Po Coca-Cola błogo, różowo

Bynajmniej nie zawdzięczam tej sztuki kontaktom z zaświatami. Zdobyłem dwa roczniki „Tygodników Powszechnych” z lat 1986-1987. Arcyciekawa lektura, bo można się z niej na własne oczy przekonać o absurdach schyłkowego PRL, łgarstwach Jerzego Urbana i ówczesnych smutkach i radościach przeciętnego polskiego inteligenta.

Niemal w rozrzewnienie wpędził mnie jeden z felietonów Kisiela na temat McDonalda. Znakomity publicysta, którego nazwisko przez wszystkie przypadki odmienia się jeszcze dziś, choć tyleż nabożnie, co rzadko, tyle z atencją, co bez głębszych przemyśleń, niemal czołobitnie podkreśla w tym tekście zalety McDonalda. Mówi, że schludnie, czysto, że obsługa mało gada a szybko robi, że nie ma kolejek, że niedrogo a smacznie, że bez względu na to, gdzie on, Kisiel, akurat przebywa, to jedzenie smakuje zawsze tak samo, a przy tym gadać z nikim nie trzeba, bo człowiek je, czyta sobie tę załganą zachodnią prasę i jest mu błogo, jak tylko może być błogo Polakowi wypuszczonemu z PRL-owskiego półświatka na wielki świat.

Bynajmniej, nie ironizuję, niemal dosłownie, choć bez takiego talentu referuję zachwyty i uniesienia Kisielewskiego. Każdy, kto pamięta jeszcze cokolwiek z Polski Ludowej, wie, że tego typu zachwyty nad Zachodem stanowiły wtedy w Polsce chleb powszedni i były w dobrym tonie. I nawet ci, co nie jeździli wówczas nigdzie, albo tylko na wczasy do Bułgarii, wiedzieli, że na Zachodzie panuje dolce vita. I niechby tylko skończyć z komuną, to u nas, dzięki Wielkiemu Bratu, Papieżowi, Wałęsie oraz na mocy rekompensaty wielowiekowych krzywd moralnych też tak zaraz będzie. Trudno zatem dziwić się Kisielowi, który mimo że miał głębszy ogląd i zrozumienie tych spraw, to i tak przygnębiony polską rzeczywistością tamtych lat pod niebiosa zachwalał dobrobyt a la McDonald. „Po Coca-Cola błogo, różowo” – można zażartować złośliwie a posępnie, cytując Adama Ważyka.

Czasem odnoszę wrażenie, że w Polsce żyje kilka roczników, 30-, 40-, 50-latków, mniej lub bardziej świadomych epigonów Kisiela. Nie naśladują go w tym, co było w nim dobre, rzetelne, nonkonformistyczne i prawe, ale w tym, co dotyczy „naiwnego liberalizmu”. Stefan Kisielewski był dzieckiem swoich czasów. Mimo najszczerszych chęci, nie mógł – przynajmniej na papierze, bo co działo się w głowie, tego nie wiem – opisać zachodniego kapitalizmu, prymatu globalnych koncernów z całym bagażem zagrożeń i słabości, jakie generują i jakie są ich udziałem. Niedogodności ekonomiczne i kulturowe realnego socjalizmu były dlań tak dojmujące, że przy nich każda wzmianka o słabościach zachodniego systemu musiała jawić się jako szyderstwo, głupstwo lub dzieło aparatu propagandy. Bo też reżimowe media czasów PRL pełne były krokodylich łez, wylanych nad losem bezdomnych z Włoch, bezrobotnych z Niemiec i pobitych pałami przez policję w Anglii. A wtedy z konieczności i z przekory nie brano tego serio. Bo Zachód miał być i był owym rajem na ziemi, do którego nie wpuszczają nas źli Sowieci i ich tutejsi namiestnicy.

Dziś mamy już McDonalds’a, zachodnie banki (niemal wyłącznie zachodnie), zachodnie koncerny motoryzacyjne, karty kredytowe, czekoladki, kremy, papier toaletowy, owoce cytrusowe, hipermarkety, sprzęt RTV i AGD, itp. Ale czy wciąż nam po Coca-Cola błogo, różowo? Jaki dziś traktować ten w jakiś sposób naiwny, kisielowy liberalizm/kapitalizm? Wszak za niego także trzeba zapłacić sporą cenę. I rzecz nie w tym, że jak mówi stare, polskie przysłowie: „bez pracy nie ma kołaczy”.

Sedno sprawy kryje się w tym, że znamy już nie tylko fasadę, ale wiemy też, a przynajmniej podejrzewamy, co dzieje się za kurtyną. Wiemy, dlaczego obsługa w McDonalds jest taka szybka i „grzeczna”; nie zachwyca nas już tak bardzo, że jedzenie (nie tylko w McDonald) niemal wszędzie smakuje tak samo; że programy telewizyjne, wykupione na licencję stanowią kiepską zwykle kliszę zachodnich produkcji. Wiemy już, że choć Wałęsa, Papież i straty moralne poniesione w ciągu wieków, to zachodni pracodawca nikomu wyższej pensji nie wypłaci, skoro opłaca mu się płacić znacznie mniej. Wiemy, że Wielki Brat może i nas kocha, ale i tak przy offsecie traktuje jak pierwszego lepszego idiotę. Wiemy, że Zachód to nie tylko dobrobyt, ale i bieda i konflikty społeczne, a tzw. wolny rynek nie rozwiązuje problemów jak dobra wróżka, za dotknięciem swej czarodziejskiej różdżki. Po prostu – o czym przekonujemy się na szczęście na własnej skórze – inna jest skala i rodzaj problemów, inne wyzwania, inne sposoby opisywania rzeczywistości, inne strategie.

Dlatego śmieszą mnie epigoni Kisiela, co każdą krytykę kapitalizmu i liberalizmu zbywają stwierdzeniem: no przecież mamy już McDonaldy.

Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, członek krakowskiej Spółdzielni „Ogniwo”, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

Autorką fotografii Krzysztofa jest Katarzyna Derda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>