Minimalna granica przyzwoitości

Uchwalenie godzinowej stawki minimalnej dla umów zleceń zbliża się coraz większymi krokami i wiele wskazuje na to, że jeszcze w drugiej połowie bieżącego roku to rozwiązanie, które w polskich warunkach powinno być po prostu oczywistą koniecznością, w końcu się urzeczywistni. Wiele mówi o prawdziwym stanie polskiego rynku pracy fakt, że przepis, który ma jedynie zapewnić przestrzeganie prawa w zakresie minimalnego wynagrodzenia, może rzekomo doprowadzić do likwidacji miejsc pracy na wielką skalę. We wszystkich innych dziedzinach życia kogoś, kto użala się nad faktem, że nie będzie mógł już swobodnie łamać prawa, nazwalibyśmy co najmniej hipokrytą, jednak zasada ta dziwnym trafem nie obejmuje ekonomii. W debacie o gospodarce argumenty wysuwane przez podmioty regularnie łamiące przepisy zawsze były traktowane jako warte rozważenia, nawet jeśli w innych okolicznościach podobne tezy uznalibyśmy za ordynarny szantaż. Jako że kijem biegu Wisły nie odwrócę, zagram przez moment na tych wątpliwych warunkach.

Trzeba na początek ustalić jedno – wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej dla umów cywilnoprawnych nie jest jakąś łaską dla pracowników, lecz rozwiązaniem, które ma umożliwić realne funkcjonowanie przepisów od dawna już formalnie istniejących. Płaca minimalna w Polsce oficjalnie jest w miarę przyzwoita (jak na polskie bieda-warunki oczywiście). W roku 2015 wynosiła 1750 zł brutto, a przeciętne wynagrodzenie według GUS wyniosło 4121 zł, tak więc stanowiła ona ok. 42 procent średniej krajowej. W większości krajów europejskich, które wprowadziły ogólnokrajową płace minimalną (a tych jest 22), wskaźnik ten mieści się w przedziale 40-45 proc., więc nie odbiegamy tu od normy. Problem w tym, że w Polsce takie rozwiązanie to w dużej mierze fikcja. Pracodawcy, dzięki szerokim możliwościom nadużywania umów cywilnoprawnych, bez zażenowania oferują umowy zlecenie z taką godzinową stawką za pracę, która w żaden sposób nie koresponduje z oficjalną płacą minimalną. Godzinowa stawka minimalna wynikająca z przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, która obowiązuje umowy kodeksowe, w przeliczeniu w 2015 r. wynosiła ok. 10 zł brutto, tymczasem w niektórych branżach (ochroniarstwo, firmy sprzątające) takie wynagrodzenie jawi się niczym niedościgłe marzenie – królują tam stawki kilkuzłotowe.

I właśnie m.in. dlatego jesteśmy w ścisłej unijnej czołówce, jeśli chodzi o odsetek pracowników zarabiających nie więcej niż wynosi pensja minimalna. Stanowią oni w Polsce aż około 10 proc. zatrudnionych, co jest piątym wynikiem w UE. Bez porównania mniej jest ich chociażby na Słowacji czy Węgrzech (po 4 proc.) czy nawet w Bułgarii (3 proc.). W Polsce ten wskaźnik jest tak „napompowany”, ponieważ poza osobami zarabiającymi pensję minimalną istnieje jeszcze spory segment rynku pracy wynagradzany poniżej jej poziomu.

Oczywiście istnienie takiego „triku” umożliwiającego swobodne płacenie głodowych stawek na umowach zlecenie, bez oglądania się na jakieś fanaberie w rodzaju przepisów o wynagrodzeniu minimalnym, musiało skończyć się eksplozją uśmieciowionego zatrudnienia. I właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych. Co więcej, szybko gonimy Chile, które co prawda wciąż jest pierwsze (29,2 proc.), ale w kraju, gdzie reżimu elastyczności uczył sam generał Pinochet, ten wskaźnik regularnie co rok spada, natomiast nad Wisłą rośnie. O ile te akurat dane są dość dobrze znane i często w Polsce omawiane, to z niezrozumiałych powodów rzadko się u nas mówi o danych dotyczących pracujących zagrożonych ubóstwem, których jest tu zdecydowanie najwięcej w regionie. Jest to oczywiście bezpośrednim wynikiem umożliwienia płacenia im głodowych stawek. Pracownicy, którzy są zagrożeni ubóstwem, stanowią w Polsce aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych, tymczasem w Czechach jest ich zaledwie 3,6 proc., na Słowacji 5,7 proc., na Węgrzech 6,4 proc., a w Bułgarii 9,2 proc. W Europie wyprzedzają nas pod tym względem w zasadzie jedynie ciężko przechodzące kryzys kraje południa Europy (Portugalia 10,7 proc., Hiszpania 12,5, Grecja 13,4, ale już nie Chorwacja – 5,7 proc.) oraz Rumunia (19,6 proc.). W zdecydowanej większości krajów UE ten wskaźnik jest jednocyfrowy, jednak my do tej większości nie należymy. Niestety w wyniku masowego omijania przepisów o płacy minimalnej Polska stała się krajem, w którym praca nie chroni przed ubóstwem.

Ile mają wspólnego z prawdą ostrzeżenia, że wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej spowoduje eksplozję bezrobocia dobrze pokazuje przykład Niemiec, które w 2015 r. wprowadziły ją w całej federacji w kwocie 8,5 euro za godzinę. Była to nad Renem bez mała rewolucja, gdyż do tej pory nie funkcjonowała tam ogólnokrajowa płaca minimalna, tymczasem wprowadzono ją od razu na wysokim poziomie. W przeliczeniu na miesięczne zarobki płaca ta wynosiła w Niemczech 1473 euro, co przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oznaczało, że jest ona w Niemczech drugą najwyższą w UE, po Luksemburgu (bez uwzględnienia siły nabywczej piątą najwyższą). Mimo to nie nastąpił wróżony przez ekspertów wzrost bezrobocia – wręcz przeciwnie, spadło ono o pół punktu procentowego. Pod koniec 2014 r. wynosiło 5 proc., a pod koniec 2015 r., czyli po roku obowiązywania nowych przepisów, wyniosło 4,5 proc., co oznacza, że obecnie niemieckie bezrobocie jest… najniższe w UE.

Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. Jednak te „bieda-prace” i tak są w istocie jedynie formą ukrytego bezrobocia, gdyż ubodzy pracujący, których jak widać jest w Polsce zdecydowanie najwięcej w regionie, muszą dodatkowo korzystać ze wsparcia chociażby pomocy społecznej. Zatem do tych najniżej wynagradzanych miejsc pracy, z których korzyści czerpią niektórzy pracodawcy, musimy dopłacać my wszyscy. Wszyscy zrzucamy się na pomoc socjalną dla ubogich pracujących, zapewniamy im opiekę zdrowotną, na którą sami nie mogą się składać lub składają się na nią jedynie w minimalnym wymiarze, a gdy przejdą na emeryturę znów będziemy ich wspierać transferami, gdyż pracując za głodowe stawki nie będą w stanie odłożyć składek wystarczających na godziwą emeryturę. Tymczasem zyski z tego, że można w Polsce całkowicie legalnie zatrudniać ludzi za kilka złotych na godzinę, powędrują do kieszeni poszczególnych cwaniaczków, którzy jeszcze w towarzystwie czy debacie publicznej uchodzić będą za wielkich przedsiębiorców, niemal w pojedynkę tworzących nasz mityczny PKB.

Trzeba w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że „biznesmeni” oferujący „miejsca pracy” za 6 zł na godzinę bezczelnie żerują na całym społeczeństwie, a więc nie są żadnymi bohaterami kapitalizmu. Firmy, które mogłaby zarżnąć godzinowa stawka minimalna wysokości proponowanych przez rząd 12 złotych, nigdy nie powinny powstać, gdyż nie stanowią żadnej wartości dodanej dla polskiej gospodarki. Miejsca pracy, które oferują, to żadne miejsca pracy, bo wszyscy do nich dopłacamy. Zdrowszą już sytuacją będzie, gdy ci „przedsiębiorcy” przestaną udawać, że zatrudniają i płacą, państwo przestanie udawać, że bezrobocie jest niskie, a ci wszyscy biedni ludzie, którzy tracą nawet i po kilkanaście godzin dziennie ofiarowując swoją energię za bezcen, oficjalnie przejdą na jakiś czas na garnuszek państwa i skupią się na podwyższaniu swoich kwalifikacji oraz szukaniu lepszej pracy. Bo po 12 godzinach pracy w ochronie człowiek raczej nie ma już sił próbować popchnąć swoją karierę zawodową do przodu i może z tego powodu utknąć w takiej „bieda-pracy” na lata.

Dobrze o tym wiedzą ci, którzy korzystają z tej niemal darmowej pracy. Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy. Firmy, które rentowność uzyskują dzięki temu, że mają do dyspozycji prawie darmową siłę roboczą, nie stanowią żadnej wartości i powinny upaść jak najszybciej, gdyż jedynie zaśmiecają rynek – stanowią nieuczciwą konkurencję wobec tych, którzy niekoniecznie chcą robić biznes na wyzysku, a także powodują obniżenie rynkowych stawek oraz zniekształcanie oficjalnych statystyk rynku pracy.

Jednak oczywiste jest, że zdecydowana większość miejsc pracy wycenianych poniżej pensji minimalnej przetrwa. Przecież niemożliwe jest, by różne podmioty nagle zrezygnowały z usług firm ochroniarskich czy sprzątających, a niektóre hipermarkety z kasjerek. Po prostu nie będą miały innego wyjścia, niż w końcu zapłacić swoim ludziom przyzwoicie. Trzeba będzie się pogodzić z faktem, że za niektóre produkty i usługi będziemy musieli zapłacić więcej, ale zrekompensuje nam to fakt, że zwiększymy dynamikę gospodarczą dzięki włączeniu w życie gospodarcze wielu osób, do tej pory z niego wykluczonych. Część ludzi na pewien czas straci pracę, która i tak nie była specjalnie wartościowa, za to dużo więcej osób dostanie wyższe pensje, dzięki czemu sytuacja na rynku pracy się polepszy, na czym ostatecznie skorzystają także ci pierwsi. No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że ci wątpliwej jakości pracodawcy pozwalniają wszystkie sprzątaczki i wszystkich ochroniarzy i sami chwycą za mopy albo staną w stróżówkach.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

19 odpowiedzi na „Minimalna granica przyzwoitości

  1. Dyzio pisze:

    Obywatelu mylicie się. W dobrej wierze, ale się mylicie.
    Piszecie: „właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych”. Oczywiście nie wszystkie to umowy cywilnoprawne, ale znaczna część tak. Później jednak piszecie: „Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. ”
    Macie rację, tylko problem polega właśnie na tym, że u nas procent ludzi pracujących na umowach zlecenie i o dzieło poniżej płacy minimalnej jest duży, dlatego ten ubytek będzie znaczący i odczuwalny.

    W Polsce ludzie zarabiają za mało, rozwarstwienie dochodów jest zbyt duże, skandalicznie duże. Jednak trzeba zrozumieć dlaczego. To stopa bezrobocia, a właściwie stosunek wakatów do liczby chętnych do pracy stanowi o cenie pracy. Są zawody i profesje, gdzie wakatów jest mało, ale ludzi szukających pracy również więc ci zarabiają coraz więcej, ale zdecydowana większość, szczególnie tych o najniższych kwalifikacjach jest w sytuacji w której o miejsce pracy musi walczyć z kilkudziesięcioma osobami. W takiej sytuacji to pracodawca dyktuje warunki. To, że państwo Polskie swoją polityką powoduje taki stan rzeczy jest skandalem. Mamy od 25 lat niemal cały czas dwucyfrowe bezrobocie. Nigdy nawet nie zbliżyliśmy się do 5%. W Szwajcarii bezrobocie wynosi 3%, a 90% obywateli zarabia powyżej 4000 Euro miesięcznie (ponad 70% średniej). Nie potrzebują do tego płacy minimalnej. W Szwecji, Danii, Norwegii płacy minimalnej także nie ma. Warto o tym pamiętać.
    Czy płaca minimalna działa? Tylko teoretycznie. Działa, ale w momencie gdy jest niskie bezrobocie, Działa, gdy oscyluje w pobliżu realnej ceny rynkowej pracy. Gdy w Anglii w czasie kryzysu zaczęło rosnąć bezrobocie, nagle pojawił się problem tzw zero hour contracts. To coś dużo gorszego niż nasze „umowy śmieciowe”. Wszystko wróciło do normy, ale dzięki temu, że bezrobocie spadło. To rynek decyduje o cenie pracy, tak samo jak decyduje o cenie marchwi, jabłek, komputerów itd.
    To co na pewno należy zmienić, to wysokość opodatkowania dzisiejszej pracy, szczególnie tych najniżej zarabiających. Proszę sobie porównać jakie podatki płaci się od płacy minimalnej w Anglii, a jakie w Polsce. Polska płaca minimalna wynosi dziś już ponad 2200 zł. Tyle do ręki dostawałby pracownik, gdyby nie państwo.
    Zbyt wysokie opodatkowanie pracy, względem konsumpcji, a szczególnie kapitału powoduje, że łatwiej jest mnożyć kolejne miliony, niż dorobić się tego pierwszego. Dlatego nierówności rosną i będą rosły. Tu trzeba zrozumienia, chęci wspólnej dyskusji i próby szukania rozwiązania, a nie ideologii, głupich dziecinnych waśni, obrażania się nawzajem, czy ignorowania krytycznych głosów.
    Głupotą jest głuchość na czyjeś argumenty, w ten sposób niczego się nie osiągnie. Zacietrzewienie, przeświadczenie o własnej nieomylności do niczego nie prowadzi. Celem przecież nie jest mieć rację, tylko to, aby ludziom najbiedniejszym żyło się lepiej. Żeby zniknął wyzysk i bieda, złodziejstwo i korupcja.
    Takiemu celowi nie służy na pewno usuwanie komentarzy, które tutaj również zauważyłem jakiś czas temu. Nie można dyskutować z kimś kto ma takie same poglądy, bo to do niczego nie prowadzi. Więc albo prowadzi się dyskusję szanując wolność słowa, albo stosuje się zwykłą cenzurę, oraz prowadzi propagandę, której celem nie jest dojście do prawdy, ale narzucenie innym swojego punktu widzenia.
    Jeżeli chcemy zmienić nasz kraj na lepsze, musimy ze sobą rozmawiać, szanując to, że mamy różne zdania i szukać punktów wspólnych. Inaczej tego nie osiągniemy Obywatelu.

    • I00I pisze:

      „Polska płaca minimalna wynosi dziś już ponad 2200 zł. Tyle do ręki dostawałby pracownik, gdyby nie państwo.”

      WOW, zwieńczający wywód o rynkowej wycenie pracy argument „gdyby nie państwo…” każe mi wyobrazić sobie, że zamiast Rzeczpospolitej mamy wszędzie Amazona.

  2. Bezrobotny pisze:

    Prawda jest taka, że do póki w Polsce nie spadną koszta pracy do póty na nie wiele da podnoszenie pensji minimalnej, aczkolwiek trzeba wprowadzić akty prawne, które unormują sytuację z umowami cywilno-prawnymi. Co do „oglądania” się na inne kraje wydaje mi się, że to nie jest dobra droga, tu trzeba raczej skupić się na własnym podwórku i szukać własnych rozwiązań, a nie patrzeć gdzie jest płaca minimalna, a gdzie jej nie ma.

    • nocman pisze:

      Można jeszcze obniżyć koszty pracy. Państwo jeszcze bardziej nie będzie miało na swoją działaność, kapitalista będzie miał więcej w kieszeni, Tu będziesz zarabiał wciąż tyle samo. Wszak po co płacić więcej za godzinę, skoro można pięć złotych.

      • Roma pisze:

        Jeżeli spadek cen ropy powoduje, że spadają ceny wszystkich towarów, to znaczy że spadek kosztów pracy spowoduje ten sam efekt. To oczywiste. Podstawowe zasady ekonomii.

    • shoom pisze:

      Samo ustawowe podniesienie pensji minimalnej oczywiście niewiele da, tu zgoda. Ale nie rozumiem czemu spadek kosztów pracy (domyślam się że pozapłacowych?) miałby przynieść pozytywny efekt i przełożyć się na wzrost wynagrodzeń.

      Trochę Korwinem zaleciało, więc polecam przewietrzyć pokój i sprawdzić dane (np. Eurostatu) nt. rzeczywistych kosztów pracy w Polsce. Podpowiem, że bliżej nam do Bangladeszu pod tym względem, niż do krajów „starej” UE. Z drugiej strony, Polskę cechuje wysoki wskaźnik HC ROI (Human Capital Return On Investment – zwrot z inwestycji w kapitał ludzki), obliczany również po uwzględnieniu pozapłacowych kosztów pracy. Ponownie odstajemy od „starej” UE.

      Dodajmy do tego relatywnie niskie podatki i skomplikowano-dziurawy system podatkowy sprzyjający „optymalizacji” (czytaj: dalszemu obniżaniu opodatkowania), wysoki udział oszczędności firm w relacji do PKB i kilka innych „smaczków” takich jak rozrośnięta szara strefa (wbrew popularnym mitom pracownikom opłacanym „pod stołem” nie oferuje się kokosów – polecam w tej materii badania BAEL prowadzone przez GUS np http://rynekpracy.org/x/568897), a czarno na białym widać że problem nie leży po stronie pracownika (a przynajmniej nie przede wszystkim), tylko pracodawcy.

      Statystyki statystykami, ale obserwacje „z życia wzięte” też to potwierdzają. W mojej branży (okołobudowlanej) wystarczająco dużo naoglądałem się cwaniaczków – zwłaszcza małych i średnich – którzy wolą ładować kasę w drogie biura, samochody, wakacje za granicą, kiecki żon i kochanek czy po prostu w przysłowiową „skarpetę” niż płacić godziwie swoim pracownikom czy wywiązywać się ze zobowiązań wobec kontrahentów. Do tych właśnie kieszeni trzeba sięgnąć!

      • Dyzio pisze:

        Żeby porównywać koszty, trzeba porównywać to samo. Porównywanie nominalnych kosztów pracy w Niemczech i w Polsce to tak samo jak porównywanie ceny fiata pandy i audi a6. Krzywdzącym i trochę fałszującym obraz rzeczywistości jest tutaj określenie: wydajność pracy. Tak naprawdę powinno się to określać jako wydajność stanowiska pracy. Polskie firmy, szczególnie te z rodzimym kapitałem oferują miejsca pracy o niewielkiej wydajności. Dlatego nie są w stanie płacić tyle co na zachodzie. Oczywiście są tu także nowoczesne fabryki zachodnich koncernów. Ale o cenie pracy decyduje zawsze rynek. Inwestycji zagranicznych nie jest tak dużo, by decydowało o rynku pracy. 70% ludzi pracuje w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach. Co gorsza te polskie małe firmy muszą konkurować nie tylko z bogatszym, ale traktowanym preferencyjnie przez państwo rywalem. To powoduje, że w Polsce pracownik identycznej fabryki jak na zachodzie zarabia 3 razy mniej.
        Klin podatkowy jest w Polsce niższy niż w Niemczech, Francji, ale za to wyższy niż w Irlandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii czy kraju który powinniśmy sobie stawiać za wzór rozwoju czyli Korei Południowej. W tym ostatnim wynosi on według OECD 21%, gdy u nas ponad 36,5%. To spora różnica. trzeba też pamiętać, że klin podatkowy nie uderza w przedsiębiorców. Tzn nie bezpośrednio. On uderza w pracowników. Pracodawcę interesuje koszt całkowity, jemu nie robi różnicy czy te pieniądze wpłyną na konto pracownika czy urzędu skarbowego. Ale przez to, że ludzie dostają do ręki mniejszą część owoców swojej pracy, rynek wewnętrzny nie ma odpowiedniego bodźca po stronie konsumpcji. Polska jest niemal rajem dla wielkich koncernów produkujących na eksport. Nie płacą tutaj podatków, zatrudniają płacąc 3 razy mniej niż u siebie, a na dodatek rząd co chwilę daje im kolejne prezenty. Tylko, że państwo nie będzie bogate jeśli będzie kolonią gospodarczą. To nasze firmy muszą się rozwijać. To jedyna droga dla naszego dobrobytu.
        To nie jest żaden korwinizm, tylko zdrowy rozsądek. Dobrobytu i wysokich płac nie da się zadekretować, a każdy przedsiębiorca, każdy człowiek jeżeli może coś dostać za mniejszą cenę to tak zrobi. Nikt nie płaci za jabłka 10 zł, jeżeli sprzedawca zaoferuje mu je za 3 zł. Jeżeli w Polsce będzie bezrobocie, jeżeli będą ludzie skłonni pracować za niskie płace, to naturalne, że firmy nie będą podnosić płac. Ani płaca minimalna, ani żadna inna regulacja tego nie zmieni. Przykro mi.

        • shoom pisze:

          Polskie firmy, szczególnie te z rodzimym kapitałem oferują miejsca pracy o niewielkiej wydajności. Dlatego nie są w stanie płacić tyle co na zachodzie.
          Oczywiście są tu także nowoczesne fabryki zachodnich koncernów. Ale o cenie pracy decyduje zawsze rynek. Inwestycji zagranicznych nie jest tak dużo, by decydowało o rynku pracy. 70% ludzi pracuje w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach. Co gorsza te polskie małe firmy muszą konkurować nie tylko z bogatszym, ale traktowanym preferencyjnie przez państwo rywalem. To powoduje, że w Polsce pracownik identycznej fabryki jak na zachodzie zarabia 3 razy mniej.

          Nie, nie tylko to.

          Ewidentnie wpadasz w jakąś deterministyczną narrację, która każe widzieć w polskich pracodawcach uciskane przez państwo i zagraniczny kapitał podmioty, które automagicznie zaczęłyby sypać lepszą kasą, gdyby nie ww. przeszkody.
          Nie twierdzę, że te obiektywne ograniczenia nie mają znaczenia, ale pomijasz kilka istotnych wskaźników: niski procentowo (nawet na tle kilku innych krajów byłego bloku wschodniego, startujących z podobnej co Polska pozycji) udział wynagrodzeń brutto w PKB, wysoki poziom oszczędności przedsiębiorstw (16% PKB), niski (de facto jeden z najniższych w UE) poziom inwestycji w nowe technologie i zarządzanie.

          Gdyby dwa ostatnie wskaźniki były chociaż nieznacznie odwrócone, to jeszcze można by pomyśleć: „cholera, słabo płacą za pracę, ale przynajmniej widać, że zaoszczędzoną kosztem pracowników kasę starają się efektywnie spożytkować”. Tymczasem pozostaje nieprzyjemne wrażenie, że gros tych pieniędzy jest zwyczajnie przez pracodawców marnotrawiona.

          Z kolei niskie płace tworzą barierę popytową, która przez samych przedsiębiorców – bodajże w raporcie NBP z 2013 r. – jest wskazywana jako główna przyczyna niepowodzeń biznesowych i wyhamowania rozwoju. Tak, właśnie: nie daniny publiczne (w tym rzekomo wysokie opodatkowanie pracy), tylko niski popyt wewnętrzny.

          W efekcie powstaje klasyczne błędne koło, tudzież pracodawcy swoją krótkowzrocznością sami kręcą bat na własne d*py.

          Na razie tyle, jak znajdę więcej czasu to postaram się odnieść do reszty.

  3. pracownik pisze:

    szkoda, ze rzad nie wprowadzi minimalnej stawki godzinowej w ogole we wszystkich umowach cywilno-prawnych.
    Ja mam na umowie o prace 8,00 zl/godzine bruto i zarabiam troche wiecej niz najnizsza krajowa, ale…. jest to pensja za prace na trzy zmiany, za prace w soboty, w niedziele, w swieta.
    Moja podstawa to +/- 1300,00 zl brutto -sic. !!!- a reszta to dodatki ustawowe za prace w nocy, za prace w swieta plus premia uznaniowa pracodawcy, bez ktorej juz mialbym minimalna krajowa – minimaln krajowa za prace w systemie ciaglym, trzyzmianowym.
    I to jest absurdalne i niesprawiedliwe ???
    Ja bym chcial miec na umowie jako podstawe minimalne wynagrodzenie – 1850,00 zl i od tego dodatki, ale to nie jest uregulowane, o tym rzad zapomnial !!!

    Dlaczego nie wprowadzi sie minimalnej godzinowki rowniez za prace na umowe o prace ?

    Bez odgornej decyzji rzadzacych regulujacej stawke godzinowa i dodatki za prace w nocy, w soboty, w swieta nie ma woli mojgo pracodawcy do podniesienia pensji / stawki, chociaz stac go na to !!! ale po co ma podnosic -jak sam mowi- lepiej bedziecie pracowali ?

  4. pracownik pisze:

    Jeszcze jedno – czy zmniejszenie kosztow pracy, odciazenie pracodawcy cos da ?, bez odgornej regulacji ?
    Czy jezeli pracodawca nie musialby odprowadzac skladek od naszych pensji w wysokosci +/- 20% to te 20% dolozylby do naszych pensji ? Tak z wlasnej woli podnioslby nam pensje ?
    Nie, w zyciu, nie podniesie !!! Kupilby wtedy czwarte auto, pojechalby najeszcze drozsze wczasy etc.
    Bez odgornej rgulacji zniesienie obciazen nie ma sensu.
    Nie mne oceniac co by sie stalo z budzetem gdyby zniesiono te skladki od pracodawcy, ale gdyby to nastapilo ? to musialoby sie to odbyc w ten sposob:
    znosimy dla was wasze skladki od pensji, ale ustawowo podnosimy place minimalna o wysokosc tych obciazen.
    Ale co zrobic z pracownikami, ktorzy zarabiaja ponad minimum ? Czy oni zarabiali by wiecej ???

    • Michał pisze:

      Z całym szacunkiem, ale nie rozumie Pan jak działa rynek. Pracodawca, który zostaje odciążony kosztami pracy i może więcej zapłacić pracownikowi nie zapłaci więcej temu, z którym ma już podpisaną umowę. Za te pieniądze zatrudni specjalistę, który dajmy na to rozwinie mu kolejny dział, zdobędzie nowe zlecenia etc. Większy dochód firmy powoduje jej rozwój i zwiększenie zatrudnienia. Taka firma będzie szukała nowych pracowników. Ci, którzy szukają pracę znajdą zatrudnienie począwszy od chętnego, który za swoje kwalifikacje zażąda najmniej pieniędzy. I tak, w zależności od tego ile na rynku będzie potrzeba nowych pracowników w stosunku do chętnych, tak wzrosną płace. A Pan będzie mógł powiedzieć pracodawcy, że dostał Pan lepszą ofertę w innej firmie i że albo pracodawca podniesie Panu pensję, albo Pan odejdzie. I na takiej zasadzie firmy będą zmuszone do podwyższenia płac. Dlatego żadne regulacje nie są potrzebne a są wręcz szkodliwe. W osobnym komentarzu opisałem dlaczego.

      Serdecznie pozdrawiam

    • JSC pisze:

      (…)Nie mne oceniac co by sie stalo z budzetem gdyby zniesiono te skladki od pracodawcy, ale gdyby to nastapilo ? (…)

      No to znieszmy całkowicie składkę od „pracownika”.

  5. Michał pisze:

    Przykro mi Panie Wójcik, ale pisze Pan głupoty z taką swobodą, że nie mogę zostawić tego bez sprostowania.

    Po pierwsze: jeśli firma jest słabo zarządzana, stanie się nierentowna i upadnie – wszyscy pracownicy stracą pracę. Czy to będzie dla nich lepiej? Jeśli by faktycznie było, to chyba sami by zrezygnowali? Pozwól Pan, Panie Wójcik ludziom samym decydować co jest dla nich lepsze.

    Po drugie: jeśli firma jest bardzo dobrze zarządzana nie upadnie nawet po znaczącej podwyżce płac. Ale czy Pan myśli, że w bardzo dobrze zarządzanej firmie jest sobie spasiona klika, która żeruje na biednych pracownikach? Bardzo dobrze zarządzana firma zatrudnia bardzo dobrych specjalistów, zarząd ma głowę na karku i wszystkie wydatki są ściśle kontrolowane. I w takiej firmie, gdzie wszystko jest poukładane, przychodzi polityk i mówi „wy tutaj musicie płacić ludziom więcej”. Zarząd odpowie „dobrze proszę pana”, a pomyśli „spieprzaj dziadu! Całe życie poświęciliśmy tej firmie, wszystko poukładaliśmy nie po to, żeby ktoś, kto pół życia nic nie robił i nagle wybrali go do sejmu, mówił nam co mamy robić”. Pozwalniają niewydajnych pracowników a całej reszcie karzą wydajniej pracować. Nie będzie darmowej kawki, przerwy na pogaduchy a przełożeni zaczną ściślej kontrolować postępy pracy. Ponad to i chyba przede wszystkim skurczą się terminy a pracownicy będą dłużej siedzieć w pracy. I gdyby nawet władza zakazała nadgodzin – ludzie i tak będą dłużej pracować i nikt nawet nie piśnie, bo to dla nich lepiej, niż stracić pracę! A pieniędzy nie będą mieli więcej, bo mimo, że koszt podwyższonej stawik godzinowej rozłoży się po części na wydajniej pracującego robotnika i po części na dochód firmy (czyli jak za godzinę zapłacą komuś 3zł więcej a będzie zmuszony wydajniej pracować, to w rzeczywistości jego płaca za godz. wzrośnie tylko o część podwyższonej kwoty) to i tak od wyższego zarobku musi zapłacić wyższy podatek i wyższy ZUS. Ile zostanie pracownikowi z tej podwyżki? Czy mniej zarabiające firmy będą się szybciej rozwijać czy wolniej? Czy dobrze zarabiająca firma „A” trzyma dochód w skarpecie, czy inwestuje płacąc firmie „B”? Czy zainwestowane pieniądze nie idą czasem na budowę nowych mieszkań, biur, fabryk? Pomyśl Pan, Panie Wójcik, czy firma „B” zatrudni nowych ludzi po dostaniu nowego zlecenia, załóżmy sprzątania, czy może zatrudni jednak więcej ludzi jak nie dostanie tego zlecenia bo firma „A” wprowadzi dyżury mycia kibla w ramach oszczędności?

    Po trzecie, załóżmy: jeśli firma „A” płaci pracownikom 6 zł za pieczenie chleba i ledwo zipie, i nagle musi im płacić 12 zł, to żeby taka piekarnia utrzymała się na rynku chleb będzie musiał podskoczyć z 3 zł do 5 zł. I tak stanie się z większością towarów. Czy zatem lepiej zarabiający pracownik na prawdę będzie bogatszy, czy jedyne co się zmieni to wpływy do budżetu państwa z podatku dochodowego i mniejsze inwestycje dużych firm?
    Czy na prawdę Pan uważa, że pracownik zarabiający 6zł na godzinę to osoba która myśli o tym, żeby podnosić swoje kwalifikacje? Że tak by chciał, ale tyle pracuje że nie może? Ci, którzy zarabiają dużo, pracowali ciężko kiedy ci pierwsi dłubali słonecznik na klatkach schodowych. Ci którzy zarabiają dużo planowali każdy swój życiowy ruch i dlatego dużo zarabiają. Jeśli pomocnikowi zbrojarza da Pan 30zł dniówki więcej, to następnego dnia nie zobaczy go Pan w pracy, a wykwalifikowany zbrojarz zacznie się opieprzać w robocie, bo jego pensja będzie taka sama jak jego pomocnika. I będzie miał rację!

    Czy zatem szanowny autor powyższego artykułu spier…lił się ze schodów na głowę czy co się stało?

  6. Krzysztof pisze:

    Szanowny autor artykułu zapewne nie jest praktykiem prowadzenia działalności gospodarczej a szczególnie pracy z ludźmi. Dlatego wypisuje bzdury na temat mechanizmów rynku i ekonomii . Polecam Panu zdobycie choćby niewielkiego doświadczenia w zarządzaniu przedsiębiorstwem a dopiero później snucie pięknych idei , które nie mają związku z rzeczywistością. I wypraszam sobie obrażanie i wyzywanie , jak to Pan nazwał „pseudo biznesmenów” , którzy płacą podatki dla Pana ciepłej budżetowej posady.

  7. Maciej pisze:

    Specjalnie odnalazłem ten artykuł u Was, aby móc go skomentować. Osobiście dawno takich bzdur nie czytałem.

    Pierwszy cytat z brzegu „Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy”
    Oczywiście unikalny produkt w każdym zakładzie fryzjerskim albo w osiedlowym warzywniaku? :)

    A najważniejsza kwestia – umowa zlecenia, to nie praca. Nie da się wycenić godzinowo niektórych rzeczy. Dlatego są umowy zlecenia. Od tego jest PIP, aby gonić pracodawców, którzy zamiast umowy o pracę dają umowy zlecenia

    „Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń.”
    Czyli zlecając komuś pomalowanie pokoju mam mu jeszcze godziny wyliczyć? Przecież to chory pomysł, oczywiście jeśli uważa Pan, że czy się stoi, czy się leży….

    Ale oczywiście jak ktoś myli umowy zlecenia z umową o pracę…

    ps przedsiębiorcą nie jestem :P
    pss to ja chyba rzucę pracę i będę roznosił ulotki, wtedy będę spokojnie obsługiwał jeden blok godzinkę, skoro mam mieć płacone za czas, a nie za efekt :)

  8. pracownik pisze:

    swiat nie moze sie skladac tylko z samych przedsiebiorcow, inzynierow, prawnikow etc. bo kto by robil meble, piekl chleb, budowal domy, autostrady itd. musi byc takze pracownik – robotnik i on powinien byc uczciwie wynagradzany za swoja prace – powinien godnie zarabiac.
    Co swiadczy o zamoznosci panstwa, o jego jakosci ? Ano wedlug mnie poziom zycia ludzi na prowincji, w malych miasteczkach, na wsiach. I tutaj jest bardzo kiepsko !!! Firmy nie chca tam dobrze placic ludziom.
    I co z tego, ze GUS podaje srednia place ? Dlaczego nie podaje mediany i dominanty ?

    A co do wizji makroekonomicznych, one sa wzgledne. Ktos jest liberalem a ktos socjalista, ktos chwali fiskalizm a inny monetaryzm.
    Czy ze swoimi pogladami prof. Modzelewski zdal by egzamin u dr Balcerowicza ?
    Czy Vincent Rostkowski zdal by egzamin u dr Bugaja, a Zbigniew Kuzmiuk u Stanislawa Gomulki, ew. jaki ekonomista z PO zda egzamin u prof. E. Maczynskiej.

  9. pracownik pisze:

    przepraszam – walnalem byka ortograficznego

    zdalby

  10. Czytelnik pisze:

    Bezkompromisowe, wnikliwe i celne podsumowanie problemu.

  11. xer pisze:

    Dobry tekst.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>