O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.

Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.

Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.

Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.

I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.

Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.

Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.

Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.

Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.

Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.

I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.

Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.

Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?

Przypisy:

1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.

2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.

3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.

4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.

5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie