala na prowadzenie normalnej obsługi, realizowanie urlopów, brania zwolnień lekarskich w przypadku choroby itp. Według związkowców, w niektórych marketach do obsady na dwóch zmianach musi wystarczyć siedem osób, włącznie z kadrą kierowniczą.
Referendum trwa od 1 grudnia i zakończy się 31 maja – ze względu na rozproszoną strukturę zatrudnienia odbywa się ono w formule online. Wedle prawa musi w nim wziąć co najmniej 50% zatrudnionych, aby było wiążące. Jeśli zostanie osiągnięta wymagana frekwencja, a głosujący opowiedzą się za strajkiem, będzie możliwe legalne przerwanie pracy.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim. PL, EU. CC0 – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=82835146
Koniec problemów dla posiadaczy biletów miesięcznych podróżujących po Bieszczadach.
Po serii incydentów, w których kierowcy odmawiali honorowania biletów innych przewoźników, pasażerowie złożyli oficjalną skargę do Bieszczadzkiego Związku Komunikacyjnego (BZK).
Problem dotyczył funkcjonowania transportu zbiorowego na terenie powiatów bieszczadzkiego, leskiego i sanockiego. Bieszczadzki Związek Komunikacyjny zrzesza różnych przewoźników operujących w regionie, przekazując im dopłaty ze środków centralnych do realizowanych kursów. Jednym z kluczowych warunków otrzymywania tych środków jest tzw. integracja biletowa – czyli wzajemne honorowanie biletów miesięcznych przez wszystkich przewoźników w ramach sieci.
Mimo jasnych przepisów, pasażerowie spotykali się z sytuacjami, w których odmawiano im respektowania biletów miesięcznych wystawionych przez inne firmy zrzeszone w BZK. Grupa podróżnych postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. – „Co zrobiliśmy? Po pierwsze, znamy swoje prawa. Dlatego przeanalizowaliśmy dokumenty Związku Komunikacyjnego i na ich bazie opracowaliśmy pismo ze skargą” – wyjaśnia Duszan Augustyn, inicjator interwencji.
Pismo trafiło do władz Bieszczadzkiego Związku Komunikacyjnego, wskazując na łamanie warunków umowy przez przewoźników.
Reakcja Bieszczadzkiego Związku Komunikacyjnego była szybka i konstruktywna. Pasażerowie otrzymali oficjalne przeprosiny oraz podziękowania za zgłoszenie nieprawidłowości.
Władze Związku potwierdziły również realizację głównego postulatu skarżących. Kierowcy obsługujący linie w regionie zostaną dodatkowo przeszkoleni, a na dworcach i zajezdniach pojawią się dodatkowe informacje o prawach pasażerów, co ma wyeliminować problem nieuznawania ważnych biletów.
Interwencja zakończyła się sukcesem, a pasażerowie chwalą postawę BZK. – „Bieszczadzki Związek Komunikacyjny zachował się bardzo profesjonalnie. Szybka reakcja, przeprosiny, konkretne działania” – komentuje Duszan Augustyn. – „To dobry prognostyk dla szerokiej współpracy pomiędzy pasażerami, BZK i przewoźnikami, bo w naszym wspólnym interesie jest to, żeby transport zbiorowy w Bieszczadach działał jak najefektywniej”.
Dzięki obywatelskiej postawie i szybkiej reakcji Związku, posiadacze biletów miesięcznych w Bieszczadach mogą już normalnie korzystać ze swoich uprawnień, niezależnie od tego, jakiego przewoźnika autobus podjedzie na przystanek. Jednak wielu pasażerów nie wie, o tym, że takie prawo im przysługuje. – „Po upadku PKS i prywatyzacji rynku przewozów autobusowych, praktycznie w całej Polsce nie było realnej integracji biletowej. Dlatego ludzie nie wiedzą o tym, że mogą korzystać z jednego biletu, w ramach całego Związku Komunikacyjnego. Brakuje informacji o tym, na jakich liniach i jacy przewoźnicy mogą wzajemnie honorować bilety miesięczne. Zyskają na tym sami przewoźnicy i BZK, bo dzięki temu ich oferta stanie się bardziej atrakcyjna i przyciągnie nowych pasażerów” – mówi Duszan Augustyn, doktor nauk o zarządzaniu z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalizujący się w organizacji lokalnego transportu zbiorowego i wykluczeniu transportowym.
Masowe zwolnienia w firmie motoryzacyjnej.
Jak informuje portal Nasze Miasto, wielkie zwolnienia ruszają w jednym z oddziałów koncernu Aptiv. Firma ta jest obecna w różnych branżach. Na początku roku zwolniła 200 osób w swoim krakowskim oddziale IT. Teraz dokonuje dużej redukcji zatrudnienia w zakładzie z branży motoryzacyjnej.
W Jeleśni, gdzie działa należący do koncernu Aptiv zakład produkcji wiązek elektrycznych dla producentów samochodów osobowych i ciężarowych, właśnie zaczynają się zwolnienia grupowe. Pracę stracą 392 osoby pośród załogi, która liczy ok. 1300 osób.
Zakład, niegdyś działający pod marką Delphi, istnieje od roku 1994. Jest jednym z największych pracodawców na Żywiecczyźnie. Zwalniani pracownicy dostaną odprawy wynegocjowane przez związki zawodowe. Szefostwo firmy nie chciało nawet rozmawiać o zmniejszeniu skali zwolnień.
Jedyna prywatna kopalnia w Polsce zwalnia niemal całą załogę.
Jak informuje portal czecho.pl, masowe zwolnienia zapowiedziano w Przedsiębiorstwie Górniczym Silesia w Czechowicach-Dziedzicach. To jedyna niepubliczna kopalnia węgla kamiennego w Polsce.
Związki zawodowe działające w zakładzie zostały poinformowane o planach zwolnienia 754 pracowników. To niemal cała załoga.
Kopalnia kilkakrotnie zmieniała właścicieli. Niedawno została sprzedana firmie Bumech. Kondycja zakładu była w ostatnich latach kiepska, całość objęto formalnym postępowaniem sanacyjnym. Zaledwie kilka dni temu poinformowano, że przyniosło ono pozytywne rezultaty. Teraz okazuje się, że niemal cała załoga kopalni trafi na bruk. Oznacza to prawdopodobnie koniec zakładu w jej obecnej formie i likwidację działalności wydobywczej. Zatrudnienie utrzyma niewielka grupka osób, które mają obsługiwać podtrzymanie funkcji kluczowych obiektów zakładu oraz wygaszanie działalności produkcyjnej.
Zwolnienia zaplanowano na okres od 18 grudnia do końca marca.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Krzysztof Kwaśny – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=17831547
W kolejnym szpitalu personel pomocniczy ma zostać wypchnięty do firmy zewnętrznej.
Na Facebooku pojawił się apel, będący prośbą do mediów o zainteresowanie się sprawą zmian niekorzystnych dla pracowników pomocniczych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Dotychczas zatrudnieni bezpośrednio przez tę placówkę, mają być „przekazani” firmie zewnętrznej. To kolejna w ostatnim czasie taka sytuacja – podobne miały miejsce pod Krakowem oraz we Wrocławiu. Wraca proceder powszechny za poprzednich rządów Tuska. Prezentujemy treść apelu:
Szanowni Państwo
zwracamy się do Państwa w imieniu pracowników najniższego szczebla Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Jesteśmy grupą ludzi, o której na co dzień nikt nie mówi głośno – opiekunkami medycznymi, salowymi, sanitariuszami i pracownikami transportu wewnętrznego. To my dbamy o higienę oddziałów, o bezpieczeństwo pacjentów, o ich komfort i godne warunki pobytu. To my wykonujemy prace, których nikt nie widzi, ale bez których szpital nie jest w stanie funkcjonować.
Dziś czujemy się jednak całkowicie pozbawieni głosu i sprawczości.
W naszym szpitalu odbywają się narady, protesty i polityczne przepychanki, ale nikt z decydentów nie zaprosił do stołu tych, których zmiany dotkną najmocniej. O przyszłości naszego życia zawodowego i prywatnego rozstrzyga się w ciszy – bez informacji, bez rozmowy, bez szacunku.
Outsourcing jako plan ratunkowy kosztem najbiedniejszych
Według ustaleń, które potwierdzają przełożone, do końca roku planowany jest przetarg na outsourcing całego działu higieny szpitalnej. Oznacza to, że cała nasza grupa zawodowa ma zostać przekazana prywatnej firmie – tak jak miało to już miejsce wcześniej, kiedy przejął nas Impel.
Wiemy, jak wyglądała wtedy „współpraca”:
umowy zlecenia zamiast etatów,
najniższa krajowa,
brak dodatków,
brak stabilności,
brak wsparcia.
Dla wielu z nas dodatki stażowe, świąteczne czy nocne to być albo nie być. Utrata ich oznacza dramat w domowym budżecie, a często wręcz konieczność odejścia z pracy, którą wykonujemy z zaangażowaniem i poczuciem misji.
Nierówności, o których nikt głośno nie mówi
W tym samym czasie lekarze kontraktowi – nierzadko młodzi, bez specjalizacji – otrzymują wynagrodzenia sięgające 87 tysięcy złotych miesięcznie. Często za dyżury, które nie mają nic wspólnego z ratującymi życie procedurami czy ciężką pracą w oddziale. To nie ich pensje mają zostać obniżone, ponieważ – jak słyszymy – „nie przyjdą do pracy, jeśli dostaną mniej niż 50 tysięcy”.
A więc to nie wysoko opłacane kontrakty doprowadziły szpital do zadłużenia?
To nie polityczne decyzje?
Nie nieefektywne zarządzanie?
Okazuje się, że winni są ci, którzy zarabiają najmniej.
Brak dialogu i brak szacunku
Nie byliśmy i nadal nie jesteśmy informowani o planowanych zmianach.
Nie zaproszono nas na żadne zebranie.
Związkowcy rozkładają ręce – ludzi w związkach jest mało, bo wcześniejsze obietnice, z których nic nie wynikło, odebrały pracownikom wiarę.
Dziś znowu mamy poczucie, że zostaliśmy „sprzedani” po cichu.
Czy ktoś nas wysłucha?
My – ludzie, którzy codziennie sprzątają zabrudzone ściany, toalety i łóżka pacjentów, którzy pomagają w podstawowych czynnościach, pracują w nocy, święta, w smrodzie, brudzie, stresie i zmęczeniu – wykonujemy te czynności z empatią i szacunkiem dla pacjenta.
Czy ktoś okaże choć odrobinę szacunku nam?
Prosimy o nagłośnienie tej sprawy
Nie chcemy wojny.
Chcemy rozmowy, rzetelnej analizy i sprawiedliwości.
Chcemy, by opinia publiczna wiedziała, że istnieje ogromna grupa pracowników ochrony zdrowia, która latami była traktowana jak niewidzialna – a dziś, w imię „ratowania szpitala”, ma zostać oddana firmie zewnętrznej kosztem swojego dorobku, stabilizacji i godności.
Prosimy Państwa o pomoc w nagłośnieniu tej sytuacji. Tylko światło mediów może zatrzymać decyzje podejmowane po cichu, wbrew interesowi pacjentów i pracowników.
Pracownicy najniższego szczebla Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku
Duże zwolnienia grupowe zapowiedziała jedna z firm z branży motoryzacyjnej.
Jak informuje portal Bankier.pl na podstawie ustaleń lokalnej rozgłośni Radio5, duże zwolnienia zapowiedział Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku. Firma, która działa od 80 lat, zamierza zwolnić z pracy aż 241 osób. Informację o zwolnieniach grupowych otrzymał już urząd pracy w Ełku. Pracę straci 187 pracujących bezpośrednio przy produkcji. Kolejne 30 osób do zwolnienia pracuje pośrednio przy produkcji. Natomiast 24 osoby zostaną zwolnione ze stanowisk administracyjnych. Zwolnienia zostaną przeprowadzone w trzech turach – w lutym, marcu i kwietniu.
Ełcki zakład wytwarza wiązki przewodów niskiego i wysokiego napięcia oraz przewody akumulatorowe. Jest głównie kooperantem wielkich koncernów motoryzacyjnych. Zatrudnia ponad 1000 osób, choć zaledwie ok. 300 bezpośrednio na etatach.
Duża polska sieć handlowa nie ma wymaganego prawem funduszu wspierającego swoich pracowników.
Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, wchodząca w skład tej centrali Konfederacja Pracy, której oddział zrzesza pracowników sieci Kaufland, Biedronka, Dino, Aldi i Rossmann, jedna z tych sieci nie stworzyła Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Niestety chodzi o jedyną w tym gronie sieć należącą do krajowego kapitału, czyli Dino.
Konfederacja Pracy zwraca uwagę, że pracownicy sieci Dino nie otrzymują nic z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Firma prawdopodobnie w ogóle go nie utworzyła. Tymczasem stworzenie funduszu jest ustawowym obowiązkiem każdego przedsiębiorstwa, które zatrudnia co najmniej 50 osób.
Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych, finansowany ze środków firmy, ma za zadanie wspierać pracowników i ich rodziny. Może obejmować między innymi dofinansowanie wypoczynku, w tym wczasów pod gruszą i pobytów sanatoryjnych, zapomogi dla osób w trudnej sytuacji życiowej lub zdrowotnej, pożyczki mieszkaniowe na remont lub zakup mieszkania, dofinansowanie kultury i sportu, świadczenia okolicznościowe, w tym paczki świąteczne, wsparcie dla dzieci pracowników w zakresie wypoczynku i edukacji. Ustawowym obowiązkiem jest tego rodzaju wsparcie, a cywilizowany standard to zasięganie opinii przedstawicieli pracowników (związkowców, członków rady pracowników itp.), jak dzielić zebrane środki i czego najbardziej oczekują zatrudnieni.
Dino zatrudnia niemal 55 000 osób.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Łukasz Świerczewski – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=116790444
Z dnia na dzień zamknięto odlewnię.
Jak informuje portal Gostyn24.pl, nagle zamknięto odlewnię żeliwa Teriel w Gostyniu. Firma należąca do kapitału niemieckiego przestała działać niemal z dnia na dzień. O zakończeniu działalności zakładu pracownicy dowiedzieli się nagle w środę na spotkaniu z niemieckim prezesem przedsiębiorstwa.
Zwolnieni otrzymują świadectwa pracy, a kilka osób zajmuje się wydawaniem ostatnich zamówień kontrahentom. Pracownicy usłyszeli od szefostwa, że wypłaty za październik otrzymają, gdy na konto firmy wpłyną zaległe kwoty za zamówione produkty. Portal cytuje kilku pracowników: „Pracowałem chyba za długo, teraz nie wiem, co będzie”; „Z dnia na dzień. Jak pies z dnia na dzień…”.
Pracę i źródło utrzymania straciło w ten sposób około 60 osób.
Wielki koncern stalowy zamyka hutę w Chorzowie.
Jak informuje portal Money.pl, wielki koncern stalowy ArcelorMittal Poland postanowił na trwałe zlikwidować produkcję w Hucie Królewskiej w Chorzowie. Zakład zakończy działalność po ponad 220 latach nieprzerwanego istnienia. Niegdyś nosił m.in. nazwy Huta Piłsudski i Huta Kościuszko, a obecna nazwa Królewska Huta nawiązuje do dawnej nazwy Chorzowa.
Zakład działa w Chorzowie od przełomu XVIII i XIX wieku. Był jedną z czołowych i symbolicznych inwestycji nadających Górnemu Śląskowi charakter przemysłowy. W grudniu ma ustać praca huty. Zarząd polskich struktur koncernu motywuje tę decyzję kiepskimi realiami rynku produkcji stali w Europie oraz koniecznością dużych wydatków na modernizację zakładu, co w obecnej sytuacji nie zwiastuje szans na odzyskanie tych środków.
W zakładzie pracuje obecnie 270 osób. Mają one od spółki otrzymać propozycje pracy w innych polskich zakładach ArcelorMittal. Oznacza to konieczność dojazdów do pracy, a dla miasta Chorzów nic nie zmienia w kwestii utraty substancji przemysłowej. Sytuacja jest tym poważniejsza, że w ostatnich latach koncern wyłączył wielki piec w Krakowie, a niedawno uczynił to samo z jednym z dwóch wielkich pieców w hucie w Dąbrowie Górniczej.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Teka z polskiej Wikipedii, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2751433
Związkowcy z Polski, Czech i Słowacji wspólnie apelują o obronę europejskiego hutnictwa.
Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z Solidarności wraz ze związkowcami z Czech i Słowacji – OS KOVO oraz RO OZ KOVO U.S. Steel Kosice, wspólnie zaapelowali o obronę europejskiego hutnictwa. Apel został przedstawiony na posiedzeniu komitetu SSDC for Steel, który w skali europejskiej koordynuje działania związkowców oraz właścicieli firm z sektora hutniczego.
W apelu czytamy: „Bez podjęcia natychmiastowych i zdecydowanych działań istnieje realna groźba zamykania hut i masowych zwolnień w Europie Środkowej. Niestety, takie negatywne zjawiska już się rozpoczęły, o czym świadczą kolejne informacje o upadłościach, zamknięciach zakładów produkcyjnych i zawieszeniu prac instalacji hutniczych”.
Związkowcy-hutnicy z trzech krajów Europy Środkowej twierdzą, że „Przedsiębiorstwa hutnicze ponoszą skrajnie wysokie koszty energii elektrycznej i gazu oraz uprawnień do emisji CO2, co dramatycznie obniża ich globalną konkurencyjność. Ceny energii dla przemysłu w regionie pozostają około dwukrotnie wyższe niż średnio w latach 2015–2019 i należą do najwyższych w Europie, zaś koszt uprawnień EU ETS wzrósł z ~5 euro/ tonę w 2017 roku do ponad 71 euro/tonę w 2025 roku – obciążając w sposób bezprecedensowy sektor energochłonny”.
Apel zawiera konkretne postulaty do władz unijnych, w tym: natychmiastowe wdrożenie projektu Komisji Europejskiej chroniącego unijny rynek stali przed zagranicznym importem, podjęcie działań ochronnych przed importem stali z Ukrainy, ustanowienie maksymalnej ceny energii elektrycznej na poziomie 50 euro za MWh dla całego wolumenu energii dla odbiorców przemysłowych w UE oraz reformę systemu EU ETS.
„Solidarność” domaga się od rządu pilnych działań na rzecz uregulowania zasad franczyzy.
Portal Dla Handlu informuje, że Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” wezwał rządzących do jak najszybszego uregulowania funkcjonowania systemów franczyzowych w Polsce. Ich obecna forma pozwala na masowe nadużycia wobec franczyzobiorców i ich pracowników. „Solidarność” wskazuje, że w Polsce ma miejsce dynamiczny rozwój inicjatyw franczyzowych. Za wieloma z nich stoi wielki kapitał zagraniczny. Nie ma w takiej sytuacji mowy o równowadze sił: franczyzobiorcy są stroną systemowo słabszą, a dochodzenie ich praw jest zwykle bezskuteczne. Franczyzowe podmioty chętnie też obchodzą prawo pracy, oferując umowy śmieciowe tam, gdzie zachodzi etatowy stosunek zatrudnienia. Franczyzobiorcy znajdują się nierzadko w specyficznej sytuacji formalnoprawnej jako przedsiębiorcy-pracownicy. Ochrona ich praw jest w obecnej sytuacji niewielka.
„Solidarność” apeluje m.in. o to, aby uznać taką formę współpracy za zorganizowany system działalności. Franczyzobiorca miałby w nim ponosić pełnię odpowiedzialność typowej dla pracodawcy wobec osób zatrudnionych. Z kolei poszczególni franczyzobiorcy mieliby być chronieni przed nadużyciami ze strony samych sieci oferujących prowadzenie działalności w takim modelu.
Prezentujemy stanowisko spółki pracowniczej MPK Kielce w sprawie działań liberalnych władz tego miasta.
***
Stanowisko MPK Sp. z o.o. w przedmiocie planów budowy przez Miasto Kielce zajezdni autobusowej wraz z infrastrukturą towarzyszącą planowanej do realizacji na działkach nr 583/2 i 583/3 obręb 0009 przy ul. Oskara Kolberga w Kielcach.
Na podstawie Porozumienia Społecznego z dnia 30 sierpnia 2007 r. zawartego pomiędzy Załogą ówczesnego MPK a Miastem Kielce doszło do zmian w strukturze własnościowej MPK Kielce.
W wyniku poczynionych ustaleń udziałowcami tej spółki zostali pracownicy działający w formie Spółki pracowniczej KASP posiadającej aktualnie 62,4% udziałów i Miasto Kielce posiadające aktualnie 33,4% udziałów.
Celami działania wspólnie założonej Spółki jest świadczenie usług komunikacyjnych na terenie Miasta Kielce.
Strona pracownicza wywiązała się w całości ze zobowiązań zawartych w umowie prywatyzacyjnej, tj. zainwestowała w spółkę ok. 180 milionów złotych przy wymaganej na te cele kwocie 76 248 000 milionów złotych, utrzymała zatrudnienie oraz spełniła wszystkie inne wymagania wynikające z umowy prywatyzacyjnej.
Kieleckie Autobusy Spółka Pracownicza Sp. z o.o. zgodnie z § 8 umowy sprzedaży udziałów z dnia 6 października 2008 r. oraz na podstawie art. 24 ust. 4 aktu założycielskiego spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w Kielcach” i Porozumienia Społecznego z dnia 30 sierpnia 2007 r. zawartego pomiędzy załogą a Miastem Kielce, złożyła w dniu 16 czerwca 2023 r. Gminie Kielce ofertę nabycia 10 096 udziałów spółki pod firmą Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Kielcach.
Gmina Kielce odmówiła realizacji obowiązku wynikającego z § 8 umowy sprzedaży udziałów z dni 6 października 2008 r., powtórzonego w art. 24 ust. 4 aktu założycielskiego spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „Miejskie Przedsiębiorstwo z ograniczoną odpowiedzialnością w Kielcach”.
Wcześniej Zarząd KASP proponował Miastu Kielce odkupienie udziałów od KASP Miasto Kielce, co również spotkało się z odmową.
Aktualna decyzja Miasta o zakupie działek przy ul. Kolberga w Kiecach i budowie tam nowej zajezdni autobusowej w ocenie MPK jest nieuzasadniona ekonomicznie, a także sprzeczna z treścią przepisu art. 56 § 1 Kodeksu Spółek Handlowych, stanowiącego że: „Wspólnik zobowiązany jest powstrzymać się od wszelkiej działalności sprzecznej z interesami spółki”.
Gmina Kielce, pomimo że jest udziałowcem MPK, to od dłuższego czasu podejmuje działania, które blokują rozwój MPK Kielce.
Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Sp. z o.o. zostało niezasadnie pozbawione przychodów z następujących linii autobusowych 15, 17, 36, 40 oraz 13, 23, 24, które aktualnie w wyniku działań Gminy Kielce nie są już obsługiwane przez MPK Sp. z o.o.
W odniesieniu do linii 15, 17, 36 i 40 warto przypomnieć, że zastrzeżenia dotyczące ich przekazania do tańszego kontraktu unijnego były zgłaszane już w 2019 r. przez ówczesną prezes MPK Sp. z o.o. podczas sesji Rady Miasta Kielce. Podkreślała ona, że dokonanie jedynie drobnych korekt i włączenie tych tras w miejsce rzeczywiście zlikwidowanych linii w ramach kontraktu unijnego doprowadziło do znacznego zmniejszenia dochodów Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o.
Ponadto w okresie prowadzenia procedury przetargowej w 2023 r. na tzw. kontrakt unijny, Gmina Kielce naruszając treść postanowień i załączników do umowy z dnia 16 stycznia 2018 r. zabrała wbrew obowiązującym przepisom linie 13, 23 i 24 z tego kontraktu (tzw. głównego) do kontraktu unijnego, również obsługiwanego przez MPK Kielce. W chwili obecnej linie te obsługiwane są przez innego przewoźnika, co dodatkowo spowodowało znaczne zwiększenie kosztów finansowych dla Gminy Kielce i to W sytuacji gdy MPK Sp. z o.o. zgodnie z zawartą umową z dnia 16 stycznia 2018 powinna obsługiwać te linie. Byłoby to tańsze dla Gminy Kielce oraz korzystniejsze dla pasażerów, którzy jeździliby nowszymi autobusami.
Nadmieniamy również, że w 2022 r. z kontraktu głównego do kontraktu unijnego zabrane zostały także linie OW i OZ. Przerzucanie linii z kontraktu głównego do kontraktu „unijnego” spowodowało nie tylko znaczne zmniejszenie przychodu spółki, ale również całkowite wyłączenie z ruchu pięciu autobusów MINI (10 m), które generują kolejne straty dla przedsiębiorstwa.
Powyżej opisane działania Gminy Kielce wprost łamią postanowienia umowy z 16 stycznia 2018 r. i nakierowane są na osłabienie finansowe spółki, w której Gmina Kielce posiada znaczną ilość udziałów.
W tej sytuacji zakup nieruchomości na potrzeby uruchomienia zajezdni autobusowej autobusów elektrycznych i wybudowania instalacji fotowoltaicznej, pomimo że Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Sp. z o.o. posiada dobrze wyposażoną, kompleksową zajezdnię, w tym odpowiednią powierzchnię gruntów i budynków zaplecza technicznego, które dają możliwość na ich powierzchniach dachowych montażu instalacji fotowoltaicznej o odpowiedniej mocy (ponad 3000 m kw.), jest nieuzasadniony ekonomicznie zarówno z punktu widzenia Miasta Kielce jako udziałowca, jak i mieszkańców Kielc jako podatników.
Dodatkowo wbrew interesom spółki MPK Sp. z o.o. oraz podatników Gmina Kielce zaniechała ze skorzystania z uprawnienia przewidzianego w § 3 ust. 2 umowy z dnia 16 stycznia 2018 r. zawartej pomiędzy Gminą Kielce a Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacji Sp. z o.o., zgodnie z którym Gmina Kielce (jako organizator przewozów w komunikacji miejskiej) ma prawo zwiększyć wielkość zadań przewozowych do +10% wyjściowego zakresu rzeczowego (czyli 1 029 700 km rocznie), za wykonanie których Gmina Kielce płaciłaby stawkę 8,51 zł/km zamiast stawki 10,60 zł/km przewidzianej w umowie z BP Tour Regio Sp. z o. o., a tym samym wywołała po stronie podatników (mieszkańców i innych podmiotów płacących podatki w Kielcach) szkodę majątkową przekraczającą już 5 milionów złotych. Równocześnie z tego samego tytułu przychody Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o. od października 2023 r. są miesięcznie niższe o około 650 000 zł. Do obecnej chwili (listopad 2025 r.) ta kwota wynosi już 17 milionów złotych, natomiast w tym samym okresie czasu zadłużone miasto straciło na operacji przerzucenia linii do droższego kontraktu obsługiwanego przez BP Tour Regio ponad 5 milionów złotych.
We wrześniu 2023 r. w ramach dodatkowych kursów przekazanych do realizacji z tzw. kontraktu unijnego MPK Sp. z o.o. wykonało 76 361 km, jednocześnie w ramach kontraktu głównego nie obowiązywały już żadne ilościowe ograniczenia kursów związane z okresem wakacyjnym. Wobec powyższego dane z września 2023 r. z pełną realizacją zadań z kontraktu głównego i 76361 km z kontraktu unijnego pokazują realną możliwość stałego i ciągłego wymiaru zadań realizowanych przez MPK Sp. z o.o. Innymi słowy Gmina Kielce – Zarząd Transportu Miejskiego w Kielcach ma możliwość comiesięcznego zlecania do MPK Sp. z o.o. zadań w wymiarze co najmniej 76 361 km po cenie 8,51 zł/km netto (76 361* 8,51 649 832,11 zł netto). Niezrozumiałe i zaskakujące jest również to, że po zakończeniu dwuletniej umowy z BP Tour Regio miasto, mimo pism otrzymywanych od MPK, zdecydowało się na przedłużenie umowy na wszystkie trzy zadania z tym operatorem, powodując kolejne straty finansowe dla miasta, zaś z tego tytułu dochód MPK zmniejszy się o 3 miliony złotych.
Przy ul. Jagiellońskiej naprzeciwko MPK, Miasto Kielce i MPK posiadają działki niezabudowane. MPK dwa lata temu zwróciło się do Miasta Kielce (a około rok temu ponowiło prośbę) o ich scalenie i sprzedaż bądź odkupienie przez Miasto lub wspólne zagospodarowanie gruntów na potrzeby komunikacji.
Pomimo upływu tak długiego czasu sprawa w żaden sposób nie została załatwiona.
Przytoczone powyżej fakty bezspornie wskazują, że dobro i interes spółki Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o. są naruszane przez jej wspólnika – Gminę Kielce. Stan taki jest niezwykle destrukcyjny zarówno dla naszej spółki, która prowadzi inwestycje na wysoką skalę, jak i jej innych wspólników.
W tej sytuacji Zarząd MPK, jak i pracownicy są mocno zaniepokojeni postawą Miasta Kielce. Rodzą się pytania, dlaczego Gmina Kielce, jako udziałowiec spółki MPK Sp. z o.o. działa na jej szkodę, jak również na szkodę Gminy Kielce poprzez zaniechanie jakiejkolwiek współpracy z MPK Sp. z o.o. i inwestowanie ogromnych funduszy (około 30 milionów złotych) w zakup dwuhektarowej działki oraz budowę nowej zajezdni autobusowej, jeżeli rozwój i modernizacja bazy MPK, której wielkość sięga 4 hektarów, byłaby znacznie tańsza i szybsza w realizacji. Zwłaszcza że Miasto posiada również dodatkowy teren przyległy do bazy, który był już wykorzystywany jako parking, a więc jest tam gotowa infrastruktura.
Wnosimy o udzielenie odpowiedzi, czy Gmina Kielce, która posiada 33 procent udziałów w MPK, przeprowadziła szczegółowe analizy ekonomiczne dotyczące porównania kosztów związanych z budową nowej zajezdni autobusowej z innymi wariantami, np. wykupem wszystkich udziałów od spółki pracowniczej, wykupem pakietu większościowego (np. 51 procent udziałów) lub wykupieniu samej bazy bez autobusów (grunty wraz z budynkami)? Dlaczego Gmina Kielce nie chciała wcześniej ani sprzedać udziałów w MPK Sp. z o.o., ani odkupić udziałów od KASP, mając plany związane z budową nowej zajezdni i ogromnymi inwestycjami?
Oczywistym jest, że budowa nowej bazy autobusowej w Kielcach zmierza do osłabienia pozycji finansowej MPK Sp. z o.o., a tym samym Gmina Kielce działa na swoją szkodę, bo obniża wartość posiadanych w MPK Sp. z o.o. udziałów.
Skoro Gmina Kielce nadal ma udziały w MPK Sp. z o.o., to czy nie byłoby zasadnym podejmowanie działań wzmacniających tą spółkę? Dlaczego Gmina Kielce nie podejmuje negocjacji z MPK Sp. z o.o., o które kilkakrotnie zabiegał zarząd spółki w formie pisemnej, w celu zainicjowania wspólnych działań mogących przynieść obopólne korzyści dla Miasta i MPK Sp. z o.o.? Po co inwestować w pustą działkę, skoro MPK ma gotową bazę autobusową w dobrej lokalizacji, w której mniejszym kosztem można zainstalować infrastrukturę do ładowania autobusów elektrycznych, a warsztaty serwisowe i doświadczeni mechanicy są już na miejscu?
Czy Miastu Kielce zależy na doprowadzeniu spółki MPK do upadku? Co stanie się z około 600 pracownikami tej spółki, jeżeli Gmina Kielce nadal będzie atakowała kielecką spółkę, a
promowała przedsiębiorstwa, które podatki płacą w innych miastach? Czy nie byłoby zasadnym zainwestowanie w tę spółkę, aby utrzymać miejsca pracy w Kielcach? Czy Gmina Kielce rozważała/rozważa nabycie pakietu udziałów w MPK Sp. z o.o., tak aby uzyskać większość w tej spółce i w nią inwestować zamiast budować od nowa zajezdnię, co jest rozwiązaniem kilkakrotnie droższym, dłuższym oraz ze szkodą dla pracowników i mieszkańców Miasta, bo to są przecież ich pieniądze, a nie urzędników, którzy powinni zarządzać pieniędzmi publicznymi w sposób jak najbardziej racjonalny, oszczędny i gospodarny?
Dodatkowo zwracamy uwagę na to, że na pismo z dnia 10.06.2025 r. skierowane do Pani Prezydent nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi pomimo deklaracji ze strony Zarządu Spółki MPK Kielce dotyczącej chęci prowadzenia rozmów, dialogu, współpracy w zakresie organizacji transportu w Kielcach i współpracy między spółką a wspólnikami.
Prezes Zarządu MPK w Kielcach Jerzy Met
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marcin Szymoniak
W trzech zakładach firmy z branży motoryzacyjnej zaczął się dzisiaj strajk.
W trzech zakładach firmy Valeo w Małopolsce dzisiaj od rana trwa bezterminowy strajk. Praca stanęła w zakładach w Chrzanowie, Trzebini i Mysłowicach w zakładach produkujących podzespoły dla branży motoryzacyjnej. Strajkować mają pracownicy wszystkich zmian – do skutku i bezterminowo.
Na opuszczone stanowiska skierowano łamistrajków zatrudnionych przez agencje pracy tymczasowej oraz znaczną część personelu biurowego. Szefostwo firmy nie ustępuje wobec żądań pracowników.
Strajk odbywa się po długotrwałych bezskutecznych próbach nacisku na władze firmy. Prowadzi go związek zawodowy Sierpień ’80. Organizowano pikiety i demonstracje, później przeprowadzono referendum strajkowe, a niedawno odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy w każdym z zakładów i na każdej zmianie.
Pracownicy domagają się podwyżki wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł do podstawy wynagrodzenia dla każdego z pracowników, dodatku stażowego w wysokości 8 proc. minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ze stażem do 5 lat oraz 1 proc. za każdy rok pracy powyżej 5 lat oraz podwyżki do 600 zł dodatku za pracę w systemie czterobrygadowym.
Warto wesprzeć fundusz strajkowy – strajkujący nie otrzymują wynagrodzenia za okres strajku. Wpłacić wsparcie można tutaj.
Zwolnienia grupowe w dużej firmie z branży fotowoltaiki.
Jak informuje portal tarnow.naszemiasto.pl, firma Hymon Fotowoltaika z Tarnowa ogłosiła zwolnienia grupowe. Przedsiębiorstwo zajmuje się montażem pomp ciepła i instalacji fotowoltaiki. Działa od 2011, przed kilkoma laty było liderem montażu fotowoltaiki w skali kraju.
Pracę straci aż 40% całej załogi – 72 osoby spośród ogółu 174 zatrudnionych. Redukcje zatrudnienia zostaną przeprowadzone w całym kraju.
Trzy spore ośrodki miejskie stracą dogodne połączenie kolejowe.
Jak informuje portal Nowiny.pl, spółka PKP Intercity wycofuje pociąg IC Porta Moravica z trasy przez Żory, Rybnik i Wodzisław Śląski. Teraz pojedzie on przez Zebrzydowice, a w dodatku jego trasa zostanie skrócona i zakończy się w Krakowie zamiast w Przemyślu. Oznacza to dla mieszkańców trzech sporych miejscowości utratę możliwości dogodnego dojazdu przede wszystkim do Krakowa. W Rybniku, Żorach i Wodzisławiu zamieszkuje w sumie 230 tysięcy osób. W Zebrzydowicach – 5000 osób.
Pociąg był chętnie wybierany przez mieszkańców tych miast. Tylko w Rybniku tygodniowo wsiadało do niego około 450-500 osób. Podobnie było z pozostałymi miastami. Było to w dodatku połączenie poza godzinami szczytu, więc frekwencja jest tym bardziej zadowalająca.
Od 14 grudnia decyzją władz PKP IC trasa zostanie zmieniona. Mieszkańcy stracą możliwość bezpośredniego dojazdu do stacji Kraków Główny.
Mieszkańcy są oburzeni, protestują także władze samorządowe. Powstała nawet petycja domagająca się przywrócenia dotychczasowego przebiegu pociągu. Podpisało ją już ponad 2000 osób.
14 grudnia odbędzie się strajk w dużej sieci supermarketów.
Jak informuje WP Finanse, 14 grudnia na dwie godziny ustanie praca w supermarketach sieci Kaufland. Odbędzie się wówczas strajk ostrzegawczy. To skutek fiaska długotrwałego sporu związków zawodowych z szefostwem sieci.
Związkowcy z Konfederacji Pracy od dawna domagają się podwyżek płac w Kauflandzie. Chcą wzrostu zarobków o 1200 złotych miesięcznie. Związkowcy zapowiadają, że jeśli zarząd firmy się nie ugnie, po dwugodzinnym strajku ostrzegawczym może dojść do strajku bezterminowego i całkowitego zatrzymania pracy.
Zarobki kasjerów w Kauflandzie wynoszą ok. 5300 zł brutto, czyli 3,7 tys. zł netto. Wiele osób jest zatrudnionych na trzy czwarte etatu, a więc otrzymują jeszcze niższe wypłaty. Dotychczasowe kilkumiesięczne negocjacje nie przyniosły żadnych konkretów w sprawie podwyżek. Związkowcy uważają także, iż nasiliły się postawy antyzwiązkowe i pogorszyło się traktowanie tych pracowników, którzy są podejrzewani o przynależność do związków.
Gdy nadchodzący dwugodzinny strajk nie przyniesie rezultatów, związkowcy zamierzają przeprowadzić referendum strajkowe, a po uzyskaniu akceptacji załogi dla takiego pomysłu – strajkować na okrągło i bezterminowo. Wojciech Jendrusiak, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, Biedronce, Dino, ALDi i Rossmann, mówi portalowi WP Finanse: „Problem polega na tym, że takie same, niskie standardy obowiązują w całym handlu, w którym pracuje ok. 2 mln osób. Dlatego musimy dokonać przełomu. Być może w przyszłości trzeba będzie wejść spory zbiorowe we wszystkich sieciach handlowych i jednocześnie zastrajkować, tak na poważnie”.
Jeden z najstarszych zakładów w regionie kończy działalność.
Jak informuje portal FashionBiznes, Spółdzielnia Pracy „Tarnowska Odzież”, znalazła się w stanie likwidacji. Przedsiębiorstwo o 80-letnim stażu nie wytrzymało obecnych realiów gospodarczych i upada.
„Tarnowska Odzież” specjalizowała się w szyciu ubrań w stylu klasycznym. Większość produkcja eksportowała, była ceniona za jakość wykonania. Jej produkty trafiały głównie do USA i Francji. Jednak zamówienia zmalały, a koszty produkcji znacznie wzrosły – przede wszystkim materiałów i energii.
Likwidacja spółdzielni oznacza utratę pracy przez jej załogę. 72 pracowników otrzymało już wymówienia w procedurze zwolnień grupowych. To 90% zatrudnionych. Pozostali będą przez jeszcze jakiś czas pracować przy procesie likwidacji załogi. Około 40 zwalnianych ma możliwość ubiegać się o świadczenia przedemerytalne.
W październiku liczba ofert zatrudnienia była najniższa od czasu szczytu pandemii.
Jak informuje portal Puls HR na podstawie cyklicznej analizy agencji Grant Thornton, w październiku internetowe portale z ofertami pracy zanotowały tylko 253 tysiące ofert zatrudnienia. Oznacza to już piąty z rzędu miesiąc spadku liczby ofert pracy. Co gorsza, ich obecna liczba jest najmniejsza od czasów załamania rynku pracy w szczycie pandemii w roku 2020. Spadek liczby ofert w ciągu zaledwie roku wyniósł 12%.
Największe spadki w ciągu roku zanotowano wśród marketerów (o 19 proc. mniej ofert), pracowników fizycznych (o 18 proc.) oraz w branży finansowej (o 8 proc.). W największych polskich miastach w październiku 2025 przypadało średnio 16,1 ofert pracy na każdy 1000 mieszkańców. Rok temu było ich 18. Liczbowo najgorzej wypada Łódź, gdzie liczba ofert w październiku wynosiła zaledwie 8,2 na 1000 mieszkańców. Największy ubytek wśród dużych miast miał miejsce w Bydgoszczy, gdzie przez rok liczba ofert spadła aż o 18 procent. Niemal taki sam spadek zaliczył Szczecin, a Lublin ma o 13% mniej ofert niż rok temu. Nawet Kraków stracił 9% ofert w ciągu roku.
Młodzi na ulicach Warszawy przeciw „śmieciowemu państwu”. Pierwszy marsz socjalny przeszedł przez stolicę.
W weekend, 15 listopada ulicami Warszawy przeszedł marsz młodych osób pracujących, studiujących i bezrobotnych, sprzeciwiających się polityce socjalnej państwa. Organizatorzy podkreślają, że była to „pierwsza, lecz nie ostatnia” demonstracja i że „przywracają socjalną walkę na ulice”. Za akcję odpowiada Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza.
W tłumie wybrzmiewały hasła: „Śmieciowe państwo, śmieciowe umowy!”, „Gdzie są te akademiki?”, „Januszeksy do roboty!”, „Nie brunatno-narodowa, młoda Polska jest związkowa!”. Uczestnicy protestu zwracali uwagę na rosnącą skalę niestabilnych form zatrudnienia oraz brak realnych alternatyw dla pracy na umowach cywilnoprawnych.
Demonstranci krytykowali wypowiedzi przewodniczącego sejmowego Zespołu ds. Wolnego Rynku, Przemysława Wiplera (Konfederacja), oraz prezesa Rady Przedsiębiorców Adama Abramowicza, którzy utrzymują, że ludzie „wybierają” elastyczne formy zatrudnienia. – To bzdura. Nie jest to wolny wybór, a przymus wynikający z braku stabilnych ofert pracy – podkreślali organizatorzy. Zwracali uwagę, że pracodawcy korzystają na obchodzeniu prawa pracy, pozbawiając młodych m.in. płatnych nadgodzin, urlopów, zwolnień lekarskich i innych świadczeń.
Jednym z głównych postulatów marszu był powrót publicznych stołówek na uczelniach. Młodzi związkowcy przypomnieli o zawartym w czerwcu porozumieniu strajkowym z Uniwersytetem Warszawskim, w którym ministra Karolina Zioło-Pużuk zobowiązała się do przedstawienia programu finansowania stołówek akademickich do końca 2025 r. – Czas na fundusz stołówkowy! – apelowano podczas demonstracji.
Uczestnicy wyrazili również solidarność z załogą firmy Valeo z Chrzanowa, która obecnie prowadzi strajk.
Organizatorzy zapowiadają kolejne działania i dalszą walkę o prawa socjalne młodych.