Nędza etyki

1

Rozmawiałem niedawno z pewnym Sebastianem, którego parę lat temu przygotowywałem do matury. Dziś jest pomocnikiem kucharskim, ostatnio w jednej z warszawskich restauracji, gdzie karmią niewyszukanie i niezbyt drogo, a właściciele zarabiają nie na wysokiej marży, lecz na liczbie klientów. Jadam tam czasem właśnie dlatego, że niedrogo, ale jak mówi Sebastian, z jego perspektywy to nie restauracja, lecz fabryka. Bywają dni, kiedy rozbija po pięćset sznycli, przyprawia dwieście kaczych połówek, obiera ćwierć tony cebuli, a wszystko to w pośpiechu, krzyku, nerwach, że coś natychmiast potrzebne, a jeszcze niegotowe. Pamiętam, że Sebastian już w liceum z wypiekami na twarzy opowiadał o swoim gotowaniu, o przepisach, które wymyślił lub udoskonalił. Marzył o pracy szefa kuchni, o własnej restauracji. Polskiego chyba nie lubił, ale był świetny z biologii, chemii i fizyki, uwielbiał eksperymenty i pracę z żywą materią – czego więcej potrzeba kucharzowi? Na zakończenie roku przyniósł wytrawne babeczki z masą jajeczną i koperkiem. Pycha! Już w liceum Sebastian skłaniał się ku prawicy, dziś jest niemal fanatycznym zwolennikiem Korwin-Mikkego i jest to jeden z powodów, dla których o polityce nie rozmawiamy – po co się kłócić?

Jak dotąd Sebastianowi w żadnym z zakładów nie udało się awansować na samodzielnego kucharza. Opowiadał o wojnach z kolegami-kuchcikami, z którymi rywalizował o awans. O tym, jak jedni drugim dosypywali sól do półproduktów albo chowali narzędzia, o bójkach na zapleczu, o intrygach i donosicielstwie. O tym, jak sam musiał się nauczyć szkodzić kolegom, intrygować, donosić. No i o tym, że ostatnio, nie wiedzieć czemu, pracodawcy domagają się wyższego wykształcenia od kandydatów na kucharzy.

– Panie Sebastianie – zapytałem – ale właściwie dlaczego nie poszedł pan na te studia?

Idiotyczne pytanie, które chyba nie ja pierwszy mu zadałem, a na które odpowiedź jest oczywista. Nie poszedł, bo należy akurat do tej części naszych rodaków, którzy gdy skończą szkołę, muszą na siebie zarabiać. A dziś pracuje od 14 do północy i gdy wraca do domu, może tylko położyć się do łóżka. Jego dziewczyna jest w ciąży i bez pracy, a mieszkają w kawalerce po babci, więc niedługo nawet się nie wyśpi, bo dzieciak będzie ryczał. Nie zacznie i nie skończy tych studiów, i nie zostanie szefem kuchni.

A może zostanie? Podobno jednak są tacy restauratorzy, którzy zwracają uwagę na rzeczywisty talent i umiejętności, a nie na jakieś papiery… Sebastian kilka razy podczas naszej rozmowy zmieniał ton: najpierw mówił, jak jest, a jest przecież niewesoło, ale zaraz sam siebie za to beształ, jakby gdzieś na karku siedział mu maleńki telewizyjny coach i szeptał do ucha mowy motywacyjne. A więc będzie lepiej! Trzeba tylko wziąć się w garść, wytłumaczyć sobie, że senność i zmęczenie to fanaberie, podszkolić się w intrygach i donosicielstwie, no i oczywiście wciąż próbować od nowa. Bo wszelka słabość to jego wina, a wszelkie niepowodzenie świadczy o jego nieudolności. Do wszystkiego dochodzi się pracą i tylko pracą. A zatem: więcej pracy, mniej narzekań, a w końcu się uda.

2

Jeszcze tego samego dnia, po tej rozmowie, czytałem książkę. „Niespokojni” Aliny Kietrys to dopiero co wydany zbiór sześciu szkiców biograficznych o wybitnych postaciach polskiego XX wieku. Wśród nich tekst o Jacku Kuroniu, w którym jego synowa, Joanna, wspomina początki kariery nieżyjącego już męża, sympatycznego telewizyjnego kucharza:

Maciek [Kuroń] szybko się uczył. Świetnie liczył, choć był humanistą. Kiedy został kucharzem? Gdy zaczęła się kampania prezydencka Jacka Kuronia. Wtedy przyjaciel Jacka powiedział, że syn kandydata musi mieć zawód. Niech robi to, co lubi. I zafundował Maćkowi stypendium w instytucie kulinarnym niedaleko Nowego Jorku. Po tej szkole Maciek stał się profesjonalistą. Założyliśmy firmę, robiliśmy warsztaty, programy telewizyjne. Szło jak burza (s. 217).

No cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie ta opowieść zdziwiła, bo wydaje mi się, że tak właśnie jest na świecie: jednym świat wciąż stawia opór, drogę porastają im ciernie, a wiatr wieje w oczy; innym zaś „idzie jak burza”. Ale dla mnie te dwie opowieści stały się jakby metaforą polskich dziejów, nie tylko ostatniego ćwierćwiecza, ale może wieku, czy wręcz wieków. Z jednej strony Jacek Kuroń, ikona wielu środowisk polskiej lewicy, człowiek zauważający problem nierówności i wielokrotnie wzywający – także działaniem, choćby w Teremiskach – do zapobiegania mu, projektujący lepszą, bardziej sprawiedliwą Rzeczpospolitą i z lekkością wykorzystujący swoją uprzywilejowaną pozycję polityczną oraz towarzyską dla własnych i rodzinnych celów. Z drugiej strony człowiek zdolny i zmotywowany, ale stłamszony przez warunki życiowe, rynkowe oraz przez swoje pochodzenie, a jednak zwolennik rynkowej dżungli.

Można by oczywiście powiedzieć, że moja niechęć do lekkości, z jaką Maciej Kuroń zdobył swoją zawodową pozycję (a także sam zawód), jest dyktowana czystą zawiścią – tym podlejszą, że przecież bezinteresowną, bo w końcu sam w jego branży nigdy nie działałem i nie zamierzam. I co więcej, ja takich możliwości, jakie on miał, sam nie wykorzystałem pewnie wyłącznie dlatego, że ich nie miałem. Ale niech tam sobie kto mówi, co chce. Mnie idzie jednak o to, że – choć nad tym ubolewam – żyjemy w świecie, w którym zawodowy sukces, a także sama możliwość wykonywania zawodu są towarami deficytowymi i dla wszystkich ich nie starcza. Dlatego uważam, że powinny być w jakiś sposób (choć nie wiem dokładnie, jak to zrobić) dzielone po równo. I właśnie przytoczony przykład wskazuje mi najdobitniej, że nie wolno takich spraw powierzać jednostkowej etyce i poczuciu przyzwoitości jednostek (także i mojemu), które znajdując się w sytuacji wyboru między interesem własnym i najbliższych, a nawet głoszonymi przez siebie zasadami równości i sprawiedliwości, zwykle wybierają interes własny. To wydaje mi się zrozumiałe. Bliższa koszula ciału. A już zwycięzcy historycznych zmagań, arystokraci wszelkich systemów, mają szczególną skłonność do nieprzejmowania się drobiazgami – bo ważne jest przecież to, że ich myśli i cele ich działań są wzniosłe. O tych drobiazgach coś więc (co? Prawo, głos ludu?) wciąż powinno im przypominać.

Zwycięzcy w klasowych zmaganiach oprócz bardziej materialnych deficytowych dóbr, zagarniają także te symboliczne, a wśród nich moralną czystość, co nierozerwalnie wiąże się z moralnym zbrukaniem przegranych. Starszy z panów Kuroniów mógł sobie po przejęciu władzy w ojczyźnie pozwolić na luksus i moralną cnotę niezabiegania o dobra materialne, skoro, kiedy było trzeba, na podorędziu był przyjaciel fundujący stypendium dla syna. Choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy przyjęcie przez urzędującego posła tak cennego prezentu było uprawnione – bo czym różni się przyjęcie stypendium dla syna od przyjęcia pliku banknotów na stypendium? My, którzy większość czasu spędzamy zabiegając o mamonę, bo tylko dzięki niej możemy mieć to, co inni mają na wyciągniecie ręki, my, którzy – inaczej niż dżentelmeni – nie tylko wciąż o pieniądzach rozmawiamy, ale i myślimy, którym organizują one czas, relacje międzyludzkie, wyobraźnię, nieraz wydajemy się przez to wstrętni samym sobie. Młodszy z panów Kuroniów (mam nadzieję, że czytelnik zrozumiał już, że do pana Macieja ani za jego życia, ani po jego śmierci nic więcej nie miałem, niż do innych pań i panów w jego sytuacji, a jest mi on niezbędny jako przykład), jowialny i życzliwy, mógł sobie pozwolić na swoje cnoty, bo na jego drodze do sukcesu nie stało kilkunastu kuchcików, których musiałby intrygą i donosem usunąć z drogi do łaski szefa. Sebastian już od kilku lat awanturuje się z kolegami, jest ofiarą ich prześladowań, i sam daje innym popalić. Chociaż, podobnie jak większość tamtych, nie jest z charakteru ludzkim drapieżnikiem. Takie tam panują zasady, że musi być – przepraszam, panie Sebastianie, to samo, co o panu piszę i mnie samego dotyczy – świnią, a skoro świnią musi być, to jest i słusznie za świnię uchodzi. Ale o ile wypada każdemu, kto zauważy świństwo Sebastiana, zwrócić na nie uwagę, o tyle nikomu przecież nie wypadałoby rozważać, dlaczego pan Maciej świnią nie jest. To zwycięzcy ustalają moralne zasady, a wśród nich i tę, że podłością jest pytać zwycięzcę, z jakiego punktu startował.

Mnie jednak wydaje się, że pytanie o to, w jaki sposób kto doszedł do swojej społecznej czy zawodowej pozycji jest jak najbardziej uprawnione, a wręcz wskazane. Pytanie o to, kim byli rodzice i w jaki sposób przyczynili się do sukcesu swojego dziecka (lub jego braku), należy wydobyć z mroku plotek i złośliwostek na światło dzienne publicznej debaty po to właśnie, aby rozmowa o kwestii równości i nierówności szans zaczęła dotyczyć konkretów. I aby ukonkretnić wszelki dyskurs polityczny czy etyczny, żeby było wiadomo, kto w jakich warunkach życiowych, społecznych, ekonomicznych czy kulturalnych kształtował swoje poglądy.

Wielokrotnie słyszałem już o tym, że takie stawianie sprawy czyni wielką przykrość ludziom, którzy mając wysoko postawionych rodziców, wciąż muszą się z tego tłumaczyć. I że to bardzo niesprawiedliwe, bo nawet ewidentnie samodzielnie wypracowane sukcesy idą wciąż na konto pozycji rodziców. Oczywiście, to bardzo niesprawiedliwe. Ale każdy niesprawiedliwie odpowiada za to, kim byli jego rodzice: jowialny pan Maciej w taki sposób, że tacy jak ja podle im to wypominają, a Sebastian w ten sposób, że pewnie do końca życia będzie obierać cebulę i klepać sznycle. Nie wiem, czy obaj panowie chcieliby się zamienić. Ale myślę, że dobrze byłoby, gdyby jednak czymś się wymienili: jeden może zauważyłby, że to, iż wszystko przychodzi mu tak lekko nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam, a drugi niech by przynajmniej zauważył, że to, iż wszystko przychodzi mu tak ciężko, nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam.

3

Sebastian – znów przepraszam, panie Sebastianie – jest korwinistą, a ja się zastanawiam, czy nie jest przypadkiem socjalistą. Bo to właśnie Korwin-Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna. Jeśli chcemy coś mieć, choćby to były najprostsze rzeczy, bez których życie jest niemożliwe: w miarę porządna praca, pieniądze pozwalające przeżyć bez poniżenia, mieszkanie, w którym nie leje się na głowę i w którym można się wyspać po pracy mimo ryczącego niemowlaka, musimy to komuś wyrwać albo kogoś przechytrzyć, bo tego jest po prostu za mało dla wszystkich. Musimy być silni, bo tylko silni przetrwają, musimy być bezwzględni, bo każda refleksja nad dobrem innego jest działaniem na własną szkodę. Tak jest świat urządzony (a nie jest?), że silny i wielki nawet nie zauważa, jak słabego i małego wdeptuje w ziemię. Świat to jest wojna, płacz, łzy i mozół (a nie jest?), ale kto wygra – będzie miał wszystko. Na tym polega elementarna sprawiedliwość.

Natomiast dzisiejsza młoda polska lewica ze swoim etycznym przesłaniem całą tę sytuację zakłamuje. Ponieważ duża – i prominentna – część naszych socjalnie nastawionych idealistów nie odczuwa takiego oporu materii, może sobie rozważać o projektach etycznych, eksperymentować z ograniczaniem potrzeb materialnych, nową moralnością erotyczną i zastępowaniem pieniędzy wymianą usług. Może też na wzór lewicowych świętych sprzed stulecia i sprzed ćwierćwiecza widzieć swoje style życia jako zaczyn etycznej przemiany całego kraju. Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności i przemiany. Potrzebny jest tu raczej ów język elementarnej sprawiedliwości: jeśli nie chcemy, żeby wszystko przychodziło nam z takim trudem, musimy to komuś wyrwać. A różnica między nami a korwinistami niechaj polega na tym, że my nie chcemy wyrywać ochłapów innym kuchcikom, ale razem z nimi tym, którym wszystko przychodzi zbyt lekko, nawet jeśli wśród nich są ikony czy dobroczyńcy lewicowych środowisk, których idee są ze wszech miar słuszne, ale którzy właśnie mają na własność coś, bez czego trudno nam żyć. I wolimy rzeczywiste zdobycze, takie jak stabilna godna praca i płaca, pewny dach nad głową, dostęp do lekarza i porządnej szkoły, od wyobrażania sobie siebie w roli milionerów. Do tego wystarczy nam tej podłej etyki, którą mamy, etyki ludzi, którzy nie z własnej woli bywają świniami, a którą to etykę wytworzyły warunki, w jakich żyjemy. A nowa etyka niech się wytworzy w nowych warunkach, jakie sobie wywalczymy.

Jarosław Górski

(ur. 1970) – polonista, nauczyciel i dziennikarz. Napisał kilkaset artykułów publicystycznych i popularyzujących różne dziedziny sztuki, wydał książkę eseistyczną „Męska rzecz” (o literackich obrazach męskości) oraz powieść obyczajową „Wersje”. Mieszka w Warszawie. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

11 odpowiedzi na „Nędza etyki

  1. Anna Grodzka pisze:

    Pełen szacunek Panie Jarosławie za ten wnikliwy tekst. Szczególnie za konkluzję. Czuję to samo co Panu tak dobrze udało się wyrazić. Dziękuję.

  2. Krzysztof pisze:

    „To zwycięzcy ustalają moralne zasady,” – to bardzo smutne podejście szanownego Autora do moralności. A raczej odrzucenie samego pojęcia moralności, zasad dotyczących oceny ludzkich czynów. Bo relatywizm moralny sprowadza się właśnie do zniszczenia moralności, do zniszczenia zasad jakimi ludzie powinni się w swoim postępowaniu kierować.
    A jeżeli nie ma moralności to o jakiej sprawiedliwości pisze szanowny Autor?

  3. Andrzej S. pisze:

    Tekst dobrze się czyta, możliwym powodem jest, że przecinki dobrze postawiłeś, za interpunkcję, jak u mnie, fory; Pióro niestety, do najlżejszych nie należy. Ale przyciężkawe też nie jest, w istocie razi mnie to w taki sposób, że formą nie wiadomo do kogo jest to kierowane. Do tych „wyższych” warstw, za grube, dla „niższych”, za miękkie, nie za bardzo masz, tak sądzę, zdefiniowane grono odbiorców. W niszę też nie trafiłeś (jeszcze), nie ten czas. Treścią, początek O.K. Niezłe rozwiniecie, brak konkluzji.

  4. Pawel pisze:

    Ciąg młodych ludzi w stronę Korwina nie jest żadną szajbą ani modą, to racjonalny wybór z punktu widzenia człowieka w wieku 20-30 lat. Oni nie pamiętają i nie znają czegoś takiego jak państwo, które z jednej strony potrafiło przywalić obywatelowi pałą, ale z drugiej budowało miliony mieszkań dostępnych dla większości obywateli. Państwo, które pomimo braku demokracji było w światowej czołówce jeśli chodzi o takie sprawy jak polityka narkotykowa, prawo do świadomego macierzyństwa itd… Jednocześnie za przekręt gospodarczy na większą skalę można było nawet zapłacić głową. W PRL zła była władza, zła była PZPR, SB, ZOMO, ale niekoniecznie państwo, wystarczy przeczytać 21 postulatów z 1980 roku. Dzisiaj państwo polskie może cię co najwyżej okraść, zamknąć, obrabować do spółki z innymi złodziejami, czy to z korporacji, czy z banków, czy kościoła. Zatem korwiniści wychodzą z założenia poniekąd logicznego, że lepsze żadne państwo, niż takie jak obecne. I tu się z nimi różnię, bo po pierwsze jeśli nie będzie państwa (w sensie będzie bardzo słabe i małe) to powstanie próżnia w którą natychmiast wejdą podmioty prywatne, złodzieje umocowani za granicą, którzy zrobią tu kraj 3-go świata pełną gębą, natomiast faktycznie takie państwo jak obecne to niech je cholera weźmie, ale to nie państwo trzeba likwidować tylko jego skurwioną elitę i to w sensie dosłownym.

  5. Pioitr Ciompa pisze:

    Komentarza Pawła nie mogę pozostawić bez komentarza. Jakie miliony mieszkań budowała komuna? A o książeczce mieszkaniowej kolega słyszał? Założyli mi ją rodzice w latach ’70, w 1989 uprawniała mnie do nabycia mieszkania w … 2004 r. A kartki na żywność? A despotia biurokracji? Oddzielanie ówczesnego państwa od PZPR jest jak oddzielanie Hitlera od autostrad – proszę, państwo niemieckie „działało”.

    Skoro już wyszedłem na arenę, to odniosę się do tekstu. Zgadzając się z opisem sytuacji, nie zgadzam się z konkluzją. Bez „wysokiej” etyki nie uda nam się urządzić świata. A wysoka etyka to dla mnie zasady najtrudniejsze do ułożenia, które układają jak najmniej toksyczne relacje między dwojgiem ludzi – jeśli nie będzie bezinteresownego pokoju między kuchcikami, to wcześniej czy później nowy, wspaniały i egalitarny świat wyleci nam w powietrze. Mogę się zgodzić, że eksperymenty nowej lewicy są bezskuteczne, bo nie odnoszą się właśnie do tego aspektu, ale nie, że poszukiwania należy odłożyć na czas, jak już świat urządzimy. Wtedy będzie za późno, my potrzebujemy zasad wcześniej nim wyruszymy na wojnę. By się nie rozpisywać, odwołam się do kodu „Folwarku zwierząt” Orwella.

    Moja diagnoza jest taka, że pierwszą, ale nie jedyną przyczyną złego urządzenia świata jest deficyt etyki. Chrześcijaństwo już przestaje działać (mam nadzieję, że nie ostatecznie), natomiast etyka laicka co wypuści nowe pędy, to jest dewastowana przez nihilistów (np.Palikota). Zmiany ustrojowe mogą sprzyjać bardziej lub mniej etycznym wyborom sprzyjającym by jak największa liczba ludzi mogła poszukiwać swojego szczęścia jak chce, ale same w sobie zmiany strukturalne niczego nie rozwiążą, będą równie skuteczne co zostawienie przez Brytyjczyków swoim byłym koloniom afrykańskim Izby Gmin, a po roku spory głosowano maczetami. Dlatego ciemność widzę, widzę ciemność. Póki co mam wiarę, której jednak nie potrafię innym przekazać, że sytuacja, w której znalazł się Sebastian ma sens. Może go nie zniszczy, a zahartuje do spraw wielkich. Oczywiście, to nie jest głos za odłożeniem naszej roboty na czas, aż będziemy doskonali. Taka wiara byłaby tylko opium dla mnie samego.

    Niech z powyższego nie wynika mój dystans do tekstu. Uważam go za bardzo ważne rozdrapywanie ran, bez czego żadna refleksja etyczna nie powstanie. Autor postawił mi przed oczami dwóch moich nieprzeciętnych znajomych. Jeden był drukarzem w podziemnej Solidarności, zawalił z tego powodu studia i zaczął dużo pić ze względu na permanentne, stresujące zajęcie. Dziś jest człowiekiem-śmieciem. I drugi, jego rówieśnik, student SGH który w stanie wojennym zapisał się do reżimowego zrzeszenia studentów. Nie dlatego, że był komuchem, bo jak najbardziej był początkującym Europejczykiem z inteligenckiej rodziny, tylko po to, by móc wyjeżdżać na staże zagraniczne z AISEC. Dziś jest jednym z kapitanów polskiego biznesu i pewnie ma się za człowieka przyzwoitego. Oni nie byli niczym Sebastian i Maciej Kuroń liśćmi na wietrze, oni sami dokonali etycznych wyborów. I co? A dlaczego Obywatel nie ma takiego wpływu na rzeczywistość, na jaką – bez skrępowania to napiszę – zasługuje? Może lepiej było się jak niektórzy inni podłączyć pod jedną z partii? Nie, nie lepiej. Gdzie ja mógłbym znaleźć takie teksty jak powyższy? Zresztą, czy ci, którzy się podłączyli mają większy wpływ na rzeczywistość niż my? Nie mają. A my może jeszcze będziemy mieć.

  6. Mandark pisze:

    Mam nadzieję, że pan Górski ma lepsze powody do sugerowania, że stypendium dla syna Jacka Kuronia miało korpucyjny charakter, niż zacytowany fragment książki. Bo jeśli nie, to zadziwia mnie siła złej woli w interpretacji tekstu.

  7. Jakub pisze:

    Panie Piotrze Ciompa,

    W czasach PRL wybudowano ponad 5 mln mieszkań (żródło: http://ciborowski.host247.pl/prl.htm#8). Biorąc pod uwagę znaczny przyrost liczby ludności w latach powojennych było to jednak za mało, choć rocznie powstawało ich więcej niż obecnie. Tyle, że teraz ludności ubywa a nie przybywa. Niech pan zauważy, ile ludzi mieszkało w Polsce w 1946 roku, a ile w 1989. A traktowanie PRL jak III Rzeszę to chyba żart?

  8. Tomek Rysz pisze:

    Racja, autorze. Nierówność startu to bardzo usidlająca rzecz, to niesprawiedliwość społeczna. Dzieci elit biznesowych czy politycznych zawsze będą miały wygodniej, obojętnie jakie poglądy na użytek polityczny przyjmą (nawet rodziny Le Pen czy Giertychów to biedacy). Okropny jest przypadek opisanego tu młodego chłopaka. Poziom świadomości klasowej zerowy niestety. Jednak nie proponuję tu intelektualnej dysputy, wmówienia temu chłopakowi konieczności zbiorowego działania. Po prostu prospołecznych idealistów, a przede wszystkim mających nieco lepiej praktyków prospołeczności, trzeba „spotkać” z takimi ludźmi jak były Pański uczeń. No i wybić im z głowy korwinizm. Bo czy normalne i konieczne jest to, aby pracownik usprawiedliwiał swój wyzysk ?

  9. Tomek Rysz pisze:

    errata
    Ma być : nawet rodziny Le Pen czy Giertychów to też nie biedacy (mimo że swój elektorat rekrutujowali zwykle ze społecznych dołów)

  10. halina pisze:

    Czyta się bardzo dobrze, pióro lekkie, interpunkcja wyborna. Analiza bardzo trafna, obiektywna i prawdziwa. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem i zgadzam się z autorem.

  11. Kuba pisze:

    Już Pierre Bourdieu, wybitny francuski socjolog, podkreślał rolę różnych kapitałów, których posiadanie zdeterminowane jest przez warunki bytowe, czyli rodzinę, środowisko. Poszerzył jakby Makrsowską teorię akumulacji pierwotnej kapitału o składniki niematerialne, tj. wiedza, obycie w kulturze itp. Pojawia się pokusa żeby wszystko „zwalić” na geny. Ja uważam jednak, że zanim kogoś w ten sposób przekreślimy – dajmy mu szansę. I nie chodzi nawet o to żeby wszystkich zrównać „do dołu” (jak u Lenina). Zrównajmy, ale „do góry”. Świetny tekst! Daje do myślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>