Nie musieliśmy zaczynać od zera

Misterna konstrukcja propagandowa, przedstawiająca III RP jako niebywały sukces, chwieje się w posadach wraz z kolejnymi danymi napływającymi z przeróżnych stron, pokazującymi jak „sukces” ten wygląda naprawdę. Środowiska broniące kształtu przemian dzielnie znoszą wszystkie te ciosy, stosując różne rodzaje gard i uników, a czasem, gdy nadarza się okazja, same wyprowadzając uderzenie – oczywiście zawsze poniżej pasa. „Po stylu walki ich poznacie” wypadałoby powiedzieć. Nie inaczej było z raportem o stanie majątku obywateli różnych państw, zaserwowanym nam przez bank Credit Suisse. Upokarzające dla III RP dane, mówiące, że Polacy są wielokrotnie biedniejsi od obywateli wszystkich bez mała krajów zachodniej Europy (np. od wcale nie najbogatszych Włochów, bagatela, 10-krotnie), obrońcy transformacji sygnowanej podpisami Sachsa i Sorosa z właściwą sobie swadą zbyli argumentami mówiącymi, że my bogacimy się dopiero od 25 lat, a narody z Zachodu już od dawien dawna (oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli). Nie należy przecież zapominać, że w czasach całkiem niedawno upadłego peerelowskiego ancien régime Polacy mieli zablokowaną drogę bogacenia się i ekonomicznego rozwoju. Inaczej mówiąc, wśród zwolenników leczenia gospodarki szokiem istnieje szeroki konsens, dający się sprowadzić do tezy, według której w czasach PRL w miejscu, w którym obecnie znajduje się Polska, zionęła czarna dziura lub co najwyżej leżało odłogiem ubite klepisko, na którym tylko cudem jakimś egzystowały miliony ludzi. Dopiero po 1989 r. ruszyła tu w miarę normalna działalność gospodarcza, więc nie ma co się dziwić, że statystyczny Polak jest biedny jak mysz kościelna. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko wciąż zaciskając zęby i pas harować w pocie i znoju, gonić niezmordowanie narody Zachodu w wolnorynkowym wyścigu i mieszkając w wysłużonych kawalerkach cieszyć się z comiesięcznego wpływu „tysiąca pińcet”, z którego musi nam jeszcze wystarczyć na zakup najnowszego poradnika pt. „Trzeba się bić”, w którym szaman przemian Leszek B. powie nam, jak żyć.

Teza mówiąca, że w 1989 r. Polacy musieli de facto zaczynać od zera, nie tylko łatwo wpada w ucho – jest też szalenie wygodna, gdyż w polskich warunkach w zasadzie zabezpiecza przed jakąkolwiek krytyką przemian. Każdy, kto chciałby z tak postawioną tezą polemizować, musi przecież zacząć w pewien sposób bronić dorobku PRL, a na to raczej nikt nie ma specjalnej ochoty. Raz, że był to reżim delikatnie mówiąc mało przyjemny, a dwa, że łatwo wtedy narazić się na łatkę ignoranta wzdychającego z sentymentem za mitologizowanymi w niektórych wąskich kręgach czasami Gierka. Jako że mnie akurat przydzielane mi łatki średnio obchodzą (zależnie od środowiska, jestem określany faszystą i katolem lub socjalistą i lewakiem), a w zasadzie to nawet powoli zaczynają cieszyć (stając się hobby na kształt zbierania znaczków), ochoczo wejdę w buty adwokata diabła, by obejrzeć z bliska to wielkie zero, z którym rzekomo musieliśmy się zmierzyć przed 25 laty.

W sukurs przyjdą mi dane Angusa Maddisona, brytyjskiego eksperta od liczenia ujednoliconego PKB dla różnych krajów świata na przestrzeni wieków, w drobnym stopniu dopełnione szacunkami Aleksandra Pińskiego, przedstawionymi przez niego na Obserwatorze Finansowym. Obraz, który się z nich wyłania, dla niektórych może być dosyć zaskakujący. Okazuje się, że, patrząc z perspektywy PKB, PRL nie był wcale pasmem gospodarczych katastrof. Wręcz przeciwnie – na tle III RP wypada nie najgorzej. W 1947 r., a więc w momencie rozpoczęcia wdrażania pierwszego planu odbudowy kraju po wojnie (tzw. Plan Trzyletni), PKB na głowę mieszkańca wynosiło 1390 dolarów międzynarodowych (jednostka służąca do porównywania PKB w różnych krajach). 25 lat później PKB per capita wynosiło już 5010 dolarów. A więc wzrósł on ponad 3,5-krotnie. W 1989 r. wynosił on 5684 dolarów na głowę, a w 2014 roku 12062. Czyli przez 25 lat III RP także wyraźnie wzrósł, ale już jedynie ponad dwukrotnie. A więc produkt krajowy brutto w pierwszym ćwierćwieczu wspaniale transformowanej III RP rósł dużo wolniej niż w pierwszym ćwierćwieczu istnienia nad Wisłą czarnej dziury, z której tak bohatersko wyciągali nas Balcerowicz i spółka. Oczywiście rycerze transformacji zawsze mogą stwierdzić, że odbudowa ze zgliszcz wojennych musi przynieść na papierze spektakularne wyniki, więc nic dziwnego, że PRL notował lepszy wzrost. Ale na to można odpowiedzieć co najmniej dwoma argumentami. Po pierwsze, przecież według oficjalnej wykładni również po 1989 r. odbudowywaliśmy kraj ze zgliszcz (które definitywnie wymagały błyskawicznej terapii szokowej). A skoro tak, wyniki III RP powinny być równie znakomite. Po drugie, przytoczone dane pokazują PKB na głowę mieszkańca. A w okresie powojennym liczba mieszkańców Polski błyskawicznie rosła – w 1947 było ich około 24 mln, a w 1972 już ponad 33 – co spowodowało, że osiągnięcie wzrostu PKB per capita było tym trudniejsze. Tymczasem według GUS w okresie 1989-2013 liczba ludności nad Wisłą utrzymuje się na poziomie około 38 mln. A więc PKB dla całego kraju rósł w latach 1947-1972 nieporównywalnie szybciej niż w okresie 1989-2014. Słowem, z przytoczonych tu danych wynika, że w powojennym ćwierćwieczu musiał być wytwarzany całkiem znaczący majątek. Nawet jeśli nie miał on charakteru takiego jak dziś (czyli głównie konsumpcyjnego) i należał formalnie do wszystkich, a nie do poszczególnych właścicieli, to z zerem nie miał nic wspólnego.

Wielbiciele obecnego kształtu III RP zachwycają się faktem, że PKB per capita wynosi w Polsce obecnie już 68 proc. średniej UE. Z danych Maddisona wynika, że w czasach szczytu rozwoju PRL (1978 r.) PKB na głowę Polaka wynosiło prawie 50 proc. średniej dla zachodniej Europy. Jak widać wynik ten nie był znowu tak wiele gorszy niż teraz. A trzeba pamiętać, że obecna średnia UE nie jest tym samym, co średnia zachodniej Europy z lat 70., gdyż współczesną unijną przeciętną znacznie zaniża wiele krajów biedniejszych nawet od Polski, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Bardziej porównywalne byłoby odniesienie do średniej dla strefy euro – wtedy polskie PKB per capita wynosi już tylko 63 proc., choć przecież do eurozony należą też kraje niespecjalnie zamożne, takie jak Łotwa czy Słowacja. W roku 1989 polskie PKB na głowę wynosiło 36 proc. średniej zachodniej Europy. To dużo mniej niż obecne 63 proc., ale od zera jest równie dalekie. A trzeba pamiętać, że ówczesne PKB stanowiło produkt rzeczywiście krajowy, gdyż środki produkcji były w zasadzie w całości w polskich rękach. Dawało to więc realne podstawy, by po rozsądnej restrukturyzacji gospodarki w duchu cywilizowanego kapitalizmu środki te stały się fundamentem, na którym można było zbudować majątek statystycznego Polaka, który mógłby sięgnąć nawet tej 1/3 przeciętnego majątku mieszkańca zachodniej Europy. Obecna struktura polskiego PKB, wytwarzanego w dużej mierze przez kapitał zagraniczny oraz charakteryzującego się jednym z najniższych w Europie udziałem płac, kończy się tym, że sięgnięcie naszego produktu krajowego brutto poziomu 68 proc. średniej UE pozwoliło przeciętnemu polskiemu gospodarstwu domowemu na nabycie majątku wartego zaledwie 10 proc. tego, co posiada statystyczne gospodarstwo domowe we Włoszech, a więc w kraju, który znajduje się prawie dokładnie na omawianej średniej (włoskie PKB to 98 proc. przeciętnej UE). Z tej perspektywy, sytuacja w 1989 r. wcale nie wygląda już tak dramatycznie źle, jak się nam mówi. Oczywiście PKB nie można odnosić w prostej linii do majątku, lecz do wytworzenia PKB bez wątpienia potrzebny jest majątek w postaci środków produkcji. A jego mieliśmy na tyle, by osiągnąć wartość ponad 1/3 średniej produkcji zachodniej Europy. Majątek ten mógł być podstawą do sprawiedliwego uwłaszczenia Polaków, bo przecież formalnie rzecz biorąc należał on w równej mierze do wszystkich. I gdyby tak się stało, wcale nie musielibyśmy zaczynać od zera. Mielibyśmy przyzwoitą wyprawkę – skromną bo skromną, ale zawsze.

Stało się jednak inaczej. Polskie środki produkcji zostały wyprzedane (nierzadko za bezcen) lub pozbyliśmy się ich w inny sposób (np. poprzez doprowadzanie do upadłości przedsiębiorstw – co zresztą też kończyło się zwykle wyprzedażą za bezcen). Zawsze można postawić wytartą już tezę, że widocznie były one zacofane i nawet jeśli w 1989 r. produkowały tyle, ile produkowały, to nie dawały żadnych szans na rozwój. Ale to jest nieprawda. Upadek przedsiębiorstw był spowodowany idiotyczną polityką ekonomiczną, która wystawiła przedsiębiorstwa przyzwyczajone do działania w zupełnie innym systemie na nagłą konkurencję w warunkach gospodarki rynkowej, czego nie mogły przetrwać, gdyż ich struktura (organizacja zatrudnienia, zasady pracy itd.) była dopasowana do reguł gospodarki socjalistycznej, w której de facto nie było konkurencji. Jednak niedopasowanie strukturalne nie oznacza od razu zacofania technologicznego. Wymaga jednak czasu na dostosowanie, którego polskim przedsiębiorstwom nie dano ani trochę, wprowadzając ruchy, które przypominały wystawienie niemowląt lwom na pożarcie i następnie dziwienie się, że nie podjęły one walki. A przecież gdy niemowlę po jakimś czasie dorasta, to przestaje być bezbronne. Niestety ojcom polskiego kapitalizmu doktryna „przemysłów raczkujących”, która stała się przed wiekami podstawą rozwoju kapitalizmu brytyjskiego i amerykańskiego, była zupełnie obca. Zamiast więc dbać troskliwie o swe raczkujące pociechy, Polacy postąpili jak wyrodni rodzice i otworzyli gospodarkę na zagraniczny kapitał w taki sposób, że niektórzy eksperci zaczęli nazywać Polskę „Hongkongiem Europy” (Hongkong jest jednym z najbardziej otwartych na wolny handel krajów na świecie). Zlikwidowano wszelkie pozwolenia na import oraz wprowadzono niski podatek importowy, co w połączeniu z nagłym odcięciem polskich firm od kapitału (zniesienie wszelkich dopłat z budżetu oraz preferencyjnych kredytów banku centralnego, znaczny wzrost oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych) wystawiło je na rzeź. Zamiast przemyślanej transformacji mieliśmy więc skok na główkę do basenu, z którego wcześniej sami spuściliśmy wodę. A autorzy tej „strategii” uważani są dziś za ekspertów. Wołać o pomstę do nieba to mało.

Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tys. pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy: Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała nowoczesne magnetofony odporne na wstrząsy, wykorzystywane np. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Chyba właśnie po to, żeby dobić Elemis. Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Kolejnym gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości była szeroka prywatyzacja, oparta na dwóch błędnych założeniach. Pierwsze było takie, że przedsiębiorstwa prywatne zawsze działają bardziej efektywnie niż publiczne. Drugie było oparte na przeświadczeniu, że cały postpeerelowski majątek to, cytując klasyka, co najwyżej „kamieni kupa”. Z obu założeń zagraniczni inwestorzy korzystali ochoczo i z uśmiechem na ustach. Często nie robili tego nawet z myślą o dalszych inwestycjach, a raczej w celu likwidacji niepotrzebnej konkurencji. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on wielkie zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR, i zatrudniały ok. 4 tys. pracowników. Niemcy błyskawicznie wręczyli wszystkim wypowiedzenia, a następnie… zburzyli budynki zakładowe. Zapewne dla pewności, że już nic się w tym miejscu nie urodzi. Dokładnie tę samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia – tym razem łaskawie zostawiając jeden budynek, w którym pozostawił marginalną produkcję przewodów. Ciekawy jest również przypadek firmy Polam, produkującej lampy i inne urządzenia świetlne. Inwestor, który ją zakupił także uznał, że spora część budynków jest mu niepotrzebna, a na zgliszczach Polamu produkuje… kartony. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te odchudzono o… 90 proc. Własną strategię wybijania zębów polskiemu przemysłowi przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Prawdziwe Eldorado zagraniczni inwestorzy mieli jednak dopiero wtedy, gdy za grosze nabywali nad Wisłą największe perły peerelowskiego przemysłu. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a za drugie tyle dozbrojono ziemię i rozbudowano infrastrukturę. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80 proc. akcji za zaledwie 120 mln dolarów. Ale to jeszcze i tak nic, gdyż suma zwolnień podatkowych, jakie uzyskali w zamian za to, wyniosła w sumie… 142 mln dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że łaskawie wzięli od nas bardzo nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper przechwalał się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była chyba sprzedaż Huty Warszawa. Choć była wyceniana nawet na 3 mld dolarów, 51 proc. jej akcji zostało sprzedanych za… niecałe 34 mln. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tys. zł za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tys. zł za metr. Także inne polskie huty sprzedano za śmiesznie niskie kwoty. Spółka Polskie Huty Stali, skupiająca 4 wielkie huty, została zakupiona przez Mittal Steel Company za 1,43 mld zł, co stanowiło zaledwie 48 proc. zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po prywatyzacji. Na sprzedaży tej NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 mld zł. Przybysze zza granicy robili także swe interesy życia w polskim sektorze finansowym. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecny BZ WBK, został w dużej części sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak nic w porównaniu z losem Banku Śląskiego. Dużą jego część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tys. zł, tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się w transakcji znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. bezboleśnie stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych instytucji finansowych III RP.

Dane statystyczne, pokazujące skalę destrukcji polskiego przemysłu w wyniku zdziczałej transformacji, jeżą włos na głowie. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50 proc., co objęło ok. 200 tys. pracowników. Produkcja aparatury informatycznej spadła o 26 proc., optycznej o 36,5 proc., maszyn i urządzeń energetycznych o 45 proc., a urządzeń elektronicznych aż o 66,5 proc. W porównaniu do 1989 r., w roku 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7 proc. tranzystorów, 0,6 proc. układów scalonych, 12 proc. silników przemysłowych, 5 proc. kombajnów zbożowych, 20 proc. aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12 proc. odbiorników radiowych oraz 6 proc. żurawi i 25 proc. suwnic. Jak widać zaledwie 5 lat wystarczyło, żeby zupełnie znokautować polski przemysł.

Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie zamierzam bronić PRL-u jako systemu polityczno-ekonomicznego. Uważam, iż bardzo dobrze się stało, że upadł. Jednak dyskredytowanie dokładnie wszystkiego, co z nim związane, jest na rękę głównie tym, którzy odpowiadają za kształt coraz bardziej skompromitowanej III RP, zapewniając im wygodne alibi, dzięki któremu mogą swobodnie opowiadać, że obecna bieda naszego społeczeństwa jest spowodowana przede wszystkim tym, że lata 1945-1989 zostały wyrwane z naszej gospodarczej historii. A tymczasem wcale nie zostały wyrwane. Prawdziwą wyrwę uczyniła dopiero zdziczała transformacja, w wyniku której cały ekonomiczny dorobek PRL (który, owszem, nie był zbyt duży, ale jednak jakiś był) rozszedł się nawet nie wiadomo do końca gdzie. Paradoksem jest, że antykomunizm prezentowany przez wiele środowisk wielce krytycznie nastawionych do III RP jest na rękę głównie… elitom III RP. Zastępy średnio rozgarniętych „prawaczków” licytują się na antykomunizm, nie zdając sobie sprawy, że leją miód na serca tych, którzy najpierw przepuścili nasz majątek, a teraz rżną głupa, że przecież żadnego majątku nie było, bo w 1989 r. zaczynaliśmy od zera, a PRL to była jedynie nic niewarta sterta ruin. Otóż nie była.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

31 odpowiedzi na „Nie musieliśmy zaczynać od zera

  1. ostry107 pisze:

    Autor ‚zapomnial’dodac,ze cala ta ‚transformacje ustrojowa’firmowal Zwiazek NSZZ’Solidarnosc’,pod ktorego parasolem ochronnym sie odbywala od kwietnia 1990roku tj od II Zjazdu Krajowego w Gdansku.Dzisiaj ci ‚opozycjonisci’pelnia najwyzsze funkcje w III RP,czytaj PRL-bis,albo dozywaja w blogostanie bezkarnosci zagwarantowanej przez sluzby wszelakie rodem z PRL i ZSRR.Ta niekonsekwencja tzw ‚grubej kreski’,zapoczatkowana od tzw ‚pierwszego niekomunistycznego rzadu’ z Mazowieckim na czele skutkuje dzisiejszym upadkiem!PRL wcale nie upadl.On sie jedynie przepoczwarzyl w koszmar,dla tych co uwierzyli w ethos Solidarnosci z ’80 roku…Kpina,drwina i szydera!Tylko Polski zal…:(

    • Morda* Lewiatana pisze:

      Żal? Niech zdycha tania szmata! Żal to nam ludzi wierzących że są szanse robić z tej pijanej zdziry damę europejskich salonów. Nie bójcie się Towarzysze! Gdy szmata przestanie dostarczać tanich wyrobników (uciekną na zachód a nowi przestaną się rodzić) otworzymy wschodnie granice przy oklaskach wysoko opłacanych medialnych ekspertów ds. ekonomii kasujących po 15k PLZ per „występ”.

  2. jacek pisze:

    Autor zupełnie zapomniał o fakcie, że przeciętny Włoch nie gromadzi majątku od 25 lat, ale od 5 pokoleń także porównywanie PKB i tak krótkiego okresu jest czysta demagogia. Według tego samego badania, co mnie akurat bardzo zainteresowało, przeciętny francuz ma dużo większy majątek niż niemiec, pomimo że PKB niemiec jest wyższe niż francuskie. A bierze się to stąd, drogi kolego redaktorze, że bogactwo gromadzi się na przestrzeni pokoleń a nie dziesięcioleci.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Cały tekst poświęciłem temu, że wcale nie gromadzimy majątku dopiero od 25 lat, a w odpowiedzi słyszę, że to dlatego, że gromadzimy majątek dopiero od 25 lat. Ciekawy sposób argumentacji. Naprawdę zaskakujący.

    • Przemek pisze:

      gromadzenie majątku na przestrzeni pokoleń ? Sądzę że zbyt dowolnie posługujemy się tym pojęciem. Jak najbardziej zgodzę się z tym że bogactwo gromadzi się na przestrzeni pokoleń, chociaż i w tym przypadku dynamika kumulacji majątków uwarunkowana jest często chwilowymi warunkami i możliwością z nich skorzystania. Sądzę że Autor miał na myśli przepływy tego kapitału, a te odbywają się nie tyle w okresie wielu pokoleń, i nie tyle w zmiennej czasu co np. elokwentnie ująwszy chwilowej zmiany w systemie kodyfikacji prawnej, by uniknąć kolokwializmu na jaki zasługuje – złodziejstwa.

  3. Mikołaj Kołyszko pisze:

    Brawo! Cholernie dobry tekst!

  4. rzeczywistosc pisze:

    >oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli).

    Jest to wierutna bzdura, a jednocześnie bardzo powszechny mit – dlaczego? trudno powiedzieć.
    W 1990 nominalne (majątek liczy się w euro/dolarach, więc nominalne) PKB per capita Czech było 2.23x razy wyższe od polskiego (wyższe o 123%) (dane Banku Światowego – dostępne na google public data explorer). $3786 vs $1693.
    Tereny Czech były od polski bogatsze od ponad 200 lat, a podczas II wojny światowej nie poniosły właściwie żadnych zniszczeń.

    W 2013 nominalne PKB na głowę było wyższe od polskiego tylko o 40%. W 2014 dystans się dalej zmniejszył.

    Porównując produktywność pod względem poziomu życia, które ta produkcja jest w stanie kupić (parytet siły nabywczej), wynik jest o wiele lepszy – w 1990 czeska produktywność była 2.06 razy wyższa (o 106%), w 2013 – już tylko o 17% wyższa!

    W skrócie – dystans PKB PPP per capita Polski do Czech w 1990 był WIĘKSZY od dystansu dzielącego Polskę do Niemiec obecnie! Byłoby naprawdę dziwne, gdyby Czesi nie mieli większych majątków.

    Czy można było transformację zrobić o wiele lepiej? Oczywiście. Nie zmienia to jedna faktu, że polski przemysł, jako całość, pod koniec PRLu był niewiele wart. Największe zapóźnienie występowało w dziedzinie elektroniki – te zakłady były po prostu bezwartościowe. Technologia produkcyjna w polskim przemyśle była zatrzymana w czasach Gierka.

    Na tle innych państw postsowieckich Polska odniosła niewiarygodny sukces.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Gdy pisałem, że Czesi są od nas niemal dwa razy bogatsi, pisałem oczywiście o majątku, a nie PKB per capita. Wg Global Wealth Databook 2013, przeciętny Czech zgromadził majątek warty 36 tysięcy dolarów, a Polak niecałe 21 tysięcy. A więc przeciętny Czech jest NIEMAL dwa razy bogatszy niż statystyczny Polak.

      „Na tle innych państw postsowieckich Polska odniosła niewiarygodny sukces.” – to tak na prawdę nic nie znaczy, gdyż wszystkie te państwa wybrały ten sam model rozwoju, oparty głównie o konsensus waszyngtoński. Na tle państw, które wybrały inny, np. protekcjonistyczny państwowy kapitalizm w stylu Korei Południowej czy Tajwanu, nasz „sukces” jest już co najwyżej mizerny.

      • Jakub Muller pisze:

        Sprawnie punktuje Pan słabości transformacji szokowej, ale brakuje mi alternatywy – państwa postkomunistycznego które zrobiło to lepiej.

        „Na tle państw, które wybrały inny, np. protekcjonistyczny państwowy kapitalizm w stylu Korei Południowej czy Tajwanu, nasz „sukces” jest już co najwyżej mizerny”.

        Warunki wyjściowe były inne. Sukces kapitalizmu państwowego wymaga dobrej administracji. Ta w Korei Płd i na Tajwanie taka była – podstawy stworzyli Japończycy którzy inwestowali w nią przez kilkadziesiąt lat. Urzędnicy byli dobrze opłacani, merytokratyczni, z zakorzenionymi azjatyckimi wzorcami pracy. W Polsce 1989 roku administracja pochodząca z partyjnego nadania była źle opłacana, skorumpowana i zdemotywowana. Efekty budowy kapitalizmu państwowego w warunkach postkomunistycznych widzimy na Ukrainie i w Rosji.

  5. Racjonalista pisze:

    Ale proszę nie pisać i porównywać PKB słowami „wzrósł x razy” czyli pisać o wzroście procentowym.

    Proszę porównywać prawdziwe kwoty i wtedy zasądzać, kiedy PKB rósł szybciej.

    Afrykańska wioska o PKB 1 dolara, gdy jej PKB skoczy do 10 dolarów (czyli stworzy kilkanascie butelek wody mineralnej) czyli będzie miała 10 krotny wzrost PKB, a więc większy niż PRL i III RP.

    Proszę takich bzdur nie wypisywać byle tylko udowodnić tezę.

  6. Sebastian Stelmach pisze:

    Bardzo fajny tekst. Prosiłbym jednak o podanie źródeł.

  7. outlook pisze:

    Przykro mi , ale nie bardzo przypadają mi do gustu argumenty tzw popularne , aby nie nazwać ich wiecowymi. Jeżeli używamy argumentów ekonomicznych , a nie ideologicznych to wypadałoby nieco głębiej prześledzić historie podawanych przykładów , a nie czerpać wiedzy w wieców wyborczych. A tak jest w przypadku prywatyzacji Banku Śląskiego. Pan min. Marek Borowski nie zrezygnował uważał bowiem, że nie było „siuchty” z wyceną [ i jak wykazała przyszłość miał rację] i nie widział powodu wywalać na twarz z ministerstwa jednej z bardziej wybitnych postaci naszych finansów . Ministra M.Borowskiego wylał premier , bo trząsł tyłkiem przed publicznością , której nie potrafił wytłumaczyć , że siuchtę to zrobił zacny nasz rodzimy i narodowy zarząd banku, bo chciał zostać milionerem w polski sposób. Byłbym mocno zobowiązany, gdy autor pokusił się o przedstawienie jakiejś alternatywy dla opisywanej przez Niego „zdziczałej prywatyzacji”. Jakoś przez te 25 lat nie mogłem odszukać i nadal nie znajduję ekonomicznego opisu jak można było zrobić to lepiej. Polityczne aspekty dyskusji zrobiły się już bardzo nudne przez swoją monotonność.

  8. jan chrzan pisze:

    Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji.

    NIE , NIE DLATEGO. Dlatego że już wtedy UC itp które robili były 10-15 lat za murzynami. Nawet u nas nie dało sie tego używać , nakłady potrzebne na modernizację CEMI to na dzisiejsze z 2-5 mld $. Inne debilizmy w artykule na podobnym poziomie.

  9. Sławomir pisze:

    Transformacja nie była idealna? Można było ją zrobić lepiej? Gdzie zrobiono lepszą transformację, mamy jakieś dobre przykłady? Ja znam na pewno transformację z Rosji, gdzie w ogóle nikt się niczym nie przejmował. Po prostu rozdali między swoich przedsiębiorstwa o wartości miliardów dolarów. Że firmy upadły? No jak nikt nie chciał kupować ich produktów to upadły – logiczne. Że sprzedali za bezcen? Jak nikt nikt nie chciał więcej zapłacić to sprzedali za bezcen – też logiczne. Że może jeszcze pretensje, że zagranicznym sprzedali? Ano sprzedali, bo w Polsce nikt nie miał kasy, żeby to kupić. Że były nadużycia? No pewnie, że były, ci co dorwali się do władzy byli tylko ludźmi, poczytaj Folwark zwierzęcy.
    Zdecydowanie wolę poczytać artykuły, które wyciągają wnioski na przyszłość. Co i jak możemy zrobić lepiej. Grzebanie w przeszłości tylko po to, żeby pobiadolić niewiele pomoże. Na pewno można było zrobić lepiej, bardziej sprawiedliwie, ale czy ktoś wtedy wiedział jak to zrobić? Mieliśmy jakichś „ekspertów od uczciwej transformacji”? Nie, to wszystko było robione na czuja i efekty, jakie uzyskaliśmy i tak są godne podziwu nie tylko moim zdaniem, ale również międzynarodowych ekspertów.
    Zabierzmy się zatem za tworzenie, budowanie czegoś i gromadzenie majątków (tak pieniężnych jak i społecznych), żeby przyszłe pokolenia nie oceniły nas, że zmarnowaliśmy czas na próżnym analizowaniu tego, czego już nie zmienimy

  10. adamovski pisze:

    Wiekszosc danych, jak np PKB na glowe to jest pic na wode, bo ludzie sa wazniejsi nie procenty. Jesli z Polski ucieklo ponad 2 miliony ludzi, zadne magiczne sztuczki z PKB nie zmienia faktu za kraj umiera (i to doslownie – patrz demografia). Co do twierdzen o „zaczynaniu od zera”, to jest to PR-owa zaslona dymna nad sprzedawaniem majatku podatnikow (panstwowego) za grosze przez mala grupe trzymajaca wladze. OD zera to zaczynala Japonia po II wojnie swiatowej, czy Korea po wojnie Koreanskiej. I doszla dalej niz my…

  11. Max pisze:

    Stek bzdur pisany przez gościa który był za mały by cokolwiek pamietać z komuny. O zadłużeniu państwa, inflacji, przeroście zatrudnienia, totalnie gównianej wydajności, braku kapitału na rozwój i istnienie warunkach wolnego rynku i otwartej konkurencji i wszystkich efektach wynikających z centralnego planowania nie wspomina bo po co.

    • Maximum pisze:

      A tak, rzeczywiście, to wszystko usprawiedliwia przekrętu przy prywatyzacji za czasów III RP, wyprzedaż majątków za bezcen i pozwolenie na niszczenie polskiego przemysłu.

      -.-

      Lem miał rację.

  12. raf pisze:

    PKB per capita Polski wg parytetu siły nabywczej (USA = 100):

    1950 ….. 28,5
    1960 ….. 31,6
    1970 ….. 32,8
    1980 ….. 34,4
    1988 ….. 28,7 (Polska w stosunku do USA osiąga poziom z 1950)
    1989 ….. 27,5
    2000 ….. 28,3
    2010 ….. 38,8
    2013 ….. 40,2

    Wielki skok dekady Gierka:

    1970 ….. 32,8
    1971 ….. 34,3
    1972 ….. 35,0
    1973 ….. 35,7
    1974 ….. 37,9
    1975 ….. 39,8
    1976 ….. 38,7
    1977 ….. 37,8
    1978 ….. 37,1
    1979 ….. 35,3
    1980 ….. 34,4 (Polska w stosunku do USA osiąga poziom z 1971)

    Źródło: http://www.conference-board.org/data/economydatabase => Output, Labor, and Labor Productivity, 1950 – 2013 => GDP-capita EKS

  13. Jacek pisze:

    Lista patologii III RP jest znacznie dłuższa, należy jest sklasyfikować wg celów jakie towarzyszyły:

    Giełda – pompa do transferu kapitału za granicę
    Banki – wystawcy kwitów dłużnych
    Kredyty przy zablokowanym kursie $
    Przemysł drzewny – albo przejęty, albo świadomie zniszczony przez konkurencję
    Pożyczka z Banku Światowego dla OFE
    Wycofanie Państwa z funkcji kontrolnych nad mieszkaniami, spółdzielniami
    Brak kontroli zarządzania, wobec dostępności standardów

    Przepraszam, ale w tym co piszę widać brak porządku.

    Podane w artykule przykłady z firm elektronicznych mogą być mylące. ale można sprawdzić, jak się miały do ceł i przemytu.

  14. Aleksandra pisze:

    Świetny tekst! Autor poruszył problem nieudolnej transformacji, o którym polskie media nie mówią, a której zgubne konsekwencje ciągną się za nami do dziś.

    Ja bym dodała do tego jeszcze jeden argument wysuwany przez obrońców nieudolnie przeprowadzonej transformacji – wg nich polskie przedsiębiorstwa po ’89 musiały upaść, bo nie były przystosowane do nowych warunków rynkowych. Tymczasem, jak wskazuje raport Polskiego Lobby Przemysłowego o stratach przemyśle po transformacji (polecam lekturę! http://www2.plp.info.pl/wp-content/uploads/2012/12/Raport-o-przemysle.pdf) – okazuje się, że gdyby za przyczynę upadku przedsiębiorstw brać tylko czynniki wynikające z nieprzystosowania do zmian ustrojowych, powinno upaść ok. 150 zakładów przemysłowych. Tymczasem upadło aż 425! Dlaczego?

    Tego się chyba nigdy nie dowiemy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>