Damy im popalić!

Nie tak dawno temu w tygodniku „Przegląd” można było przeczytać ciekawy wywiad z profesorem Karolem Modzelewskim. Wybitny działacz antykomunistycznej opozycji i uczony przedstawił w nim między innymi swoją obawę, że rosnące w naszym kraju rozwarstwienie dochodów oraz społeczna degradacja części Polaków mogą doprowadzić do wygranej w wyborach Prawa i Sprawiedliwości:

PiS jest dla sfrustrowanych, to wspólnota emocji negatywnych. W oczach ludzi przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość negatywna polega na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się powiodło. Na zasadzie: my im damy popalić! Wszyscy, którym się nie powiodło, noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. Oni wiedzą, że PiS im nie zapewni poprawy warunków życia. Ale da im tę satysfakcje, że pogoni sukinsynów, którzy po naszych plecach doszli do tego, co mają. PiS jest partią rewanżu socjalnego, ale nie polityki socjalnej – mówi profesor Modzelewski. I zaraz, w odpowiedzi na dyskusyjną, ale nieskontrowaną opinię prowadzącego rozmowę redaktora Roberta Walenciaka, jakoby mądrość lewicy zawsze polegała na tym, że poprzez progresywne podatki i politykę wyrównywania szans łagodziła negatywne emocje, dodaje: Ale frustracja jest nie dlatego, że są nierówności dochodowe, płacowe, tylko dlatego, że znaczna część ludzi poczuła się zdegradowana społecznie i materialnie. Przede wszystkim przez utratę pewności jutra i przez utratę szans na awans swoich dzieci. To jest fakt! Tu nie ma co kręcić! To jeden z najczarniejszych elementów naszego bilansu. Nasz bilans po roku 1989 ma jasne strony: demokrację, wolność. Ma jednak też strony ciemne: pozostawienie za burtą, nie wiem, jednej trzeciej, jednej czwartej, trudno to policzyć, ale znacznej części obywateli. I ta znaczna część będzie głosować na takich jak PiS. Nie ma w tym nic dziwnego. Wzmacnia to syndrom zawiedzionego zaufania. Przekonanie, że nas oszukano.

Nie wiem, czy zgadzam się ze stricte politycznym rozpoznaniem profesora. Choć podzielam pogląd, że PiS stanowi wspólnotę emocji negatywnych, to jednak myślę, że nie wyłącznie negatywnych, a co więcej nie wydaje mi się, by odróżniało to PiS od innych partii, choćby PO. Wiem jednak na pewno, że stanowczo nie zgadzam się ze społecznym rozpoznaniem Modzelewskiego. Nie jest ani tak, że ludzie przegrani, których transformacja pozostawiła za burtą, głosują gremialnie na PiS, ani tym bardziej, że wszyscy – jak twierdzi profesor – noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. A już z całą pewnością nie wszyscy przegrani chcą dać popalić architektom i beneficjentom polskiej transformacji.

Wśród polskich inteligentów żywe jest przekonanie, że wśród tych, którym powiodło się w życiu gorzej, silna jest potrzeba odegrania się na tych, którym powiodło się lepiej. Podobnie bardzo silna jest wśród nich obawa przed jakąś nadchodzącą erupcją tych negatywnych emocji. Wcześniej niż Modzelewski dał temu wyraz profesor Marcin Król, mówiąc w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nawet o wieszaniu na latarniach. Widmo Jakuba Szeli wciąż powraca i wciąż wyzwala w wielu wizję tego, który stoi niżej w społecznej hierarchii jako wściekłego frustrata, który wyczekuje tylko okazji, żeby zza pazuchy wyciągnąć siekierę.

Legenda o przegranych – zawistnikach i frustratach kierujących się najniższymi motywacjami – dobrze służy trwałości systemu. I to niezależnie od tego, czy wyciągnie się z niej takie wnioski, że trzeba przegranych mocno trzymać za mordę, takie, że należy polityką podatkową i wyrównywaniem szans łagodzić ich negatywne emocje, czy też, co najczęstsze, że należy jednocześnie łagodzić emocje i trzymać za mordę. Legenda ta pozwala głoszącym ją wyalienować własne zawiści i frustracje poprzez przypisanie ich tym stojącym niżej. Jest także bardzo konstruktywna z punktu widzenia stabilności systemu wolnorynkowego. Jako przykład posłużyć może pewien mój znajomy, który jeszcze nigdy nie został ani zelżony, ani obrabowany na ulicy przez zawistnych frustratów, jeszcze nigdy jego mieszkanie nie zostało okradzione przez przegranego złodzieja, ale za to kilkakrotnie stracił istotne sumy inwestowane w różne tzw. produkty finansowe w legalnych bankach o marmurowych i kolumniastych siedzibach, będących własnością eleganckich panów posługujących się nienaganną polszczyzną i/lub angielszczyzną. I ów znajomy mój gotów jest zarzynać się w robocie, by wydać dodatkowe setki tysięcy złotych na mieszkanie w środku strzeżonego osiedla, dodatkowe tysiące złotych miesięcznie na czesne i dowożenie córki do prywatnej szkoły, w której nie grozi jej zetkniecie się z późnymi wnukami Jakuba Szeli. A na wszelką sugestię o tym, że strzec się należy raczej panów w garniturach, reaguje oskarżeniami o bolszewizm.

Myślę, że nie byłoby źle, gdyby przepowiednie wskazujące na niebezpieczeństwo krwawej erupcji nienawiści ze strony tych, którym się nie powiodło, uzupełnić o drugą stronę medalu. Istotna część tych, których transformacja pozostawiła za burtą, nie głosuje na PiS ani na żadną inną partię, i to wcale nie dlatego, że uważa, iż także PiS-owi należałoby dać popalić. Po prostu nie interesuje ich polityka, ale wcale nie dlatego, że uważają, iż polityka to bagno, którego nie da się osuszyć, ale dlatego właśnie, że traktują swój własny byt ekonomiczny jako coś zupełnie zewnętrznego i odrębnego wobec rzeczywistości społeczno-politycznej, coś, na co żaden polityk wpływu nie ma i mieć nie może.

Zdarza mi się, i to wcale nierzadko, rozmawiać z ludźmi, przez których walec Balcerowicza przejechał bez zatrzymywania się, a którzy żadnych pretensji w kierunku tych, którym się powiodło, nie zgłaszają. Wręcz przeciwnie, odczuwają potrzebę przyjęcia wobec każdego, komu powodzi się lepiej niż im – łącznie ze znanymi im ludźmi sukcesu z wirtualnego świata: politykami wszelkich ugrupowań, biznesmenami, celebrytami – postawy uniżonej życzliwości, i to nie tylko na pokaz. Wszelkie złe emocje wynikające z własnego podłego statusu skłonni są zaś kierować wyłącznie ku sobie i swoim najbliższym.

Czy to społeczna katastrofa, której ulegli, wprawiła ich w stan jakiegoś stuporu? A może po prostu głębiej niż inni uwewnętrznili kapitalistyczną legendę mówiącą o tym, że jeśli komuś źle się w życiu dzieje, to jest sam sobie winien, i nie chcą dalej drążyć tematu? Myślę, że odpowiedź jest prostsza: brak zainteresowania polityką czy odgrywaniem się na kimkolwiek, wynika z racjonalności ludzkiego działania, która jest tym większa (a nie mniejsza, jak chętnie by to widzieli oświeceni!), im cięższe są warunki życia. Skoro zdobycie zasobów najprostszych – jedzenia, mieszkania, ubrania – wymaga wydatkowania ogromnej energii, to oszczędza się tę energię na wszystkim innym, a zwłaszcza na takich działaniach, które nie przynoszą dającego się doświadczyć rezultatu. Z doświadczenia uniwersyteckich profesorów, działaczy opozycyjnych czy publicystów wynika jasno, że polityka działa. Bo przecież tylekroć brali udział w jakichś politycznych zmaganiach (choćby zmierzających do wyboru uczelnianego rektora czy dyrektora instytutu), i nawet jeśli nie zawsze w nich zwyciężali, to jednak jakiś wpływ na rzeczywistość mieli. Z doświadczenia wielu – może większości? – obywateli naszego kraju wynika tymczasem, że karty są już rozdane i wszystkie społeczne miejsca są zawsze dane z góry: wychowawca klasy szkolnej, kierownik w pracy, właściciel mieszkania, dzielnicowy, a im wyżej, tym bardziej: minister, prezydent, premier… Podejmowanie jakichkolwiek prób zmiany tego stanu rzeczy jest nieracjonalne, a tym bardziej nieracjonalne jest kierowanie zawiści czy agresji w kierunku tych, którzy mocą zrządzenia losu zajmują wyższe społeczne stanowiska, a więc tych, którym się udało.

Ktokolwiek odniesie u nas sukces – głosi obiegowa prawda – może spodziewać się od rodaków nie podziwu, lecz nienawiści. Ale to nie jest cała prawda. Ktokolwiek odniesie sukces, jest znacznie mniej narażony na przejawy społecznej nienawiści niż ten przegrany. W mojej dzielnicy, takiej przeplatanej, bo żyją tu ludzie z dziada pradziada „przegrani”, ale pośród ich rozwalających się kamienic wyrastają plomby zamieszkałe przez ludzi, którym jakoś tam w życiu się udało, łatwo jest rozpoznać, choćby po ubraniu, jednych i drugich. Ci „wygrani” chodzą zwykle po ulicach śmiało i pewnie, tymczasem wielu „przegranych” ma wyrobiony nawyk uważnego rozglądania się wokół siebie. Koledzy przecież wiedzą, że w miarę bezpiecznie można dać po mordzie komuś, kto przecież na policję nie pójdzie, a nawet jak pójdzie, to usłyszy, że skoro dostał po mordzie, skoro skrojono mu telefon czy buty, to widocznie sam się prosił. A gdyby jakiś „człowiek – nawet umiarkowanego – sukcesu” poszedł na policję – mogłoby być naprawdę niedobrze. Oczywiście, zaraz mi tu jakiś mój kolega opowie, jak to został napadnięty przez „przegranych” za inteligencikowaty wygląd, i jak to go na całe życie straumatyzowało, i będzie miał rację. Ja tylko wspominam, że napady na „przegranych” nie powodują żadnej traumy, bo są czymś powszednim, oczywistym i spodziewanym.

Ci najbardziej przegrani, proszący czasem, żeby wpuścić ich do śmietnika, żeby mogli wybrać sobie trochę makulatury i butelek, właściwie cały czas chodzą poobijani, z podbitymi oczami i połamanymi nosami. Bo to właśnie na nich skupia się sprawiedliwość negatywna innych przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość polegająca na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się nie powiodło tak samo jak im, albo jeszcze bardziej. Na zasadzie: my im damy popalić! Wielu spośród tych, którym się nie powiodło, nosi w sercu zamysł, żeby dać popalić nie – jak twierdzi profesor Modzelewski – tym, którym się powiodło, ale tym, którym nie powiodło się równie lub jeszcze bardziej niż im.

Zresztą ci, którym się powiodło, również kierują swoje negatywne emocje raczej w dół lub w bok niż w górę, nawet wtedy, gdy w ten sposób sami przykładają się do swojej degradacji. Po części wynika to z ludzkiej natury, po części zostało wypracowane mozolną i dobrze zorganizowaną pracą architektów naszej transformacji, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że im więcej będzie przegranych, im większą będą ci przegrani budzili niechęć, tym lepiej będą kanalizowali frustrację i złe emocje, i tym bezpieczniejszy będzie system. W myśl tej logiki należy więc doprowadzić do tego, aby wszelkie grupy nienależące do elity znalazły się wśród przegranych i zaczęły także ogniskować wściekłość innych przegranych.

Spójrzmy choćby na to, jak sprawnie media głównego nurtu, a także rządy – nieważne, PiS-owskie, PO-wskie czy SLD-owskie – od początków transformacji organizują akcje przenoszenia społecznej frustracji i zawiści w kierunku grup zawodowych co prawda finansowo nie zawsze docenianych, ale cieszących się społecznym prestiżem, dużym poczuciem własnej godności, społecznej doniosłości wykonywanej pracy i społecznego zakorzenienia, a więc opierających się procesom prowadzącym do degradacji i poniżenia: nauczycieli, górników, rolników, lekarzy, pielęgniarek, kolejarzy. Grupy te mają kanalizować zawiść nie tylko tych przegranych, którzy mają mniej pieniędzy od ich przedstawicieli. Jak słusznie zauważył profesor Modzelewski, poczucie bycia przegranym i płynąca zeń frustracja niekoniecznie dotyczyć musi ludzi bezwzględnie biednych. Często udziela się także tym, którzy stracili pewność i poczucie trwałości swojego finansowego i społecznego statusu (choć, jak dopowiem, finansowo mogą sobie radzić całkiem nieźle). Przegranym w tym sensie będzie więc drobny przedsiębiorca jeżdżący dobrym samochodem, ale wciąż drżący o to, czy kolejne zamówienia pozwolą mu pospłacać kredyty. Będzie nim naukowiec bez etatu, co roku modlący się o łaskę grantodawców. Samozatrudniony menedżer średniego szczebla czy inżynier na kontrakcie.

Mechanizmy nagonki są wypróbowane i stare jak świat. Kiedyś z tego, że ponoć jakiś czarny zgwałcił białą kobietę robiono informację, że czarni gwałcą białe kobiety, a z tego, że ponoć Żyd zabił chrześcijańskie dziecko – informację, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Dziś w naszym kraju z faktu, że znaleziono gdzieś nauczycielkę zarabiającą 5 tysięcy złotych (brutto, netto, co za różnica?), inny nauczyciel molestował uczennicę, pensum dydaktyczne w szkołach wynosiło kiedyś 18 godzin, a dzieci nic nie umieją, robi się informację, że nauczyciele dostają 5 tysięcy złotych za 18 godzin molestowania uczniów, których niczego nie uczą. Analogicznie – rolnicy oczywiście śpią i samo im rośnie, a jak nie śpią, to stoją z piwem pod sklepem, czego dowodzi reportaż wzbogacony o zdjęcie przedstawiające rolnika stojącego z piwem pod sklepem. Górnicy cieszą się zaś nadzwyczajnymi przywilejami, bo dostają deputat węglowy, czternastkę i piwo na barbórkę.

Dzięki wynalazkowi internetowego komentarza możemy zaobserwować, że tego typu szczucie trafia zarówno do tych przegranych, którzy znajdują się w gorszej sytuacji finansowej niż jego obiekty („Nauczyciel ma 5000 za 72 godziny w miesiącu, a jeszcze wakacje, ferie itp., czyli ma jakąś stówę za godzinę, podczas której siedzi sobie jak panisko i pije kawkę, a ja mam za godzinę w barze 7 złotych na rękę na czarno i jeszcze nie wolno mi usiąść!”), jak i tych, którzy są w sytuacji dużo lepszej („Ja do mojego stanowiska analityka w banku doszedłem naprawdę ciężką pracą, a nikt mi deputatu węglowego nigdy nie płacił jak tym brudasom i mogą mnie wywalić na zbity pysk z dnia na dzień!”).

Oczywiście organizatorom akcji udaje się przekonać publiczność, że ich zła sytuacja wynika z tego, że obiektom nagonki zbyt dobrze się powodzi. Kelnerka z baru uwierzy więc, że podjeżdżający nowym SUV-em właściciel płaci jej na czarno 7 złotych, bo nauczyciele zarabiają krocie, a analityk bankowy, kiedy go w ramach optymalizacji w końcu wywalą na zbity pysk, uwierzy, że to przez górnicze przywileje. Ważnym celem takich zabiegów jest także wyzwolenie zupełnie bezinteresownej zawiści i domagania się przez publiczność, żeby broń Boże nikt od nas nie miał lepiej. Nikt poza ścisłymi elitami, których uprzywilejowana pozycja jest aż onieśmielająca, i które chroni silne, wciąż przez media głównego nurtu wzmacniane piętnowanie zawiści (proszę zobaczyć, że piętnuje się zawiść wyłącznie wobec tych wielkich – nigdy wobec tych podobnych do nas).

Znaczna część Polaków to przegrani, bo stracili jedną szczególnie ważną rzecz: poczucie pewności tego, kim są, umiejętność określenia samego siebie, wskazania przed samym sobą i przed innymi, jaki sens ma ich życie. Dlatego świetnie zarabiający analityk bankowy, który wie, że dziś może tym analitykiem być, a jutro nie, zazdrości nauczycielom, górnikom (którymi jednocześnie gardzi jako biedakami), ich wolnego czasu, białych bluzek i kwiatów na Dzień Nauczyciela, knefli, pióropuszy i orkiestry dętej na Barbórkę. Skoro on sam nie może zawsze i wszędzie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”, skoro nie może dogadać się z czyhającym na jego stanowisko kolegą, aby ugrać coś więcej u szefa, chciałby, żeby innych też tej pewności i siły pozbawiono.

Dość łatwo jest kontrolować zawiść ludzi, których poczucie tożsamości jest zachwiane, którzy nie wiedzą do końca, kim są, jak mają o sobie myśleć i przedstawiać siebie innym. Już dziś ten mechanizm działa. Jesteś prywatnym przedsiębiorcą, junior sales-managerem, posłem, publicystą, naukowcem (takich pewnych swojego profesorskiego statusu uczonych jak prof. prof. Modzelewski i Król będzie coraz mniej), ale twój status może się zmienić w każdej chwili, wielokrotnie się już zresztą zmieniał. Właściwie więc bywasz kimś tam, teraz może szczęśliwie kimś tam jesteś, ale skoro nie wiesz, kim będziesz jutro, to właściwie nie wiesz o sobie niczego. To bardzo niesprawiedliwe, że ty się tak bardzo starasz, a kto inny jest kimś, i wie, kim jest: nauczycielem, górnikiem, urzędnikiem na poczcie, kolejarzem, rolnikiem, lekarzem, związkowcem, matką, ojcem, dziadkiem. Dopóki on jest kimś, ty będziesz czuł się jeszcze bardziej nikim. A nawet jeśli ty i tak zawsze będziesz nikim, domagaj się tego, aby i ten inny był nikim, jest w końcu taki sam jak ty albo jeszcze gorszy. Oczywiście, że gorszy, jego poczucie tożsamości pochodzi przecież z innej epoki, takiej, w której każdy miał jakieś poczucie tożsamości. A przecież to ty jesteś z tej epoki, epoki modernizacji, to ty jesteś zmodernizowany i twój brak tożsamości jest twojej osobistej modernizacji dowodem. Dlaczego więc tamci mają mieć coś więcej od ciebie? To niesprawiedliwe, niech mają mniej! Skoro już mają mniej, niech im będzie odebrane to, co mają, nawet jeśli tobie, który masz więcej, nic od tego nie zostanie dodane. Prekariusze, przegrani i zwycięzcy będący jednocześnie przegranymi, domagają się i będą się domagać Programu Powszechnej Prekaryzacji i zdaje się, że pod tym względem będą stanowić realną społeczną siłę: ich głos zostanie usłyszany, a postulaty spełnione.

Bo to nie przegrani są istotną siłą mogącą w jakiś sposób zagrozić społecznemu i gospodarczemu porządkowi. Są nią silne i zorganizowane grupy społeczne, wypowiadające swoje rzeczywiste albo wyobrażone interesy. A skoro udało się wmówić ludziom, że każdy przejaw siły i organizacji jest oburzający, będą oni bronić zastanego porządku nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy działa on na ich niekorzyść. Niech się profesor Król nie martwi. Przegrani nie powieszą go na latarni. Powieszą swoich sąsiadów.

Jarosław Górski

(ur. 1970) – polonista, nauczyciel i dziennikarz. Napisał kilkaset artykułów publicystycznych i popularyzujących różne dziedziny sztuki, wydał książkę eseistyczną „Męska rzecz” (o literackich obrazach męskości) oraz powieść obyczajową „Wersje”. Mieszka w Warszawie. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

7 odpowiedzi na „Damy im popalić!

  1. Jarek Prz pisze:

    Nic dodać, nic ująć… Chłop pańszczyźniany i szlachcic z drugiej strony, plebanem i magnatem rozgrywani…

  2. Wojtek pisze:

    Trafne spostrzeżenia. Mamy budowanie rzeczywistości kontrastów, powstaje frustracja wyładowywana na słabszych lub po prostu tych, którzy są „pod ręką”. Brakuje miejsca na empatię. Zamiast wspólnie tworzyć, społeczeństwo wypala się na tym żeby odreagować wkręcone mu, często wyolbrzymione poczucie poniesionej krzywdy. Jak w takich warunkach konstruować coś pozytywnego?

  3. świetny tekst, gratuluję; bardzo trafna analiza naszego społeczeństwa i jego przypadłości

  4. Maciek pisze:

    Bardzo ważny fragment tego tekstu dotyczy naszej postawy w stosunku do ludzi majętnych czy też wysoko postawionych. Niezmiernie trudno jest gdziekolwiek zorganizować się, czy nawet czasem porozmawiać o problemach z ludźmi, którzy mają czołobitny stosunek do wszelkiej władzy i bogactwa, czasem, a może i często, wbrew wlasnym interesom. Oczywiście, genezy tej czołobitności należy szukać we wspomnianym przez autora pragmatyzmie życia codziennego, który pozwala przeżyć, z drugiej jednak strony często umacnia relację typu Pan-Chłop. Jest to na pewno zagadnienie psychologiczne, od którego bardzo dużo zależy. Siłą rzeczy, niestety, bardzo często, bezwiednie wręcz zakładamy w naszym społeczeństwie że temu większemu, silniejszemu, bogatszemu więcej wolno i więcej się należy. W praktyce tak oczywiście jest ale czy być tak powinno?

  5. Kiedy się pisze, trzeba wpierw przeczytać ze zrozumieniem i tej powinności nie dopełnił Autor przede wszystkim wobec Modzelewskiego, który mówił i pisał jednak co innego niż Król, z którym różni go bardzo wiele. Królowi zresztą również nie zarzucałbym chęci obrony status quo, w imię której to właśnie miałby nas przestrzegać przed nowym Szelą. Król apelował nie do ludzi, żeby nie słuchali PiS-u, a niemal apelował do PO, żeby właśnie słuchali, choć jego apel nie był do konkretnych partii skierowany. Modzelewski, którego ani politycznych, ani społecznych rozpoznań Autor nie podziela, ma je jednak inne niż to Autor definiuje. Modzelewski wypowiedział ocenę całej naszej transformacji, jej początków, planu Balcerowicza — te rzeczy były dla niego zrobione źle i momentami były złe w istocie (więc nie tylko w realizacji) dlatego, że wykluczały wykluczonych. A nie dlatego, że ich wkurzały i oni nas teraz zmiotą. Sympatia i — że tak powiem — jaźń Modzelewskiego jest przy nich, przy Szelach, a nie przy tych, których Szela zaraz zacznie mordować. Jeśli się biografię Modzelewskiego trochę zna, to wie się również i to, że mu się te sympatie na ogół odwracają, bo kiedy krzywdzeni stają się krzywdzącymi, Modzelewski woli krzywdzonych, choćby oni gadali bzdury.

  6. Bardzo ciekawy tekst: wykraczający poza zarówno jednostkowy jak i hierarchiczny horyzont myślenia.

    Pozwolę sobie przytoczyć w tym kontekście parę akapitów z tekstu Zizka dotyczącego książki Jeana Pierre’a-Depuis „The Mark of the Sacred”:

    „…The ultimate function of sacrifice, however, is to legitimize and enact a hierarchical order (which works only if it is supported by some figure of the transcendent big Other). It is here that the first properly dialectical twist in Dupuy’s line of argumentation occurs: he explains how hierarchy implies not only a hierarchical order, but also its immanent loop or reversal. True, the social space is divided into higher and lower hierarchical levels, but within the lower level, the lower is higher than the higher.
    …we should look for what one might call, in rather bland terms, the social function of hierarchy. Dupuy here makes yet another unexpected turn, conceiving of hierarchy as one of the four procedures whose function it is to make the relationship of superiority non-humiliating for those subordinated: hierarchy itself; demystification; contingency; and complexity. Contrary to appearances, these mechanisms do not contest or threaten hierarchy, but make it palatable, since:

    „what triggers the turmoil of envy is the idea that the other deserves his good luck and not the opposite idea which is the only one that can be openly expressed.”

    From this premise, Dupuy draws the conclusion that it would be a great mistake to think that a society which is just and which also perceives itself as just will thereby be free of all resentment – on the contrary, it is precisely in such a society that those who occupy inferior positions will only find an outlet for their hurt pride in violent outbursts of resentment.

    Conservative (Catholic and other) critics who complain how, in today’s hedonistic-egotistical society, true values have disappeared totally miss the point. The true opposite of egotistical self-love is not altruism, a concern for the Common Good, but envy or ressentiment, which makes me act against my own interests: evil enters in when I prefer the misfortune of my neighbour to my own fortune, so that I am ready to suffer myself just to make certain that my neighbour will suffer more.

    This excess of envy lies at the basis of Rousseau’s well-known, but nonetheless not fully exploited, distinction between egotism, amour-de-soi (that love of the self which is natural), and amour-propre, the perverted preference of oneself to others in which a person focuses not on achieving a goal, but on destroying the obstacle to it:

    „The primitive passions, which all directly tend towards our happiness, make us deal only with objects which relate to them, and whose principle is only amour-de-soi, are all in their essence lovable and tender; however, when, diverted from their objects by obstacles, they are more occupied with the obstacle they try to get rid of, than with the object they try to reach, they change their nature and become irascible and hateful. This is how amour-de-soi, which is a noble and absolute feeling, becomes amour-propre, that is to say, a relative feeling by means of which one compares oneself, a feeling which demands preferences, whose enjoyment is purely negative and which does not strive to find satisfaction in our own well-being, but only in the misfortune of others.”

    An evil person is thus not an egotist, „thinking only about his own interests.” A true egotist is too busy taking care of his own good to have time to cause misfortune to others. The primary vice of a bad person is precisely that he is more preoccupied with others than with himself.

    This is why egalitarianism itself should never be accepted at face value: the notion (and practice) of egalitarian justice, insofar as it is sustained by envy, relies on an inversion of the standard renunciation undertaken for the benefit of others: „I am ready to renounce it, so that others will (also) not (be able to) have it!” Far from being opposed to the spirit of sacrifice, Evil here emerges as the very spirit of sacrifice, a readiness to ignore one’s own well-being-if, through my sacrifice, I can deprive the Other of his enjoyment. True Evil thus makes us act against our own interests.”

    całość dostępna pod adresem:

    http://www.abc.net.au/religion/articles/2012/07/11/3543824.htm

  7. Marek pisze:

    Powiem krótko – zgadzam się z autorem w 60 %…

    W 60 %, bo najbliżej mi do ‚utopijnego’ socjalizmu bezpaństwowego (Lysander Spooner czy Edward Abramowski) – nie wolno nie zauważać, że pewne grupy zawodowe są uprzywilejowane przez państwo. Ergo – czym to się różni od feudalizmu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>