Nowy orientalizm. Kolonialne wpływy w zachodnich opiniach o Ukrainie

W ostatnich miesiącach prorosyjscy komentatorzy w wielu krajach zachodnich przedstawiają wypadki w Ukrainie za pomocą mieszaniny stereotypów przerażająco podobnej do retoryki typowej dla niegdysiejszych rozumowań imperialnych i rasistowskich. W efekcie Ukraińcy (ale także Gruzini, Mołdawianie, Polacy, Litwini, Łotysze i Estończycy) padli ofiarą nowej postaci orientalizmu, czyli spaczonego sposobu myślenia, nazbyt często prezentowanego w wypowiedziach ludzi Zachodu na temat innych części świata.

Niniejszy artykuł ma na celu dostarczenie pożywki umysłowej czytelnikom i komentatorom. Gdy idzie o tych ostatnich, ma on także nakłonić ich do powstrzymania się od nieprzemyślanego pisania o Europie Wschodniej. Warto, abyśmy najpierw uwolnili się od stereotypów, których istnienia możemy sobie nawet nie uświadamiać. Zachodni komentatorzy winni wyzbyć się dawnych uprzedzeń, zakorzenionych w epoce kolonialnej, zanim zaczną komentować sprawy Europy Wschodniej.

„Orientalizm” i jego dzisiejszy sens

W roku 1978 Edward W. Said wydał „Orientalizm” – książkę, która stała się kamieniem milowym dla studiów postkolonialnych oraz lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego badaniem krajów azjatyckich, szczególnie muzułmańskich. Said skutecznie zdemaskował wadliwe pojmowanie „Wschodu” przez Zachód. Zauważył między innymi, że zachodni komentatorzy konsekwentnie postrzegali (i robią to nadal) Orient jako byt niezdolny do zmiany, ugrzęzły na zawsze w bezkresnej przeszłości schyłku i zacofania.

Co jeszcze ważniejsze, według Saida „Wschód” był (jest) stale przedstawiany jako niezmiennie pasywny przedmiot, niegodny i niezdolny do bycia podmiotem działającym na własny sposób. Zachodnie stereotypy kolonialne i postkolonialne widzą w nim śpiącą, bezwolną istotę, poddającą się działaniu Zachodu jako jedynego bytu, któremu przysługuje godność aktywnej podmiotowości.

Kryzys ukraiński ujawnia dziś istnienie uderzająco podobnych uprzedzeń. Tym razem jednak ich ofiarą nie jest Bliski Wschód, lecz Europa Wschodnia. Prorosyjskie komentarze, jakie ukazywały się w zachodnich mediach w ostatnich miesiącach, bez wyjątku dostarczały rażących i obezwładniających przykładów wspomnianych stereotypów, i to w takiej ilości, że trudno powstrzymać się od pytania, co właściwie powstrzymało autorów, a niektórych znam osobiście, przed poświęceniem chwili na namysł przed pisaniem.

Tak było w przypadku bardzo licznych komentarzy anglojęzycznych, pochodzących także od wybitnych ekspertów. Jednak w równie oczywisty sposób dotyczy to innych krajów zachodnioeuropejskich o wysokim poziomie sentymentów antyamerykańskich, jak choćby Włoch, niejednokrotnie też Francji i Hiszpanii. Refleksja nad sednem argumentacji stosowanej przez prorosyjskich komentatorów natychmiast ujawnia metodologiczną słabość ich analiz.

Argumentacja prorosyjska podąża zazwyczaj w dwóch kierunkach: czerpiącym z „whataboutyzmu” [oryg. whataboutism – ożywiona dziś metoda propagandy sowieckiej, polegająca na zrównywaniu wykroczeń polityki wewnętrznej i zewnętrznej ZSRR i państw zachodnich – przyp. tłum.] oraz nieco bardziej „geopolitycznym”. W przypadku argumentacji pierwszej broni się działań Rosji przez odwołanie do dobrze znanej zasady „tak, ale…”. Rosja zajęła Krym? Tak, ale co z Irakiem? Rosja wspiera separatyzm we wschodniej Ukrainie? Tak, ale czy Amerykanie nie postąpili tak samo w Kosowie? I tak dalej. Nie ma sensu marnować czasu na krytyczny rozbiór takiej linii argumentacji, bo w gruncie rzeczy to nic więcej niż pozbawiony wszelkiej samoistnej wartości sofizmat (argumentum ad hominem) – używany sprytnie i skuteczny, ale zawsze tylko sofizmat.

Argumentacja „geopolityczna” ma z kolei nieco tylko większą wartość. Obrona działań Rosji oparta jest tu na oskarżaniu Zachodu o nieuprawnione „wtrącanie się” w sprawy regionu lub na okazywaniu zrozumienia dla obaw Moskwy w sprawie rozszerzania NATO, rozpadu jej sfery wpływów lub działań Unii i NATO na obszarze jej „bliskiej zagranicy” itd. I właśnie tu na scenę wkracza orientalizm.

Wielkie pomieszanie

W tę pułapkę wpadają właściwie wszyscy zabierający głos w debacie po stronie Rosji. Lektura wielu artykułów, które oskarżają Zachód o „wywołanie” ukraińskiego chaosu przez „prowokowanie” Rosji na obszarze jej strategicznych interesów oraz urażenie jej mocarstwowej dumy, jasno pokazuje, że ich autorzy, pisząc o małych krajach Europy Wschodniej, przyjmują spaczoną, hierarchiczną i wreszcie – orientalistyczną (jeśli nie zgoła rasistowską) perspektywę.

Gdy jakiś komentator twierdzi, że Rosja czuje się zagrożona postępami NATO w Europie Wschodniej lub zbliżeniem Ukrainy do UE, sugeruje w zasadzie, jakoby Rosja miała niepodważalną legitymację do dochodzenia swych praw w tym regionie, zaś Europa Wschodnia służyła jedynie kompensowaniu nierozwiązanych rosyjskich kompleksów niższości. Prorosyjscy komentatorzy milcząco odmawiają Ukrainie rangi aktywnego podmiotu w całym sporze, negując tym samym jej państwową niezależność1.

Idea, zgodnie z którą rosyjskie działania stanowią uzasadnioną reakcję na ingerencję „obcych” w sprawy regionu postrzeganego jako „rosyjski”, nie jest niczym innym, jak tylko nowszą wersją tej samej imperialnej mentalności, z jaką Europejczycy dzielili między siebie Bliski Wschód. Jest to tym bardziej zaskakujące, że głoszą ją ludzie, którzy zajmują w innych sprawach stanowiska ostentacyjnie antyimperialistyczne. W ich wypowiedziach Europa Wschodnia jest pasywnym przedmiotem, wobec którego Rosja pełni rolę jedynego uprawnionego do działań „aktora” (w łacińskim znaczeniu słowa – „sprawcy”), przy czym pomija się znaczenie aktorów mniejszych, lokalnych. Nie sposób inaczej wytłumaczyć bezkrytycznej akceptacji dla rosyjskich wywodów etnohistorycznych dotyczących Krymu i wschodniej Ukrainy. Komentatorzy uznali wszak śmiechu warte argumenty Putina, jakoby Krym był rosyjską Jeruzalem i że Ukraina to coś na podobieństwo Ziemi Świętej narodu rosyjskiego2. Ukraińskiej wersji tych samych wypadków nie rozważano nigdy poważnie lub lekceważono jako wyraz nacjonalizmu zgrai chłopstwa odartego z własnej historii. Niewielu ekspertów zauważyło, że „racje” Rosji oparte są na zaledwie jednej z wielu interpretacji historii Europy Wschodniej, opracowanej na użytek państwowej legitymizacji Rosji carskiej i sowieckiej.

Jedyny szlachetny naród Europy Wschodniej?

Podobnie jak wszystkie interpretacje historii, tak i rosyjskie odczytanie dziejów Ukrainy opiera się na doborze faktów i znaczeń, którym z precyzją nadano funkcje podporządkowane określonym politycznym priorytetom. Nie można poważnie dowodzić, że Krym/Donbas/Ukraina powinny być rosyjskie, ponieważ Rosja uznaje je za część swej historii. Aby to zrobić, należałoby najpierw uznać za rzecz oczywistą, że z jakiejś przyczyny rosyjska interpretacja historii jest siłą rzeczy nadrzędna względem wszystkich pozostałych, co jest oczywistym nonsensem.

Ale na tym nie koniec. Dla komentatorów prorosyjskich fakt, że Krym przez tysiące lat nie był rosyjski, nie ma znaczenia. Liczy się natomiast to, że był rosyjski przez niespełna dwa stulecia – tymczasem z perspektywy historycznej nie znaczy to nic. Rosyjska wizja i rosyjskie doświadczenie tego obiektu-terytorium są automatycznie postrzegane jako bardziej istotne, bardziej „szlachetne”, a co za tym idzie – znaczą więcej niż tysiąclecia nierosyjskiej historii regionu. Tragedie innych ludów – tak ważne, nawiasem mówiąc, dla uczynienia tego regionu bardziej „rosyjskim” – tracą tu jakiekolwiek znaczenie.

Tymczasem owi inni, cała nierosyjska ludność, zajmują ogromną „neutralną” przestrzeń pomiędzy Rosją a „Zachodem”. Wszystkie te narody są konstruktem historycznych doświadczeń i tradycji. I w tym właśnie rzecz – ich tożsamości są równie „sztuczne” jak rosyjska. I nie ma powodu wierzyć, że rosyjska tożsamość należy do innego porządku, że jest uświęcona jakimś ahistorycznym szlachectwem.

Nas wszystkich (zarówno wschodnich, jak i zachodnich Europejczyków) stworzył proces kształtowania tożsamości. Rosjanie nie są wyjątkiem – ich postrzeganie, odczuwanie i rozumienie historii nie spadło z nieba. Wytworzyli ją oni, a ściślej mówiąc – zostali stworzeni jako efekt pewnych wydarzeń, strategii i planów. I nie zasługują na więcej szacunku niż inni. Niestety, zwolennicy nadają Rosjanom szlachectwo, które chroni przed jakąkolwiek kwestionującą interpretacją. Stąd właśnie wynika nonszalancka, „orientalistyczna” idea „sfer wpływu”, którą skrupulatnie odrzuciliby w każdym innym przypadku.

Trudno się rozstać ze starymi nawykami

Praktyka odmawiania nierosyjskim narodom Europy Wschodniej godności aktywnego podmiotu ma długą historię. Jako zachodni Europejczycy mamy zwyczaj uznawania, że ta część świata należy do „sfery” rosyjskiej lub zgoła powinna być rosyjska. To powołuje do życia odrażające sądy, że w Ukrainie Rosja miała prawo interweniować, ponieważ już wcześniej „musiała zrezygnować” z państw bałtyckich, wobec czego „Zachodowi” naprawdę nie wolno „odbierać” jej innych krajów. Albo że przez wzgląd na Ruś Kijowską Ukraina jest dla rosyjskiej identyfikacji tak ważna, iż stanowi to wystarczający powód dla ignorowania pragnień milionów ludzi, którzy musieli (i nadal muszą) znosić swobodę Rosji w określaniu jej własnej tożsamości.

Dla stanowczo zbyt licznych zachodnich ekspertów istotne znaczenie mają uczucia Rosjan. Wszystko pozostałe, a więc to, co mogą myśleć Ukraińcy, Polacy, Mołdawianie, Bałtowie, Gruzini i Ormianie, jest dalece mniej ważne, jako że są to jedynie odczucia „reszty”, podmiotów o niższym statusie, niegodnych rangi aktora. W najlepszym razie są to odruchy ofiar orientalistycznej interpretacji historii, którą to rolę nazbyt często ludzie Zachodu przypisują swym wschodnioeuropejskim sąsiadom.

Niewspółmierna atencja dla uczuć Rosji, współczucie dla rosyjskiej „tragedii” utraty imperium i niewrażliwość na priorytety innych narodów stają się możliwe, gdy postawi się naród rosyjski na wyższym stopniu hierarchii, odwołując się do błędnego orientalistycznego przekonania, że jedynie dawnej potędze przysługuje ranga aktora. Europejscy kolonialiści dostrzegali we Wschodzie jedynie przedmiot rozgrywki. Prorosyjscy komentatorzy widzą Europę Wschodnią w taki sam sposób: Rosja może postępować zgodnie ze swymi zachciankami, jako że stanowi część naturalnego porządku geopolitycznego.

Europa Wschodnia jako kukiełka

Orientalistyczne myślenie prorosyjskich komentatorów ujawnia się w sposobie opisywania Ukrainy jako państwa niezdolnego do działania z własnej inicjatywy. Niezmiennie upatrują oni w krajach Europy Wschodniej przedmiotów manipulacji Zachodu. Oto, co wynika z powyższego: skoro Rosja postrzegana jest jako jedyne państwo godne statusu „aktora”, zaś Europa Wschodnia jako pasywny i hierarchicznie podporządkowany przedmiot, to wszelkie niezależne działanie jakiegokolwiek państwa Europy Wschodniej musi być z konieczności wynikiem ingerencji Zachodu.

Nic dziwnego, że prorosyjscy komentatorzy prawie nigdy nie mówią o „wstąpieniu Europy Wschodniej do NATO”, lecz o „rozszerzeniu [oryg. expansion – ekspansji – przyp. tłum.] NATO/UE na Europę Wschodnią”. Wschód jest postrzegany jako przestrzeń dla podboju – z istoty podporządkowaną Rosji – gdzie „Zachód” inicjuje niebezpieczną rozgrywkę przeciw „prawowitemu” właścicielowi. Lokalni aktorzy pozbawieni są znaczenia, zaś ich rolę w całokształcie procesu rozszerzenia NATO i UE można pominąć. Dawne państwa komunistyczne postrzegane są jako ofiary przeprowadzonego wbrew ich woli włączenia w zachodnie struktury bezpieczeństwa. To oczywisty nonsens – miało ono charakter dwukierunkowy, przy wzmożonej aktywności aktorów wschodnich, których naciski partnerzy zachodni często uznawali za nadmierne. W prorosyjskich analizach nie ma po tym śladu – państwom wschodnioeuropejskim nie przyznaje się roli aktywnych aktorów, zaś całkowicie wykluczona zostaje myśl o tym, że dziesiątki milionów mieszkańców regionu w wielu momentach historycznych pragnęło zmienić przynależność sojuszniczą.

Jest to nie tylko nostalgiczne postsowieckie myślenie, lecz także otwarty rasizm. Skoro Europa Wschodnia kieruje wzrok ku Zachodowi, musi to być sprawka „zachodniej ingerencji”, „nacisków”, „organizacji pozarządowych” – zwolennicy Rosji zawsze znajdą sobie kozła ofiarnego dla wytłumaczenia rosyjskich porażek. To coś „zachodniego” musi działać ku „destabilizacji przestrzeni eurazjatyckiej”. To, że autentyczne lokalne interesy narodów wschodnioeuropejskich mogłyby prowadzić do odwrócenia sojuszy, jest tu nie do przyjęcia, podczas gdy to Rosja jest rzeczywiście odpowiedzialna za destabilizowanie regionu, wynikające z jej sprzeciwu wobec pragnień dawnych poddanych imperium. Dla speców mówiących o „Zachodzie destabilizującym Europę Wschodnią”, krótkie spojrzenie z takiej perspektywy i weryfikacja własnych stanowisk mogłyby okazać się nader interesujące.

Czy aby nie jesteśmy rasistami?

Stanowisko orientalistyczne prowadzi do kwestionowania szczerości wszelkich prozachodnich ruchów protestu w Europie Wschodniej. Nikt wyposażony w choć odrobinę wiedzy na temat Europy Wschodniej nie może poważnie myśleć, że Bruksela lub Waszyngton mogłyby zmobilizować miliony ludzi w krajach takich jak Ukraina. Niezależnie od skali wsparcia „z zewnątrz”, to czynniki wewnętrzne ostatecznie skłaniają ludzi do działania, szczególnie gdy ryzykują oni własnym życiem. Absurdem jest myślenie, że ktokolwiek mógłby wystawiać się na ryzyko bycia zastrzelonym tylko dlatego, że tak każe mu jakiś biurokrata z Brukseli. Zatem rasistowskie jest rozumowanie, zgodnie z którym nikt na wschód od Unii Europejskiej nie może pragnąć porządków nieuwzględniających dominacji Rosji, a my, „ludzie Zachodu”, mielibyśmy być jedynymi godnymi i zdolnymi do walki o rządy prawa i prawa człowieka. Przekonania tego rodzaju mogą przynosić ulgę samej Rosji. Lepiej wszak udawać, że wstąpienie Europy Wschodniej do NATO i Unii wynika z antyrosyjskiego spisku, niż uznać porażkę własnego modelu i fakt, że – mówiąc wprost – liczne państwa europejskie wciąż obawiają się intencji Rosji.

Dlaczego powinniśmy wyzbyć się „orientalizmu”

Główną ofiarą omawianych stereotypów jest nasza zdolność właściwego rozumienia Europy Wschodniej. Jakkolwiek nie można ignorować wpływów zachodnich, to jednak głęboko niesłuszne jest postrzeganie ukraińskiego ruchu na rzecz demokracji jako odstępstwa od rzekomo „naturalnego” i nieodzownego porządku rzeczy, w którym nie uznajemy Ukraińców za godnych rangi narodu i aktywnego podmiotu. Narażamy w ten sposób na ryzyko naszą zdolność pojmowania roli lokalnych aktorów, ich wyborów oraz ich uczuć.

Pociągające jest skupienie się jedynie na strategiach wielkich potęg i postrzeganie Europy Wschodniej jako szachownicy, na której mierzą się dwaj gracze. Niezależnie od rozrywki, jaką wielkie strategie zapewniają na równi specjalistom i szerokiej publiczności, Europa Wschodnia nie jest boiskiem piłkarskim. Zaś my na Zachodzie doprawdy powinniśmy wyzbyć się wyższościowego oglądu małych narodów Europy Wschodniej, traktowania ich jak bytów niższych przy jednoczesnym upatrywaniu w Rosji jedynego narodu wartego poważania i godności. Odrzucenie tych błędnych pojęć powinno być pierwszym i obowiązkowym krokiem każdego, kto chciałby zabierać głos w sprawie Europy Wschodniej.

Fabio Belafatti
Tłum. Michał Wójtowski

Tekst pierwotnie ukazał się 27 października 2014 r. na stronie internetowej http://euromaidanpress.com.

Przypisy:

1. Wychodząc z innego punktu, Anton Szekchostow krótko i nad wyraz podobnie argumentował w bardzo dobrym artykule, opublikowanym, gdy ten był w trakcie ostatecznej redakcji. Jestem mu wdzięczny za podniesienie tej kwestii i mam nadzieję, że mój tekst będzie kolejnym wkładem w debatę.

2. Dla zdania sobie sprawy z absurdalnego symplicyzmu i zwodniczości tych koncepcji polecam lekturę poświęconego Ukrainie rozdziału „Rekonstrukcji narodów” Timothy Snydera.

Fabio Belafatti

pochodzi z Włoch. Przez trzy i pół roku mieszkał w Litwie, a wcześniej m.in. w Łotwie i w Tadżykistanie. Jest wykładowcą i koordynatorem Ośrodka Studiów nad Współczesną Azją Centralną w Wilnie, wykłada również w Ośrodku Studiów Wschodnich Uniwersytetu w Wilnie.

23 odpowiedzi na „Nowy orientalizm. Kolonialne wpływy w zachodnich opiniach o Ukrainie

  1. Zbigniew Łukasiak pisze:

    Argument o podmiotowości można zastosować zarówno dla Majdanu jak i dla Ludowych Republik czy ‚mieszkańców Krymu’ („którzy przecież wybrali” – cudzysłów mój).

    Oczywiście można wierzyć, że któraś strona jest w tej podmiotowości bardziej autentyczna, a któraś mniej – ale to nie jest tak, że tylko jedna strona powołuje się na ‚wolę ludu’.

  2. Piotr Ciszewski pisze:

    Przede wszystkim absurdem jest pisanie o jakichś milionowych ruchach na Ukrainie. Przewrotu dokonało góra kilkadziesiąt tysięcy ludzi w Kijowie, zwiezionych z całego kraju. Ukraina nie miała tradycji oddolnych, nie miała rozbudowanych organizacji społecznych, bojowych związków zawodowych, ani ideowych partii politycznych. Miała i ma oligarchów, którzy kupili sobie demonstrantów po jednej i po drugiej stronie.
    Ten wzrost majdanu nie był jakimś nagłym impulsem. Co, nagle ludzie nie znający żadnych form protestu, spontanicznie ruszyli do walki, porzucając na wiele dni pracę, utrzymując się z datków sympatyków opozycji? Skąd wzięły się pieniądze na Majdan? Chyba tylko skończony dureń uwierzy, że ze składek i zbiórek publicznych.

    Kraje takie jak Ukraina, Mołdawia, Gruzja są marionetkami różnych sił właśnie dlatego, że nie ma w nich tradycji niezależnych, oddolnych ruchów, nie ma kapitału społecznego, tego autentycznego, nie kupionego za dolary czy ruble. Do niezależności te kraje dopiero będą musiały dojść, może im się to nigdy nie udać.

    • Nowy Obywatel pisze:

      Proszę zaniechać tu propagowania spiskowych teorii i iść z nimi do np. Leszka Bubla. Po pierwsze opowiastki o tym, że dziesiątki tysięcy ludzi (trzymając się wyssanych z palca liczb podanych przez pana) można opłacić za protestowanie pod kulami karabinów, to nie tylko wywody godne skończonego durnia, ale i stwierdzenie obraźliwe wobec tych ludzi. Po drugie, należałoby później przekupić jeszcze wiele milionów ludzi, którzy głosowali w wyborach na nowe władze, i to nie pod okiem sołdatów, jak w „referendum” na Krymie. Po trzecie, istnieją setki, tysiące relacji z Ukrainy o oddolnym i żywiołowym charakterze wielu działań społecznych – więcej tam jest autentycznych oddolnych sił i postaw niż na polskich 15-osobowych pikietach, na które przyłażą wiecznie ci sami starzy znajomi od lat, i mało kto więcej. Po czwarte – ludzi w dziesiątkach miejsc na świecie nikt nie uczył protestować, nauczyli się sami w razie potrzeby bardzo szybko, jak choćby w Polsce w sierpniu ’80, tyle że na Ukrainie dzisiaj było łatwiej, bo dziś łatwiej o wiedzę, informacje, technologie itd. Można od biedy wierzyć – choć my nie wierzymy – w te teorie, że na Ukrainie nic nie jest czarno-białe, że tam się ścierają równie złe i podłe siły, ale te spiskowe brednie, podszyte skrajną niewiarą w ludowy potencjał buntu oraz wiarą w to, że wszystkim muszą sterować elity, urągają poczuciu przyzwoitości i proszę je sobie propagować gdzie indziej.

      • rtr pisze:

        Można się zgadzać lub nie, jednak używanie przez was określeń „godne skończonego durnia” jest dyskwalifikujące.

        • Nowy Obywatel pisze:

          To jest nawiązanie wprost do stylistyki i poetyki pana Ciszewskiego, który napisał pod naszym adresem: „Chyba tylko skończony dureń uwierzy”. Poziom odpowiedzi dostosowaliśmy do poziomu rozmówcy, żeby zrozumiał.

      • Piotr Cisyewski pisze:

        Na Ukrainie do niedawna funkcjonowały (a może i nadal funkcjonują) agencje wynajmujące demonstrantów. Największe z nich mają w swoich bazach tysiące ludzi, dostających dniówki za demonstrowanie. W kraju, w którym panuje bieda, jest to sposób na dorobienie sobie do emerytur czy stypendiów. Dowodem na to, że używano agencji jest między innymi fakt, że poza kilkoma głównymi miastami Euromajdany ton właśnie było wspomniane 15 osób.
        Idąc dalej tokiem państwa rozumowania, należałoby stwierdzić, że w Polsce jest wielomilionowy ruch zwolenników neoliberalizmu, bo wiele osób głosowało z własnej woli na PO. Tak samo na Ukrainie wiele osób głosowało na czekoladowego oligarchę.

        Porównanie do Sierpnia80 trochę pachni tanim melodramatyzmem. Dwie zupełnie nieporównywalne sprawy. Po pierwsze w Sierpniu chodziło o postulaty społeczne i protest robotniczy. W Kijowie protestowała klasa średnia (a raczej „Europejczycy”, którzy się za nią uważają), plus lumpenproletariat z Prawego Sektora i innych grup neofaszystowskich (oczywiście chodzi o ideową część protestów, nie o wspomnianych ludzi, którzy uczciwie dorabiali do emerytur). Czy w Sierpniu80 nagle były pieniądze na budowanie przed stocznią telebimów, zapraszanie gwiazd estrady, żywienie tysięcy ludzi zwiezionych z całego kraju itp.
        To nie są żadne teorie spiskowe, tylko rzeczowe pytania, na które warto sobie odpowiedzieć. Majdan kosztował ogromne pieniądze, które skądś musiały pochodzić.

        • Nowy Obywatel pisze:

          I co z tego, że na Ukrainie protestowała klasa średnia? Rewolucje burżuazyjne robi właśnie klasa średnia. Nie mówimy o „słusznym” składzie osobowym i klasowym protestów, lecz o ich spontaniczności – logika dyskusji nie jest pana mocną stroną. A udział w nich klasy średniej, czyli ludzi o lepszej pozycji materialnej, akurat uwiarygadnia tezę, że mieli na to środki bez $piskowych dolarów. W Polsce są możliwe długie protesty górników, pielęgniarek czy rolników, więc czemu na Ukrainie nie byłyby organizacyjnie i finansowo możliwe protesty innych grup?

      • Odpowiedź na komentarz jest tyle samo warta co tekst. Proszę zajrzeć do wywiadu CNN z Obamą, w którym przyznaje się do aktywnej roli USA w „przekazaniu” władzy na Ukrainie. Autor na początku odrzuca możliwość porównywania tego co się dzieje na Ukrainie z działaniami (warto jednak dodać: innymi) USA. Później jednak nie potrafi się ustrzec przed tego rodzaju porównaniami, lecz już bez USA, lecz złym imperialuzmem Europy zachodniej na Bliskim Wschodzie. To jakaś schizofrenia. Nie wiem też, czemu krytykując to, że standardy zachodu nie zawsze są, że się tak wyrażę kompatybilne, z lokalnymi, w których akurat pojawił się interes zachodu, przyjmuje że na wschodzie ma on większą wartość od lokalnych wartości. Pewne elementy rozwoju muszą się dokonywać w sposób naturalny i żadna presja, a szczególnie siłowa nie działa stabilizująco i rozwojowi. Wskazywanie na wyższość zachodu po uwzględnieniu materialnego pazerstwa przestaje już być takie jednoznaczne. To w Polsce odżywiają sentymentu ponownej odbudowy narodowej gospodarki, gdyż w trakcie wyzwalania nas przez demokratyczny zachód razem z nią straciliśmy 2 miliony ludzi a straty w pieniądzu to na dziś Jeden BILION. Nie będę się rozwodził, jak realnie wygląda w kraju standard demokratyczny, gdyż NO, często poświęca się tej sprawie.

  3. Maciej Piotrowski pisze:

    Są badania socjologiczne dot. procentowego zaangażowania społeczeństwa ukraińskiego w ruch majdanowski 2013-14 (na całej Ukrainie). I nie jest to liczba kilkudzies. tysięcy, tylko kilkudziesięciu milionów. A Ukraińcy mają spore doświadczenie oddolnej organizacji i mimo tępienia przez komunistów, przetrwało, czego skutki widzimy dziś (np. w ruchu wolontariacko-humanitarnym).
    A artykuł zasługuje na pochwały i drobną uwagę z perspektywy polskiej – porównując polskie opisywanie przemian na Ukrainie 1989-1991, 2004 i 2013-15 mamy do czynienia z powolnymi pozytywnymi zmianami i częstszym spoglądaniem na Ukrainę i jej naród jako na podmiot.

    • Protestujących na Ukrainie było kilkadziesiąt milionów? Z 45 milionowej populacji? To ciekawe… może protestujących było 45 milionów? Kilkadziesiąt milionów Ukraińców pragnęło przystąpić do EU ale zła Rosja nie pozwoliła, tak to niby wygląda?
      Co z faktem dualnego charakteru narodu Ukraińskiego i brakiem jednolitej świadomości narodowe? Co z antagonizmami miedzy wschodem i zachodem. Miały miejsce jakieś większe protesty w czasie Majdanu na wschodzie kraju? Wschód też pragnął do EU? Dlaczego pro-europejskich Ukraińców traktujecie jako całość lub jako reprezentatywną większość Ukrainy, podczas gdy ze wschodu robi się jakąś rosyjską agenturę ignorując lub marginalizując. Już niemal od samego początku istnienia tego państwa wielu podkreślało „niekompatybilność” wschodu i zachodu. Podkreślano, że faktycznie istnieją dwie(lub nawet więcej) Ukrainy, prognozowano rozpad tego kraju, a nastroje separatystyczne pojawiły się już w pierwszej połowie lat 90. To wszystko wyłącznie twór rosyjskiego imperializmu? No tak dobroczynny i niewinny Zachód pragnie dobra i rozwoju dla całej ludzkości i tylko kilku takich odszczepieńców, jak Rosja – imperium zła w tym przeszkadza

      • Nowy Obywatel pisze:

        A ktoś tu gdzieś kwestionował istnienie zróżnicowania tożsamościowo-politycznego na Ukrainie, że musi pan te banalne opinie głosić jako wybitne odkrycia? Istotnie, Ukraina jest zróżnicowana, co nie zmienia faktu, że ma tam miejsce na części terytorium kryptoinwazja ościennego mocarstwa, zwykła bandycko-imperialna inwazja, której nie usprawiedliwiają żadne zróżnicowania (tak jak np. istnienie dość silnej mniejszości niemieckiej na Śląsku Opolskim oraz pewna skala proniemieckich sentymentów na Górnym Śląsku nie usprawiedliwiałyby inwazji niemieckiej w Polsce).

        • Dalej napisałem o co chodziło mi przytaczając to wewnętrzne zróżnicowanie Ukrainy. Opinie, że Ukraina jako państwo w takim kształcie prawdopodobnie się nie utrzyma i że dojdzie do rozpadu tego państwa i jego podziału na co najmniej dwa części pojawiały się już od początku istnienia tego kraju. Te wszystkie scenariusze to Rosyjska propaganda a tworzący je, także polscy doktorzy i profesorzy to rosyjska agentura?

  4. Piotr Cisyewski pisze:

    Jakież to badania socjologiczne. Czy chodziło o poparcie, stosunek do tzw. Majdanu czy uczestnictwo? Uczestnictwo nigdy nie przekroczyło 100, może w najbardziej optymistycznych szacunkach 150 tys. osób. (oczywiście w całym kraju, nie tylko w Kijowie).

    • Nowy Obywatel pisze:

      O, to już z kilkudziesięciu tysięcy zrobiło się 150 tysięcy? CIA musiała wydać chyba z bilion dolarów w takim razie. A ci uczestnicy protestów są dzisiaj zapewne milionerami.

      • Może w pierwszym przypadku chodziło o protestujących w Kijowie a w drugim o protestujących w całym kraju? Ciekawe, że finansowanie protestów w Zachodniej Ukrainie próbujecie przedstawiać jako nierealne i absurdalne ale już separatyzm na wschodzie Rosja finansować może i to już absurdalne nie jest…

        • Nowy Obywatel pisze:

          Jeśli ktoś nie odróżnia ludowego buntu w Kijowie, uzbrojonego głównie w kamienie, od regularnych oddziałów wojskowych z dobrą bronią i innym sprzętem na wschodzie Ukrainy, to faktycznie może już tylko wierzyć w $piski. Poza tym tu nie jest mowa o tym, że finansowanie czegoś jest „nierealne i absurdalne” – tu mowa o tym, że wedle wszystkich znanych faktów był to wybuch spontaniczny i samofinansujący się (tak jak dziesiątki takich buntów na świecie).

      • Ucz się języków autorze! pisze:

        Nie CIA tylko Departament Stanu wydał 5 mld $. Po amerykańsku bilionów. To powiedziała sama Victoria „fuck the EU” Nuland.

        • Nowy Obywatel pisze:

          Nuland mówiła też, na co te pieniądze wydano. Nie na to, o czym myślą spiskomaniacy tworzący poważne oskarżenia na podstawie kiepskich przesłanek.

  5. anuszka pisze:

    Im lepszy artykuł, tym więcej ruskich trolli.

  6. jh pisze:

    Szkoda słów panie Ciszewski. Nowy Obywatel wyraźnie sugeruje , że zamieszczane przez autorów „jedynie słuszne koncepcje” nie podlegają polemice . cyt „Proszę zaniechać tu propagowania spiskowych teorii i iść z nimi do np. Leszka Bubla.” Ten cytat jednoznacznie definiuje „poziom rozmówcy” i jego stosunek do swobody wypowiedzi.Pozdrawiam.

    • Niestety zawiodłem się na NO. Zdania można mieć różne, ale widzę, że tutaj już, jak i w wielu innych miejscach przy okazji tego typu dyskusji, zaczyna się wyzywanie od ruskich trolli a kwestionowanie intencji Zachodu, zwłaszcza USA sprowadza się do jakiś teorii spiskowych choć oskarżanie Rosji o wszystko już teoriami spiskowymi nie jest.

      • Nowy Obywatel pisze:

        Rosyjskie zaangażowanie militarne w konflikt na Krymie i wchodzie Ukrainy jest faktem nie kwestionowanym już chyba w zasadzie przez nikogo, z samą Rosją włącznie. Teorie, że USA sprowokowały i opłaciły Majdan i jego następstwa – to w świetle dostępnej wiedzy wyłącznie science fiction, przy czym bardziej fiction niż science.

        • Nie kwestionuję rosyjskiego zaangażowania w tym konflikcie. Chyba nikt tego nie robi, bo ingerencja Rosji na tym obszarze jest oczywista i do przewidzenia. Kwestionowana jest skala tej ingerencji oraz rzekomy brak udziału sił trzecich. To Wy ciągle negujecie zaangażowanie kogokolwiek innego niż zła Rosja w doprowadzeniu do tej sytuacji, podczas gdy ani ja, ani chyba nikt inny, poza ewentualnie faktycznymi „ruskimi trollami”, nie obarczam wyłączną winą USA. Twierdzę natomiast, że sytuacja na Ukrainie jest rezultatem rywalizacji mocarstw. Specyfika wewnętrznych konfliktów czy wojen domowych jest taka, że od dawien dawna rozgrywają nimi ościenne mocarstwa. Poza tym „teorie, że Majdan sprowokowały i opłaciły USA”, które są Twoim zdaniem science-fiction, nie negują przecież tego, że protesty w jakimś stopniu były także oddolne. Może nawet w zdecydowanej większości tak było. Faktycznie wielu ludzi wiązało z akcesem do Unii nadzieje i taki min był, zwłaszcza na początku, cel tych protestów, gdy na ulice wychodzili młodzi ludzie, mający z resztą przez propagandę wyidealizowany obraz Unii. Spór dotyczy tego co to znaczy wielu czyli jak liczna była grupa protestujących jak bardzo była ona jednolita i czy miała takie same motywy oraz czy ktoś aby tymi ruchami nie manipulował.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>