Polska ekonomia absurdu

Taki mamy klimat – w którym przedsiębiorca robiący wszystko, by móc jak najtaniej i jak „najelastyczniej” zatrudnić pracownika określany jest jako rozsądny i kierujący się interesem firmy oraz logiką rynkową. Za to pracownik, robiący wszystko, by jak najwięcej zarabiać i mieć możliwie stabilne zatrudnienie, nazywany jest roszczeniowym i nieodpowiedzialnym. W zdrowo funkcjonującej gospodarce każdy zdaje sobie sprawę, że wszystkie strony gry rynkowej (przedsiębiorcy, pracownicy, konsumenci) są równie istotne, a nadmierne osłabienie którejś z nich przyniesie przykre konsekwencje prędzej czy później. Ale kto powiedział, że u nas musi być zdrowa gospodarka.

Polski model liberalizmu gospodarczego to ekonomia podaży doprowadzona do absurdu. Nieproporcjonalną wagę przywiązuje się już nawet nie do samej strony podażowej gospodarki, lecz do specyficznej jej części: kapitału. Każdy rozsądny ekonomista rozumie, że bez odpowiedniej podaży gospodarka nie będzie się rozwijać. Niestety chyba nie każdy polski ekonomista rozumie, że właściciel zakładu produkcyjnego sam nie wyprodukuje np. 40 kontenerów zamówionego towaru. W zbilansowanej gospodarce pozycja pracownika jest równie istotna jak przedsiębiorcy, który go zatrudnia. Natomiast w Polsce przedsiębiorca zwykle nie zatrudnia – on najczęściej łaskawie „daje pracę”. Wyższość przedsiębiorcy jest więc usankcjonowana już na poziomie werbalnym.

W niedawnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Marek Belka wprost stwierdził, że w naszym kraju została wytworzona atmosfera ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców, tymczasem warunki dla ich działalności są wręcz „cieplarniane”. Oczywiście to żadna nowość, a na fakt ten wskazywało już wielu komentatorów. Nie nosili oni jednak równie dobrych garniturów co szef NBP i nie byli w przeszłości premierami RP. Ich głos był więc lekceważony, zgodnie ze standardową w naszym kraju procedurą postępowania z opiniami osób nie zaliczanych przez główny nurt do grona „autorytetów” czy „niezależnych ekspertów”.

Skoro już nawet poważany w mainstreamie ekonomista wypowiada takie słowa, to może do większej grupy osób dotrze, że coś musi być na rzeczy. A że jest, to sprawa oczywista. Z tą małą różnicą, że atmosferę ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców celniej można byłoby określić atmosferą ciągłego szantażu. Jeśli warunki dla przedsiębiorców nazwiemy cieplarnianymi, to warunki pracowników należałoby porównać do syberyjskiej tundry.

Przejdźmy jednak na poziom konkretu i zacznijmy od kosztów uzyskania przychodu. O ile polskim przedsiębiorcom przepisy pozwalają odliczyć od przychodu prawie wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy (klasyczne już: „to się przecież kupi na firmę i wrzuci w koszty”), to pracownikowi przysługuje marny ochłap w wysokości 110 lub 130 zł miesięcznych kosztów uzyskania przychodu. Na samo paliwo, by dojechać do pracy, wydaję co miesiąc 500 zł, więc możliwość odliczenia od przychodu 130 zł miesięcznie odczuwam tak bardzo, jak pamiętną obniżkę składki rentowej za rządów PiS. Ta pierwsza w moim życiu „podwyżka” przyniosła mi do wypłaty dodatkowe… 20 zł. Tymczasem przedsiębiorca może uznać za koszt w zasadzie każdy wydatek, który ma związek z wygenerowaniem przychodu. Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną konsekwencję – pracodawcy mogą sobie spokojnie wrzucać w koszty składki na organizacje pracodawców, za to pracownik składki na związki zawodowe już nie odliczy.

Jednym z większych absurdów rodzimej ekonomii podaży jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na rzekomo zachłanny ZUS. Tymczasem składki przedsiębiorców są całkiem niskie. Mają oni obowiązek płacenia składek liczonych od wysokości zaledwie 60% przeciętnego wynagrodzenia, za to podstawą oskładkowania pracownika jest cały jego realny dochód. Nie wspominając o dwuletnim okresie ochronnym dla raczkujących przedsiębiorców z mikroskopijnymi składkami liczonymi od 30% pensji minimalnej. A na zupełną kpinę zakrawa fakt, że składka zdrowotna dla przedsiębiorcy wynosi 270 zł, ale jeśli w NFZ chciałby ubezpieczyć się bezrobotny, z jakiegoś powodu niezarejestrowany w Urzędzie Pracy, to musiałby zapłacić 360 zł.

Skoro składki odliczane od 60% przeciętnej pensji bywają dla polskich przedsiębiorców zabójcze, to problem chyba nie tkwi w ZUS-ie, lecz w nich samych. Jeśli te, delikatnie mówiąc, niewygórowane obciążenia urastają często w dyskursie ekonomicznym do jednej z największych zmór osób prowadzących działalność gospodarczą, to może zbyt często za biznes biorą się jednostki zupełnie do tego nie predestynowane? Przecież w normalnej gospodarce nie każdy musi być przedsiębiorcą. No tak, ale kto mówił, że u nas musi być normalnie?

Nie tylko poziomy kosztów i składek uprzywilejowują przedsiębiorców. Dzieje się tak również za sprawą zróżnicowanego, bardzo korzystnego sposobu opodatkowania. Jednym z nich jest ryczałt, dzięki któremu różnego rodzaju przedsiębiorcy mogą obciążyć swój przychód zaledwie kilkuprocentowym podatkiem. Także karta podatkowa jest bardzo korzystna dla niewielkich podmiotów, gdyż mogą one dzięki niej uiszczać podatek niezależny od wysokości dochodu (stawki wyrażone są w niej liczbami bezwzględnymi, a nie procentem). Tym bardziej, że opodatkowanie według karty realnie spada – wskazane w niej kwoty wzrosły z początkiem 2014 r. o 1%, czyli mniej niż wynosi inflacja. W tym samym czasie z natury regresywny i uderzający w najbiedniejszych podatek VAT wciąż utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Zresztą przedsiębiorcy mogą także korzystać z 19-procentowego podatku liniowego – czynią tak bardzo ochoczo menedżerowie przechodzący na kontrakty – co jeszcze bardziej wzmaga fasadowość rzekomo progresywnego systemu.

Po tych kilku chwilach spędzonych w niewątpliwie przyjemnych warunkach cieplarnianych, przyjrzyjmy się teraz syberyjskiemu środowisku życia polskiego pracownika, który w rodzimym dyskursie ekonomicznym został zredukowany do „kosztu pracy”. Te zaś, jak wiadomo, należy bezwzględnie ciąć – inne sposoby ekspansji rynkowej są w naszym kraju wyjątkowo mało popularne. I trzeba z uznaniem stwierdzić, że metoda cięcia kosztów jest wprowadzana w Polsce bardzo sumiennie –  w 2012 r. przeciętny godzinowy koszt pracy wynosił 7,4 euro, co dało nam 23. miejsce na 27 krajów UE. Gdyby w Unii obowiązywały takie zasady, jak w ligowej piłce nożnej, to w tej konkurencji spadlibyśmy do niższej klasy rozgrywek. Oczywiście trudno nam dziś aspirować do środka tabeli (przeciętna dla UE to 23,4 euro), skoro nawet drużyny walczące z nami o utrzymanie się w ekstraklasie wyprzedzają Polskę wyraźnie – przeciętne godzinowe koszty pracy w Czechach to 10,6 euro, a w Słowenii –14,6.

Nie przeszkadza to liberalnym ekonomistom twierdzić, że jedną z największych bolączek gospodarki są wysokie koszty pracy. Idealnie byłoby, gdyby pracownicy w ogóle zrezygnowali z wypłat – przecież pensje to „roszczeniowy” relikt PRL. W Polsce zresztą do tego ideału szybko się zbliżamy – udział płac w PKB Polski to zaledwie 46%, co na tle unijnej średniej (58%) wygląda żenująco. Nawet w Grecji, której zaaplikowano w ostatnim czasie kurację oszczędnościową w wersji hard, odsetek ten wynosi 50,5%. Tylko że według oficjalnego przekazu tam był kataklizm, a u nas jest zielona wyspa. No tak, ale kto mówił, że oficjalny przekaz musi być logiczny?

Praca w Polsce jest nie tylko żałośnie słabo płatna, ale w dodatku bardzo niestabilna. Jesteśmy absolutnym liderem w UE pod względem odsetka umów czasowych (27%). Nawet w Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za szczególnie tragiczną, jest ich 25%. Ta niestabilność oraz jeden z najgorszych w Europie systemów pośrednictwa pracy składają się na wyjątkowe „zahukanie” polskiego pracownika. Nie mogąc sobie nic odłożyć z marnej pensji, drżąc o posadę w rozmowach z pracodawcą, stoi on na wyraźnie gorszej pozycji wobec przedsiębiorców. Dowody na to daje także niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy – według niej oczekiwania płacowe polskich bezrobotnych są o nawet 20% niższe od stawek rynkowych.

Oczywiście w odpowiedzi liberałowie zawsze gotowi są wypowiedzieć standardowy frazes o niskiej produktywności – rzekomo zarabiamy tak mało, gdyż niska jest efektywność naszej pracy, a gdy ona wzrośnie, to automatycznie (a w zasadzie należałoby chyba powiedzieć: w sposób cudowny) wzrosną również nasze pensje. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że pośród państw OECD jesteśmy w absolutnym czubie pod względem wzrostu produktywności, za to pod względem wzrostu zarobków znajdujemy się na szarym końcu rankingu. Przykładowo w roku 2012 nasza produktywność wzrosła o 4% (a wedle danych UE nawet o 5,6%), lecz w nagrodę… nasze realne pensje spadły. Według związków zawodowych, gdyby płace naprawdę odpowiadały produktywności, średnia krajowa byłaby wyższa o 1000 zł. Bardzo podobne wnioski można wyciągnąć z przytoczonej już analizy NBP, w której jedną z głównych tez jest to, że poziom naszych zarobków już dawno uniezależnił się od związku ze wzrostem produktywności.

Przeważająca część przedsiębiorców nauczyła się konkurowania głównie niskimi kosztami. To strategia rozwojowa typowa raczej dla rozwijających się krajów trzeciego świata, a nie sporego europejskiego państwa z aspiracjami do gry w pierwszej lidze. Taka sytuacja doprowadziła do wielowymiarowych szkód w polskiej gospodarce. Jedną z nich jest dramatycznie niski poziom innowacyjności. Mityczna niewidzialna ręka rynku nie garnie się do łożenia na badania naukowe, skoro może spokojnie korzystać z premii, jaką dają rzesze taniej siły roboczej. Według danych Komisji Europejskiej, nakłady na badania i rozwój w Polsce to 0,9% PKB, co pozwala nam w UE wyprzedzić jedynie Rumunię, Bułgarię i Łotwę. Według innych danych, tylko 28% naszych spółek jest uznawanych za innowacyjne (średnia UE to 52%) – pod tym względem wyprzedzamy wyłącznie Rumunię. Nasza dotychczasowa strategia rozwojowa nieubłaganie się wyczerpuje, a tymczasem niski poziom innowacyjności nie daje widoków na nową. Dlatego coraz częściej pojawiają się opinie, że wpadliśmy w tzw. pułapkę średniego dochodu, która uniemożliwi wejście na wyższy poziom rozwoju. Kolejnym negatywnym efektem niskich płac w Polsce jest bariera popytowa, którą nawet polscy przedsiębiorcy (znów analiza NBP) uznają za główną przyczynę ograniczania zatrudnienia. Szkoda tylko, że nie domyślają się jeszcze, czym to jest spowodowane.

Wbrew liberalnym zaklęciom, jedną z głównych przyczyn wysokiego polskiego bezrobocia są zatem zbyt niskie, a nie zbyt wysokie płace. I jeśli uznamy płacę minimalną za skuteczne narzędzie podnoszenia płac w gospodarce, to może się okazać, że jej podniesienie może spowodować spadek bezrobocia, a nie wzrost. Oczywiście taka herezja wśród ekonomistów głównego nurtu musi spotkać się z rytualnym łapaniem się za głowę i oskarżeniami o ignorancję.

W Polsce pokutuje mit indywidualnej przedsiębiorczości. Rzekomo to właśnie jej zawdzięczamy rozwój. Prawda jest jednak zupełnie inna. Indywidualna przedsiębiorczość najbardziej kwitnie w najbiedniejszym regionie świata, czyli w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie z reguły kilkadziesiąt procent siły roboczej to „przedsiębiorcy”. W Beninie jest ich nawet około 90%. Tam po prostu każdy coś dłubie, struga, pokątnie sprzedaje, byle tylko przetrwać. Z jakiejś przyczyny ta indywidualna energia nie przekłada się na wzrost gospodarczy, który w Afryce Subsaharyjskiej w zasadzie od lat 70. stoi w miejscu. Krajobraz zastępów mikroprzedsiębiorców i drobnych ciułaczy, wypełniających bazary i sprzedających wszystko co popadnie z rozłożonych łóżek polowych, jest typowy dla krajów zacofanych, w których indywidualnej przedsiębiorczości jest z reguły pod dostatkiem. W krajach rozwiniętych odsetek przedsiębiorców zdecydowanie spada. Najniższy jest m.in. w Norwegii, ale nawet w podobno arcyliberalnych Stanach Zjednoczonych jest on jednocyfrowy.

Wynika to z faktu, że gwarancję rozwoju stanowi nie indywidualna przedsiębiorczość, lecz istnienie wypracowanych przez lata (a najlepiej przez wieki) wspólnotowych sposobów kanalizowania indywidualnej energii. Rozwój gospodarczy jest wynikiem zgodnej współpracy silnej wspólnoty, która zdołała wytworzyć wysoką kulturę pracy i efektywne instytucje. Bez tych ostatnich nawet największa ilość indywidualnej energii nie przełoży się na wzrost dobrobytu w kraju. Innymi słowy, rozwój jest przede wszystkim wspólnym wysiłkiem. W dobrze zorganizowanej i nastawionej na rozwój wspólnocie nie ma potrzeby, by każdy próbował zostać przedsiębiorcą, a pozycja pracownika i pracodawcy są przynajmniej zbliżone, gdyż jeden i drugi są niezbędni dla harmonijnego i stabilnego rozwoju. Dla wysokości PKB nie jest istotne, czy wytwarza je milion mniejszych, czy 10 tysięcy dużych firm. Za to dla gospodarki niezmiernie istotne jest, czy pracownicy (a więc także konsumenci) pracują w dużych, stabilnych i dobrze płacących przedsiębiorstwach, czy może u drobnych ciułaczy, którym nie starcza nawet na własne składki ZUS-owskie liczone od 60% średniego wynagrodzenia, a co dopiero na godne płace. Według NBP, polski pracownik jest elastyczny, mobilny i produktywny. Polscy pracownicy odrobili więc zadanie domowe – są gotowi na to, by Polska pokonała „pułapkę średniego dochodu” i weszła na wyższy poziom rozwoju. Teraz czas na przedsiębiorców.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

50 odpowiedzi na „Polska ekonomia absurdu

  1. srebrnobrody pisze:

    No tak. Nie ma to jak wielkie przedsiębiorstwo – np. szwalnia w Bangladeszu. doskonale zarządzone, korporacyjna etyka, wysokie zarobki etc, etc. Jednocyfrowy odsetek małych firm w USA? Źródło takich danych poproszę.

    • Poziomka pisze:

      Tak. Jak na warunki bengalskie lepsza jest ta szwalnia od kobiety szyjącej chałupniczo w odciętej od świata dziurze.Zarówno dla samej szwaczki jak i dla gospodarki bengalskiej.
      Co więcej te szwaczki ostatnio zaczęły się upominać o lepsze pensje.

    • Piotr Wójcik pisze:

      To badania OECD, na które powołuje się prof. Ha-Joon Chang w swojej książce „23 rzeczy…”. Wg nich dokładny odsetek przedsiębiorców w USA to 7,5% siły roboczej, czyli nawet mniej niż w silnie interwencjonistycznej Francji (8,6%).

      • Krzysztof Gwardys pisze:

        Panie Piotrze polecam też inne raporty np. Global Entrepreneurship Monitor 2013 Global Report. Znajdzie Pan nieco odmienne dane cyt. „12.3 percent of the U.S. adcult population engaged in entrepreneurial activity” (inaczej też wyglądają oceny US i Francji). Oczywiście „naukowcy” dostarczą nam raportów do podbudowania dowolnego poglądu stąd zachowałbym tu pewien dystans ;-)

        BTW: Jako skromy przedsiębiorca (firma ~25 os.) jestem nico zniesmaczony Pańskimi przemyśleniami – pachną odległą przeszłością i JE Marksem. Nie obejmują obecnej sytuacji rynkowej, w szczególności tzw. pracowników wiedzy oraz obecnych modeli biznesowych, w których w miejsce 19-wiecznego robotnika pojawia się partner, współpracownik, właściciel produktu/pomysłu, zespół etc.
        Kultura pracy i zarządzania osobami mądrzejszymi od siebie (tj. od pracodawcy) jest inna i inne są też relacje w pracy.

        Nie dotyka Pan też kwestii współczesnych korporacji i „korpoludków”. Jeśli jest Pan miłośnikiem dużych kolektywów to naprawdę warto poświęcić kilka słów na opisanie metod „kanalizowania indywidualnej energii” w tego typu organizmach ;-)

        Może warto zanim się coś napisze być nieco bardziej „na bieżąco” ? Może warto opisywać zagadnienia „rynku pracy” choć trochę obiektywniej ?

        • Karol La pisze:

          „pachnie Marksem”? Może takie czasy, że ktokolwiek, kto upomni się o prawa pracowników, tak się kojarzy? Bo zastosowane przez autora pojęcia są czysto neoliberalne, tylko tezy inne.
          Co do „pracowników wiedzy”, to może w niektórych wąskich dziedzinach pracownicy są szanowani, w mojej, choć opartej także na wiedzy i umiejętnościach – niespecjalnie. Może jest pan w chlubnej mniejszości przyzwoitych „praco-odbiorców”?

          • Krzysztof Gwardys pisze:

            Panie Karolu nie mam problemu z upominaniem się o prawa „pracowników”, natomiast widzę kłopot w przedstawianiu obecnej rzeczywistości jako walki klas – „pracownik vs. „pracodawca”.

            M.in. dlatego, iż pojęcia „pracownik” i „pracodawca” straciły ostatnio na „precyzyjności”. Przynajmniej w mojej rzeczywiście dość specyficznej dziedzinie (informatyka) .
            PS.
            Oczywiście na myśl o przedsiębiorstwach typu „szwalnia w Bangladeszu” mi też robi się b. słabo.

      • Paweł Szumniak pisze:

        Twarde dane z 1999 roku, za raportem PARP – nowszych można sobie poszukać.

        „Z ogólnej liczby 6 739 tys. zarejestrowanych firm 6 722 tys. stanowią MSP, jest to więc ponad 99,7 % wszystkich przedsiębiorstw. MSP wytwarzają 50% PKB wytwarzanego przez sektor prywatny. MSP reprezentują ponad 99% pracodawców i zatrudniają 52% zatrudnionych w sektorze prywatnym”.

        Tymczasem w samym artykule poruszono cały zakres dość interesujących problemów, dotyczących nie tyle mikroprzedsiębiorstw lub MSP, ale „przedsiębiorstw” jednoosobowych (nie przedsiębiorstw, tylko „przedsiębiorstw”) lub zmiany etatów na samozatrudnienie. Niestety – ten zakres liźnięto po wierzchu – stąd ewidentne przekłamania i pomieszanie problemów.

  2. mackry pisze:

    tak sobie myślę, że skoro tak źle być pracownikiem, a tak dobrze pracodawcą, to pracownicy powinni zostać pracodawcami. Dodam, że cieplarniani pracodawcy nie mają płatnych urlopów, jak pracownicy, a także jeśli zarobią np. 800 zł w miesiącu to i tak muszą zapłacić Zus w wysokości ponad 1000 zł. Życzę powodzenia nowym przedsiębiorcom, którzy mają dość być wykorzystywsnymi pracownikami :)

    • Poziomka pisze:

      „tak sobie myślę, że skoro tak źle być pracownikiem, a tak dobrze pracodawcą, to pracownicy powinni zostać pracodawcami. ”
      tak sobie myślę, że skoro tak źle być chłopem pańszczyźnianym, a tak dobrze magnatem, to chłopi powinni zostać magnatami.
      P.S. Nie nadużywałbym na Pana miejscu czasownika „myślę”.

      • Jakub Pakulski pisze:

        >” P.S. Nie nadużywałbym na Pana miejscu czasownika „myślę”.”

        A po co to chamstwo?

    • horizonte pisze:

      Tak sobie myślę, że skoro tak fajnie być pariasem na umowie o dzieło za marną pensję,a tak ciężko być panem przedsiębiorcą, to może niech panowie przedsiębiorcy rzucą swoje bieda biznesy i zostaną pariasami?

  3. Ingrid pisze:

    Zabrakło mi w tej analizie jednej rzeczy. Rozróżnienia na grupy przedsiębiorców. Właścicielka faktycznie jednoosobowego zakładu fryzjerskiego w małym miasteczku naprawdę czasami nie zarobi na ten ZUS (plus pozostałe stałe koszty), pracuje 6 dni w tygodniu po minimum 10 godzin, a urlop oznacza dla niej utratę półmiesięcznych zarobków. Podobnie niewielki zakład wulkanizacyjny, kiosk z pietruszką, budka z lodami etc. Takim przedsiębiorcom nie pomogą wielkie organizacje pracodawców i business centre cluby. Większy sklep, duża stacja obsługi pojazdów czy dochodowy salonik spa w kurorcie to inna kategoria. A fabryka, sieć hurtowni czy wielka firma usługowa to jeszcze inna para kaloszy. Nie wspominając o samozatrudnionych freelancerach czy menedżerach na kontraktach. I wszyscy oni płacą równiutkie 1100 ZUS (chyba że przez dwa lata na ulgowym), rozliczają się według tej samej stawki podatku dochodowego (karta podatkowa czy ryczałt to już naprawdę drobnica, przy większych obrotach raczej się nie opłaca nie generować kosztów). Gołym okiem widać, że trzeba wprowadzić tu trochę sprawiedliwości społecznej.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Problem w tym, że polscy przedsiębiorcy mają alergię na współpracę między sobą, a wg mnie konsolidacja tej „drobnicy”, która dominuje w naszej gospodarce, to sposób na załatwienie przynajmniej części problemów przedsiębiorców i gospodarki w ogóle. Oczywiście w niektórych przypadkach konsolidacja nie jest możliwa (np. nie ma kandydatów do współpracy) ale w wielu innych mogłaby wymiernie pomóc, a działanie samemu często jest wynikiem świadomej decyzji przedsiębiorcy, który woli być „panem na swoim” za cenę działania na mniejszą skalę. Pracowałem wiele lat w sektorze prywatnym i znam dobrze przypadki udanych konsolidacji, a także uparte unikanie wchodzenia w spółkę co kończyło się zjazdem po równi pochyłej. I w takiej sytuacji rzeczywiście cięcie kosztów pozostaje już jedynym pomysłem na biznes.

      • Poziomka pisze:

        Rozbicie drobnego biznesu jest chyba na rękę dużemu. Dzięki temu mali przedsiębiorcy, których jest dość sporo, którym wydaje się, że ich interes jest zbieżny z interesami dużych, gardłują za rozwiązaniami korzystnymi dla dużych zapewniając korporacyjnemu lobbingowi odpowiednie zaplecze „społeczne”. Jednocześnie jednak nie zauważając, że rozwiązania te podcinają popyt krajowy, z którego ci mali żyją. jednocześnie propaganda dużych nakręca małych, pokazując rząd jako źródło ich problemów i „wolny (zderegulowany) rynek” jako panaceum. Dotyczy to zarówno cięcia płac jak i zwolnień dla biznesu. Mali wydają się nie rozumieć, że im bardziej zderegulowany rynek tym gorsza ich pozycja na nim. Nie ma takiej deregulacji,która sprawi np. że warsztat krawiecki będzie mógł konkurować z bangladeską fabryką albo warzywniak z Biedronką. Jedyny możliwy punkt oporu – solidarność społeczna – nie istnieje (patrz przypadek LPP). Dlaczego mam popierać lokalny biznes, w którym jestem traktowany jak roszczeniowy śmieć?

        • Piotr Wójcik pisze:

          Nie mówię o rozbiciu małego biznesu (bo to wyrażenie sprawia wrażenie, jakby ci mali mieli przestać działać), ale o jego konsolidacji (czyli wchodzeniu w spółkę), dzięki czemu mali przedsiębiorcy będą mogli wspólnie tworzyć większe przedsiębiorstwa, mogące konkurować w bardziej wyszukany sposób (np. innowacje), czyli także tworzyć lepsze warunki dla swych pracowników, co pośrednio pozytywnie odbije się także na popycie krajowym, czyli tez na sytuacji tychże przedsiębiorców, od których wyszliśmy.

  4. johnykefir pisze:

    A ja mam pytanie do autora: jest Pan przedsiębiorcą i pisze Pan ten artykuł z punktu widzenia przedsiębiorcy?
    Bo z artykułu wynika, że nie ma Pan zbyt dużej wiedzy na temat jak rzeczywiście wygląda prowadzenie działalności w Polsce i kosztów jakie się ponosi. Także tych związanych z zatrudnieniem.
    A wiedza teoretyczna a wiedza praktyczna to często 2 bardzo różne sprawy.
    Pozdrawiam, Przedsiębiorca

    • Piotr Wójcik pisze:

      Czyli tylko przedsiębiorcy mają prawo krytykować przedsiębiorców? Czy w takim razie polityków powinni krytykować wyłącznie politycy? W końcu nie mamy praktycznej wiedzy z dziedziny tworzenia prawa.
      Wiem, że dla przedsiębiorców byłoby wygodnie, gdyby o dz. gospodarczej dyskutowali tylko oni między sobą, ale ja na taki układ nie idę.
      Pozdrawiam, pracownik

      • McViRR pisze:

        Jednak mimo takich durnych porównań zachęcam do założenia biznesu, chociażby zarejstrować prowadzenie bloga oraz zatrudnić 1 (dosłownie) jedną osobę za pensję minialną.
        Chętnie zobaczę efekty, skoro tak łatwo prowadzić biznes oraz wyzyskiwać biednych pracowników.

        Napisze jeszcze, że pracownik nie pracuje dla pracodawcy, tylko dla pensji, a to że państwo zabiera większość z ‚owoców jego pracy’ to winna takich jak pan, czyli tych co o ekonomi bladego pojęcia nie mają, ba nawet nie pojmują słów których używają.

        • shoo pisze:

          Jednak mimo takich durnych porównań zachęcam do założenia biznesu, chociażby zarejstrować prowadzenie bloga oraz zatrudnić 1 (dosłownie) jedną osobę za pensję minialną.
          Chętnie zobaczę efekty, skoro tak łatwo prowadzić biznes oraz wyzyskiwać biednych pracowników.

          Z tym porównaniem Pan Maciej trafił – podobnie jak z resztą zawartych w artykule tez – w samo sedno. Pańska emocjonalna tylko potwierdza tę diagnozę, a przy okazji obnaża dość znamienne cechy mentalności polskich selfmademanów: głębokie pokłady pychy i egotyzmu.

          Oprócz rzucania na prawo i lewo oskarżeniami o ignorancję, skutkują one deficytem dystansu do własnej osoby i społecznie pełnionej roli, czyli w efekcie niczym niepohamowaną miłością własną i zaburzeniami percepcji. Proponuję zdjąć z oczu to bielmo i jeszcze raz, uważnie, przeczytać komentowany artykuł. Może wówczas dotrze, że Autor nigdzie nie twierdzi, że biznes w Polsce się „łatwo prowadzi” (twierdzi tylko i aż, że w porównaniu do kondycji polskich pracowników najemnych są to warunki cieplarniane). Baa, sam podaje niemal na tacy przykłady trudności jakie napotykają polskie geszefty: rozdrobnienie, bariera popytowa, nieprzemyślane pomysły na biznes (z własnej autopsji: w mojej okolicy jacyś „geniusze” otworzyli 3 pizzerie niemal okno w okno, nie trzeba być prywaciarzem-weteranem, żeby dostrzec głupotę tych posunięć), niska innowacyjność itp.

          Mam nawet wrażenie, że zdeczka przeszarżował i taka dawka krytyki „biznesów samych w sobie” dla polskich geszefciarzy – przyzwyczajonych do poklepywania po plecach i kadzenia przez media głównego nurtu, polityków i czołowych ekonomicznych „autorytetów” – jest po prostu szokowa, nie-do-strawienia za jednym posiedzeniem. Nie dziwota, że – parafrazując jedną z poniższych wypowiedzi – „ciśnienie Wam skacze”, a spod klawiatury wychodzą takie kocopoły.

          Pozdrawiam,
          ex-samozatrudniony (obecnie pracownik najemny)

          • shoo pisze:

            *po „emocjonalna” miało być oczywiście „reakcja”

          • shoo pisze:

            kolejna errata: niechcący przemianowałem Pana Piotra na Macieja, za co rzecz jasna przepraszam

    • horizonte pisze:

      No to my przecież wiemy, ze jesteście totalitarystami i chcielibyście żeby o stosunkach pracy mieli prawo rozmawiać tylko przedsiębiorcy, a pracownicy najemni siedzieli cicho. Taka już wasza mentalność egoistów, którzy uważają iż bycie przedsiębiorcą automatycznie predestynuje was do uważania się za nadludzi. Wasze niedoczekanie.

  5. Adam pisze:

    Polski mit indywidualnej przedsiębiorczości bije w oczy także z wielu nachalnych reklam i szyldów wywieszonych po całym kraju.

    Trafny i wnikliwy tekst. Pozdrowienia!

  6. Samuel pisze:

    Lewicowy publicysta chwalący korporacje i psioczący na mikroprzedsiębiorstwa. Niesamowite.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Mówiąc o dużych firmach, nie miałem na myśli międzynarodowych korporacji, tylko rodzime przedsiębiorstwa z polskim kapitałem silnie osadzone w naszym społeczeństwie i czujące za nie odpowiedzialność. Czekać aż z zastępów mikroprzedsiębiorców wyłonią się duże firmy możemy do końca świata – ale można do tego szybciej doprowadzić, wprowadzając odpowiednie regulacje skłaniające polskich przedsiębiorców do konsolidacji.

      Zresztą praca w korporacji jest dla pracownika często bardziej komfortowa, niż praca w małym przedsiębiorstwie.

      • Samuel pisze:

        Jeśli faktycznie tak jest lepiej, to najwyraźniej nie trzeba nic robić: Ludzie sami będą częściej szukać pracy w dużych firmach, niż w małych i częściej będą wybierać umowę o pracę, niż działalność gospodarczą.

        Ja osobiście wolę jednak swoją indywidualną działalność gospodarczą. Dzięki temu dokładnie wiem, ile zarabiam, a ile oddaję w podatkach i ZUSie, oraz sam ustalam warunki współpracy z klientem. Chciałbym tylko, żeby nikt nie zatruwał mi życia bzdurnymi przepisami i ewentualnie, żeby państwo stało po mojej stronie, gdy próbuję załatwić coś w urzędzie.

  7. Majk pisze:

    Artykuł aż mi cisnienie podniósł.
    Po pierwsze jestem w stanie zrozumieć odczucia Autora w stosunku do przedsiębiorców jeżdzących samochodami z kratka i odliczajacymi paliwo zużyte na wyjazd na wakacje ale proponuje Autorowi zastanowić się dlaczego w Polsce jest taka kiepska pozycja pracownika w stosunku do pracodawcy. Proponuje zastanowić się dlaczego jest taka duża różnica między zarobkami kierownika i szeregowego pracownika albo jeszcze lepiej jego dyrektora. Proponuje porównać to z innymi krajami np zachodnimi. Co najważniejsze proponuje skorelować to wszystko z realną stopą bezrobocia. Zaskakuje mnie jakie dziwne wnioski można wyciągać pomijając oczywistości jeśli się tylko bardzo mocno wierzy we własne racje co właśnie czyni Autor. Zeby dobrze zobrazować o co mi chodzi po przytoczę swój przykład. Jestem wysoko wykfalifkowanym pracownikiem IT. Nigdy się nie spotkałem ze złym traktowaniem przez pracodawce przez dłuższy czas. Każde takie zachowanie kończyło się moim wypowiedzeniem i obietnicą poprawy warunków ze strony pracodawcy. A teraz pytanie, dlaczego jestem lepiej traktowany niż przeciętny pracownik? Bo mnie problem natychmistowego zatrudnienia w innej firmie nie dotyczy. Gdyby Autor przejechał się po świecie i zobaczył jak było (teraz jest gorzej) w IE albo GB to by zobaczył, że tam, w tych dobrych czasach pani w Tesco na kasie albo w jakimś hotelu też mogła stawiać swoje warunki bo właściciel hotelu obok już ją zagadywał czy nie chciałaby u niego procować. Prosta sprawa pracodawcy zawsze i wszędzie będą w najgorszy(ekonomicznie) możliwy sposób traktować pracowników. Żadne dekrety i regulacje tego nie zmienią. Ludzie są samolubnymi egoistami i nikt tego nie zmieni. Jedynie chłodna kalkulacja takiego pracowawcy, że jak będzie chamem to sam będzie musiał przesuwać palety na magazynie może zmusić go do zmiany podejścia do pracownika. Dodam jeszcze, że również mam swoja przygodę z własną działalnością i tak, w Polsce jest przesrane w porównaniu z zachodem. Przez pierwszy rok działalności koszty zrównywały mi się z dochodami a i tak musiałem płacić wszystkie składki. Ostatecznie sobie odpuściłem. Proszę popatrzeć na GB gdzie wszyscy Polacy szukają pracy. Tam są jakieś inne te reguły, chyba lepsze, nie?
    I po drugie. Pisze Pan o kolektywizacji przedsiębiorstw, bo tak ten pomysł trzeba nazwać. Odsyłam do historii. Ten eksperyment był przeprowadzony np na Ukrainie w 1930. Cytując Einsteina „obłędem jest powtarzać w kółko tą samą czynność oczekując innych rezultatów.”
    Jeszcze jedna rzecz. Innowacyjność. Niestety, żeby być innowacyjnym trzeba mieć kapitał, duży kapitał. Trzeba mieć na tyle duże ciśnienie (konkurecji na rynku), żeby ryzykować ten kapitał w innowacyjne inwestycje. Innowacyjność ma to do siebie, że jest ryzykowna a Polska ma to do siebie, że nie ma tu kapitału. Zadnej firmy nie zmusi Pan do tego, żeby była bardziej innowacyjna jakąś ustawą jeśli nie ma na to pieniędzy. A pieniądze muszą być masakrycznie duże jeśli chce się robić nanometrowe diody, grafeny i inne pierdoły na skale przemysłową w takiej cenie, żeby ktoś to kupił. Dla przykładu mikroskop elektronowy to kilka mln euro – to powinno oddać skale. Jaka polska firma jest wstanie zaryzykowac 0.5 mld euro w rozwijanie czegoś co może nie przynieść korzyści finansowych? AGH sie chwalilo ze ma taki jeden, super, problem w tym ze w byle jakim kilkuset osobowym labie na zachodzie jest takich kilka.

    • Poziomka pisze:

      To weź tabletki. Refundowane z tej bieda-składki, którą płacisz. Czyli de facto z mojej pełnej składki. Pracownik najemny.

      • Majk pisze:

        Płace maksymalną możliwą. Widzę brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Na to niestety nie ma jeszcze tabletek.

        • Poziomka pisze:

          tzn ile?

          • jaro pisze:

            Ciekawe skad się tacy ludzie biorą? Przecież napisał, że maksymalną. W Polsce podstawa wymiaru składki na ubezpieczenie nie może przekraczać miesięcznie 250% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia, o którym mowa w art. 19 ust. 10 ustawy o zus. Prosciej – zebys zrozumial, jak dostaniesz w ciagu roku wiecej kasy niz 30 srednich pensji krajowych to przestajesz placic ZUS.

    • Piotr Wójcik pisze:

      „Pisze Pan o kolektywizacji przedsiębiorstw, bo tak ten pomysł trzeba nazwać. Odsyłam do historii.”
      Prawo Godwina już po pierwszej wypowiedzi? (bo to, że należy je stosować także do komunizmu, a nie tylko do nazizmu, jest oczywiste) To w jednoznaczny sposób obnaża impotencję intelektualną. Jeśli porównuje Pan jedynie inspirowaną przepisami konsolidację (czyli wchodzenie w spółkę albo łączenie się spółek) do przymusowej i opartej na terrorze de facto nacjonalizacji gospodarstw, to znak, że rozsądna obserwacja rzeczywistości Pana przerasta. Bez urazy, wnioskuję po Pańskim argumencie.
      „Żeby być innowacyjnym trzeba mieć kapitał. Polska ma to do siebie, że nie ma tu kapitału.”
      Własnie dlatego postuluję konsolidację, by przedsiębiorcy wspólnie mieli więcej kapitału, by dzięki temu mogli konkurować w bardziej wyszukany sposób.
      „Prosta sprawa pracodawcy zawsze i wszędzie będą w najgorszy(ekonomicznie) możliwy sposób traktować pracowników. Ludzie są samolubnymi egoistami i nikt tego nie zmieni.”
      No cóż, ja jednak mimo wszystko takiego zdania o przedsiębiorcach nie mam. Skoro jednak dysponuje już Pan takim mizantropicznym światopoglądem, to dziwi mnie, że tak się Pan oburza na pomysł konsolidacji przedsiębiorstw inspirowaną przez państwo. W końcu tych „samolubnych egoistów” (Pana słowa) dobrze jest chyba czasem skierować na lepsze tory?
      Co do sytuacji na rynku pracy – pełne zatrudnienie było w historii uzyskiwane tylko dzięki aktywnej polityce państwa. W sytuacji liberalizacji rynku pełen zatrudnienie nigdy nie zostanie osiągnięte, gdyż jest ono nie na rękę przedsiębiorcom (co zresztą Pan pośrednio w swej wypowiedzi wskazał).

      • Majk pisze:

        historia to historia. Cieszę się, że zna Pan mądrych ludzi piszących mądre sentencje ale to niestety nie oznacza potencji intelektualnej. Umiejętność wiązania faktów i wyciąganie wniosków to jest potencja intelektualna. A jak napisał ostatnio w swoim sprawozdaniu na temat kryzysu kredytowego Bank of Ireland, ludzie zwykle usuwają w podświadomość niemiłe doświadczenia dlatego nie uczą się na błędach. A czy to jest Hitler, Stalin, Bonaparte czy inny Oktawian August to nie ma żadnego znaczenia.
        Wracając do tematu, zmuszanie kogoś żeby coś zrobił z własnym majątkiem wbrew jego woli w skutkach jest takie samo, bez względu na użyte narzędzia. Czy to jest przemoc fizyczna jak za Stalina czy przemoc prawna czy finansowa (kary) jak Pan proponuje. Wlaśnie tacy ideowcy jak Pan są niebezpieczni bo najpierw niby wystarczą odpowiednie przepisy a jak wszyscy je bedą i tak olewać to zaczną się szykany a skończy na masowych egzekucjach – w imię słusznej sprawy oczywiście. Odsyłam jeszcze raz do historii, zawsze jest tak samo, czy to w przypadku Hitlera czy Stalina/Lenina i innych którzy chcieli dobrze dla swojego narodu.
        Teoretycznie konsolidacja może by coś dała ale prosze się zastanowić, wszystkie firmy sektora np IT w Polsce są warte tyle co jedna amerykańska albo koreańska. To faktycznie jest 1 lab zamiast 0 ale nie 100 – dalej mało, nie? Dla porównania, żeby nie bawić się w demagogię Google: Cash on Hand $48.09 B, Revenue $50.18 B. Dla porównania dochód panstwa polskiego w tym samym roku to 327mld zl czyli TYLKO 2 razy wiecej. Apple: Cash on Hand $137.11 B, Coca-cola: Cash on Hand $16.55 B. Rozumie Pan teraz że w Polsce NIE ma kapitału, nawet po przymusowej konsolidacji? Apple ma wiecej na koncie luźnej kasy niż nasz cały budżet!!!
        Co do przedsiębiorców to oczywiście jestem tego zdania, przedsiębiorca niczym się nie różni od klienta w warzywniaku. Kupuje tam gdzie takie same marchewki są najtańsze. To samo jest z pracownikami. Pracodawca zatrudnia najtańszych gotowych zrobić tak samo, tą samą prace. Chyba się tutaj zgodzimy. Sęk w tym, żeby pensje sam musiał chcieć dać wyższe a nie żeby musiał stosować się do przepisów które i tak pewnie będzie obchodził. Piszę o niskim bezrobociu a nie pełnym zatrudnieniu. Jakieś bezrobocie zawsze jest bo nie wszystkim chce się pracować. Jeśli go nie ma to znaczy, że się oszukuje robiąc statystyki albo zmusza ludzi do pracy. Chodzi o to żeby było niskie. Każda firma Headhunterska mówi o rynku pracownika albo rynku pracodawcy. Jak jest rynek pracownika to pensje idą w górę, jak pracodawcy to stoją w miejscu albo w dół. Chodzi o to, żeby pracodawca szukał ludzi a nie odwrotnie. To chyba też jest oczywiste?
        Bardzo ładnie to widać np tu: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/polacy-i-niemcy-jak-pracuja-ile-zarabiaja/gdmqx
        Proszę sobie porównać w Polsce lata w których najwiecej przybywało miejsc pracy z przyrostem płac. Korelacja jest zawsze taka sama. Co więcej, tak samo może Pan zrobić dla dowolnego kraju. Pracowałem przez dłuższy czas w dwóch krajach poza Polską i z tego co się dowiedziałem zawsze to wyglądało tak samo.
        I prosze nie obrzucać błotem typu impotencja intelektualna tylko przytaczać konktetne argumenty. Miałem Pana za inteligentnego człowieka z klasą, chociaż o innych poglądach ale widzę, że się myliłem.

  8. MMM pisze:

    „I jeśli uznamy płacę minimalną za skuteczne narzędzie podnoszenia płac w gospodarce, to może się okazać, że jej podniesienie może spowodować spadek bezrobocia, a nie wzrost.”
    Autorze, Jeśli mój wujek który ma piekarnie podniesie cenę chleba to rozumiem, że wtedy sprzedaż jego chleba wzrośnie bo ludziom będzie bardziej smakował???

    Recepta na wzrost wynagrodzeń jest zmniejszenie bezrobocia ale pańska recepta jest to przepis na wzrost szarej strefy i wzrost bezrobocia. Zresztą przy dzisiejszej wysokości podatków szara strefa jest całkiem OK gdyż każda złotówka uratowana przez urzędniczymi nierobami to złotówka niezmarnowana. I proszę nie pisać, że Europa zachodnia ma jeszcze wyższe podatki, proszę zobaczyć jakie te kraje miały podatki kiedy były biedne tak jak my obecnie. Najpierw trzeba zbudować bogactwo, żeby później można stworzyć „państwo opiekuńcze” które to bogactwo zniszczy poprzez promowanie lenistwa i życia na koszt innych. Zresztą ten portal właśnie to promuje.

  9. Szczur pisze:

    Cóż, idealnym z punktu widzenia neoliberałów zakładem pracy byłby……. obóz pracy przymusowej. Tam koszty pracy dążą do zera. SS i Gułag proponuję nominować do jakiejś nagrody typu „przedsiębiorca roku” czy jakoś tak.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Ja bym podał jeszcze przykład gospodarstw folwarczno-pańszczyźnianych z czasów I RP, czyli z czasów, które wielu tych liberałów bierze sobie na sztandary.

  10. Vladymir pisze:

    Drogi Autorze! W Pana wieku także byłem zwolennikiem poglądów podobnych do Pańskich. Dziś jestem facetem dobrze po pięćdziesiątce, nieźle wykształconym i naprawdę bardzo kreatywnym (jestem wynalazcą – innowatorem). I co, Drogi Autorze? I to, że podczas rozmów o pracę szybko mi uświadamiano, że w żaden sposób nie wyglądam jak długonoga blondynka bez zahamowań, a moje niemałe kwalifikacje psu na budę są zdatne, bo za drogi jestem a moje wcale innowacyjne pomysły też są do chrzanu tarcia, bo trzeba w nie sporo zainwestować i czekać na niepewne rezultaty a pracodawca, jeśli szybko nie zrobi ze złotówki stówy, to padnie.
    To może kimś takim jak ja zaopiekuje się chwalone przez Pana państwo? Guzik z pętelką, Drogi Autorze, urzędnicy lubią nowości, pod warunkiem, że nie zagrożą ani ich świętemu spokojowi, ani ksiądz dobrodziej sił szatańskich się w nich nie dopatrzy. Państwo, na które płacę podatki i które mogłoby z mojej działalności czerpać pewne profity, jawi mi się jako w miarę ucywilizowana mafia, de facto pasożytująca na społeczeństwie. No tak, bo jeśli za moje podatki dostaję policjanta, który chętnie poluje na obywatela na drodze, ale gdy owemu obywatelowi inny obywatel podpieprzy rower, to policjant rozkłada ręce; gdy dostaję lekarza, który nie ma leczyć, tylko oszczędzać cenne pieniądze NFZ; gdy dostaję nauczyciela, który nie uczy moich dzieci, ale szykuje je do wypełnienia testów kompetencji – to przepraszam, czym takie podatki różnią się od reketu? Nie trzeba chyba dodawać, że za składkę zusowską (która dla kogoś takiego jak ja jest często zarzynająca) to ja zobaczę nie godną emeryturę, ale zusowskie marmury i arogancję w nich rezydującą..
    Tak zatem, Drogi Autorze, lepszym pomysłem niż łupienie burżuja i kułaka, byłoby, w warunkach, gdy żaden rodzimy producent z Chińczykiem nie wygra cenowo a polityki wspierania inwencyjności przez państwo stwierdzić nie sposób – dopuszczenie istnienia pewnej ilości przedsiębiorstw, które wprawdzie niczego poważnego nie produkują, ale przynajmniej żywią swoich właścicieli i nie obciążają państwa zasiłkami. Niech płacą jakiś minimalny podatek, proporcjonalny od swoich mikrodochodów, a nie stały haracz, na który zarabiają albo i nie zarabiają. Podobnie funkcjonuje sporo polskich gospodarstw rolnych, więc dlaczego spadający państwu z karku nierolnicy mają być bezwzględnie łupieni?

  11. Pawel pisze:

    ja uwielbam manipulacje teoretykow. ile osob Pan Piotr w zyciu zatrudnial? przypuszczam, ze zero. wiec nie teoretyzujmy. co do danych usa to nie wie Pan o czym Pan mowi. Prosze wejsc na SBA gov czyli strone statystyczna small business admin w usa i poczytac i nie plesc glupot. w stanach sa 23 miliony malych businessow ktore wytwarzaja 58 procent sales w calym kraju. zatrudniaja 55 procent ogolnego stanu zatrudnienia i 66 procent nowych miejsc pracy od 1970 roku wytworzyly small busineses. liczba small businesses wzrosla o ponad 40 procent w ostatnich 30 latach.

  12. StopZUS pisze:

    Odnośnie ryczałtowej formy opodatkowania to jest ona zarezerwowana dla ściśle określonej działalności. Często jest to działalność usługowa, która przynosi bardzo małe dochody.

  13. Krzysztof pisze:

    Po przeczytaniu odniosłem wrażenie, że autor buduje swoją TEORIĘ na podstawie tendencyjnie wybranych faktów i danych, tworząc iluzję, że mogą istnieć jakieś metody sterowania gospodarką, które pozwolą nam na osiągnięcie bogactwa w kilkadziesiąt lat , na które inne narody pracowały wiekami.
    Koniec tekstu jest jego dowodem gdzie czytam zdanie będące utopijnym podsumowaniem artykułu. Pisze bowiem:
    Wynika to z faktu, że gwarancję rozwoju stanowi nie indywidualna przedsiębiorczość, lecz istnienie wypracowanych przez lata (a najlepiej przez wieki) wspólnotowych sposobów kanalizowania indywidualnej energii.
    Mamy w nim pragnienie osiągnięcia rozwoju poprzez wielowiekową współpracę – tylko co lub kto ma tworzyć tą upragnioną wspólnotę? Czyż naturalną drogą dojścia do niej w krajach uznawanych przez autora za wzorowe nie były lata (a najlepiej wieki) rozbudowywania (najczęściej przez wiele pokoleń) najpierw małych firm, które dopiero po długim okresie własnego doskonalenia i bogacenia się były w stanie dać stabilizację i bogactwo również społeczeństwom w którym działały?
    Niestety umysł autora opanował wszędzie obecny konsupcjonizm i wrażenie, że można osiągnąć bogactwo w inny sposób niż poprzez uczciwą i cierpliwą pracę.

    • shoo pisze:

      Po przeczytaniu odniosłem wrażenie, że autor buduje swoją TEORIĘ na podstawie tendencyjnie wybranych faktów i danych, tworząc iluzję, że mogą istnieć jakieś metody sterowania gospodarką, które pozwolą nam na osiągnięcie bogactwa w kilkadziesiąt lat , na które inne narody pracowały wiekami.

      O ile mnie pamięć nie myli, to z takiej Szwecji jeszcze w początkach ubiegłego wieku (circa do wybuchu I WŚ) ludzie masowo emigrowali za chlebem głównie do USA, taka tam bida panowała.

      Jak jest dzisiaj, i jakim poziomem życia mogą się Szwedzi pochwalić, tłumaczyć chyba nie trzeba. W każdym razie ten postęp można liczyć właśnie w dziesiątkach lat, a nie wiekach.

      Da się? Da się.

      • Krzysztof pisze:

        Tylko przez Szwecję nie przeszedł w tym czasie kilka razy front dwóch WŚ, nie wywłaszczono prywatnej własności, a przez 50 lat po II WŚ działał normalny system rynkowy. Po takim okresie jak nikt nie będzie próbował wdrażać teorii podobnych do opisanej przez autora pewnie i do nas będą przyjeżdżać emigranci zarobkowi ;) – choć nie uważam tego za przejaw dobrobytu.

  14. Jest tu jakaś próba analizy ile „powinno się zarabiać”, ile zarabiają inni. Z brakiem odniesienia do realiów konkurencji azjatyckiej. Moje pytanie brzmi: jak jej sprostać? Bo to ona jest powodem kryzysu USA i UE…

  15. Michał Janik pisze:

    Jak zwykle obserwuję w tekstach na stronie Obywatela, ze słusznych obserwacji wyciągane są bezsensowne wnioski.

    Co do cieplarnianych warunków w jakich pracują polscy przedsiębiorcy: mój kolega powiedział mi, że ostatnio jego ojciec spłacił ostatnie odsetki od długu, który naliczył mu urząd skarbowy na początku lat 90 ubiegłego stulecia za niedostarczenie w terminie jakichś papierów. Miał ambicje rozkręcić firmę, dać innym zatrudnienie. Skończyło siś tak, że nie dość że zbankrutował, to jeszcze popadł w długi. Wszystko to nie na zasadzie błędu biznesowego, ale decyzji administracyjnej. Mój kolega powiedział, że na przykładzie swojego ojca nigdy czegoś takiego nie zrobi. Niech inni będą kamikadze.

    Jeśli chodzi o Afrykę Subsaharyjską, to ma się rozumieć, że w społeczeństwach, gdzie nie ma wypracowanego szacunku dla własności, nie da się rozwinąć przedsiębiorstwa. Stąd każdy sobie rzepkę skrobie i nie ma na to rady (poza uzbrojonymi strażnikami, chodzącymi z batem za pracownikami i pilnującymi, czy wszystkiego nie wynoszą).

    Zgadzam się, że nie każdy może ( i chce) być przedsiębiorcą i inaczej być nie może, tak jak nie każdy musi kończyć szkołę, czy mieć maturę. Ale – to nie znaczy, że bierność życiowa powinna być premiowana na równi z przedsiębiorczością. Zwracam uwagę, że autor porównuje społeczeństwa rozwinięte, takie, w których doszło do gigantycznego wzrostu dobrobytu, z sytuacją społeczeństw, które żyją w biedzie. Pytanie teraz: czy jak społeczeństwa biedne zaczną się zachowywać jak bogaci Norwegowie (żyjący jak pączki w maśle dzięki złożom ropy naftowej), to czy kiedykolwiek zostaną dobrze zorganizowaną i nastawioną na rozwój wspólnotą?

    Co do istnienia nadreprezentacji w Polsce „przedsiębiorców”, to wynika to w oczywisty sposób z opodatkowania pracy. Zarówno dla przedsiębiorcy jak i pracownika lepiej zatrudnić się „na fakturę” i mieć parę złotych więcej tym bardziej, że nie musi to oznaczać, że taki pracownik będzie gorzej traktowany niż etatowy. (Gorzej z dostaniem kredytu na mieszkanie, ale to chyba dobrze – czytałem kiedyś na stronie Obywatela, że to bez sensu, że ludzie kupują mieszkania albo budową domy – w rozwiniętych i dobrze zorganizowanych społeczeństwach mieszkania się wynajmuje).

  16. kw pisze:

    Szczerze mówiąc jestem zniesmaczony tym artykułem. Nie jest tak
    , że tylko przedsiębiorcy mogą pisać o prowadzeniu firmy, ale powinny to robić osoby, które coś o tym wiedzą. cieplarniane warunki? mały zus? Arcyliberalne USA? I jeszcze kilka kwiatków. Przecież dla małych firm, zus to często gwóźdź do trumny. Sezonowość, gorszy okres, niespodziewane wydatki i leżysz. Nie wspomnę o pracy praktycznie 7 dni w tygodniu, kupie stresu itp. I żeby uprzedzić komentarze, firma którą prowadzę daje radę, pracownicy też są zadowoleni, więc to nie jest tak, że mi się nie udało, ale widzę jak chory jest to system.

  17. Bolek pisze:

    Czy wszyscy zabierający głos w dyskusji przeczytali książkę Ha-Joon Chang „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”? Polecam. Jasno i klarownie pokazuje ułomności „najlepszego systemu”, wcale go zresztą nie negując.

  18. wise man pisze:

    Ech, zakładam że jest Pan niedouczony i nic nie rozumie. Cóż pisze Pan że wg związkowców pensje byłyby 1000zł wyższe gdyby rosły razem ze wzrostem wydajności. A czy wiedzą oni że gdyb nie podatki średnia pensja była by wyższa nie o tysiąc ale o dwa tysiące? Czy oni zdają sobie sprawę że w żadnym kraju z dwucyfrowem bezrobociem pensje nie rosną szybciej niż wydajność? Czy oni nie wiedzą że w Chinach – zarabia się już tyle co w Polsce, a pensje rosną 10% rocznie. Dlaczego? Bo tam jest kapitalizm, a dzięki niemu bezrobocie wynosi nie 12% tylko 4%. Czy nie wie Pan że przedsiębiorcy nie płacą podatków – tylko ich klienci? Gdyby w Polsce rzeczywiście był wolny rynek, demonizowana niewidzialna ręka rynku mogłaby zadziałać. Ale tylko ignorant nazwie naszą gospodarkę liberalną i będzie twierdzić że jest tu kapitalizm, gdy opodatkowanie pensji netto to 70%, a w cenie produktów około 80% stanowią skumulowane w sobie podatki. To jest kapitalizm, to jest wolny rynek? Wolne żarty. Nie mówiąc o koncesjach, 300 zawodach regulowanych i wielu innych regulacjach jak choćby urząd regulujący cenę prądu. Wprowadźmy tu rzeczywiście kapitalizm, liberalne prawo gospodarczę i zobaczmy co się będzie działo. Na koniec chciałem zapytać: czy prowadził Pan kiedykolwiek własną działalność gospodarczą? Ma Pan w ogóle pojęcie o czym Pan pisze? Niech pan poczyta Adama Smitha, zanim będzie krytykowac niewidzialną rękę rynku, zainteresuje się austryjacką szkołą ekonomi, zanim będzie krytykował liberalizm i w ogóle radzę poszerzyć wiedzę ekonomiczną, bo inaczej miesza Pan tylko niedoedukowanym ludziom w głowach.

    • Nowy Obywatel pisze:

      Podatki płaci się w każdym cywilizowanym państwie, a jeśli chodzi o kraje rozwinięte, to zazwyczaj są one wyższe niż w Polsce, niższe są w Somalii i innych krajach, gdzie kwitnie „przedsiębiorczość” w postaci firemek, których produktywność jest tak niewielka, że nie stać ich na podatki i ubezpieczenie społeczne. Bajki o „prawdziwym kapitalizmie” proszę sobie zostawić na użytek stron internetowych spod znaku Korwin-Mikkego i innych nieuków, tutaj nie ma miejsca na wypisywanie bzdur o „austryjackiej” szkole ekonomii, a zanim zacznie pan kogokolwiek pouczać tym zestawem liberalnych sloganów na poziomie 13-latka, proszę się samemu poduczyć choćby ortografii.

      • wise man pisze:

        Austryjacka szkoła ekonomi to bzdura? Pan w ogóle wie o czym ja piszę chociaż? Smutne że jak się nie ma argumentu to się wyjeżdza z czymś takim, i ta Somalia. Mówi pan o tym że w wielu krajach podatki są wyższe niż u nas. Racja! W Niemczech, w Szwecji, w Dani można tak wymieniać i wymieniać… Tylko które z tych państw miało wyższy wzrost gospodarczy od nas? Myli pan podstawowe pojęcie: państwo wysoko rozwinięte i państwo szybko rozwijające się. Wg ONZ Szwecja która jeszcze w latach 50-tych była najbogatszym państwem świata, za lat 30 będzie krajem 3-go świata. Wielu nazywa ją rajem na ziemi, tylko co to za raj z którego obywatele masowo uciekają? Bogactwo obywateli bierze się z rozwoju gospodarczego, wysokie podatki go nie przyspieszają, wręcz przeciwnie. Jeżeli Polska ma być tak bogata jak NIemcy nie może się rozwijać tak wolno jak Niemcy dziś. Ostatnia uwaga, jeżeli uważa pan coś za bzdurę, niech pan to jakoś chociaż spróbuje udowodnić. Może jak pan poczyta na ten temat trochę, to zrozumie pan w końcu jak bardzo się myli.

        • Nowy Obywatel pisze:

          Szwecja za 30 lat będzie krajem trzeciego świata, a ludzie z niej już obecnie masowo uciekają? Mamy do czynienia z wyjątkowo ostrym przykładem ogłupienia liberalizmem i oderwania od rzeczywistości, a ponieważ dbamy o poziom portalu, to następne wpisy osoby z tak ciężkimi problemami nie zostaną tu już opublikowane, przykro nam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>