Ryzyko a zagrożenia. Odpowiedzialność w społeczeństwie późnonowoczesnym

·

Ryzyko a zagrożenia. Odpowiedzialność w społeczeństwie późnonowoczesnym

Václav Bělohradský ·

We Włoszech, kraju portów i doków, era azbestu kosztowała wiele ludzkich istnień. Opowieści „ofiar azbestu” utrwaliło kilka odważnych filmów dokumentalnych. W jednym z nich robotnik, któremu rak krtani odebrał naturalny głos, mówi w imieniu wszystkich ofiar sztucznym głosem. Wspomina przyjaciela, który często o poranku w warsztacie wymiotował, krył się z tym jednak z obawy przed utratą pracy, a ostatecznie zmarł w wieku 45 lat. Z kolei o własnym śmiertelnym niebezpieczeństwie nie miał pojęcia, najwyżej coś przeczuwał: Byliśmy zaledwie robotnikami, mówię teraz w imieniu ich wszystkich tym oto nowym głosem. Ten głos dochodzi do nas jakby z wnętrza opuszczonych budynków przemysłowych, przypominających obozy zagłady – cień Holocaustu przywołuje zresztą także ścieżka dźwiękowa dokumentu, który poświęcono pamięci ofiar włoskiego postępu przemysłowego: głosom, które zmusił do milczenia oraz miejscom, które skaził.

Fabryka produkująca materiały z azbestu, używane do wszechobecnych niegdyś falistych dachów i rur, nosiła nazwę Eternit, od eternitas, czyli wieczność. W innym dokumencie pod tytułem „Indistruttibile” (Undestroyable) [Niezniszalne – przyp. red. NO] kobieta, która przez 30 lat pracowała w tym zakładzie, opowiada, jak produkcja eternitu wniosła do miasteczka Casale Monferrato życie, przyciągnęła masy robotników, którzy kupowali bułki z mortadelą w piekarni naprzeciw fabryki. Przychodzili w niebieskich ubraniach roboczych pokrytych białym pyłem, który wirował wszędzie dookoła. Jako dziecko chętnie patrzyła na tę ludzką masę i obserwowała robotników wracających na rowerach z pracy. Na drzwiach byłej fabryki widnieje dziś napis: „Uwaga, skrajne niebezpieczeństwo”.

Później rozpoczęły się procesy sądowe, jednak większość menedżerów spółki została uniewinniona. Prawo dotyczące ochrony środowiska pochodzi z roku 1986, a fabryka zakończyła działalność wcześniej. Ekspertyzy nie są jednoznaczne, niektóre na przykład stwierdzają, że azbest jest tylko jedną z wielu przyczyn raka opłucnej i płuc. Uznany włoski dziennikarz Giorgio Bocca napisał: Czy wielkie przedsiębiorstwo, jeden z fundamentów gospodarki narodowej, może stracić lata lub dziesięciolecia produkcji, czekając na dowody potwierdzające niebezpieczeństwo jakiejś substancji? Nie, nie może. Międzynarodowy rynek spożywczy pełen jest produktów modyfikowanych genetycznie, co do których nie wiemy, jakie ryzyko przynoszą. W przemyśle i nauce nigdy nie uda się wykazać złych intencji. Zabijała szalona krowa karmiona mączką z martwych zwierząt. Czy ktoś został za to ukarany pozbawieniem wolności? Czy ponadnarodowe koncerny działały w złej wierze, produkując i sprzedając tę mączkę? Czy sprawiedliwość, stając twarzą w twarz z brakiem odpowiedzialności przemysłu i nauki, może rozwiązać kwadraturę koła?

Czy przedsiębiorca musi być świadomy ryzyka związanego z tym, co produkuje? Kiedy dokładnie ekspertyzy zaczynają być wiążące? Kto jest odpowiedzialny za śmierć ludzi wystawionych na działanie substancji, których niebezpieczeństwo odkryto po dziesięcioleciach ich stosowania? Od którego momentu producenci telefonów komórkowych będą zobowiązani do poważnego traktowania rosnącej ilości poszlak na temat związku pomiędzy używaniem takich urządzeń a rakiem mózgu?

Czym jest odpowiedzialność w społeczeństwie późnonowoczesnym?

Społeczeństwo nowoczesne powstaje w procesie tzw. funkcjonalnego zróżnicowania, w którym rozpada się ono na wyspecjalizowane części. Te stopniowo ulegają „odpolitycznieniu”, czyli emancypują się spod wpływu autorytetów występujących „w imię całości” – gospodarka, kultura, administracja publiczna i nauka zaczynają kierować się jedynie własnymi kodami. Procesu funkcjonalnego zróżnicowania nie da się zatrzymać, szkoła przejmuje od rodziny wychowanie dzieci, sprawiedliwością zajmują się prawnicy, państwo jest zarządzane przez wyspecjalizowanych urzędników, nauka rozpada się na coraz bardziej szczegółowe dziedziny, a eksperci coraz słabiej potrafią się nawzajem zrozumieć. Tego, co jednoczy, raptownie ubywa, również filozofia i wykształcenie humanistyczne stają się jedynie „wyspecjalizowanymi dziedzinami”, w których orientują się wyłącznie specjaliści uznający za realne tylko to, co potrafią opisać w swym wyspecjalizowanym języku. Świat społeczny otaczający jednostkę, który przekraczałby wszystkie indywidualne kody, oniemiał. Język całości przeżywa w sztuce, choć tylko jako doświadczenie tego, co znika, czego brak. Określenie „wiek skrajności” wskazuje na konsekwencje reżimów politycznych uzasadnianych namiastkami idei całości – jak na przykład rasa, klasa, dzieje, nacjonalizm.

Społeczeństwo „nowoczesne” staje się społeczeństwem „późnonowoczesnym” w momencie, gdy funkcjonalne zróżnicowanie uzyskuje w nim prymat, którego nie potrafi skompensować żaden legalny autorytet, żaden reprezentant całości. Pojęcie „autorytetu”wskazuje na podzielane modele reprezentacji całości, funkcjonujące niczym zwierciadła, w których członkowie jednego społeczeństwa przeglądają się w swej współzależności jako części tego społeczeństwa. Wszelkie uświęcone modele reprezentacji całości, które w przeszłości czyniły z jednostek części jednego społeczeństwa, w późnej nowoczesności wyczerpują się: państwo narodowe i jego mit, hegemonia klasowa i podzielany szacunek dla elit, polityczne religie i ruchy polityczne jak socjalizm, liberalizm, konserwatyzm. Wielkie zwierciadła, które w przeszłości odbijały obraz jednostek jako części jednego społeczeństwa, popękały i zmatowiały. Ludzie nie mają „w czym” się przeglądać jako jednostki odpowiedzialne wobec autorytetu reprezentującego całość społeczeństwa. Współczesna fala populizmów jest próbą wprowadzenia takiego zwierciadła za pomocą „antypolitycznych środków” – apelem do ludu, narodu, „porządnych ludzi” – a przez to przezwyciężenia neurotyzujących konsekwencji zniknięcia tego, co nas jednoczy.

W społeczeństwie późnonowoczesnym wszystko przemienia się w decyzję – prawda, przyroda, Bóg, obiektywność nauk – pisze Ulrich Beck. Owa przemiana wszystkiego, co stałe i dane, nakłada na nas ogromne brzemię odpowiedzialności – musimy poszukiwać dobrych argumentów dla naszych decyzji i je odnajdywać, od tego bowiem zależy trwanie Ziemi jako „domostwa ludzkości”. Przyroda czy planeta Ziemia nie są już po prostu dane tu oto, musimy się na nie zdecydować. Jesteśmy skazani na poszukiwanie nomos Ziemi, praw, które zagwarantują przeżycie ludzi jako mieszkańców planety. Jak potwierdzają współczesne spory o globalne ocieplenie, znalezienie przekonywających argumentów jest sprawą katastrofalnie skomplikowaną.

Społeczeństwo późnonowoczesne zamienia ideologiczne hasła przeszłości – takie jak „wolny rynek”, „własność prywatna” czy „suwerenność ludu” – w „nostalgiczne frazesy”. Czyż jakikolwiek proces we współczesnej gospodarce odbywa się w sposób wolny? Czy konsumenci kolonizowani przez globalną reklamę to „osoby myślące niezależnie”? Czy wzrost gospodarczy stanowi przedmiot decyzji suwerennego ludu? Co można traktować jako prywatne na planecie, gdzie machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać huragan w Europie, a awaria jednego tankowca potrafi zniszczyć historyczne (bio)światy formowane przez stulecia?

„Oresteja”, trylogia tragiczna Ajschylosa, opowiada o szeregu morderstw dokonanych z powodu zemsty i gniewu. Bogini Atena próbuje przeciąć łańcuch przemocy, ustanawiając „trybunał” złożony z najlepszych obywateli, którzy nie splamili się zbrodnią. Mają oni orzec o winie lub jej braku i wydać wyrok na tych, wokół których krążą Erynie żądne dalszej krwi. Figura trybunału wskazuje tutaj na siłę zdolną poddać gniew, zemstę i namiętności sprawiedliwemu osądowi. Orzeczenie sędziów musi zostać uznane także przez Erynie – mroczne siły przeszłości przeciwne rozumowi, którym obcy jest wszelki rozsądek. Rozum stoi wprawdzie w pozycji sędziego, ale musi wejść z tymi siłami w kompromis.

Mit o Orestesie to jedna z opowieści założycielskich Zachodu: ustanawia trwały związek między sprawiedliwością i odpowiedzialnością a orzeczeniem niezawisłych sędziów, których ocena, poparta argumentami, stanowi zaporę przeciw siłom ciemności, przeciwko gniewowi i zemście. Myślę o tej opowieści dzisiaj, gdy place naszych miast zalewają tłumy „oburzonych”, które twierdzą o sobie, że reprezentują 99 procent społeczeństwa, lecz ich protesty są bezskuteczne. Jaki sprawiedliwy sąd mógłby uciszyć ich rozgoryczenie?

Pojęcie „sprawiedliwego sądu” miało do tej pory bliski związek z wyobrażeniem odnowy władzy autentycznego ośrodka, autentycznych reprezentantów całości wewnątrz jej wszystkich części, a także odnowy władzy „domowych” – tych, którzy są tam, gdzie się decyduje, „w domu”. Prymat funkcjonalnego zróżnicowania przeobraża pojęcia „centrum”, „reprezentacji” czy „domostwa” w nostalgiczne frazesy, niczego nie da się już rozwiązać poprzez odnowę centrum, reprezentacji ludu czy też przez powrót do miejsca, do którego należymy. Antagonizmy społeczeństwa późnonowoczesnego stanowią „nadwyżkę” nad wszelkimi wyobrażalnymi centrami, reprezentacjami lub domostwami, nie dadzą się rozwiązać poprzez powrót do „jedynego” centrum, autentycznej reprezentacji ludu czy „pierwotnego” domostwa. Nie znajdujemy również żadnej instancji, która posiadałaby autorytet zdolny do ich rozwiązania przez odwołanie się do bezstronnego sądu. Możemy jedynie dojść do porozumienia w sprawie pewnego „progu zrównoważenia”, tak aby antagonizmy nie rozerwały społeczeństwa na autystyczne fragmenty.

W społeczeństwie późnonowoczesnym antagonizm wszystkich antagonizmów jest prosty, sformułujmy go następująco: Liczba osób, które zostały dotknięte skutkami (prywatnego lub publicznego) działania innych osób, skandalicznie przewyższa liczbę osób, których zgoda jest konieczna, by takie działania były legalne. W warunkach intensywnej komunikacji sytuacja ta jawi się nader wyraźnie, przez co staje się trwałym powodem rozgoryczenia demokracją. Rozwiązanie mogłaby przynieść demokratyzacja – zwiększenie liczby ludzi, których zgoda jest konieczna, by pewne działanie było legalne – co jednak prowadziłoby do nadmiernych kosztów negocjacji pomiędzy 99 procent aktorów, którzy nie są uprawnieni do decydowania, aczkolwiek ponoszą konsekwencje decyzji, a 1 procent upoważnionych do decydowania, których (ekonomiczne, polityczne, kulturowe) przywileje umożliwiają im uniknięcie konsekwencji własnych decyzji.

Nieustannie pogłębia się przepaść pomiędzy stale zmniejszającą się mniejszością shareholders – osób mających legalne uprawnienia do decydowania, a zarazem określanych mianem kompetentnych – a stale zwiększającą się większością stakeholders – osób mających coś at stake, do stracenia, lecz niemających uprawnień do udziału w decydowaniu, określanych mianem niekompetentnych. Społeczeństwo późnonowoczesne rozpada się tym samym na dwa obozy: obóz niekompetentnych, rozgoryczonych zagrożonych oraz obóz kompetentnych i bezpiecznie ryzykujących. Posługują się one antagonistycznymi językami – rozgoryczeni i nieuprawnieni do udziału w decydowaniu mówią językiem „zagrożeń”, kompetentni i uprawnieni do decydowania mówią językiem „ryzyka”. Menedżerowie z wyspecjalizowanych branż uzasadniają swoje decyzje wiedzą ekspercką. Ryzyko, które zrzucają na „całe społeczeństwo”, jest „racjonalne, naukowo uzasadnione”, natomiast protesty przeciwko niemu są „nieracjonalne, nienaukowe, niemające podstaw prawnych”, jak na przykład niemieckie czy austriackie protesty przeciw elektrowni jądrowej Temelín w oczach czeskich „ekspertów od atomu”.

Można ogólnie przyjąć, że to, co ekspertom z wyspecjalizowanych branż jawi się jako racjonalnie uzasadnione ryzyko, laikom pozostającym „na zewnątrz” takich branż ukazuje się jako zagrożenie. W społeczeństwie późnonowoczesnym każdy z nas jest jednocześnie osobą zagrożoną i zagrażającą, ofiary ryzyka i osoby ryzykujące nieustannie przeplatają się ze sobą, każdy z nas ryzykuje w dziedzinie własnych kompetencji i zagraża całej reszcie społeczeństwa. Kierowca, który dobrze zna natężenie ruchu na danej trasie o określonej porze, bierze na siebie ryzyko i decyduje się na wyprzedzanie na zakręcie, racjonalnie zakładając, że na drodze natężenie ruchu jest jak zawsze niewielkie. Dla kierowcy, który przypadkowo jedzie w kierunku przeciwnym, stanowi jednak zagrożenie. Jak przypomniała choroba szalonych krów, czasem okazuje się, że prawda leży po stronie niekompetentnych zagrożonych, podczas gdy decyzje racjonalnie ryzykujących, wsparte opiniami kompetentnych ekspertów, potrafią zabić tysiące ludzi. Nikt jednak nie został ukarany, ryzyko było uzasadnione, a ryzykujący nie mają obowiązku ponoszenia odpowiedzialności wobec niekompetentnych zagrożonych.

Bogini Atena rozwiązała napięcie pomiędzy językiem tradycji a językiem rozumu przez ustanowienie trybunału bezstronnych sędziów, lecz jaki trybunał mógłby rozwiązać spór pomiędzy grupą zagrożonych a grupą ryzykujących? Ile ludzkich istnień kosztowała nas racjonalnie uzasadniona decyzja produkowania azbestu? W jaki sposób uciszyć gniew zagrożonych, żądających kary lub zadośćuczynienia? Język ryzykujących jest naukowy i racjonalny, język zagrożonych ma korzenie w micie, uprzedzeniach i doświadczeniach historycznej społeczności. Hasło zagrożonych brzmi „Chcemy pewności”, lecz żaden specjalistyczny podsystem nie może zapewnić niczego więcej niż stopień ryzyka dostosowany do okoliczności. „Pewność” jest pojęciem religijnym i metafizycznym, tylko język mitu może nam ją zagwarantować. Nie może zatem stanowić uzasadnionego żądania w społeczeństwie późnonowoczesnym, w którym jednostka zmuszona jest przyjąć „uzasadnioną niepewność” za nieunikniony warunek życia. Sporu pomiędzy językiem zagrożonych a językiem ryzykujących nie da się rozwiązać, można jedynie porozumieć się w sprawie pewnego progu zrównoważenia.

Rozwiązaniem sporu nie może być decyzja, by za prawomocne uznać tylko takie żądania obywateli, które zostały wyrażone językiem ryzyka, tak jakby język zagrożeń był zaledwie nieprawowitym pogrobowcem „czasów przednaukowych”. Przeciwnie, często odpowiedzialny i niezawisły sędzia musi swym orzeczeniem bronić prawa mitu i historycznego doświadczenia przed agresywnością poznania naukowego. Zapewne istniały racjonalne naukowe argumenty, na podstawie których menedżerowie podjęli decyzję używania mączki mięsno-kostnej z martwego bydła jako karmy dla innych zwierząt. Istniały jednakże irracjonalne powody oraz mitologiczne uprzedzenia, by taką praktykę odrzucić – przeświadczenie, że uczynienie mięsożerców i kanibali z istot roślinożernych jest obrazą ładu stworzonego świata. Przykładowo na Nowej Gwinei u członków ludożerczego plemienia Fore, rytualnie zjadającego mózgi zabitych nieprzyjaciół, występuje choroba o nazwie kuru – rodzaj BSE. Dlaczegóżby nie interpretować jej jako kary bożej za kanibalizm? Odrzucenie z powodów religijnych stosowania mączki mięsno-kostnej z martwego bydła jako karmy dla bydła żywego uchroniłoby kraje Unii Europejskiej w bardziej efektywny sposób niż wiara w zdolność ekspertów do oszacowania stopnia ryzyka w naukowy sposób. Podobnie makabryczne obrazy z Hiroszimy albo Czarnobyla są wprawdzie nienaukową, lecz mimo wszystko skuteczną przestrogą przed demonicznym zagrożeniem kryjącym się w energii jądrowej.

Konsumenci często postrzegają rolnictwo ekologiczne jako ratunek przed zagrożeniami „epoki toksycznej”. Takie rolnictwo niesie jednak ze sobą nowe ryzyko, ponieważ pleśnie, które mogą się rozwinąć na pokarmie niepoddanym obróbce chemicznej, produkują milion razy więcej substancji toksycznych dla organizmu ludzkiego niż powszechnie używane pestycydy, których działanie jest dobrze zbadane. Odpowiedzialnie oceniać oznacza poszukiwać progu zrównoważenia między językiem ryzyka a językiem zagrożeń, nie zaś redukować jeden język do drugiego.

W społeczeństwie późnonowoczesnym antagonizm klasowy przybiera postać antagonizmu między ryzykującymi a zagrożonymi. Długofalowe masowe protesty w kwestii budowy autostrad, biotechnologii, elektrowni jądrowych czy składowisk odpadów toksycznych pokazują, że taki antagonizm jest nie mniej dramatyczny, choć w odróżnieniu od pojęcia „równości społecznej” pojęcie „równego podziału ryzyka” jako celu polityki demokratycznej jeszcze nie znalazło swego pełnego uzasadnienia.

Być rozsądnym i odpowiedzialnym w społeczeństwie późnonowoczesnym oznacza, najogólniej, bronić równowagi między językiem zagrożeń a językiem ryzyka przeciwko nieodpowiedzialnemu „idiotyzmowi” ekspertów (od gr. idio – ograniczony, własny – „być uwięzionym we własnym świecie”). Procesy takie jak biurokratyzacja i specjalizacja instytucjonalizują nieodpowiedzialność – biurokrata niczym idiota jedynie przestrzega przepisów, specjalista niczym idiota jedynie stosuję swoją metodę. Sfera publiczna w społeczeństwie późnonowoczesnym została opanowana przez dyskurs neoliberalny, który idiotyczną obojętność menedżerów wszelkich wyspecjalizowanych branż wobec sprzeciwu i protestów 99 proc. ludzi przedstawia jako „spontaniczne decydowanie wolnych właścicieli i konsumentów”, legitymizując tym samym zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialność jako normalny stan społeczeństwa.

Równowaga między językiem zagrożeń a językiem ryzyka nie może zostać nigdzie i przez nikogo z góry ustanowiona. Jest każdorazowo wyznaczana podczas protestów i nagłych buntów zagrożonych jednostek przeciwko idiotyzmowi ryzykujących ekspertów. A często także podczas słusznych protestów ryzykujących przeciwko idiotyzmowi zagrożonych! Warto dodać, że głos zagrożonych może uzyskać znaczenie i rezonans społeczny wtedy, gdy zaangażowana sztuka nada mu skuteczną formę, a krytyczne dyscypliny humanistyczne dostarczą silnych argumentów.


Tłum: Krzysztof Kołek

Tekst pierwotnie ukazał się w czeskim tygodniku literackim „Salon”. Przedruk za zgodą autora.

komentarzy