Magazyn Obywatel nr 5(25)/2005 – okładka

NIEZWYKŁA IDEA zachowana w sercach zwyczajnych ludzi

·

NIEZWYKŁA IDEA zachowana w sercach zwyczajnych ludzi

Ewa Bugno-Zaleska ·

Ktoś powiedział, że nie wojny, lecz wielkie idee zmieniają świat. Taką ideą była i pozostała „Solidarność”, której nie należy utożsamiać jedynie ze związkową strukturą. To jest IDEA, która wybuchła w sierpniu 1980 r. i żyła do „okrągłego stołu”. Potem rozpoczął się „wyścig szczurów”, które rozdeptały ten bezcenny skarb.

Komuniści bali się zmian, więc musieli zniszczyć „Solidarność”. To był bardzo starannie przygotowany proces rozpoczęty 13 grudnia 1981 roku. Ogłoszenie stanu wojennego umożliwiło niszczenie zbudowanych demokratycznie struktur „pierwszej »Solidarności«” a uzgodnienia przy „okrągłym stole” dały początek niszczenia tego, co w nas przetrwało mimo stanu wojennego – przetrwała niezwykła idea, okupiona ofiarami zwyczajnych ludzi.

Po 1989 r. nastał czas tzw. konstruktywnej opozycji, która otrzymała możliwość zasiadania w parlamencie. Nobilitacja solidarnościowych elit sprawiła, że zarejestrowana na nowo „S” uwierzyła, iż zdobyła władzę, ale nie sądzę, by nadal wierzyła w sens idei… Jakże prawdziwe są słowa, jakie kiedyś przeczytałam „buszując” po niezależnych stronach Internetu:

Kto w twierdzy wyrósł nie pragnie ogrodu
Kto krew ma w oczach nie zniesie błękitu
Sytość zabije nawykłych do głodu
Myśl upodlona nie dźwignie zaszczytów.

Wałęsa zajął się „wojną na górze” i umacnianiem „lewej nogi”. Społeczeństwo stało się jedynie przedmiotem, z którym już nikt się nie liczył. „Solidarność” została wydana na pastwę polityki. Przytłoczona ciężarem transformacji, systematycznie dyskredytowana przez polityczne elity, utrwaliła się w świadomości społecznej jako przyczyna wszelkiego zła III RP.

Z pewnością liderzy opozycji zasiadający przy „okrągłym stole” wiedzieli, że druga strona jest wspierana przez tajne służby, nie wiem tylko, czy mieli świadomość tego, że sieć agentów zwerbowanych w stanie wojennym odda bezcenne usługi konstruktorom III RP.

Na podstawie złożonych w IPN raportów SB twierdzę, że „Solidarność” była nie tylko inwigilowana przez bezpiekę – służby specjalne od początku sprawowały pełną kontrolę nad władzami Związku. Przytoczę fragment raportu zachowanego w teczce 2 z 9 pod kryptonimem „Związek”, karta 307: „W okresie od I WZD [Walnego Zjazdu Delegatów] nie prowadziliśmy akcji zmierzających do eliminowania w ZR [Zarządzie Regionu] poszczególnych działaczy; wynika to z faktu, że do ZR nie weszły osoby o ekstremalnych poglądach”. Bardzo ciekawe są raporty z 1982 r., czyli po zakazaniu działalności związkowej, gdzie wymienia się nazwiska osób przewidywanych przez SB na funkcje przewodniczących zakładowych organizacji związkowych. Oprócz tych raportów są plany działania przeciwko osobom niepokornym, które utrudniały sterowanie niezależnymi grupami społecznymi. Od początku stanu wojennego trwało werbowanie TW na wielką skalę. Używając przemocy lub szantażu, SB łamała ludzkie sumienia i wymuszała współpracę. Budowana po raz drugi „Solidarność” nie miała szans. Była pod presją ogromnej ilości agentów, którzy po 1989 r. mogli działać już nie tylko w Związku, ale także w polityce. Bezpieka ulokowała agentów wszędzie, jednak najważniejsze zadanie wykonali ci, którzy skanalizowali NSZZ „Solidarność” po to, aby unicestwić ideę i na długie lata zniechęcić obywateli do solidarnej postawy. Oni zostali moderatorami „transformacji ustrojowej”.

Tak się złożyło, że bardzo szybko doświadczyłam układów wynikających z paktowania przy „okrągłym stole” i w wyborach nie uczestniczyłam. Gdy 4 czerwca 1989 r. większość Polaków cieszyła się ze zwycięstwa, mnie dręczyły różne wątpliwości. Ostatecznie moc mediów, a zarazem ufność w zbiorową mądrość Narodu sprawiły, że mimo wszystko postanowiłam włączyć się w „przywracanie normalności”. Niestety, były to „syzyfowe prace”.

Ogłoszona przez Mazowieckiego „gruba kreska” była aktem politycznym i nie miała nic wspólnego z chrześcijańskim gestem. To nie przypadek, że lustracja nie objęła banków oraz wymiaru sprawiedliwości – mafijne grupy interesu mogły bezkarnie rozkradać majątek narodowy. Nowa władza niezależnie od tego, czy zaliczała się do prawej, czy do lewej strony, zgodnie uznała cudowne działanie „niewidzialnej ręki rynku”. Dziś wiemy, że ta „niewidzialna ręka rynku” jest jedynie postkomunistyczną strukturą, która się wciąż reprodukuje i wpływa na rozmaite dziedziny życia społecznego. Rozbicie tej struktury jest zadaniem o wiele trudniejszym niż rozbicie komunizmu i dlatego Polska wciąż potrzebuje wojska „Solidarności”, ale tej oczyszczonej z agentów.

W III RP toczy się walka o symbole dobra, o historyczną pamięć. Wbrew pozorom to nie jest kwestia przeszłości, jak twierdzi społeczeństwo pozostające pod wpływem medialnych emocji. Trwając w niebywałym zamęcie pojęciowym nie rozumiemy, że przeszłość ma kapitalne znaczenie dla teraźniejszości. Zamęt umysłowy i nieprawdopodobna pokora obywateli wolnego przecież kraju nie pozwala nam wyrwać się z obowiązujących w III RP układów.

Być może jest tak dlatego, że jak mówił Bernard Shaw – „wolność to odpowiedzialność, dlatego ludzie się jej boją”. W III RP władze związkowe nie chciały brać żadnej odpowiedzialności za drugiego człowieka i utrwalały biurokratyczny charakter organizacji, działającej głównie na użytek polityków. Zaniechano wszystkiego, co było siłą „pierwszej »Solidarności«”, a przecież NSZZ „Solidarność” w III RP miał wszelkie warunki, by stanąć w obronie solidarności społecznej – jednak nie zrobił tego. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że „S” utraciła wymiar ideowy, stała się zależna od układów politycznych. Wciąż jest tak, że w jeden dzień strajkują pielęgniarki, innym razem kolejarze itd. Jedność jest tylko wówczas, gdy liderzy postanowią użyć struktur związkowych niczym trampoliny do indywidualnych karier. Jednak nie ma to nic wspólnego z ideą, która może zmienić świat globalnego wyzysku człowieka.

Nie zmieni się nic, póki nie zrozumiemy, że feta pod patronatem Wałęsy i Kwaśniewskiego nie ma nic wspólnego z Jubileuszem „Solidarności”. Popieram Andrzeja Gwiazdę, sygnatariusza listu w sprawie obchodów 25-lecia „Solidarności”. Potrzeba rzetelnych badań nad historią „S”. Nie wolno utrwalać kłamstw dotyczących transformacji ustrojowej w Polsce. Utrzymywanie stanu, w którym jedni są prawi, drudzy lewi, a wszyscy bez kręgosłupa i bez poglądów – służy tylko politycznym potrzebom agentury. Podział powinien przebiegać między przyzwoitymi a nieprzyzwoitymi. Najwyższy czas oddzielić jednych od drugich – łączyć może nas tylko pamięć.

Nie możemy wciąż mylić postaw z poglądami, idei ze strukturami, bezkarności nazywać wolnością, w której można ukraść nie tylko pierwszy milion. Nie może być zdrowym kraj, w którym kompletnie zaciera się przeszłość, a ludzie bezkarnie fałszują swoje biografie. Nie może być tak, że prześladowcy i prześladowani pozostają bezimienną grupą, w różny sposób wpisaną w polityczne układy, bo nie dokonała się nawet moralna ocena ich postaw i prawdziwi winowajcy są nadal bezpieczni. Musimy nauczyć się rozpoznawania źródeł współczesnego zła i zabiegać o zrozumienie, czym naprawdę była „Solidarność”.

To był spontaniczny, obywatelski opór przeciwko kłamstwu władz i zniewalaniu sumień. To była przede wszystkim postawa – i symbol – patriotyzmu i obywatelskiego zaangażowania. Ta postawa zdecydowanie wykraczała poza struktury „S” i była skierowana przeciwko władzy lękającej się nawet krzyża z kwiatów, patriotycznych rocznic, pielgrzymek i papieża wskazującego na wspólnotowy charakter naszej idei: „jedni drugich brzemiona noście”. Byłam i jestem zafascynowana nauką Jana Pawła II, który rozpoczynając swój pontyfikat wołał: „Nie lękajcie się…”. Wezwanie Ojca Świętego przyjęłam i uwierzyłam, że mogę czerpać z mocy Chrystusa obecnego w solidarnościowym, wspólnotowym wymiarze działań. Może dlatego nie lękałam się ani prześladowań, ani przegranej – nie kalkulowałam, czy trwanie w opozycji się opłaca. Pragnęłam wolności, ale jakaż to wolność, gdy ludzie panicznie się boją głównie o to, aby nie utracić bezcennego miejsca pracy.

Naprawdę „nie ma wolności bez Solidarności” – solidarność jest przeciwieństwem samotności. Jeśli człowiek wie, że nie jest sam, to przestaje się bać. Strach zawsze paraliżuje i ogranicza możliwości człowieka. Solidarność wyzwala, uczy odpowiedzialności, bo wszyscy są odpowiedzialni za wszystkich. Druga „S” nie zdała egzaminu z wolności, skoro wciąż tkwi w układach i pozwala niszczyć bezcenne wartości. Jest tak, że już nikt nikomu nie ufa. Liczy się tylko wielka forsa, sukces, układy, jakby z „tamtych lat” nie zostało nic poza ukrytymi w archiwach IPN aktami SB.

Gdy wybuchła „Solidarność”, miałam 30 lat i dwoje dzieci. Dziś mam 56 lat, troje dzieci i dwie wnuczki – najstarszy syn i córka ukończyli już studia i są samodzielni, natomiast najmłodszy syn studiuje historię na UAM w Poznaniu. „Solidarności” – Polsce oddałam najlepsze lata mojego życia. Mając dwójkę dzieci włączyłam się w wir solidarnościowych działań. Zauroczyła mnie idea, którą – niestety – w wolnej Polsce zniszczono. Gdy podczas grudniowej nocy zostałam wraz z mężem internowana, miałam wrażenie, że runął cały mój świat. Mimo lęku nie pogodziłam się z przemocą i starałam się budować wolny świat wokół siebie nawet wówczas, gdy byłam w wiezieniu. Dwukrotnie aresztowana i zawsze ostro represjonowana spędziłam pół roku w celi sama – to była kara za niepokorną postawę. Jakież było moje zdumienie, gdy sądy III RP uznały, że nie ma podstaw, abym mogła ubiegać się o odszkodowanie, bo wszystko odbywało się zgodnie z prawem – surowym, ale obowiązującym prawem. W uzasadnieniu wyroku sędzia podkreślił, że przecież nic złego mi się nie stało, bo np. nie jestem chora psychicznie (!). Ostatecznie, dwa lata po wyroku w Sądzie Najwyższym, wszystkie moje akta sądowe zaginęły. Przypadek? Nie wierzę w przypadki – mimo 15 lat wolności nie rozliczyliśmy się z systemem, który łamiąc sumienia dysponował (i nadal dysponuje) siecią agentów, aby budować obecną, mroczną rzeczywistość. Przeszłość wciąż wlecze się za nami jak cień, od którego nie da się uciec w świetle prawdy.

Jestem przygnębiona, bo po 15 latach wolności czuję się jak bezużyteczny, wbity w ziemię kamień polny, po którym przetoczyła się lawina historii. Mój wysiłek na rzecz tego, co wspólne, okazał się bezsensowny. W nowej rzeczywistości miarą wszystkich rzeczy jest pieniądz, celem władzy umacnianie wpływów agentury. Rosną fortuny ludzi żyjących z przestępczości, panuje potworna bezsilność wobec globalnej machiny i licznych skandali korupcyjnych. Prawica akceptuje model życia, w którym dominuje bogactwo nielicznych, a 60% ludzi żyje w nędzy. W czasach „pierwszej »Solidarności«” taka sytuacja byłaby niemożliwa. W czasach „drugiej »Solidarności«” działacze związkowi wspierają polityczny kapitalizm, w którym polityka miesza się z biznesem. Wydaje się, że jedyną troską liderów Związku jest to, aby obsadzić rady nadzorcze swymi kolesiami, tymczasem zwyczajni ludzie muszą dźwigać wstyd za „lewiznę” tzw. rządzącej prawicy.

Jaskrawość moich poglądów wywołuje dyskomfort, bo w polityce obowiązuje pragmatyzm – spontaniczność i bezinteresowność są niepożądane. W takich warunkach trudno jest zabiegać o pamięć i roztropne wykorzystanie naszych doświadczeń. Chciałabym te doświadczenia zostawić (zamiast testamentu) nie tylko moim dzieciom i dlatego zgodziłam się na propozycję „Obywatela”, aby napisać kilka słów z okazji Jubileuszu „Solidarności” – tej, która wpisała się w mój życiorys jako druga po łasce wiary wartość. Nie jestem pewna, czy moje dzieci zechcą pamiętać i cenić tę wartość, wszak moje zbyt upolitycznione życie nie jest dla nich zachętą. Na szczęście praca nie jest dla nich problemem, więc stronią od polityki i chcą już tylko pracować, a nie zastanawiać się nad etosem pracy, nad tym, dlaczego wokoło rosną fortuny, a większość ludzi ma problem jak przeżyć „do pierwszego”.

Moje refleksje zakończę osobistym akcentem. Był wieczór, połowa lat dziewięćdziesiątych. Jechałam do Poznania z najstarszym synem, który jest programistą. Syn nie ukrywał radości, bo w ramach premii dostał dobrej marki samochód. Wspomniał, że podczas zakupów uwielbia wypełniać po brzegi koszyk, a potem ładować wszystko do auta. Rozmawialiśmy o tym, co „tu i teraz”. Wyraziłam żal, że tylu wspaniałych ludzi doczekawszy upragnionej wolności, nie może korzystać z jej owoców. Mówiłam również, o moich problemach w spółdzielni mieszkaniowej, trudnościach z pracą, a właściwie jej brakiem. Nagle syn zapytał: i co mamo? Warto było tak się poświęcać?

Pytanie tak zabolało, że przez chwilę czułam się jak znokautowany zawodnik. W milczeniu połknęłam pierwsze łzy i stanowczo stwierdziłam: WARTO, bo mimo wszystko coś się zmieniło. Masz paszport w szufladzie i otwarte granice, korzystasz z kilkunastu programów telewizyjnych, Internetu… Nie musisz spędzać czasu w „kolejkach po życie” i możesz robić zakupy o każdej porze i w każdym miejscu. Ja robiłam to wszystko dla was, bo marzyła mi się Polska, w której bezpieka nie będzie nachodzić najlepszych studentów, aby werbować ich do służby przeciwko człowiekowi. Dziś już nikt nie będzie zmuszał Cię do tajnej współpracy.

Milczeliśmy, a ja błogosławiłam wieczorną porę, bo w mroku nie było widać łez, które wciąż spływały mi po policzkach. Faktem jest, że mój syn nie poznał rzeczywistości politycznej PRL-u. Gdy wybuchła „Solidarność”, miał 9 lat i mógł tylko pamiętać, jak wyglądały sklepy i zakupy na kartki… Po chwili zreflektował się, że głupio wyszło i mnie przeprosił…

komentarzy