Niełatwo być biednym

Przyjęło się uważać, że osoby ubogie lub tylko niezamożne są niezaradne i mniej obrotne od bardziej majętnych. Rzekomo nie potrafią rozsądnie korzystać ze swoich zasobów, które przecież każdy ma ograniczone i kwestią roztropności jest takie rozdysponowanie środków i wykorzystywanie okazji, by tychże zasobów wystarczyło na spełnienie potrzeb. Jeśli ktoś sobie z powyższymi zadaniami nie radzi, to po prostu nie przyswoił pewnych umiejętności i musi nad nimi czym prędzej popracować. Trzeba zauważyć, że i tak już mamy postęp, bo osoby ubogie w oficjalnym dyskursie nie jawią się już jako leniwe nieroby, lecz jako nieuki, nad którymi należy od święta się pochylić, z troską i sympatią, ale też słabo ukrywanym lekceważeniem podać „pomocną” dłoń i oczekiwać, że dzięki temu nie pozostanie im już nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce.

Bez wątpienia ten sposób myślenia, przyjęty przez większość społeczeństwa, jest wynikiem wytrwałej pracy grup homogenicznych nad lasowaniem mózgów. W ich interesie leży rozpropagowanie przeświadczenia, że to właśnie życiowa zaradność jest jedynym kluczem do sukcesu. Grupy te mają na podorędziu wielu pożytecznych idiotów w rodzaju Jurka Owsiaka czy „księdza” $tryczka, którzy z uśmiechem na ustach zawsze są gotowi do przeprowadzenia z rozmachem szeroko zakrojonej akcji koncesjonowanego miłosierdzia. Do dyspozycji mają też tabuny sportowców, aktorów i innych celebrytów, pierwszych do lansowania się w świetle kamer i masturbowania swojego ego cierpliwym wyciąganiem tych mniej umiejętnych Polaków z dołka, w jaki sami się przecież wpakowali swoim lekkomyślnym zachowaniem.

Jak to zawsze bywa, rzeczywistość jest zupełnie inna, niż chciałyby nam wmówić grupy dzierżące hegemonię. Gdyby prawda wyszła na jaw, poczułyby się one równie skonfundowane jak krezus, któremu dopiero co kupiony za ciężkie pieniądze śliczny puszysty kotek narobił po raz pierwszy na perski dywan. Biedni nie są tak niezaradni, jak chcieliby ci fałszywi samarytanie, którzy jedną ręką pomagają, a drugą bronią wizji świata uzasadniającej istnienie potrzebujących. Wręcz przeciwnie – gdyby wielu tych samarytan utknęło w podobnej sytuacji jak ci, nad którymi załamują ręce, byliby pewnie nieporadni jak dzieci. W gospodarce rynkowej biblijna zasada, według której dodane będzie tym, którzy już mają, a tym, którzy nie mają, odebrane będzie nawet to, co mają, wprowadzana jest dosłownie. Bogaci utrzymują swoją przewagę majątkową, gdyż w miarę bogacenia się otwierają się przed nimi nowe możliwości pomnażania majątku, zupełnie niedostępne dla osób na dole drabiny. Upośledzenie materialne rzuca ubogim kolejne kłody pod nogi – kłody, o istnieniu których zamożni nie mają nawet pojęcia. A wszystko to jest dodatkowo spięte klamrą mechanizmów wysysających środki z portfeli ubogich wprost do kieszeni zamożnych, w taki sposób, że ci drudzy nawet tego nie zauważają, dzięki czemu w najlepsze mogą sobie dalej mędrkować o nieporadności tych pierwszych.

Osoby dobrze zarabiające nie tylko mogą łatwiej otrzymać kredyt – przede wszystkim jest on dla nich dużo tańszy, ma niższe oprocentowanie i prowizję. Mają więc dostęp do dużo tańszego kapitału, choć byłyby w stanie zapłacić dużo więcej niż ubożsi. Dla osoby o niskich dochodach samo wzięcie kredytu jest dużo większym wysiłkiem, w dodatku musi zapłacić za niego więcej, nawet jeśli uda się uzyskać kredyt w normalnym banku, a nie w parabankowej instytucji kredytowej pobierającej lichwiarskie odsetki. Taka sytuacja byłaby jeszcze do zniesienia, gdybyśmy żyli w świecie, w którym nikt nikomu nie każe brać pożyczek. Jednak obecnie panująca wersja kapitalizmu oparta jest na kredycie, gdyż bez niego na wiele bardzo istotnych dóbr (mieszkanie, samochód) nie byłoby nas stać. Oparcie życia gospodarczego na pożyczce, w sytuacji, gdy ta jest bez porównania tańsza dla osób zamożnych, drastycznie zwiększa nierówności, i to w taki sposób, że nie jest to wykazywane w oficjalnych statystykach mierzących nierówności dochodowe.

Ale na tym nie koniec. Sektor finansowy nie tylko oferuje zamożnym tanie zadłużanie się, ale także szybkie i efektywne sposoby zarobku. Jednak te wysoko zyskowne instrumenty finansowe są zarezerwowane tylko dla górnej części hierarchii społecznej, bo minimalny wkład, jaki jest potrzebny, by się nimi posługiwać, jest poza zasięgiem niezamożnej części społeczeństwa. Ta ostatnia musi się zadowolić co najwyżej tradycyjnymi lokatami, często dającymi zysk zaledwie symboliczny. Co więcej, w obecnych czasach ograniczania publicznych systemów emerytalnych osoby bardziej majętne są wręcz zachęcane ulgami podatkowymi przez władze państwowe do inwestowania – ulgami, z których ubodzy nigdy nie skorzystają, ponieważ nie stać ich na akumulację środków na rynku finansowym. Zresztą zamożni ograniczają swe daniny publicznoprawne nie tylko wykorzystując ulgi: biura doradców podatkowych aż się palą, żeby zaoferować im usługi optymalizacyjne, dzięki czemu bogaci zyskują, lecz traci na tym budżet państwa. A w efekcie tracą warstwy ubogie, gdyż władze publiczne, szukając środków na załatanie deficytów wywołanych machinacjami możnych, przykręcają śrubę tym na dole drabiny społecznej, np. podwyższając podatki pośrednie, które uderzają w nich przede wszystkim.

Z drugiej strony, osobom niezamożnym gospodarka rynkowa permanentnie sypie piach w oczy. Jeżdżą starymi samochodami, więc płacą dużo wyższe obowiązkowe ubezpieczenie OC. Mieszkają w gorszych dzielnicach, więc jeśli chcieliby ubezpieczyć swoje mieszkanie także płaciliby wyższe stawki. Stać ich jedynie na lokum w gorszych miejscach, czasem wręcz poza miastem, w którym pracują, więc w podróży do pracy nie tylko tracą więcej paliwa, ale też czasu, który osoby zamożne mogą spożytkować np. na dodatkowy zarobek. Wykupują jedynie część leków, więc niezaleczone choroby wybuchają u nich w dwójnasób po jakimś czasie, co powoduje koszty jeszcze większe niż za pierwszym razem. Stać ich na żywność gorszej jakości, co jeszcze pogarsza ich stan zdrowia i generuje kolejne wydatki. Nie stać ich na wykupienie dodatkowych lekcji dla dzieci, więc te już na starcie mają pod górkę w rywalizacji z potomstwem ludzi zamożnych. Są wykluczeni z wielu obiegów informacji i kręgów towarzyskich, więc omija ich mnóstwo okazji do zarabiania, na które co i rusz natykają się osoby bywające w zamożnych środowiskach. Zabiegane i zajęte całymi dniami spinaniem końca z końcem nie mają czasu na budowanie sieci znajomości, które we współczesnej gospodarce rynkowej są niezbędne do osiągnięcia powodzenia materialnego.

Wisienką na tym niesprawiedliwym torcie są immanentne mechanizmy systemu, które wysysają środki z kieszeni mniej zamożnych wprost do kabz majętnych. Najlepszym przykładem jest rynek nieruchomości, które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata jednak dostępna tylko dla tych, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu na to dobro, a więc ze wzrostem ceny. Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą traktujący je nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia, czyli zazwyczaj ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, więc dla kolejnych szukających dachu nad głową ludzi jego zakup staje się coraz większym wyrzeczeniem, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. I oto mamy do czynienia w istocie z odwróconą redystrybucją – od biednych do bogatych.

Zresztą takich przykładów jest więcej. Innym jest opisany wyżej rynek kredytowy. Formalnie to bank udziela kredytu – jednak tak naprawdę jest on jedynie pośrednikiem. Pieniądze, które pożycza, z reguły nie należą do niego, lecz jego klienta innego rodzaju – depozytariusza. Ten dysponuje nadwyżką kapitału (czyli najczęściej jest człowiekiem majętnym) i decyduje o włożeniu pieniędzy na lokatę, by trochę na nich zarobić, dajmy na to 4%. Żeby ten zamożny mógł zarobić owe 4%, bank pożycza pieniądze człowiekowi w potrzebie na jeszcze większy procent, aby także zapewnić sobie zysk. W ten sposób relatywnie ubogi kredytobiorca spłacając z nadwyżką, dajmy na to, samochód niezbędny, by dojechać do pracy, daje zarobić bogatemu depozytariuszowi. Trzeba też pamiętać, że to właśnie ten mechanizm doprowadził do obecnego kryzysu – aby udobruchać amerykańskich pracowników, których realne pensje od lat stały w miejscu lub wręcz spadały, dano im możliwość wzięcia łatwego kredytu, dzięki czemu mogli jakoś zaspokoić niektóre z potrzeb. Niestety sytuacja wielu z nich była tak zła, że nie mogli ich spłacić, co doprowadziło do kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, a ten rozlał się na całą gospodarkę.

Jak widać, osoby ubogie wcale nie muszą być niezaradne. Często aby się utrzymać na powierzchni w ich sytuacji ekonomicznej, trzeba się wykazać zaradnością, z której istnienia ci „troskliwi” zamożni nawet nie zdają sobie sprawy. Upośledzenie materialne nie jest wcale wynikiem specyficznych cech charakteru lub braku jakichś umiejętności, lecz przede wszystkim miejsca w strukturze ekonomicznej społeczeństwa, „zajmowanego” najczęściej nie z własnej winy. Oczywiście nie zostanie to nigdy oficjalnie przyznane, gdyż obecnie dominujący przekaz jest wygodny dla grup hegemonicznych. W innym wypadku należałoby uznać, że progresywne systemy redystrybucji to nie jest łaska, którą bogaci dają biednym, ale niezbędny bezpiecznik systemu, w dużej mierze opartego na niesprawiedliwych mechanizmach. A o ileż łatwiej jest, zamiast płacić wyższe podatki, od czasu do czasu zaangażować się w akcję pomocową, a na co dzień korzystać ochoczo z usług swego doradcy podatkowego i innych specjałów przygotowanych przez system dla jego beneficjentów.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

23 odpowiedzi na „Niełatwo być biednym

  1. Juliusz Olszewski pisze:

    Proszę Autora o przesłanie na mojego maila jakichś konkretnych przykładów przedstawionych tu dwóch opinii dot. osób niezamożnych:

    a/ „….Jeżdżą starymi samochodami, więc płacą dużo wyższe obowiązkowe ubezpieczenie OC.

    b/ „…..Mieszkają w gorszych dzielnicach, więc jeśli chcieliby ubezpieczyć swoje mieszkanie także płaciliby wyższe stawki….”

    Pracuję w branży ubezpieczeniowej i nie spotkałem się z tak drastycznym zróżnicowaniem kosztów polis. Proszę o podanie źródeł tych informacji.

    Pozdrawiam.

    • Też miałem stare auto... pisze:

      Po co jakieś źródła, kiedy każdy posiadacz auta starszego niż 14 lat płaci 20% „zwyżkę” opłaty OC.

    • Piotr Wójcik pisze:

      Proszę bardzo, tutaj ma pan wyliczenia OC dot. Golfa nowego, a także 5, 10 i 15-letniego.
      https://ubea.pl/Czy-OC-bedzie-wyzsze-dla-starego-auta,artykul,909/
      Różnice są spore, np. w AXA między nowym a 15-letnim to nawet 170 zł rocznie.
      Co do ubezpieczenia mieszkania, to opierałem się na niedawnej rozmowie z moją doradczynią ubezpieczeniową ws. ubezpieczenia mieszkania. Stawka składki w zakresie ubezpieczenia od kradzieży różni się w zależności od bezpieczeństwa dzielnicy.

  2. Ale to jest na serio? pisze:

    Zauważyłem, że autor używa wielu słów, których znaczenia nie rozumie (bo nie sądzę, by celowym zabiegiem było używanie ich niezgodnie ze znaczeniem), posługuje się ogólnikami, niczym nieuzasadnionymi założeniami i brakiem jakiejkolwiek logiki. I tej kretyńskiej, XIX-wiecznej dychotomii „biedni-bogaci”.

    Ja bym się wstydził pod tym podpisać.

    • Janusz Dąbrowski pisze:

      Ja bym się wstydził taki komentarz napisać.
      Oczywiście nie ma dychotomii biedni-bogaci, bo wszyscy są sobie równi.

  3. Jolanta pisze:

    Nie zgadzam się z powyższym absolutnie! Nie pochodzę z rodziny zamożnej ani moi rodzice z takich nie pochodzą, ale jednak zarówno moi rodzice jak i ja bo tej zaradności nauczyłam się od nich cały czas wybijamy się ponad to o czym Pan tutaj pisze.. Nie prawdą jest, że biedni jeżdżą byle jakimi starymi autami bo ich nie stać na lepsze! Nie prawdą jest że muszą brać kredyty! Prawdą jest natomiast, że są życiowo niezaradni, brakuje im kreatywności i przede wszystkim brakuje im chęci do zmiany swojego życia! Człowiek sukcesu od człowieka niezaradnego różni się tylko mentalnie. Człowiek niezaradny ma marzenia, których nigdy nie realizuje nie z braku funduszy ale z powodu braku podjęcia działania. Człowiek sukcesu nie marzy – człowiek sukcesu stawia sobie cele i dąży do ich realizacji nawet jeśli nie ma na to środków finansowych. Nie prawdą jest, że ludziom sukcesu wszystko przychodzi łatwo i bez wysiłku tak jak to się wydaje tym niezaradnym – to jest dobre tłumaczenie się tych niezaradnych i leniwych do tego by nic nie robić i nie zmienić własnego życia. Znacznie łatwiej jest bowiem narzekać i oceniać niż wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zacząć działać i realizować swoje cele. Jeśli nie umiesz biegać – idź, jeśli nie umiesz chodzić – raczkuj, jeśli nie możesz raczkować – czołgaj się ale REALIZUJ CELE. Od siedzenia i narzekania nikt jeszcze niczego nie osiągnął! Ludziom sukcesu nie należy zazdrościć – trzeba brać z nich przykład. Ani Zuckerberg ani Jobs nie byli ludźmi bogatymi i nie wywodzili się z bogatych rodzin – mieli pomysł, wykorzystali i pomnożyli swoje talenty. O to chodzi w biblijnej przypowieści by nie zakopać talentu pod ziemią ale by go pomnożyć. Nie ma ludzi bogatych i biednych finansowo – są ludzie bogaci i biedni umysłowo! Nawet syn najbogatszego człowieka na ziemi jeśli będzie głupcem stanie się biedakiem – bo głupiec i pieniądze szybko się rozstają niestety.. znam ludzi którzy mają każdego miesiąca znacznie więcej pieniędzy niż ja, a żyją w znacznie gorszych standardach i nigdy im nie wystarcza do 10-tego. W zaradności życiowej nie chodzi o to by zaradnie ciułać od 10-tego do 10-tego ale by iść pod prąd i wbrew przeszkodom realizować siebie. Zarobić można dosłownie na wszystkim – trzeba tylko wiedzieć jak.. Mimo przeciwności losu i kłód rzucanych pod nogi założyłam firmę – bez dotacji Zacisnęłam pasa, zaoszczędziłam, nie pozwoliłam sobie na wiele przyjemności których inni sobie odmówić nie pozwolą i udało mi się bo nie marzę – stawiam cele i je realizuję i nawet jeśli po drodze zdarzają mi się potknięcia i nie zawsze udaje się coś zrealizować za pierwszym razem wstaję, otrzepuję kolana i idę dalej – mądrzejsza o kolejne doświadczenia. Wcale nie trzeba kupować starego auta – bo kupując starego grata włożymy w niego więcej niż gdybyśmy zacisnęli trochę pasa odmówili sobie wielu rzeczy bez których da się przecież żyć po to, by kupić lepsze auto – którego nie będzie trzeba zaraz naprawiać, ludzie kiedyś samochodów nie mieli i żyli. Jeśli ktoś ma nie satysfakcjonującą pracę czy też płacę – jedyne co stoi na przeszkodzie by zmienić ten stan rzeczy to dojrzeć do odpowiednich decyzji i podjąć działanie, nie trzeba wcale od razu porzucać pracy, trzeba tylko zacząć szukać nowej i lepszej, a jeśli komuś brakuje kwalifikacji to trzeba te kwalifikacje zdobyć – i wcale nie trzeba mieć w tym celu pieniędzy! Nawet jeśli ktoś jest bezrobotny i na totalnym „bezkasiu” można się dokształcać i zdobywać kwalifikacje – wystarczy wykorzystać możliwości które SĄ! Bo możliwości są! Tylko trzeba ruszyć zad i po te możliwości sięgnąć.. ale to oczywiście wiąże się z koniecznością NAUKI – niestety wielu osobom się nie chce, co miałam okazję zauważyć – ja wykorzystuję swoje szanse i staram się z życia jak z cytryny wyciskać wszystko co tylko mogę – skorzystałam z DARMOWEGO kursu, za uczestnictwo w którym jeszcze dostałam na dodatek stypendium i dzięki temu dziś mam firmę – bo mi się chciało! I chciało mi się uczyć – a nie dlatego, że byłam bogata. Były takie zimy w które chodziłam w jednych butach i jednej kurtce z moją mamą. Dziś mam firmę BO MI SIĘ CHCIAŁO RUSZYĆ DUPĘ! I dziś jako przedsiębiorca jeszcze bardziej widzę, jak bardzo innym się nie chce i dlatego są biedni.. myślą, że wystarczy wysiłek wkładany w to by przetrwać od 10 do 10 – otóż nie! Nie wystarczy! Czasem trzeba się nie wyspać, nie najeść a nawet zmarznąć by coś osiągnąć! Sukces nigdy nie przychodzi łatwo – tak wydaje się tylko tym, którzy nigdy nie ruszyli tyłka z kanapy.. Sukces wymaga poświęceń, nieprzespanych nocy, pracy ponad siłę – czasem nawet pracy za darmo.. Ja przez wiele lat robiłam za darmo to – co dziś robię za pieniądze. Wtedy kiedy wszystkim w koło wydawało się, że tracę czas, że nic mi z tego nie wyjdzie, dziwili się, że chce mi się robić coś za darmo i jeszcze do tego dokładać pieniądze i uważali moje działania za bezsensowne. Dziś wielu pyta jak ja to zrobiłam, a ja im odpowiadam, że jeszcze nic nie zrobiłam i że ciągle jestem jeszcze na początku drogi do celu. Dziś ci którzy w 2008 roku mówili, że tracę czas są w tym samym miejscu w którym byli w 2008 roku, a ja jestem dużo dalej od nich.. Dziś zrób to czego innym się nie chce, by za jakiś czas mieć to o czym inni tylko marzą.

    • wojtek pisze:

      przedsiębiorczość jest pożadana ale: żeby zacisnąć pasa, oszczędzić i realizować pasje trzeba mieć kapitał startowy. Zarabiając 1200zł jakiego czasu potrzebujesz żeby podjąć jakiekolwiek działanie?

    • POsa pisze:

      Ok. Wyszedłem z bezdomności, więc wiem, że to co piszesz to jest tylko połowa prawdy.
      Podam przykład ekstremalny, ale dobrze obrazujący o co mi chodzi. Ale takie impasy występują na każdym poziomie „ubóstwa”.
      Jeśli jesteś bezdomnym to nie masz gdzie się przebrać i umyć ergo nie masz jak starać się o pracę ergo nie masz z czego zapłacić za mieszkanie i ubranie… Pętla się zamyka.
      Ja to już mam za sobą, ale wcale nie znaczy to że mam dużo większe możliwości poprawienia swojego stanu materialnego.

      • Piotr Wójcik pisze:

        Pełna zgoda, zwrócił Pan uwagę na bardzo ważną kwestię. Człowiek ubogi ma bardzo ograniczone możliwości, żeby mówiąc kolokwialnie „o siebie zadbać”, przez co np. na rozmowie kwalifikacyjnej już na starcie jest na gorszej pozycji, bo nie prezentuje się tak dobrze jak zamożny kandydat na to samo stanowisko.

        • Shigella pisze:

          Dodajmy ze do zatrudnienia przydaje się też taki drobiazg jak dowód osobisty – a koszty wyrobienia go nie są zerowe, zwłaszcza gdy poprzednie miejsce zameldowania było „gdzieś w Polsce”.
          Dla mnie wyrobienie dokumentów to pewna niedogodność, dla mojego pracującego za grosze sąsiada konieczność pomanewrowania, dla osoby bezdomnej jest to Everest (moja rodzicielka pomagała niedawno jednemu człowiekowi wyrobić dowód, stąd znam kwestię z niezłego źródła).
          Dochodzą do tego braki kwalifikacji i sensownych metod zdobycia, wyroki – często jedna głupota z młodości i zostaje krecha w papierach, a w wielu zawodach wymagana jest niekaralność.

          • Michał pisze:

            To miej pretensje do siebie, wyciągnij wnioski i dobrze wychowaj dzieci, a nie próbujesz obarczyć winą za swoje braki w kwalifikacjach firmę, która Cię zatrudnia.

      • sevencats pisze:

        To nie jest przykład ekstremalny. Pracowałem z pewnym bezdomnym. Mył się i golił w pracy w umywalce przy WC. Praca była z kategorii tych najcięższych i najniżej opłacanych. Na dobrą sprawę wynagrodzenie nie wystarczało nawet na przyzwoite odżywianie o wynajmie mieszkania nie wspominając. Wątpię, aby jako bezdomny dostał lepszą (W tej okolicy lepsza praca jest dla tych, którzy „kogoś znają.”), więc skazany jest na wegetację na najniższym poziomie.

    • małgorzata bratek pisze:

      No, widzi Pan, taki świetny i z siebie zadowolony Pan jest. A gdyby Pan tak chry np. na SM był, albo wzrok utracił, też by Panu tak dobrze szło?

      • POsa pisze:

        Nie wiem czy komentarz się odnosił do mnie, ale jeśli tak to dodam że od parę lat temu lekarz zapowiedział mi wózek inwalidzki z powodu stanu kręgosłupa. Jeszcze nie mam potrzeby, ale mam duże problemy z poruszaniem się, staniem czy nawet siedzeniem. Ból utrudnia nawet zasypianie. Także też nie jest tak, że młody, zdrowy to dlatego sobie poradził.
        Z resztą po co ta bzdurna zawiść i licytacja „kto miał gorzej”. ważne są wnioski jak dać sobie radę.

    • Shigella pisze:

      Piękna historia, trochę podobna do mojej, aż się wzruszyłam.
      Mam jednak kilka „ale”:
      Autorka ma wspierających i stanowiących pozytywny wzorzec rodziców. Sądząc z poprawnej pisowni – wyniosła z domu kapitał kulturowy, którego się nie docenia. Podejrzewam, że gdyby urodziła się jako szóste dziecko w rodzinie, w której matka drukowanymi literami wpisuje, za syn nazywa się Ókasz a córka Pałlina (to nie przesada, widziałam takie cuda na własne oczy), a rodzina żyje z pracy dorywczej to jej start byłby trudniejszy.
      Nie każdy jest „kreatywny” – to nie jest przestępstwem. Nie każdy chce i umie podjąć ryzyko, zwłaszcza że nie ma żadnej gwarancji, że ryzyko przyniesie owoce – znam kilka przykładów, że świetny pomysł, pracowity człowiek i wielki pech – choroba, nieuczciwi kontrahenci i rodzina zostaje na lodzie.
      Fiskalizm jest potrzebny, podobnie jak pilnowanie „wycieków” do rajow podatkowych – bo przedsiębiorstwa korzystając z wznoszonej przez podatników infrastruktury nie dają nic w zamian.

    • Babcia Stefa pisze:

      Wzruszające, ale zieje ignorancją na kilometr.

      Cukieras wywodzi się z zamożnej rodziny (dentysta i psychiatra), na tyle zamożnej, że stać ją było na Harvard, a przybrani rodzice Jobsa byli nie byli bogaci, ale wydali oszczędności życia, żeby wysłać go do Reed College, co jest o tyleż istotne, że w Stanach (i nie tylko) to, gdzie i z kim studiujesz jest o rząd wielkości ważniejsze od tego, co faktycznie umiesz.

      Rozumiem, że jak latami robiłaś za darmo to, co teraz robisz za pieniądze, to mieszkałaś po mostem i żywiłaś się kosmiczną energią?

    • sevencats pisze:

      Ciekawe, co byś napisała gdybyś to Ty musiała wspierać rodzinę? A gdybyś nie miała żadnej rodziny?

  4. adamovski pisze:

    Ci sami „biedni” i „niezaradni” zyciowo ludzie, gdy w koncu uciekna z Polski w normlnych krajach egzystuj normlnie, sa cenionymi pracownikami, razabiaja normalne pieniedze, a czasami p latach zakladaja wlasne firmy. Widzialem mase takich przykladow mieszkajac w Holandii. Po prostu w Polsce sa regiony gdzie nie da sie zyc – przy 50% osob dostoslych bez pracy, nie da sie zarobic w zaden sposob (chyba ze ma sie znajomosci lub prace na etacie panstwowym). Zadna zaradnosc zyciowa, energia, etc nic to nie da – sam widzielm przyklad czlowieko ktory probowal rozwinac 3 wlasne interesy w rejonie o wysokim bezrobociu, w wszystkie 3 splajtowaly. Ten sama dzialalnosc gospodarcza otwarta we Wroclawiu przynosila ladne zyski przez wiele lat…

    • Piotr Wójcik pisze:

      Tak dokładnie jest. Wg Branko Milanovica, jednego z najlepszych ekspertów od nierówności, za różnice w zarobkach aż w 2/3 odpowiada sam kraj zamieszkania. Czyli coś, za co odpowiadamy w bardzo małym stopniu, bo nikt nie wybiera miejsca, gdzie się urodzi.

  5. rybka pisze:

    Do Jolanty. Cóż, jak ludzkość ludzkością – istnieje pytanie „cóż to jest szczęście?” No tak, jeśli ktoś ocenia sukces w walucie, to faktycznie głupi, gdy nie stawia wszystkiego na kasę. Ale nie dla wszystkich jest to najwyższa wartość. Ludzie nie goniący za pieniędzmi zazwyczaj dlatego nie gonią, że coś innego jest ważniejsze. Wg pani – kobieta podcierająca pupy za granicą „wzięła życie we własne ręce”. Ta sama kobieta cierpiąca biedę, bo zdecydowała się j.w. własnej matce – jest… Nieukiem? Nieudacznikiem? Nie jest nastawiona na sukces? Najzwyklejszy konflikt wartości wielu ludzi spycha w ubóstwo. Nie każdy chce brać udział w wyścigu szczurów. A każdy wartościowy człowiek powinien mieć z czego żyć, po prostu żyć. Móc robić swoje i mieć na chleb. Zresztą – wyobraźmy sobie świat samych dążących do sukcesu (materialnego) i ciężko pracujących. No, jakoś wszyscy nie mogą odnieść sukcesu.
    I na koniec: „kapitalizm polega na prywatyzacji zysków i uspołecznianiu strat”.

    • małgorzata bratek pisze:

      Przykład z opiekunką tu i tam – bardzo trafny. I nie chodzi o wybór systemu wartości, a o zwykłe poczucie obowiązku wobec chorego członka rodziny.

  6. Adam pisze:

    Dobry artykuł, słuszne spostrzeżenia, trafna diagnoza …z tym że proponowane lekarstwo czyli fiskus w roli Robin-Hooda i polityka Keynesa nic raczej nie pomogą za wyjątkiem chwilowego rozładowania frustracji społecznych. Gdyby to było takie proste to dawno zlikwidowalibyśmy biede przy pomocy ustaw czy fiskalnie – odbierając bogatym i rozdając biednym. Czytam obecnie kapitał XXI w. Pikettyego i również jestem zaniepokojony coraz większym znaczeniem dziedziczenia pozycji społeczno-ekonomicznej a coraz mniejszym znaczeniu pracy i talentu. Zwiększenie fiskalizmu przegoni jedynie kapitał do rajów podatkowych, a cięzko pracujące jednostki zniechęci do wysiłku. Największym jednak absurdem współczesnego kapitalizmu jest mocno przeszacowana rola banków dostarczających rynkom pustego pieniądza w sposób powodujący pompowanie baniek na rynkach – w konsekwe
    ncji z największą szkodą dla tej części społeczeństwa która utrzymuje sie z pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>