Własną drogą

Jesień 2014 |

Według czeskiego ekonomisty Tomáša Sedláčka ekonomia to przede wszystkim opowiadanie historii. Nie ulega wątpliwości, że dzieje każdego sukcesu i porażki gospodarczej to specyficzna i unikatowa historia. Utkana jednak nie z niezmiennych i niepodważalnych zasad ekonomii, lecz z realnych działań podejmowanych przez decydentów. Na gospodarczych losach narodów piętno odciskają nie mityczna niewidzialna ręka rynku czy homo oeconomicus, lecz decyzje i kroki podjęte przez żywych ludzi osadzonych w konkretnych warunkach. A prawdziwie wielkie dokonania gospodarcze osiągały te kraje, których decydenci nie bali się podejmować nieszablonowych i ryzykownych decyzji.

Liberalni ekonomiści próbują nam wmówić, że wszystko w ekonomii już zostało odkryte i teraz należy jedynie deregulować, liberalizować i czekać na efekty. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy i Koreańczycy z Południa udowodnili, że na szczęście (dla człowieka i dla samej historii) los społeczeństw wciąż spoczywa przede wszystkim w rękach i głowach ludzi, a nie w tym, jak pokornie i wytrwale będą zginać karki przed nieubłaganymi prawami rynku. Sukces gospodarczy jest możliwy pod każdą szerokością geograficzną i w każdym kręgu cywilizacyjnym. Wystarczy odważyć się zbudować własną historię, bez oglądania się na mądrości zastępów ekonomistów, którzy wszystko już wiedzą, bo naczytali się odpowiednich podręczników. Wystarczy pójść własną drogą.

Socjalizm według Myrdalów

Historia szwedzkiego państwa dobrobytu związana jest ściśle z dziejami powstałej w 1889 r. Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP). Od roku 1932, czyli od jej czwartego wyborczego zwycięstwa, rozpoczął się około 70-letni okres dominacji socjaldemokratów na scenie politycznej. Wtedy też rozpoczęło się na dobre budowanie zrębów bogactwa szwedzkiego społeczeństwa. W zasadzie od początku istnienia SAP kierowała się reformistycznym, a nie rewolucyjnym sposobem działania, dosyć szybko obierając sobie za cel model tzw. gospodarki mieszanej, w której sektor państwowy współgra z prywatnym. Bliscy SAP byli ekonomiści ze „szkoły sztokholmskiej”, tacy jak Erik Lindahl, Alf Johansson czy Alva i Gunnar Myrdalowie – niektórzy z nich, jak Gunnar Myrdal, zostali zresztą ministrami w socjaldemokratycznych rządach. Znani byli z bezczelnego podważania ówczesnych ekonomicznych dogmatów, które zresztą trzymają się mocno do dziś. Przykładowo w 1934 r. (a więc podczas Wielkiego Kryzysu) Johansson zamachnął się na dogmat o wpływie wysokich płac na wzrost bezrobocia, a dwa lata wcześniej Lindahl postulował aktywną politykę antycykliczną oraz walkę z recesją za pomocą inwestycji publicznych. W 1931 r. późniejszy minister finansów Ernst Wigfors przypuścił atak na przekonanie, jakoby przyczyną recesji były zbyt wysokie płace, postulując postrzeganie płac nie jako koszt produkcji, lecz jako jeden ze składników globalnego popytu. Ze wszystkich tych tez rządy SAP skorzystały w praktyce.

W 1932 r. pod hasłem „folkhemmet”, oznaczającym „dom ludu”, Alvin Hansson poprowadził SAP do wyborczego zwycięstwa i sam został premierem. Zgodnie z wyborczymi zapowiedziami przystąpił do budowy owej ludowej chałupy. W tym samym roku SAP zawarła porozumienie ze swym „etatowym” koalicjantem – partią agrarną – który zgodził się poprzeć rządowy plan robót publicznych w zamian za podwyższenie cen produktów rolnych. W 1938 r. miało miejsce wydarzenie, którego wagi dla szwedzkiego porządku nie sposób przecenić – w Saltsjöbaden zawarto Porozumienie Podstawowe, z udziałem największego związku zawodowego Landsorganisationen i Sverige (LO) i najsilniejszego związku pracodawców Svenska Arbetsgivareföreningen (SAF). Na mocy paktu powstała Rada Rynku Pracy, ustalono zasady negocjacji płacowych, zwolnień pracowników oraz rozwiązywania sporów, co na lata ukształtowało formułę relacji między pracownikami a przedsiębiorcami.

Bardzo ważny był ustanowiony przez to porozumienie system negocjacji płacowych, oparty o zasadę płac solidarystycznych – równa płaca za tę samą pracę, niezależnie od zakładu. W zasadzie uniemożliwiło to przedsiębiorstwom konkurowanie niskimi kosztami pracy, wymuszając stawianie nacisku na jakość, lepszą organizację produkcji itp. Negocjacje płacowe miały charakter dualistyczny – na szczeblu centralnym określano minimalny krajowy wzrost płac, a na szczeblu lokalnym dodatkowy, obowiązujący tylko w danym regionie. Ten system funkcjonował bez większych zmian aż do lat 70., gdy związki pracowników administracji wypowiedziały LO zgodę na ich reprezentowanie. Kolejni od stołu odeszli przedsiębiorcy branży metalowej, aż w końcu w 1992 r. z negocjacji centralnych wycofało się samo SAF, co było gwoździem do trumny systemu w dotychczasowej formie. Nie znaczy to jednak, że negocjacje płacowe przestały istnieć – po prostu przeniosły się na szczebel branżowy, w dalszym ciągu zapewniając godny wzrost zarobków (o 2 proc. w latach 1994–95, zaś w roku 1996 aż o 6 proc., czyli wyraźnie ponad ówczesny 2-procentowy wzrost produktywności). Obecnie zbiorowymi układami pracy objętych jest w Szwecji ok. 90 proc. pracowników.

Jednak dbałość o godziwe zarobki oraz dochodowy egalitaryzm to nie wszystko, co Szwedzi mają w zanadrzu, jeśli chodzi o rynek pracy. Ich znakiem rozpoznawczym jest tzw. aktywna polityka rynku pracy (ALMP), która funkcjonuje w Szwecji od lat 50., choć jej zręby powstawały dużo wcześniej. Już w 1914 r. utworzono Państwową Komisję Bezrobocia, która miała za zadanie koordynowanie prac lokalnych komitetów ds. bezrobocia i pomocy społecznej. Instytucje rynku pracy są w Szwecji ukierunkowane na możliwie szybki powrót bezrobotnego do aktywności zawodowej, a od lat 90. ewoluują w kierunku egzekwowania konkretnych obowiązków od swych klientów, co jest warunkiem otrzymywania zasiłków (które nie przysługują zresztą wiecznie). W 2001 r. publiczne biura pracy wprowadziły indywidualne plany działania dla każdego bezrobotnego. Postawiono też na rozwój kompetencji wśród bezrobotnych poprzez organizację kursów oraz szkoleń zawodowych w zakładach pracy.

Polityka prozatrudnieniowa ma zresztą w Szwecji charakter kompleksowy i nie ogranicza się jedynie do działań na rynku pracy, lecz obejmuje również odpowiednie kształtowanie innych polityk – edukacyjnej, rodzinnej, społecznej itd. Najlepszym tego przykładem jest polityka rodzinna, dzięki której bardzo wyraźnie wzrosła aktywność zawodowa kobiet. Impuls do jej rozwoju dała słynna książka Alvy i Gunnara Myrdalów „Kryzys w kwestii ludnościowej”, napisana w 1934 r. w reakcji na bardzo niską dzietność. Co ciekawe, jej współczynnik wynosił wtedy w Szwecji 1,7 – gdybyśmy obecnie mieli taki w Polsce, bylibyśmy szczęśliwi. Większość ze sformułowanych tam postulatów znalazła odzwierciedlenie w ustawach przyjętych w 1937 r., które zapoczątkowały rozwój polityki prorodzinnej. Pierwszy urlop macierzyński (3-miesięczny) wprowadzono w roku 1955, a 6-miesięczny w 1962 r. Obecnie (od 2002 r.) cała dostępna dla rodziców pula wynosi 16 miesięcy, w tym 2 miesiące urlopu „tacierzyńskiego”.

Oprócz tego funkcjonuje bardzo dobrze rozwinięta sieć instytucji opiekuńczych dla dzieci. W 1995 r. ustawowo zagwarantowano dostępność miejsc w placówkach przedszkolnych dla każdego dziecka, a w 2002 r. ustalono maksymalna opłatę za przedszkole na poziomie 3 proc. wysokości zarobków (w ten sposób pokrywa się ok. 10 proc. kosztów opieki przedszkolnej, reszta finansowana jest ze środków gminnych). Wszystkie te ruchy sprawiły, że obecny wskaźnik zatrudnienia kobiet w Szwecji jest wyjątkowo wysoki i wynosi ok. 80 proc. Warto dodać, że poziom ten osiągnięto już w roku 1981, choć jeszcze w roku 1960 wynosił zaledwie 30 proc. Te działania spowodowały też, że obecne bezrobocie wśród kobiet (7,7% w 2012 r.) jest niższe niż wśród mężczyzn (8,2%).

O szwedzkim modelu państwa opiekuńczego można by pisać długo. Jest on wyjątkowo rozbudowany i obejmuje nie tylko standardowe obszary, takie jak ubezpieczenia społeczne (wsparcie dla bezrobotnych, emerytury) czy usługi publiczne (edukacja, opieka medyczna), lecz także te mniej typowe, jak dokształcanie lub zmiana kwalifikacji pracownika, pomoc w łączeniu obowiązków domowych z pracą itp. Charakterystyczną cechą modelu szwedzkiego jest przeniesienie jak największej części ryzyk socjalnych na wspólnotę czy też, inaczej mówiąc, maksymalne uspołecznienie ryzyka. W ten sposób każdy obywatel zabezpieczony jest przed zagrożeniami płynącymi z fluktuacji koniunktury gospodarczej i innych nieprzewidzianych zdarzeń.

Wbrew liberalnym wieszczom okazuje się, że tak zaprojektowany system nie doprowadził wcale do ubezwłasnowolnienia ani rozleniwienia społeczeństwa. Wręcz przeciwnie – aktywność zawodowa Szwedów jest jedną z najwyższych na świecie. Natomiast bezrobocie przez lata utrzymywało się na poziomach w zasadzie niespotykanych, może poza „azjatyckimi tygrysami” – dekadę lat 70. Szwecja zaczynała z 1,5-procentowym bezrobociem, a w następnych latach także wielokrotnie spadało ono poniżej dwóch procent. „Rozbuchane welfare state” nie doprowadziło też do bankructwa państwa – szwedzkie finanse publiczne żyją i mają się dobrze. Osiągnięto to m.in. dzięki wysokim obciążeniom fiskalnym – poziom dochodów szwedzkiego sektora publicznego w latach 1971–2008 średniorocznie wynosił prawie 58% PKB. Owszem, po kryzysie, jaki dopadł Szwecję w latach 90., zmodyfikowano pewne elementy tamtejszego państwa opiekuńczego, np. nie jest już ono całkowicie uniwersalne i nie wszystkie świadczenia są w nim niezależne od dochodów; zmniejszono także wysokość niektórych z nich. Jednak podstawowe zasady od dziesiątków lat są w zasadzie niezmienne. Nie jest również prawdziwa teza, często powtarzana, że Szwedzi stworzyli zręby państwa opiekuńczego, gdy już „dorobili się”. Gdy Alvin Hansson dochodził do władzy w latach 30. i budowa państwa socjalnego ruszała z kopyta, towarzyszyły temu zamieszki robotnicze, a sytuacja gospodarcza kraju była nie do pozazdroszczenia. Szwedzka polityka społeczna nie zaszkodziła także konkurencyjności (w rankingu konkurencyjności gospodarek światowych World Economic Forum za lata 2012–2013 Szwecja zajęła 4. miejsce) ani innowacyjności (w Global Innovation Index Szwecja jest na 2. miejscu). Aktywne państwo wcale nie musi też zatruwać życia obywateli – pod względem wskaźnika HDI, mierzącego szeroko pojęty rozwój społeczny i jakość życia, Szwecja zajmuje 10. miejsce na świecie.

Komputery w służbie społeczeństwa

Jeszcze w 1880 r. zaledwie 12 proc. Finów potrafiło pisać. Obecnie, według analizy Global Talent Strategy 2011, Finlandia posiada najlepiej wyedukowaną siłę roboczą świata. Jeszcze w latach 60. XX w. 70 proc. Finów kończyło naukę na 6-letniej podstawówce, a sieć uniwersytetów ograniczała się do dwóch miast. Obecnie 30 proc. z nich ma wyższe wykształcenie, a liczba uniwersytetów wzrosła do 20, rozsianych po 10 miastach. Jeszcze w roku 1960 aż 75 proc. wolumenu eksportowego Finlandii stanowiło drewno i produkty papierowe. Obecnie ok.  eksportu fińskiego to produkty sektora high-tech. Jak ten niewielki lud z północy dokonał tego wszystkiego? Historia fińskiego sukcesu stanowi dowód, że edukacja może przynosić spektakularne efekty.

Intensywna przebudowa fińskiego systemu szkolnictwa rozpoczęła się w roku 1972 od przełomowej ustawy wprowadzającej powszechną i obowiązkową 9-letnią edukację, podzieloną na 6 lat podstawówki i 3 lata gimnazjum. W tym okresie powstały też pierwsze strategie dotyczące dalszych zmian w oświacie i sposobów efektywnego sprzęgnięcia jej z gospodarką. W 1998 r. ustanowiono prawo każdego sześciolatka do nauki w klasie zerowej, z którego już cztery lata później skorzystało 96 proc. dzieci w tym wieku. Wszystkie te zmiany złożyły się na ukształtowanie obecnego systemu edukacji. Jego najważniejszą cechą jest powszechność, co oznacza, że nacisk położono (oprócz jakości, rzecz jasna) na maksymalną egalitarność procesu kształcenia i równy dostęp do dobrych szkół dla wszystkich obywateli. W związku z tym edukacja jest w Finlandii darmowa. Oznacza to nie tylko brak opłat za naukę (ich pobierania zabrania prawo), ale także darmowe podręczniki, przybory szkolne, obiady oraz transport. Uczniom miewającym problemy w nauce przysługują również darmowe zajęcia wyrównawcze. Oprócz powszechności ważna jest ustawiczność kształcenia. Fiński system nie stawia żadnych barier, jeśli chodzi o prawo do kontynuowania nauki, niezależnie od wieku i poziomu wykształcenia. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, aby uczyć się przez całe życie.

Jak wspomniałem, Finlandia posiada 20 publicznych i bezpłatnych uniwersytetów w 10 miastach. Właściwie wszystkie te uczelnie są zorientowane na technologię – nawet ok. 30 proc. studentów wybrało nauki ścisłe. Fińskie uniwersytety nie są jednak odizolowanymi od społeczeństwa bytami kultywującymi „autonomię nauki” i uczącymi dla samego uczenia. Nie są też zakładami, których głównym zadaniem jest zatrudnianie profesorów i doktorów. Nawet kształcenie kompetentnej kadry dla fińskich firm nie wyczerpuje palety funkcji, które spełniają fińskie uczelnie. W murach tamtejszych uniwersytetów wre bowiem praca badawcza, nakierowana na tworzenie nowych rozwiązań dla przedsiębiorstw – i to z zamierzeniem, aby je faktycznie wdrożyć, a nie jedynie schować do szuflady. W całym tym procesie fińskie uczelnie blisko współpracują nie tylko z rodzimymi przedsiębiorcami (w latach 1994–96 aż 53 proc. fińskich firm miało podpisane umowy o współpracy z uniwersytetami), ale też z całym systemem fińskich publicznych instytucji wspierających badania i rozwój.

Sieć fińskich placówek naukowych – najważniejsze z nich to Helsiński Uniwersytet Technologiczny i Uniwersytet Techniczny w Tampere – jest koordynowana przez powstałą w 1987 r. Radę Polityki Naukowej i Technologicznej, natomiast o ich należyte finansowanie dba Akademia Fińska. Radą formalnie kieruje premier, a więc jest odpowiednio umocowana politycznie. Posiada też niezbędną niezależność i jest to w zasadzie cecha wszystkich instytucji badawczych w Finlandii – z jednej strony są kontrolowane politycznie, ale z drugiej zadbano o niezależność podejmowanych przez nie decyzji. Rada skupia 8 kluczowych ministrów, 10 przedstawicieli uniwersytetów, a także reprezentantów przedsiębiorców, pracowników oraz Akademii Fińskiej. Jest to więc platforma dyskusji między wszystkimi zainteresowanymi stronami. Rada ma z władzą relacje nie tylko formalne, ale także praktyczne – jej zalecenia znajdują odzwierciedlenie w polityce rządu. Obrazu dopełnia nadzorowana przez resort edukacji Akademia Fińska, której głównym zadaniem jest finansowanie badań podstawowych. Środki, które rozdysponowuje, stanowią ok. 15 proc. wszystkich publicznych nakładów na badania i rozwój (B+R).

Jedną z pierwszych instytucji, które wpłynęły na innowacyjność fińskiej nauki i gospodarki, był Narodowy Fundusz Badań i Rozwoju (SITRA), powstały już w 1967 r. SITRA, podlegający bezpośrednio parlamentowi, wspiera finansowo przede wszystkim raczkujących przedsiębiorców podejmujących ryzykowne i nowatorskie projekty, a więc jest czymś na kształt funduszu venture capital – tyle że o publicznym charakterze. Największym z funduszy jest Narodowa Agencja Technologiczna (TEKES), która kontroluje 30 proc. środków na B+R. Wspiera ona badania prowadzone zarówno w placówkach publicznych, jak i w podmiotach prywatnych. W zasadzie z jej wsparcia korzystała na którymś etapie działalności każda odnosząca sukcesy fińska firma technologiczna, łącznie z Nokią. TEKES promuje działalność sieciową – większe wsparcie mogą uzyskać te projekty, które są przygotowywane w ramach współpracy wielu podmiotów. Podlega ona Ministerstwu Handlu i Przemysłu, jednak decyzje o alokacji środków podejmuje niezależnie od władz resortu. A trzeba powiedzieć, że środki, którymi dysponuje TEKES i reszta omawianych tu instytucji, są rzeczywiście niebagatelne. W 1982 r. rząd zadecydował o podniesieniu nakładów na badania i rozwój z 1,2 proc. PKB do 2,2 proc. w 1992 r., który to plan został zrealizowany. Kolejnym celem było osiągnięcie nakładów w wysokości 2,9 proc. PKB w 1999 r., co udało się osiągnąć już rok przed terminem. W 2010 r. fińskie środki na B+R wyniosły 3,87 proc. PKB, co stanowi wynik zupełnie bezkonkurencyjny w skali świata.

Według powszechnie panującego przekonania szybki rozwój technologiczny musi pociągać za sobą postępujące rozwarstwienie ekonomiczne. W takich warunkach najzdolniejszym jednostkom otwiera się wiele możliwości dużego zarobku, za to spada popyt na najniżej wykwalifikowanych pracowników, co negatywnie odbija się na ich sytuacji. Przypadek Finlandii zadaje kłam tej teorii. Mierzący rozwarstwienie ekonomiczne wskaźnik Giniego spada w tym kraju nieprzerwanie od lat 60., a więc dzieje się to równolegle z szybkim postępem technicznym. Obecnie Finlandia jest jednym z najmniej rozwarstwionych państw świata i gwałtowny rozwój w żaden sposób temu nie przeszkodził. Stan ten uzyskała ona za pomocą rozbudowanego państwa opiekuńczego, które zapewnia odpowiednią jakość powszechnych i darmowych usług publicznych, a przede wszystkim wysoki poziom zabezpieczenia społecznego. Taki stopień zabezpieczenia (chociażby od bezrobocia) umożliwia z kolei funkcjonowanie elastycznego rynku pracy, i to za akceptacją silnych w tym kraju związków zawodowych. Dzięki tej kombinacji czynników pracownicy nie boją się zwolnienia. Wiedzą bowiem, że w razie czego otrzymają należyte wsparcie – zarówno materialne, jak i w kierunku znalezienia nowego zatrudnienia. Pracodawcy, działający często w nowatorskich i w związku z tym niepewnych branżach, nie mają zaś obiekcji przed zatrudnianiem nowych pracowników, ponieważ wiedzą, że nie będą mieli problemów z ich zwolnieniem. Oczywiście ci sami pracodawcy godzą się na to, że w zamian za elastyczny rynek pracy partycypować muszą w utrzymaniu rozbudowanego systemu zabezpieczeń, innymi słowy – płacić wysokie podatki. A więc coś za coś – o regule tej niestety zapomina się w Polsce podczas dyskusji nt. rynku pracy.

Państwo opiekuńcze koegzystuje z kulturą innowacyjności w jeszcze jeden sposób. Mianowicie jest ono platformą wdrażania wielu innowacji. Z jednej strony dochodzi dzięki temu do jego usprawniania, a z drugiej – nowe pomysły mogą zostać znakomicie przetestowane przed ewentualną komercjalizacją. Przykładem może być np. wprowadzany przez Ministerstwo Zdrowia projekt Macro Pilot, umożliwiający zdalną opiekę nad chorym w jego własnym mieszkaniu, wyeliminowanie papieru z obiegu w opiece medycznej (elektroniczne recepty) czy możliwość internetowej łączności między lekarzami, co eliminuje konieczność chodzenia od specjalisty do specjalisty.

Dzięki tym i innym rozwiązaniom Finlandia przeżyła boom gospodarczy w latach 80., a także bardzo szybko wyszła z głębokiej recesji lat 1990–1993, spowodowanej głównie upadkiem ZSRR, z którym utrzymywała intensywne relacje handlowe, oraz deregulacją rynków, umożliwiającą ataki spekulacyjne na fińską walutę. O ile poziom PKB spadł wówczas o 14%, o tyle w latach 1995–2001 rozwijała się już z średnioroczną prędkością 3,3 proc., a druga połowa lat 90. była okresem rozkwitu jej gospodarki i sukcesów wielu fińskich przedsiębiorstw (oprócz Nokii były to m.in. Soner, Elis czy Elcoteq). Tempo wzrostu utrzymała w XXI wieku, a w latach 2000–2008 Finlandia była jednym z najszybciej rozwijających się wysoko rozwiniętych państw OECD (średni roczny wzrost 3,09%), co osiągała przy bardzo wysokich podatkach (dochody sektora finansów publicznych w tym okresie stanowiły przeciętnie 53% PKB). Obecnie jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw na Ziemi. W rankingu najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata w latach 2012–2013 według WEF zajęła 3. miejsce. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się to niemożliwe.

Ucieczka z piekła do raju

Resztki armii Czang Kaj-szeka, pierzchające w pośpiechu z kontynentalnych Chin przed zwycięskimi komunistami Mao Zedonga, pewnie nawet nie przypuszczały, że ich klęskę uda się jeszcze przekuć w jeden z największych sukcesów gospodarczych w historii. Gdy weterani Kuomintangu osiedlali się na małej wyspie Tajwan (dawnej japońskiej kolonii) i ogłaszali oderwanie tego terytorium od Chin, byli urzędnicy i generałowie stający na czele państwa marzyli zapewne jedynie o tym, aby utrzymać niezależność od maoistów. Gdyby ktoś im wówczas powiedział, że kilkadziesiąt lat później stworzony naprędce podmiot państwowy będzie stawiany za wzór błyskawicznego rozwoju innym krajom na całym świecie, najpewniej pukaliby się w czoło z niedowierzaniem. Historia potrafi jednak płatać figle. Przede wszystkim na ich korzyść zadziałała odwaga podejmowania nieszablonowych decyzji. A także lęk – przed masami zbuntowanych rodaków całkiem niedaleko przymierzających się do budowania ludowej utopii – który okazał się najlepszą motywacją do zbudowania silnego i efektywnego państwa.

Wartości głoszone przez Sun Jat-sena, głównego ideologa Kuomintangu, nie zostały przez jego następców na Tajwanie zapomniane, przeciwnie, twórczo zaadaptowano je do nowych realiów. Z trzech głównych jego zasad (patriotyzm, demokracja, dobrobyt społeczeństwa) pierwsza i trzecia były sumiennie wprowadzane w życie, a jeśli o drugiej nieco zapomniano, to wynikało to z ciągłego zagrożenia ze strony dawnych pobratymców. W nowej ojczyźnie uciekinierzy z Chin nie musieli budować wszystkiego od podstaw, gdyż na miejscu zastali dobrze zachowane struktury dawnej administracji japońskiej, co też skrzętnie wykorzystano. Pomni niedawnych błędów, które skończyły się spektakularnym obaleniem rządu Kuomintangu na kontynencie, niesieni ideami Sun Jat-sena, wsparci zastanymi na miejscu sprawnymi urzędnikami japońskich zaborców, a przede wszystkim w oparciu o konfucjańskie wartości (w których poczucie wspólnoty, odpowiedzialność i karna wręcz obowiązkowość to przymioty oczywiste) natychmiast zabrali się do roboty. Choć nie obyło się bez początkowych błędów.

Jednym z pierwszych działań decydentów świeżo upieczonego państwa była reforma rolna, podjęta jeszcze w latach 50. XX wieku, dzięki której zjednano sobie miejscowych chłopów. Wielkich posiadaczy ziemskich wywłaszczano stopniowo i z rozwagą. Najpierw nakazano obniżenie renty dzierżawczej, co odciążyło uprawiających ją rolników. Następnie sprzedano użytkownikom tę ziemię, w której posiadanie państwo weszło podczas przejmowania dawnej własności japońskiej. Na koniec przejęto ziemię należącą do latyfundystów, płacąc im w 70 proc. krajowymi obligacjami, a w 30 proc. udziałami raczkujących państwowych przedsiębiorstw. Mylnie sądzono, że byli feudałowie staną się w nowych warunkach sprawnymi kapitalistami – rentierzy przyzwyczajeni do łatwej eksploatacji rodzimej siły roboczej nie potrafili przemienić się w przedsiębiorców. Sama reforma zakończyła się jednak sukcesem. Zdobytą ziemię oddano rolnikom na warunkach 5-letniej spłaty ratalnej, wartość ziemi określając jako równowartość pochodzących z niej 2,5-rocznych plonów. Dzięki tym ruchom radykalnie zmniejszono dysproporcje majątkowe, które do dziś utrzymują się na niewielkim poziomie.

Kolejnym reformowanym segmentem gospodarki był przemysł. Lata 50. to okres szeroko stosowanej przez państwa rozwijające się substytucji importu, której celem był rozwój rynku wewnętrznego za pomocą własnych zasobów, z ograniczoną rolą handlu zagranicznego. Taką strategię przyjęto również na Tajwanie w latach 1958–1959. Substytucja importu nigdzie nie przyniosła dobrych rezultatów. Wynika to z faktu, że w państwach rozwijających się rynek wewnętrzny jest zawsze raczej ograniczony. W większości gałęzi gospodarki produkcja w takich warunkach nie może stać się opłacalna, ponieważ nie ma mowy o efekcie skali. Ponadto odcięcie od importu oznacza brak dostępu do zagranicznych osiągnięć technologicznych, co uniemożliwia z kolei wzrost produktywności.

W przeciwieństwie jednak do krajów Ameryki Łacińskiej, które na protekcjonistycznej strategii poległy, decydenci z Tajwanu szybko przeanalizowali sytuację i zmienili kierunek polityki gospodarczej na proeksportową (wprowadzając tzw. subsydiowanie eksportu). Wiązało się to przede wszystkim z wdrożeniem Programu Poprawy Kursu Waluty i Kontroli Handlu. Owa „poprawa kursu waluty” była po prostu ładnie nazwaną dewaluacją dolara tajwańskiego, czyli radykalnym obniżeniem jego zewnętrznej wartości, co błyskawicznie poprawiło warunki do eksportu, gdy rodzime produkty stały się dla zagranicznych kontrahentów dużo tańsze. To jednak nie wszystko. Potencjalnym eksporterom zaczęto aplikować bodźce podatkowe (ulgi), nie rezygnując jednocześnie z ochrony rynku wewnętrznego. Udało się dzięki temu utrzymać daleko idącą kontrolę importu: do 1972 r. aż 41 proc. importu podlegało kontroli państwowej, dzięki czemu sprowadzano towary pożądane z punktu widzenia rozwoju, a takich, które zagrażały rodzimej przedsiębiorczości – już nie. Państwo zajęło się też samym handlem. Przede wszystkim utworzono państwowe centrale handlowe, co umożliwiło eksport małym i średnim przedsiębiorcom, niezorientowanym w zasadach prowadzenia transakcji międzynarodowych i pozbawionym zagranicznych kontaktów.

Słynna tajwańska polityka przemysłowa to jednak nie tylko subsydiowanie eksportu. Co ciekawe, tworzyli ją inżynierowie i naukowcy, czyli osoby bez wykształcenia ekonomicznego. Przykład Tajwanu pokazuje, że nie jest ono potrzebne, aby osiągnąć sukces gospodarczy, a w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez neoliberalizm, może nawet przeszkadzać. Specjalnością tajwańską stało się tzw. planowanie indykatywne. Różni się ono od centralnego planowania, ponieważ jest nie tyle sterowaniem gospodarką, ile wytyczaniem konkretnych celów makroekonomicznych (przykładowo osiągnięcia określonego poziomu eksportu, wzrostu PKB itd.) i dążeniem do nich za pomocą stosowania różnorakich bodźców politycznych. Spadkobiercy Kuomintangu szeroko stosowali przede wszystkim wspomniane zachęty podatkowe, ale nie tylko. Rozwijającym się firmom oferowano gwarancje kredytowe, dzięki czemu uspołeczniono ryzyko inwestycyjne. Stosowano, oględnie mówiąc, bardzo liberalne prawo patentowe, czyli wyjątkowo niewielką ochronę własności intelektualnej. Raczkującym gałęziom przemysłu zapewniano publiczne finansowanie działań badawczo-rozwojowych oraz inwestycje w niezbędną infrastrukturę (także ze środków publicznych).

Prywatyzowano powoli i rozważnie, długo utrzymując bardzo wyraźny udział sektora publicznego w gospodarce – w 1972 r. stanowił on 20 proc. Przed rozpoczęciem procesu prywatyzacji firmy przewidziane do przekształcenia (ok. 400) skonsolidowano w 22 dużych podmiotach, dzięki czemu uzyskano bardzo dobre warunki sprzedaży i uczyniono z nich w sposób naturalny motory sektora prywatnego. Zresztą rozległy sektor publiczny nie konkurował z sektorem prywatnym, wręcz przeciwnie, miał za zadanie tworzyć warunki dla jego ekspansji. Inną cechą charakterystyczną dla Tajwanu było oparcie rozwoju na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, co jest raczej nietypowe wśród państw prowadzących aktywną politykę przemysłową. Jednak tamtejsze małe i średnie przedsiębiorstwa były bardzo wyraźnie wspierane przez państwo, głównie poprzez osłony kredytowe, publiczne finansowanie badań czy wspomniane już centrale handlowe. Długo również (aż do lat 80.) nie deregulowano na Tajwanie systemu finansowego i nie liberalizowano handlu, dzięki czemu kraj nie był podatny na wahania przepływu kapitału.

Powyższe działania przyniosły niespotykane rezultaty. Początkowo (od 1953 r.) tworzono 4-letnie plany. W 1965 r. zastąpiły je plany 10-letnie i roczne. Aż do lat 80. były one wykonywane z regularną nadwyżką. Osiągnięcia gospodarcze Tajwanu pozwalają określić jego rozwój jako najszybszy skok cywilizacyjny w historii. W zasadzie w 30 lat zamienił się on z biednego rolniczego kraju w uprzemysłowione i całkiem nowoczesne państwo. Co więcej, osiągnięto te cele nie przypłacając ich zbyt dużym rozwarstwieniem dochodowym obywateli. W latach 1950–1980 PKB na głowę mieszkańca średniorocznie rosło w błyskawicznym tempie 5,7 proc. W samych latach 80. średnioroczny wzrost gospodarczy wynosił 7,7% PKB. A trzeba pamiętać, że liczba mieszkańców Tajwanu wzrosła w tym okresie z 8 do 18 mln. Ten ponaddwukrotny przyrost ludności nie przeszkodził w… praktycznej likwidacji zjawiska bezrobocia. Dekadę lat 80. Tajwan zaczynał z bezrobociem na poziomie 1,2%, a kończył z 1,6%. Nawet w czasach kryzysu azjatyckiego czy podczas recesji roku 2001 nie osiągało ono nawet 6%. Ciekawie wypada również porównanie Tajwanu do sztandarowego państwa neoliberalnego, jakim jest Chile. O ile jeszcze w latach 60. południowoamerykański kraj miał PKB per capita dwukrotnie większy, o tyle już na przełomie XX XXI wieku relacja ta była odwrotna. Jak widać, szkoła chicagowska szkole tajwańskiej nie może nawet wiązać sznurówek.

Generał ośmiesza Bank Światowy

W latach 1950–1953 Półwysep Koreański stał się areną bratobójczej wojny, za pomocą której ówczesny światowy oligopol (ZSRR i USA) dokonywał podziału części wschodnioazjatyckich łupów. W wyniku tych burzliwych „negocjacji” nie udało się jednak ustalić, po której stronie powojennego konsensusu (zwanego dla zmyłki „zimną wojną”) powinna znaleźć się Korea. W związku z tym jej południe pozostało pod protektoratem amerykańskim. Niezwykłym uproszczeniem byłoby powiedzenie, że Korea była wówczas krajem biednym. Jej PKB na głowę mieszkańca było wtedy nawet parokrotnie niższe niż w wielu państwach afrykańskich. Lata 50. były okresem rządów przybyłego z emigracji w USA prezydenta Rhee. Jego głównym „osiągnięciem” było ujarzmienie lewicowej opozycji – z poprawianiem standardu życia obywateli szło mu jednak kiepsko. Przeprowadzono co prawda reformę rolną, bardzo podobną do tej z Tajwanu, jednak podobnie jak tam dawni feudałowie nie chcieli wykrzesać z siebie smykałki do interesów. Dokonano także szybkiej prywatyzacji i w 1960 r. pozostało już tylko 36 państwowych firm. Liberalna polityka rozwojowa nie przyniosła większych efektów i to pomimo wsparcia gospodarczego ze strony amerykańskich protektorów, które sięgało 15 proc. PKB. Zasadniczo sprawy w kraju szły w niedobrym kierunku i w 1961 r. generał Park Chung-hee wraz z grupą oficerów postanowili wziąć je w swoje ręce. I trzeba powiedzieć, że ta junta wojskowa spadła Koreańczykom z nieba.

Gdy tajwańscy decydenci kierowali się ideami Sun Jat-sena, świeżo upieczony prezydent Park za wzór obrał sobie japońskie reformy Meiji, oparte na mocno akcentowanym patriotyzmie oraz dążeniu do dobrobytu społecznego, budowie silnej armii i sprawnej biurokracji. Swoje rządy oprzeć chciał na współpracy patriotycznie nastawionej elity urzędniczo-biznesowej, co miało doprowadzić do szybkiego uprzemysłowienia kraju dotychczas rolniczego. Właśnie rozwój produkcji przemysłowej (szczególnie stalowej, a następnie chemicznej) był dla nowej koreańskiej władzy priorytetem, jawiąc się jako niezbędny warunek bezpieczeństwa i siły narodu. A skoro władzę przejęli czynni oficerowie, początek operacji cechował iście wojskowy dryl, pozbawiony formalności, analiz i rad ekonomicznych ekspertów.

Doktrynę ekonomiczną Parka można określić jako ultrainterwencjonizm. W głównych punktach strategia ekonomiczna Koreańczyków zbieżna była z tym, co rozpoczęli trochę wcześniej uchodźcy z Chin na Tajwanie. Podobnie jak rządy Kuomintangu, ekipa Parka zdecydowała się na odejście od substytucji importu na rzecz subsydiowania eksportu. Z tą różnicą, że zamiast ulg podatkowych oferowali oni swym przedsiębiorcom przede wszystkim bardzo opłacalne kredyty ze zdominowanego przez państwowe podmioty sektora bankowego (co nie znaczy, że z zachęt podatkowych zupełnie zrezygnowano). Wdrażano z sukcesami planowanie indykatywne, przy współpracy z samymi przedsiębiorcami, a także aktywnie pomagano krajowym przedsiębiorcom w eksporcie, np. utworzono Koreańską Korporację Promocji Handlu, a korpus dyplomatyczny zaangażowany był w poszukiwanie kontrahentów. Podobnie jak na Tajwanie, dogodne warunki dla eksportu uzyskano dzięki dewaluacji waluty. Prezydent Park organizował Miesięczne Spotkania Promocji Eksportu, a w 1964 r. ustanowiono coroczny Dzień Eksportu, podczas którego nagradzano medalami najlepszych eksporterów.

Odbudowano sektor publiczny, ograniczony po prywatyzacjach z czasów rządu Rhee – wyłączając rolnictwo, osiągnął on poziom 13 proc. PKB, a w sektorze finansowym stanowił aż 87 proc., dzięki czemu możliwa była bardzo aktywna polityka kredytowa. Władza utrzymywała bliskie relacje z przedsiębiorstwami. Dominowały wśród nich, inaczej niż na Tajwanie, wielkie, tzw. czebole. Były to ogromne podmioty, które pomimo prywatnego (a często w zasadzie rodzinnego) charakteru zaprzęgnięte były do realizacji politycznych i publicznych celów. Za ich realizowanie mogły się spodziewać odpowiednich profitów i wsparcia (w postaci chociażby udzielanych przez rząd gwarancji finansowych, za pomocą których uspołeczniono ryzyko inwestycyjne). Całą sferę ekonomiczną Korei Południowej podporządkowano celom politycznym, co przejawiało się w czasem wręcz brutalnej ingerencji państwa w gospodarkę.

Bardzo szybko stało się jasne, jak będzie wyglądać sposób zarządzania gospodarką przez nowe koreańskie władze. Już w 1961 r. (a więc zaraz po przewrocie) uchwalono prawo o nielegalnym gromadzeniu bogactwa, na mocy którego aresztowano część przedsiębiorców, a następnie wypuszczono ich pod warunkiem, że na wolności założą nowe firmy i oddadzą państwu udziały w nich. Następnie Park i spółka złagodzili nieco swoją politykę, stawiając raczej na kooperację i metodę marchewki, jednak kij wciąż czasem wchodził w grę – głównie pod postacią groźby utraty profitów lub, w ostateczności, zapraszania zbyt krnąbrnych przedsiębiorców na pogawędkę ze służbą bezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak całe publiczne oraz prywatne zasoby mobilizowano do osiągania politycznie wyznaczonych celów (co czyniono wyjątkowo skutecznie), nawet jeśli mogły się one komuś wydawać zupełnie idiotyczne.

Sztandarowym przykładem był pomysł stworzenia krajowego przemysłu stalowego, na którym od samego początku Park chciał oprzeć gospodarkę. Wydawało się, że jest to projekt zupełnie nierealny. Po pierwsze, gospodarka koreańska była kompletnie nieprzygotowana na tak skomplikowaną produkcję (wcześniej eksportowała głównie ryby, surowce, odzież i… peruki). Po drugie, nie posiadała niezbędnych surowców, a ich najbliższe źródła znajdowały się w Australii i Kanadzie, czyli w odległości wielu tysięcy kilometrów. Wszyscy zagraniczni eksperci ekonomiczni pukali się w czoło, a Bank Światowy oficjalnie odradził potencjalnym inwestorom zaangażowanie się w projekt. Rząd Korei miał poważne problemy ze znalezieniem inwestora i nie pomagało w tym nawet oferowanie wszelkich możliwych subsydiów (rozbudowa infrastruktury, ulgi podatkowe, przyspieszona amortyzacja itd.). Koreańscy decydenci nawet nie brali pod uwagę rezygnacji z planu wyśmiewanego przez wszystkich. Wobec braku zewnętrznego finansowania wykorzystali środki pochodzące z reparacji japońskich za okres rządów kolonialnych i założyli państwowe przedsiębiorstwo POSCO, które miało zarządzać przyszłą hutą. Na dodatek na jego czele stanął niemający prawie żadnego doświadczenia biznesowego generał armii Park Tea-joon. Wszystko wskazywało na to, że projekt zakończy się wielką klapą. Jednak ku zdumieniu wszystkich (oprócz Koreańczyków, rzecz jasna) katastrofa wcale nie nadeszła. Produkcja ruszyła z kopyta w 1973 r., a już w latach 80. POSCO było uważane za jednego z najefektywniejszych producentów niskogatunkowej stali na świecie. Obecnie należy do grupy kilku największych światowych producentów tego surowca.

Przykład POSCO wcale nie był wyjątkiem. Lata 60. to m.in. początki rodzinnego czebola Lucky-Goldstar, który zamierzał wejść w przemysł tekstylny, ale… dostał od rządu polecenie rozpoczęcia produkcji przewodów. Jak miało okazać się później, ruch ten stał się podstawą powstania wielkiego elektronicznego koncernu, jakim jest dziś LG. Dekadę później założyciel Hyundaia Chung Ju-yung kręcił nosem na „propozycję” od rządu, aby otworzył stocznię. Widząc niewystarczający entuzjazm ze strony przedsiębiorcy, prezydent Park osobiście zagroził Chungowi bankructwem. Chcąc nie chcąc Hyundai wszedł w branżę stoczniową. Obecnie jest jednym z największych producentów statków na świecie.

W latach 1961–1979 koreańscy generałowie pod wodzą Parka Chung-hee zadziwili świat. I gdyby nie zabójstwo Parka w 1979 r., i idąca za nim wyraźna korekta jego polityki, pewnie zadziwialiby nadal. Idąc pod prąd wszelkim „niepodważalnym prawom” ekonomii, wojskowi z Korei udowodnili, że w rozwoju gospodarczym liczą się przede wszystkim pomysłowość, odwaga eksperymentowania (nie wszystkie decyzje junty były celne, choć ich bilans był zdecydowanie dodatni) oraz konsekwencja. Wyniki ekonomiczne z tego okresu Korea notowała rewelacyjne. Trzy pięcioletnie plany z lat 1962–1976 wykonano z ogromną nadwyżką. Średnioroczny wzrost PKB z lat 1967–1979 wynosił – bagatela – ponad 11 proc. (w latach 1962–1966 było to 8,2 proc.), a wzrost produkcji przemysłowej ponad 20 proc. Korea Południowa w niezwykle krótkim czasie stała się państwem uprzemysłowionym – w roku 1976 udział przemysłu w PKB wynosił 36 proc., choć jeszcze w latach 50. była ona jednym z najbiedniejszych państw świata, jeśli nie najbiedniejszym. Epoka prezydenta Parka stworzyła w Korei podwaliny pod trwały wzrost, który utrzymał się także w dekadach następujących po jego rządach – przykładowo w latach 80. rozwijała się ona przeciętnie w godnym pozazdroszczenia tempie 8,6% PKB. Dziś Korea Południowa to państwo wysoko rozwinięte i dysponujące niezwykle innowacyjną gospodarką – okres rządów generała Parka walnie się do tego przyczynił.

Konieczność własnej drogi

Z dziejów gospodarczych opisanych państw można wyciągnąć wiele wniosków. Szwedzi udowodnili, że państwo opiekuńcze może być fundamentem trwałego rozwoju społecznego, a nie społecznej apatii. Przypadek koreański z kolei obnaża nieprawdziwość słów byłego polskiego ministra Tadeusza Syryjczyka, według którego najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej. Śledząc historię Koreańczyków, którzy podejmowali decyzje, wydawałoby się, najgłupsze z możliwych, dochodzimy do wniosku wręcz odwrotnego – każda polityka przemysłowa jest lepsza niż jej brak. Tajwańczycy i Koreańczycy udowodnili też, że sukces gospodarczy nie jest zarezerwowany tylko dla pewnych kręgów kulturowych czy cywilizacyjnych – jeszcze na początku XX wieku znawcy Dalekiego Wschodu uznawali koreański lud za jeden z najbardziej leniwych i zepsutych na świecie, a konfucjanizm wydawał się zupełnie nie do pogodzenia z kapitalizmem. Przede wszystkim jednak powyższe przykłady różnych dróg rozwojowych pokazują jedno: nie warto zostawiać kwestii rozwoju ekonomicznego tajemniczej „logice rynkowej”, gdyż dużo lepsze i szybsze efekty można uzyskać, świadomie zaprzęgając procesy gospodarcze do służby dobru wspólnemu.

Prawdziwy sukces ekonomiczny osiągają te wspólnoty, które zamiast dostosować się do otaczającej rzeczywistości, postanowiły tę rzeczywistość kształtować. Sukces czeka na te społeczności, które nie bacząc na uniwersalne rady ekspertów, wypracowały własne unikatowe mechanizmy rozwoju. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy oraz Koreańczycy odważyli się samodzielnie myśleć i wyszli na tym znakomicie. Teraz czas na Polaków.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>