Neokolonializm nasz powszedni

Czym różni się Polska od przeciętnego państwa postkolonialnego? U nas przez większą część roku jest zimno i ponuro, a tam z reguły ciepło i całkiem słonecznie, o ile akurat nie ma pory deszczowej. Nasze rozpadające się slumsy tylko straszą (chociażby enklawy biedy na Śląsku), tamtejsze nierzadko zapierają dech w piersiach (np. malowniczo położone brazylijskie fawele). Tamtejsi piłkarze z reguły potrafią czynić z piłką cuda, nasi to co najwyżej rzetelni wyrobnicy, a i o tej rzetelności zapominają, gdy przychodzi im założyć reprezentacyjny trykot. Jak widać różnic między Polską, a postkolonialnymi państwami z Ameryki Południowej czy Afryki jest całkiem sporo, ale nie wszystkie na naszą korzyść. Zresztą czy naprawdę trzeba wchodzić w szczegóły, by postawić tezę, że łatwiej znosi się biedę w Rio de Janeiro albo Marrakeszu niż w Bytomiu czy Świętochłowicach?

Gdy z poziomu rozważań geograficzno-klimatycznych zejdziemy na kwestie ekonomiczno-społeczne, dostrzeżemy, że nasz kraj wykazuje mnóstwo cech typowych dla terytorium postkolonialnego. A raczej neokolonialnego, bo quasi-kolonialne mechanizmy są tu sprawą jak najbardziej aktualną, a nie tylko odbiciem przeszłego zniewolenia. Żyjemy w kraju, w którym to nie społeczeństwu ma być dobrze, ale zagranicznym inwestorom oraz rodzimej elicie kompradorskiej, które wspólnie wyciskają tubylców jak cytrynę. Wspólnie, podkreślam, bo ważne, żeby pamiętać, iż współczesny kolonializm opiera się w równym stopniu na wyzysku przychodzącym z zewnątrz, co i tym wewnętrznym. Harmonia i współpraca podmiotów zagranicznych z częścią rodzimych jest niezbędnym warunkiem rozkwitu tego modelu.

Według Eurostatu, PKB na głowę mieszkańca wynosi w Polsce 68 proc. średniej UE. Inaczej mówiąc, rocznie produkujemy już ponad 2/3 tego, co w przeciętnym kraju UE, takim jak Włochy (98 proc. średniej) czy Hiszpania (95 proc.). Bardzo zbliżyliśmy się do Grecji (75 proc. średniej). Cieszyć się jednak nie ma z czego, gdyż owoce tej produkcji, w odróżnieniu od powyższych krajów, nie zasilają wcale portfela zwykłego Polaka. Pomimo że produkujemy już ponad 2/3 tego, co Włoch czy Hiszpan i prawie tyle, co Grek, wartość majątku zgromadzonego przez przeciętnego obywatela naszego kraju stanowi… 10 proc. majątku Włocha, 20 proc. Hiszpana i 25 proc. Greka (według Global Wealth Databook 2013, o którym pisałem również w felietonie dla portalu jagiellonski24.pl). To zresztą nic dziwnego – na terytoriach neokolonialnych bogacenie się rdzennej ludności tubylczej jest ostatnie na liście priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajduje. Jeśli kogoś wciąż nie przekonuje odniesienie teorii neokolonialnej do Polski, to wskażę jeszcze jedno smaczne porównanie – otóż, pod względem wartości majątku przeciętnego obywatela, Polsce najbliżej jest do… Libanu. A więc byłej francuskiej kolonii, która w ostatnim półwieczu doświadczyła długiej i brutalnej wojny domowej, okupacji części swojego terytorium oraz szeregu bombardowań ze strony Izraela.

Oczywiście zawsze można postawić starą, wytartą i zwyczajnie nudną już tezę, że za naszą nędzną kondycję odpowiadają lata „komuny”, podczas której Polacy nie mogli się bogacić. Takie tłumaczenie ma jednak słabe punkty. Pierwszy to przykłady krajów, które mają na swoim koncie podobne doświadczenia historyczne. Czeskie PKB per capita wynosi 80 proc. średniej UE. Czyli polskie PKB na głowę to ok. 85 proc. czeskiego. Za to majątek przeciętnego Polaka stanowi tylko 55 proc. majątku Czecha. Gdzie uciekło 30 punktów procentowych? Chyba nie zabrała ich „komuna”? Tłumaczenie latami PRL-u złej sytuacji tubylców znad Wisły, tak bardzo odstającej od reszty mieszkańców UE, ma jeszcze jedną zasadniczą wadę. Otóż według tej argumentacji Polacy są tacy biedni, gdyż w latach 1945-1989 mieli zablokowaną możliwość gromadzenia majątku. Za takim postawieniem sprawy stoi założenie, że w roku 1989 ruszaliśmy od zera, a nad Wisłą mieliśmy wtedy klepisko nieruszone pracą ludzką. A to przecież nieprawda. PRL pozostawił po sobie całkiem sporo majątku państwowego – czyli wspólnego, wytworzonego pracą całego społeczeństwa. Nikt nie kazał nam rozdysponować go w taki sposób, że zwykły Polak nic z tego nie miał i rzeczywiście musiał w 1989 roku zaczynać niemal od zera.

Kraj Przeciętny majątek zgromadzony na głowę (w USD)
Włochy 195 925
Niemcy 157 882
Hiszpania 99 214
Grecja 83 442
Portugalia 71 193
Słowenia 52 039
Czechy 36 201
Estonia 26 562
Liban 20 918
Polska 20 803

Na majątkowe dysproporcje składa się wiele przyczyn. Na pewno jedną z nich jest kwestia wyceny składników majątku – chociażby nieruchomości, których ceny na zachodzie Europy są znacząco wyższe niż w Polsce. Ale nie tłumaczy to aż takich przepaści. Głównym powodem zaistniałego stanu rzeczy jest neokolonialny model rozwoju, przyjęty w Polsce z równym udziałem naszych elit i zagranicznych „życzliwych” doradców – model, w którym zwykli obywatele są ostatnimi w kolejce beneficjentami wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle nimi są. „Owoce przemian”, z których korzystali przeciętni Polacy, były już tylko ogryzkami. Wielki wpływ na to miała oczywiście prywatyzacja, w ramach której nasza własność wspólna rozeszła się po cenach czasem niewiele większych niż obecne osobiste majątki zachodnich Europejczyków. To m.in. dlatego musieliśmy po 1989 r. „zaczynać od nowa”.

Co dzieje się z owocami niewątpliwie całkiem niezłego wzrostu gospodarczego, jakiego Polska doświadcza w ostatnich latach? Gdzie one trafiają, skoro nie do portfeli polskich gospodarstw domowych? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim na rachunki przedsiębiorstw, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Konta firm działających w Polsce puchną wręcz od pieniędzy, a ich stopy oszczędności biją rekordy i znajdują się obecnie na poziomach najwyższych w historii. To oczywiście samo w sobie nie musi być złe. Problem w tym, że w naszym kraju bogacenie się przedsiębiorców nie wiąże się z poprawą sytuacji bytowej pozostałych obywateli. Można to wyczytać z jednego z okresowych raportów NBP (nt. sytuacji polskich gospodarstw domowych), ale kto by tam czytał analizy banku centralnego? Jako że mnie zdarzyło się przeczytać, uprzejmie donoszę, że ogólna stopa oszczędności w naszym kraju w IV kwartale 2013 r. wyniosła 17,3 proc. PKB, z czego oszczędności przedsiębiorstw to… 16 proc. PKB! Jest to sytuacja w zasadzie niespotykana. Jednak najbardziej druzgocący jest trend – jeszcze w 2012 relacja ta wynosiła 13,2 proc. PKB do 5,11 proc. W ostatnim czasie nastąpił więc drenaż osobistych oszczędności Polaków na wyjątkową skalę, któremu towarzyszył znaczny przyrost oszczędności przedsiębiorstw. Nie od dziś wiadomo, że kryzys nie musi być złą wiadomością dla niektórych przedsiębiorców – jest on przecież znakomitym alibi do cięcia realnych kosztów pracy.

W Polsce warunki wyjątkowo sprzyjają takim posunięciom. Kolejnym świadectwem tego, gdzie trafiają zyski z gospodarki, jest porównanie produktywności pracy do jej godzinowych kosztów, których zdecydowaną większość stanowią płace brutto. Tam, gdzie majątki osobiste są znaczące, tam wysokie są również płace – w innym razie ludzi nie byłoby stać na systematyczną rozbudowę swojej własności. Oczywiście przedsiębiorcy także tworzą gospodarstwa domowe, a więc ich finanse odbijają się na statystykach majątku gospodarstw domowych. W krajach rozwiniętych (a takim pod względem struktury zatrudnienia mimo wszystko jesteśmy) przedsiębiorcy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość siły roboczej, zaś większość stanowią pracownicy. Sytuacja, w której płaca za pracę ma się nijak do produktywności, musi więc przekładać się na stan posiadania Polaków w ogóle. A jak wygląda stosunek płac i produktywności w Polsce na tle omawianych wcześniej państw? Produktywność Włocha według OECD to 37,2 dolarów na godzinę, a Polaka 22,7. Czyli nasza produktywność to jakieś 2/3 produktywności Włocha. Mogłoby się zatem wydawać, że godzinowy koszt polskiej pracy (a w koszcie pracy płaca stanowi zdecydowaną większość) powinien wynosić – przynajmniej w jakimś przybliżeniu – 2/3 kosztu pracy włoskiej. Tymczasem, według Eurostatu, godzinowy koszt pracy we Włoszech wynosi 28 euro, a w Polsce zaledwie 7,6 euro, czyli niemal 4 razy mniej. A więc zamiast 66 proc. mamy 25. Produktywność Hiszpana (42 dolary na godzinę) jest dwa razy wyższa niż Polaka, a godzinowy koszt jego pracy trzy razy wyższy (21,1 euro). Produktywność Polaka jest o 18 proc. niższa niż Czecha, ale koszt pracy mniejszy o 26 proc. Jednak prawdziwie druzgocące są dane pokazujące relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac. W latach 2001-2012 produktywność Polaków rosła średniorocznie o 3,3 proc., Włochów o 0,004 proc., Hiszpanów o 1,4 proc., a Czechów o 2,8 proc. Ale już pod względem kosztów pracy trend wyglądał zupełnie inaczej. Jednostkowy koszt pracy w Polsce rósł w tym okresie średniorocznie o 0,9 proc., we Włoszech o 2,4 proc., w Hiszpanii o 1,75 proc., a w Czechach o 1,8 proc. Jak widać opłaca się w Polsce zatrudniać – szkoda że pracować już dużo mniej. A gromadzić osobistego majątku w takich warunkach po prostu nie sposób.

Zresztą wysuwanie przez polskich przedsiębiorców i ich rzeczników tezy o niskiej produktywności jako głównej przyczynie niskich płac jest cokolwiek bałamutne. Abstrahując od faktu, że płace Polaków są nieadekwatnie niskie właśnie w stosunku do ich produktywności, to przecież niska produktywność nie wynika wcale z lenistwa polskich pracowników. Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata. Wśród państw OECD, pod względem przepracowanych godzin w roku, Polacy lokują się na 5 miejscu (1929 godzin). Konkurujemy m.in. z Koreańczykami (2163 – 2 miejsce). Nawet Japończycy (1745 godzin), o których obiegowa opinia mówi przecież, że spędzają w pracy cały dzień, są pod tym względem daleko za Polakami. A takim Hiszpanom zaledwie 1666 godzin pracy w roku wystarczy, by utrzymywać nad nami olbrzymią przewagę majątkową. Niska produktywność nie wynika też z braku kompetencji Polaków – przecież za granicą pracodawcy są nimi często zachwyceni. Niska produktywność Polaków spowodowana jest głównie tym, że pracują oni w firmach zacofanych względem Zachodu. W firmach, które, co pokazują niezależnie od siebie różne statystyki, nie inwestują i nie chcą inwestować w innowacje i rozwój – pod względem nakładów na nie jesteśmy w ogonie Europy. A więc przedsiębiorcy, tłumaczący niskie płace niską produktywnością, de facto przerzucają na pracowników odpowiedzialność za negatywne konsekwencje własnych słabości.

Pieniędzy w Polsce wcale tak bardzo nie brakuje – po prostu w ramach przyjętego modelu rozwojowego zostały one rozdzielone w kompletnym oderwaniu od zasług. Spowodowało to trudny do przełamania klincz. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie inwestują swoich pokaźnych oszczędności, jest obawa przed niskim popytem na ich produkty i usługi (co wprost pokazuje niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy). Ale bariera popytowa wynika przecież właśnie z neokolonialnej polityki płacowej firm działających w Polsce. Piłka jest po ich stronie. Wydaje się, że inwestycje polskich przedsiębiorstw w tzw. kapitał ludzki to najlepszy sposób na wyjście polskiej gospodarki z neokolonialnego impasu.

Są na to trzy sposoby: zwiększenie zatrudnienia, podwyżki płac i inwestowanie w rozwój kompetencji pracowników. I wszystkie trzy w Polsce szwankują – bezrobocie jest wysokie (12 proc.), płace koszmarnie niskie, a pod względem szkoleń zawodowych nasze firmy są, uwaga, na ostatnim miejscu w UE – według Eurostatu w tej konkurencji wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, które z reguły były dotąd za nami. Jeśli przedsiębiorcy działający w Polsce „chomikują” swe zyski w obawie przed brakiem popytu, niech odważą się sięgnąć do swych kies, by zainwestować w pracowników. Zwróci im się to szybciej niż mogliby przypuszczać – w końcu więcej Polaków będzie wówczas stać na ich towary. Przecież, jak słusznie zauważył Henry Ford, samochody nie kupią samochodów.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

25 odpowiedzi na „Neokolonializm nasz powszedni

  1. adamovski pisze:

    W Polsce fascynuje mnie calkowita odmowa przyjecia do wiadomosci w jakiej sytuacji jest kraj przez duza czesc spoleczenstwa. Wielu wyksztalconych ludzi w tym moich kolegow, przyjelo rozne strategie obronne przed przyjeciem do wiadomosci ze PL jest bankrutem/neo-kolonia. Bez diagnozy ze jest zle nie da sie uzdrowic sytuacji. Wiec bedzie coraz gorzej. Brak zgody na rzeczywistosc jej raczej nie zmieni. Dlaczego w PL wiele osob woli filtrowac wiadomosci, ignorowac rzeczywistosc czy tez powtarzec bez konca „jest dobrze, bedzie lepiej” ? Fakt ze 25 lat „niepodleglej” Polski skonczylo sie kleska ekonomiczna (sam dlug zagraniczny to 340 mld Euro!) oraz ukradziono emerytury naszemu pokoleniu wystarczylby do spolecznej rewolucji w kazdym znanym mi kraju zachodnim. Ten brak logiki w dzialaniu, oraz jawne przyzwolenie przez duza czesc spoleczenstwa na bycie okradanym i wyzyskiwanym – To jest dla mnie naprawde fascynujace. Przeciez to co jest w artykule kazdy wie – ale jak przychodzi do wyborow ludzie ida i glosuja na ta sama ekipe ktora od 25 lat zyje z wyzysku calego narodu. Paranoja na poziomie calego spoleczenstwa? Pranie mozgu w mediach?

  2. K pisze:

    Zdecydowanie pranie mózgu w mediach. Po rozmowach każdy wie i mówi jak jest bo każdego dotyczy rzeczywistość. A w mediach dla równowagi pokażą misia na miarę ich możliwości i na końcu wszyscy twierdzą że nie jest tak źle jakby mogło być.
    Potrzeba niezależnych mediów w tv. Same nie przyjdą, trzeba robić ściepę, kleić zespół i startować. Ewentualnie znaleźć sponsora.
    Środowiska bez względu czy lewicujące, prawicujące etc. powinny mieć swój kanał dotarcia do widza. To jest jeden z elementów konsolidowania ludzi dobrej woli.

  3. lko pisze:

    Cytat:

    Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata.

    Już widać, że autor jest czerwonym idiotą. No dobra, to ja zacznę od jutra przez cały tydzień wnosić kamienie na szczyt góry, zapłacisz mi za to majątek?

    Problemem nie jest niska „wydajność” pracy. Bo wydajności nie liczy się tym, jak bardzo ktoś zasuwa, tylko organizacją samego przedsiębiorstwa. Problem niskich płac bardzo łatwo można rozwiązać – zniesienie interwencjonizmu państwa, obniżenie kosztów pracy. Wtedy większą ilość przedsiębiorstw stać by było na zatrudnienie kogoś – a jak już powstaje konkurencja, to ten chciwy nowak z warzywniaka zobaczy, że kowalski z naprzeciwka zatrudnił jegomościa i może mieć warzywniak czynny do 22. To on też musi! Ale zaraz, ludzie, którzy chcą pracować w warzywniakach – więcej przedsiębiorców zatrudnia, więc takich ludzi jest mniej i są bardziej wybredni. Cóż, albo ulega koledze z naprzeciwka albo z zazdrości, chciwości, jakkolwiek tego nie nazwiesz, płaci więcej.

    • Leszek pisze:

      Iko – jak obniżanie kosztów pracy ma się przełożyć na wzrost dochodu pracowników, a tym samym ich wydajności? Przecież autor jasno wskazuje na wręcz „skąpstwo” firm pod względem płaconego wynagrodzenia.

    • Marek pisze:

      Jak widać po Twoim komentarzu to raczej Ty robisz z siebie idiotę. Nie dość że nie umiesz czytać ze zrozumieniem (za długi tekst? albo za bardzo się napaliłeś na masakrowanie lewaka że nie doczytałeś?) to jeszcze stosujesz oderwaną od rzeczywistości niebiesko-czarną urojoną logikę.

    • qwasjk pisze:

      Jeśli trzeba by było te kamienie wnieść na górę, by potem z nich zbudować zamek to pewnie, że ci zapłacę. Ale jeśli obetnę ci koszty pracy, gdzie płaca to 99 % tych kosztów, to będziesz je wnosił dalej z chęcią, aby tam ten zamek wybudować? Można zatrudnić 10 osób i dać im po 2000, a można zatrudnić 100 i dać im po 200. Pójdziesz do pracy za 2000 czy za 200? Czy 100 osób wniesie szybciej te kamienie za niską pensję czy 10 osób za 10 razy większą?

    • Krzysztof pisze:

      Gościu, przeczytaj do końca artykuł i się nie kompromituj. Dokładnie o tym samym pisze autor.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Jak dobrze jest wyciągnąć z niekrótkiego tekstu jedno zdanie (nie najważniejsze) i arbitralnie uznać je za całą argumentację, pomijając resztę (ważniejszą). Bardzo słabe, aż się nie chce komentować – robię to tylko dlatego, że to pod moim tekstem.
      Oczywiście, że wiem, że liczba przepracowanych godzin nie jest najważniejsza w efekcie pracy. Co jest ważniejsze, pisałem przez sporą część tekstu. Dane dot. godzin pracy podałem tylko jako uzupełnienie.

    • Nowy Obywatel pisze:

      Nie jest pan/pani na portalu zwolenników Korwin-Mikkego. Dlatego następny wywód o „czerwonym idiocie” lub podobne wywody w wykonaniu kogoś, kogo mamusia/tatuś wychowali bardzo źle, wylecą stąd w 5 sekund. Jasne?

    • adamovski pisze:

      Drogi Iko – obawiam sie ze tezy o ciaglym obnizaniu kosztow pracy to jedna z piosenek propagandy III RP. Wezmy na przyklad takie kraje jak Niemcy czy Szwajcaria, gdzie koszty sily roboczej sa jedne z najwyzszych w Europie a gospodarka kwitnie od lat. U nas sa bardzo niskie i gosporarka upada z roku na rok. Wnioski? Moze zamiast czytac GW i ogladac TVN czas juz uzyc wlasnego mozgu :-) i rozejrzec wokolo ?

  4. Maciek pisze:

    Ah, jak wspaniale usłyszeć w telewizji/Internecie jak Pan Janusz K-M szafuje „idiotami” czy „durniami”, a potem móc nazwać kogoś owymi epitetami jeśli nie rozumie, że darwinizm społeczny jest kluczem do rozwiązania naszych problemów.
    Mimo wszystko, naprawdę trudno jednak pojąć, jak w kraju borykającym się z ogromną korupcją, wyzyskiem, dezinformacją czy po prostu zwykłym złodziejstwem na styku dużego biznesu i polityki, miało by dojść do znacznej poprawy poprzez stymulowanie skąpstwa i współzawodnictwa, oraz znaczną redukcję struktury państwa.
    Czy pozbycie się struktury dającej nam przynajmniej częściową kontrolę nad tym co się dzieje w kraju (stopień tej kontroli zależy od zaangażowania społeczeństwa w politykę) oraz wprowadzenie wszechobecnej konkurencji sprawi, że ludzie dysponujący dużymi zasobami oraz wpływami, momentalnie zmienią swoją mentalność i dobrobyt stanie się powszechniejszy, a praca „zwykłego” pracownika będzie lepiej opłacana?

  5. maciek pisze:

    Liban nigdy nie był kolonią brytyjską tylko francuską. Poza tym jego polityków stać było na wykreślenie wszelkich zależności gospodarczych i politycznych z Francją z konstytucji oraz na wspieranie własnego przemysłu poprzez deregulację przepisów handlowych, leseferyzm i nieingerowanie państwa w gospodarkę.

  6. Aleksander pisze:

    Odpowiedź dlaczego pracownik polskiej fabryki zarabia mniej niż pracownik zachodniej jest prosta. Polak produkuje wycieraczki, kolega na zachodzie Mercedesy. Wieksza wartosc dodana, wieksza marża, jest z czego sie dzielic z pracownikiem. Niestety jestesmy juz na straconej pozycji poniewaz nie mamy szans, bez wzgledu na dzialania rzadu, aby w Polsce nie ma szans aby powstaly globalne korporacje. Wszystkie popularne nisze segmenty sa juz zajete, pozostaja jedynie nisze takie jak produkcja okien – firma FAKRO.
    Chyba ze stworzymy caly segment gospodarki tj. Tajwan i Korea stworzyly elektronike uzytkowa.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Nie przesadzajmy, Tajwan i Korea bardzo szybko odrobiły dużą część swojego zapóźnienia za pomocą odtwórczości, co było możliwe dzięki m.in. „luźnemu podejściu” do prawa patentowego. Ale zadbały one, by powstające w ich krajach PKB było rzeczywiście głównie ich rodzimą produkcją, a jej wartość dodana nie wyciekała za granicę, jak to ma miejsce w Polsce. I to powinno być jednym z naszych zadań w pierwszej kolejności.

    • el.pescado pisze:

      „Polak produkuje wycieraczki, kolega na zachodzie Mercedesy.”

      Tylko dlaczego Polak produkujący Fiaty zarabia trzy razy mniej niż Włoch produkujący Fiaty?

      • Piotr Wójcik pisze:

        Głównie dlatego, że wartość dodana z produkcji Fiatów wypływa na zewnątrz, do kraju dla Fiata macierzystego. Management Fiata traktuje Włochów jak swoich rodaków, a Polaków jak tubylców z kolonizowanej krainy.

  7. misiek pisze:

    Jeszcze takie uściślenie, bo nie zostało to w sposób jasny napisane.
    Produktywność czy wydajność pracy jest liczona w ten sposób, że zysk wytworzony dzieli się na liczbę zatrudnionych pracowników lub ilość godzin pracy.
    Ten bardzo często używany przez różnych liberałów wskaźnik mający unaocznić rzekome lenistwo Polaków wskaźnik jest wzięty z sufitu!
    Dlaczego? Dlatego że przecież nie uwzględnia, o czym była mowa w artykule, tego, że firma mająca park maszynowy za grube miliony z automatami i robotami wytworzy przy udziale 100 pracowników znacznie więcej zysku niż druga mająca 100 pracowników i 100 mioteł…

  8. misiek pisze:

    I jeszcze jedna rzecz.
    Pracodawcy boją się, że nie sprzedadzą swoich wyrobów?
    Dlaczego więc producenci nie lobbują za hasłem o kupowaniu polskich produktów?
    Polacy w spuściźnie po komuniźmie mają mentalność wychwalania produktów zagranicznych i niedoceniania polskich. Obecne media sponsorowane kampaniami reklamowymi obcych koncernów też ośmieszają to hasło, choćby śmiejąc się w twarz Polakom że przecież „nic się już u nas nie produkuje”…
    Dlaczego żadna znacząca siła w naszym chorym kraju nie podejmie tego tematu?
    Naprawdę wiele polskich produktów jest na dobrym jakościowym poziomie. I niekoniecznie droższym niż konkurencja. Przykład choćby ekspansji zotta na rynku mleczarskim.
    Nie tylko rządy, ale i całe społeczeństwo jest odpowiedzialna za swoją biedę…

    • Piotr Wójcik pisze:

      Na szczęście coraz częściej pojawiają się głosy wzywające do „patriotyzmu gospodarczego”. Na razie głównie w niektórych kręgach na prawicy (np. w Klubie Jagiellońskim, którego jestem członkiem), ale miejmy nadzieję, że zaczną się one przebijać i pojawiać także w innych kręgach.

  9. Krzysztof Maćkowski pisze:

    Bardzo dobry tekst. Powoli dostrzega się jaką cenę zapłaciliśmy zachodowi za uwolnienie się z systemu soc-komunistycznego. Ale nie załamywałbym rąk. W gospodarce nic nie trwa wiecznie i jeśli tylko pozbędziemy się antypolskich pseudo rządów – wrodzona kreatywność i pracowitość odezwą się.

  10. Filip pisze:

    Bardo dobry artykuł.

    @adamovski, @K: Wyciągneliście dobre pytanie – dlaczego prawda nie dociera do opinii publicznej mimo że fakty jednostkowe są znane i przyjmowane przez większość? Zgadzam się że to „pranie mózgu w mediach”.

    Wnioski? Powinniśmy żądać dyskusji na takie tematy jak porusza ten artykuł.
    Na każdym szczeblu administracji od gminy wzwyż.

    Powinniśmy żądać prawdziwego USPOŁECZNIENIA i dekomercjalizacji mediów zwłaszcza państwowych i centralnych jak Telewizja Polska czy Polskie Radio.
    Zresztą jest to zgodne z postulatami prof. Andrzeja Nowaka który woła o to samo ze strony narodowo-katolicko-radiomaryjnej.

  11. Itd pisze:

    Dopiero dzisiaj wszedłem na wasz portal.Portal genialny tylko mało znany. A teksty Piotra Wójcika WYBITNE.
    Szkoda, że takie bmw nami rządzą a nie ludzie pokroju Pana.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Bardzo dziękujemy za miłe słowa. Ale proszę też pamiętać, że rządzenie krajem to jednak dużo trudniejsze zadanie, niz siedzenie przed komputerkiem i pisanie tekstów. ;-)

  12. Lentinus pisze:

    stara ziemia

    politycy służą koncernom
    koncerny opłacają rządy
    prokuratura chroni układ
    biznes układa sądy
    policja trzyma z bandytami
    adwokaci bronią palestry
    lekarze leczą z pieniędzy
    farmaceuci usypiają nędzę
    banki pożyczają zrabowane
    giełda kreuje kryzys
    kultura żebrze o miłosierdzie
    moda jest na przedzie
    konsumpcja jest na procent
    spekulanci dyktują dostatek
    pokój niesie wojnę
    tłum liczy na datek
    szczęście jest na kredyt
    okradany przez podatek…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>