Wy, albo Moc okrzepła

·

Wy, albo Moc okrzepła

·

Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.

O sobie mówi:

Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.

Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.

Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:

Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.

/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/

Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.

Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.

Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.

Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.

Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.

Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.

I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?

Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie