Polska gnuśnych herosów

·

Polska gnuśnych herosów

·

Był taki czas, całkiem niedawno, gdy „Gazeta Wyborcza” była świętością, a wyroki ferowane na jej łamach oznaczały dla wielu poważne kłopoty. Osobiście znam kilka osób, które zaprezentowane tamże jako szwarccharaktery, miały spore problemy, z utratą pracy włącznie. Był to czas, gdy krytykowanie tejże gazety i jej twórców stanowiło akt odwagi, ograniczony zazwyczaj do mediów tak niszowych, że na ich tle sceptyczne wobec Michnika publikacje „Tygodnika Solidarność” czy nieistniejącego już dziennika „Życie”, jawiły się jako opinia magnatów medialnych.

Krytyka ta, dodajmy, miała niemal wyłącznie prawicową proweniencję. Miłość prawie całej lewicy wobec Agora S.A. była tak wielka i tak groteskowa, że jeszcze teraz śmieję się na wspomnienie znalezionego niegdyś w Internecie tekstu jednego z młodych gniewnych, krytycznych i radykalnych publicystów, funkcjonującego w środowiskach „Krytyki Politycznej” i „Ha-Artu”. Oznajmił on, że do „Gazety” stracił zaufanie, gdy nachalnie poparła inwazję na Irak w roku 2002. Doprawdy, wielka jest lewicowa wrażliwość społeczna i jeszcze większy krytycyzm środowisk – bowiem nie była to postawa odosobniona – które w tejże samej gazecie przez ponad dekadę nie dostrzegały promowania chamskiego, antyspołecznego liberalizmu gospodarczego…

Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś krytyka „Wyborczej” jest nie tylko powszechna i masowa – wystarczy wspomnieć „Rzeczpospolitą”, „Dziennik”, „Wprost”, a momentami nawet TVN – ale i znacznie bardziej ostra, bezpardonowa, pozbawiona wielu hamulców, które niegdyś wynikały ze zwyczajnego strachu o własną skórę i o skutki publicznej infamii. Odważnych „antymichnikowców” mamy obecnie tylu, że przypominają się słowa marszałka Piłsudskiego, który podczas defilady weteranów Legionów z okazji obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości miał ponoć powiedzieć: „Żebym ja was, kurwa, tylu miał, kiedyśmy z Oleandrów wychodzili”. Ano właśnie – aż dziw bierze, że w kraju zamieszkiwanym przez tylu krytyków Michnika, jego gazeta osiągnęła tak ogromną sprzedaż i jeszcze większy wpływ na świadomość społeczną.

Mniejsza o większość. Mnie po drodze nigdy nie było z tymi, którzy „Wyborczą” krytykowali z pozycji, jak je nazywam, idiot-prawicowych – mam na myśli tych, którzy środowisko „Gazety” oskarżają o „brak patriotyzmu” (tak jakby monopol na patriotyzm mieli klerykalni nacjonaliści) oraz specjalistów od tropienia strasznych rzeczy, które Umęczonemu Narodowi Polskiemu uczyniła matka Michnika i jego brat. Dziś jednak nawet ta forma krytyki środowiska „Wyborczej”, która od dawna była mi bliska, przedostała się do głównego nurtu debaty publicznej. Choćby w postaci zbyt naiwnej i idealistycznej, lecz wartościowej książki Davida Osta „Klęska »Solidarności«”, oskarżającej „lewicę laicką”, że po roku 1989, mówiąc wprost, wypięła się na dawne ideały i na tych, którzy wynieśli ją na szczyty. Obecnie pomstowanie na „Gazetę Wybiórczą” nie jest już ani potrzebne, ani ciekawe, ani twórcze – koń, jaki jest, każdy widzi.

Z wrodzonej przekory, a także z niechęci wobec coraz niższego poziomu owej krytyki, chciałbym się Adamem Michnikiem zachwycić. Zresztą, trafnie kiedyś zauważył jeden z autorów „Obywatela”, że kto wie, czy za autorem „Kościoła, lewicy i dialogu” jeszcze nie zatęsknimy. Bo z Michnikiem można się nie zgadzać, ale Michnik to jest ktoś. Gdy nas opuści, to z kim się nie zgadzać będziemy? Z Lisem Tomaszem? Wolne żarty. Równie dobrze mógłbym się nie zgadzać z jamnikiem sąsiadki – tyle samo ma on poglądów i argumentów wartych przemyślenia i odparcia.

No więc chciałbym się Michnikiem zachwycić, lecz nie mogę. Przeczytałem właśnie w „Polityce” wywiad, którego J. Żakowskiemu udzielił redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To nie moja wina, lecz obu rozmówców, że leitmotivem wywiadu uczynili porównanie realiów po roku 1989 z tymi, które towarzyszyły odzyskaniu przez Polskę niepodległości 90 lat temu. Właśnie na tym tle szczególnie wyrazista jest nędza Michnika i jego środowiska.

W rozmowie z Żakowskim dominują dwa tony. Ogromne zadowolenie z kształtu Polski po roku 1989, nawet jeśli czasem łaskawie przyznające, że niekoniecznie wszystko poszło idealnie (och, tego chyba nikt nie wymagał). Oraz równie wielkie oburzenie, że są tacy, którzy III RP wtykają szpilki, gdyż to nie ludzie – to wilki. Gdyby chodziło o, dajmy na to, Balcerowicza Leszka, machnąłbym ręką – niechże technokrata rozpływa się w zadowoleniu i sarka na krytykę. Ale Michnik, do ciężkiej cholery, jest intelektualistą! Mamy prawo wymagać odeń czegoś więcej niż banałów, że jest super, jest super, więc o co ci chodzi.

Nie ma sensu rozważać, czy Polacy po 1918 r. lepiej poradzili sobie z nową Polską niż my po 1989. To sprawy nieporównywalne i kto jak kto, ale Michnik – erudyta i historyk – powinien sobie z tego doskonale zdawać sprawę, nawet gdy chodzi o wywiad dla „tygodnika opinii”, czyli mówiąc po ludzku i nazywając rzecz po imieniu, dla gazety o treściach lekkich, łatwych i przyjemnych. Nawet jednak, gdyby uznać, że „transformacja ustrojowa” wypadła o niebo lepiej niż „odbudowa państwa”, to w tym wywodzie pojawia się coś, co budzi we mnie dezaprobatę.

Otóż intelektualista powinien być krytyczny i niezadowolony. Nie krytykancki i nie malkontencki, ale przenikliwie sceptyczny. Bo międzywojnie też miało oczywiste osiągnięcia, a wręcz nikt o zdrowych zmysłach, nawet jeśli jest liberałem, nie powie, że Władysław Grabski czy Eugeniusz Kwiatkowski posiadali mniej powodów do satysfakcji niż Leszek Balcerowicz. Ale nie zmienia to faktu, że ówcześni intelektualiści – a to z nimi, nie zaś z ministrami finansów czy gospodarki należy porównywać Michnika – byli do głębi niezadowoleni i krytyczni. Nie jako urodzeni malkontenci, bo przecież potrafili wychwalać realne osiągnięcia, lecz jako intelektualiści właśnie. Intelektualista powinien wiedzieć więcej, myśleć ostrzej, wybiegać w dalszą dal niż reszta, wzorem Wieszcza sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.

Intelektualista był w międzywojniu rozczarowany. Nie tym, że nie zrobiono niczego dobrego. Tym, że zrobiono za mało – bo intelektualiście zawsze jest za mało. Kogokolwiek byśmy nie wzięli spośród ówczesnych „intelektualistów zaangażowanych”, jakiej drogi politycznej by on nie obrał, wszyscy byli niezadowoleni. Czy związali się z ludowcami, czy z PPS-em, czy wiernie trwali przy Piłsudskim, czy zajęli się mrówczą pracą w apolitycznych instytucjach społecznych, czy wycofali z życia publicznego w przekonaniu, że już zrobili swoje, „reaktywowali Polskę” – mieli oni przekonanie, że można było więcej, lepiej, szybciej. Popularność „Przedwiośnia” Żeromskiego wzięła się właśnie stąd, że trącił on najważniejszą strunę serc „zaangażowanych intelektualistów”, niezależnie od ich politycznych afiliacji – strunę niezadowolenia z Polski. Gdy poznajemy biografie ówczesnych odpowiedników Michnika, właśnie ta kwestia stanowi wspólny mianownik pokolenia, które śniło i marzyło o nowej Polsce i ją ujrzało.

Powie ktoś, że byt określa świadomość, a zatem Michnik jest zadowolony, gdyż jemu osobiście się powiodło po roku 1989. Znam teorie, wedle których pan Adam dał się w 1968 roku wsadzić do pudła, ponieważ wiedział, że 30 lat później będzie mógł przeliczać judaszowe srebrniki płynące szerokim strumieniem w ślad za akcjami Agora S.A. Autorów takich wywodów pozwolę sobie odesłać do Tworek, bo tam jest ich miejsce. Trop ten, rozpatrywany poważnie, tj. bez personalno-finansowych wyliczeń, jest zresztą błędny. To przecież nie jest tak, że w roku 1925 czy dekadę później realia II RP krytykowali wyłącznie ci, którzy zajadali czerstwy chleb z margaryną i marmoladą. Żeromski, aczkolwiek biedujący przez sporą część życia, w momencie pisania „Przedwiośnia” był już człowiekiem jeśli nie zamożnym, to na pewno pozbawionym trosk materialnych. Podobnie jak wielu jemu podobnych, którzy wskutek zasobów rodzinnych, piastowanych stanowisk czy indywidualnych talentów byli wówczas całkiem nieźle urządzeni. A mimo to chcieli Polski innej – lepszej.

U Michnika tego wszystkiego natomiast nie ma ani śladu. Nie ma krytycyzmu, nie ma nawet cienia idealizmu, nie ma autorefleksji. Jest tylko gnuśne samozadowolenie i przeraźliwie egocentryczne (w tej manierze Michnika zdystansował tylko Wałęsa) analizowanie głosów krytycznych wobec status quo. Owszem, mamy tu polemiczną pasję, która co i rusz przejawia się w postaci gromów na nacjonalizm, populizm, antydemokratyzm itd. Jest tylko jeden problem. Różnica między II a III RP polega m.in. na tym, że to, co kiedyś było radykalne i postępowe, obecnie jest drobnomieszczańskie. To za sprawą m.in. „Gazety Wyborczej”, ideologią gospodyń domowych i szkolnych lizusów jest pomstowanie na Kaczorów, Giertycha, IPN, populizm i faszyzm.

Dzisiejsze Panie Dulskie są zwolenniczkami podatku liniowego, są przeciwne „utrzymywaniu roszczeniowych darmozjadów”, są entuzjastkami otwarcia granic dla światowego kapitału i kolejnych sieci hipermarketów, wierzą w nowoczesną wersję socjaldarwinizmu, wedle której biedny jest z definicji głupi i leniwy, to one przodują w wyśmiewaniu szkolnych mundurków, nie lubią „grzebania w teczkach” i „kampanii nienawiści”, z zainteresowaniem śledzą nowoczesne, billboardowe kampanie wyborcze i czytają „tygodniki opinii”. A ich guru upadł tak nisko, że z zadowoleniem stoi na czele tej Rodziny Gazety Michnika.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie